poniedziałek, 31 grudnia 2012

Podróż noworoczna, Cz.4 "Sylwester w Sydney"



   Zmierzcha się już teraz błyskawicznie. Na szczęście autostrada jest dobrze oświetlona i widać, że wjeżdżamy na teren wyżynny. Samo Sydney, jak się potem zorientujemy też jest malowniczo położone wśród wzgórz. Po obu stronach szosy migają nam różne znaki i informacje.  A to o występowaniu w tamtych okolicach kangurów, a to jeleni, a to znowu wombatów. 


Zaczynają się już różne rozjazdy do poszczególnych dzielnic tej wspaniałej stolicy stanu New South Wales. Aby się więc nie zgubić i by na pewno dojechać do samego centrum, to kilkanaście kilometrów przed samym Sydney wpisuję jako punkt docelowy w naszym GPS-e –  Sydney Opera House. Ufamy GPS-owi, jako jedynemu przewodnikowi po tym skomplikowanym, pod względem zabudowy i sieci dróg, miastu. Posłusznie skręcamy to w lewo, to w prawo, wykonując polecenia, wydawane nam przez GPS melodyjnym, monotonnym, damskim głosem.
Cezary już kilkakrotnie był w Sydney, ale nigdy jeszcze nocą i nigdy też nie był zdany tylko na samego siebie. Zazwyczaj obwoził go po mieście jakiś znajomy i wygodnie mógł spoza szyb obserwować wszystko jako zwykły turysta, a nie kierowca. Teraz było mu znacznie trudniej – wszak Sydney było jeszcze większe niż Melbourne, którego terytorium rozciągało się na wszystkie strony w promieniu kilkudziesięciu kilometrów!


   I oto dojeżdżamy do samego City.  Wszędzie widać tłumy śpieszących na nocne imprezy Australijczyków. Ciężko przejechać przez jakąkolwiek ulicę. Musimy jechać bardzo powoli i ostrożnie, by nie zawadzić żadnego przechodnia, ani nie naruszyć przepisów drogowych.
Wydaje się zresztą, jakby tej nocy przepisy drogowe przestały tu obowiązywać. Jeżdżący z piskiem opon taksówkarze, co chwilę zajeżdżają nam drogę, wykonując różne nieprzewidziane, raptowne manewry. Także przechodnie nie bardzo czekają na pojawienie się na przejściach zielonego światła. Wkraczają całą gromadą, albo grupkami na ulice i przechodzą obok nas kolorowi, roześmiani, beztroscy. A my znowu musimy długo i cierpliwie czekać nim zwolni się dla nas miejsce i będziemy mogli jechać dalej. 


   Mam teraz okazję dokładniej przyjrzeć się tym wszystkim ludziom. Widzę tu wszystkie  rasy świata. Najwięcej jest opalonych na złoto, przykuso i bardzo pstrokato ubranych Australijczyków i Australijek. Między nimi migają mi z dala białym uśmiechem Maoryski i Aborygenki. Tuż obok nas przechodzą szczupłe, niczym Naomi Campbell długonogie, piękne Murzynki odziane w mini sukienki i spódniczki, wspaniale błyszczące cekinami. Obserwuję mrowie skośnookich Azjatów w każdym możliwym wieku. Są też brodaci Arabowie w swoich turbanach. Widać Hinduski w bajecznie kolorowych sari. Mnóstwo matek z dziećmi też wyrusza dzielnie na spotkanie Nowego Roku. I dzieciaki i dorośli często mają przymocowane na swoich głowach specyficzne, sylwestrowe ozdoby: napisy „Happy New Year, 2009, Hallo, albo fosforyzujące przepaski w kształcie koron lub króliczych uszu. Od strony tego wielobarwnego tłumu dobiega do nas istna kakofonia dźwięków i języków. Trąbią klaksony aut. Gdzieś z oddali słychać już pierwsze, próbne wystrzały sztucznych ogni, z mijanych pubów i restauracji dochodzi do nas głośna, rytmiczna muzyka. W tle widoczne są pięknie oświetlone neonami sklepy, kawiarnie, ogródki piwne. Z witryn supermarketów spoglądają atrapy wesołych, rubasznych Mikołajów, odzianych w swe nieodłączne, czerwone płaszcze oraz futrzane czapy. Świecą się wszystkie lampy uliczne i ustawione przy sklepach sztuczne choinki.  A ponad tym wszystkim widać skąpane w wieczornych światłach szczyty wieżowców, luksusowych apartamentowców przystrojone w  rozmigotane lampki i świecidełka świąteczne. I chociaż jest już godzina dziesiąta w nocy, to dookoła jest jasno, gwarnie, radośnie i ...bardzo chaotycznie. 

   Po jakimś czasie, gdy już tak z pół godziny jeździmy po mieście i ani o krok nie zbliżamy się do opery zauważamy, że wiele dróg prowadzących w tamte okolice jest pozamykanych i pozastawianych przez bramki i straże policyjne. A tymczasem GPS niewzruszenie każe nam skręcać to tu, to tam i przez niego krążymy tak bezradnie, jak w jakimś zaklętym kole. Wreszcie zniecierpliwieni i zirytowani wyłączamy to bezmyślne urządzenie i od teraz zdani na własny rozum oraz orientację w terenie usiłujemy jakoś dojechać na zaplanowane wcześniej miejsce. I znowu się nam to nie udaje. Zauważamy, że na dodatek nigdzie nie widać wolnego miejsca do zaparkowania. To też nas nie już dziwi. Przecież to Sylwester, a te tłumy ludzi, którymi tak załadowane jest teraz miasto też jakoś musiały tu dotrzeć i też gdzieś musiały zostawić swoje pojazdy. I rzeczywiście przy każdej ulicy po obu jej stronach widzimy zatrzęsienie samochodów. I stoją tak ściśle jeden obok drugiego, że ani szpilki byś tam nie wcisnął.
W końcu udaje nam się znaleźć wolne miejsce na ogromnym, podziemnym parkingu usytuowanym w samym środku miasta. Parkingowy pobiera od nas piętnaście dolarów za trzy godziny parkowania. Z zabraniem stamtąd samochodu musimy zdążyć na pierwszą w nocy, gdyż tylko do tej pory parking będzie czynny. Mamy zatem niecałe trzy godziny na beztroskie świętowanie Sylwestra, na to zatracenie się w światłach miast, w wielobarwnej, rozświergotanej ciżbie ludzkiej.


   Z samochodu zabieramy tylko najpotrzebniejsze rzeczy: aparaty fotograficzne, kamerę, plecak z wodą mineralną oraz chusteczkami higienicznymi i trzymając się za ręce wyruszamy w miasto. Jest bardzo ciepło a wszelkie popołudniowe chmury gdzieś się rozwiały i odpłynęły w najdalsze dale świata. Na niebie błyszczą czarodziejsko tysiące gwiazd. A nam błyszczą podnieceniem i radością oczy. W tym czasie w Polsce jest dopiero godzina dwunasta w południe, mroźna chociaż pełna uroku zima a za oknem pewnie lśni biało srebrzysty śnieg...A tymczasem my w powiewnych, cienkich koszulach i krótkich spodenkach maszerujemy raźno przez gorące uliczki nocnego Sydney. Cieszymy się tą chwilą i tym, że możemy być tu razem. Zadowoleni jesteśmy, żeśmy dali radę przemierzyć ponad tysiąc kilometrów i na czas dotrzeć w to wymarzone miejsce.
 Jesteśmy też znużeni całodzienną, dzisiejszą podróżą a przy tym mocno już spragnieni, z radością więc lokujemy się na wygodnych krzesłach ogródka piwnego jakiegoś pubu i już po chwili sączymy z lubością ten gorzkawy, zimny napój. Ach, jaka to przyjemność, jaka ulga dla umęczonych długą jazdą ciał tak po prostu posiedzieć sobie i przez chwilę nie pragnąć wcale niczego więcej...
Szybciutko nabieramy sił i ochoty do wkroczenia w ten rozmigotany neonami i światłami ulicznymi, wielkomiejski świat.
Dochodzimy nad mieszczący się w centrum miasta piękny, szeroki kanał, przy którym zacumowane jest wiele luksusowych jachtów i łódek. Czarną toń wody rozświetlają odbijające się w niej zewsząd rozbłyski dalekich, pojedynczych fajerwerków, gwiazd, stylowych latarni i witryn mieszczących się w pobliżu kawiarni. Po sąsiadującym z kanałem deptaku chodzą setki śpieszących się dokądś ludzi. Ulica naprzeciwko kusi nas zapachami, dochodzącymi z mnóstwa, rozlokowanych tam restauracji i barów. Pachną nam stamtąd kebaby, hamburgery, pizze, steki, kotlety, owoce morza, ryby, frytki, hot dogi, makarony, tosty i paje (kruche babeczki z zapieczoną wewnątrz słoną lub słodką zawartością).A wszystko to zapewne pyszne, bardzo tłuste i bardzo kaloryczne... Jak już pisałam wcześniej Australijczycy kochają dobrze zjeść a przy tym bardzo często z wygody czy z lenistwa jadają na mieście. Tak wiec wciąż kwitnie tu sieć małej i dużej gastronomii oraz wciąż przybywa grubasów i osób o chorobliwej wręcz tuszy. I już się temu nie dziwię. Przecież ja sama, chociaż tuż po przyjeździe do Australii zarzekałam się, że zrobię wszystko aby nie przytyć, to jednak także uległam swemu rosnącemu apetytowi oraz szerokiej ofercie  gastronomicznej tutejszych sklepów i barów.
Teraz jednak ani ja ani Cezary nie byliśmy głodni (chyba wciąż jeszcze trawiliśmy te wcześniej zjedzone ogromne hamburgery), dlatego wolni od jedzeniowych pokus mogliśmy myśleć o dalszym, przyjemnym spędzeniu wieczoru. 

   Na początek trzeba się było nareszcie dowiedzieć od kogoś kompetentnego, w jaki sposób i jak szybko można stamtąd dojść do Sydney Opera House. A któż byłby bardziej kompetentny, niż wszechobecna tej nocy w mieście policja?  Zatem mój rezolutny mąż podszedł do jasnowłosej, korpulentnej policjantki i o wszystko ją grzecznie wypytał. Ta nieoczekiwanie dla nas nie bardzo orientowała się w tym temacie i musiała skonsultować się z kolegami po fachu. Ci, z lekką, niezrozumiałą dla nas niepewnością pokazali nam kierunek, w jakim powinniśmy się udać i objaśnili, że idąc szybkim krokiem dotrzemy tam na pewno w niecałe pół godziny.

   Dziarsko wspinamy się więc oboje po kilkudziesięciu schodkach, prowadzących na jeden z lepszych punktów widokowych w City. A stamtąd, idąc wzdłuż jakiegoś osiedla i jego długich płotów, obok wysokich, zasłaniających nam wszystko, blaszanych barierek próbujemy dostać się w pobliże opery. Jednak znowu okazuje się, że wszelkie dojścia i dojazdy w tamtą stronę są sztucznie przez ochroniarzy i policję zablokowane. Zamknięty jest także aż do rana, prowadzący w pobliże opery most -  Harbour Bridge. Nic więcej teraz nie poradzimy. Musimy się wycofać i próbować się dostać w jakiekolwiek miejsce, skąd będą tej nocy dobrze widoczne fajerwerki – podobno w tym roku największe na świecie...I zastanawiamy się czemu właściwie tak jest? Czemu tacy turyści jak my, co to w pocie i znoju zdążali tu przez dwa dni muszą teraz oblizać się smakiem i szukać sobie innego miejsca, dogodnego na spędzenie tych paru godzin tej wyjątkowej, jedynej w roku nocy? I dochodzimy do wniosku, że pewnie plac wokół opery jest zamknięty dla wszystkich, którzy w porę nie kupili wejściówki na ten sylwestrowy pokaz ogni sztucznych. Na pewno liczba miejsc tam była ograniczona a bilety wejściowe chociaż drogie, to wykupione szybko, niczym świeże bułeczki...Cóż! Cieszyć się należy zatem po prostu tym, że jesteśmy w Sydney i tutaj właśnie, tak jak zamierzaliśmy, powitamy wspólnie ze wszystkimi wesołymi Australijczykami i innymi nacjami ten Nowy, 2009 Rok. A sama opera nam przecież nie ucieknie. Obiecujemy sobie, że zobaczymy ją nazajutrz i wówczas nikt nas przed tym nie odwiedzie, ani nie zniechęci!

   Jest godzina jedenasta w nocy a my dochodzimy z powrotem na chyba ulubiony przez Sydneyczyków punkt widokowy, mieszczący się w pobliżu okazałego, renesansowego budynku biblioteki naukowej.
Trawnik przy bibliotece jest już prawie w całości zajęty przez rozbawione, popijające piwo oraz inne napoje alkoholowe towarzystwo. Ludzie siedzą wprost na trawie albo na kawałkach gazet. Słychać głośne rozmowy, żarty, śmiechy i śpiewy. Wszyscy wręcz przekrzykują się wzajemnie i gestykulują. Dochodzi do mnie niesamowita mieszanka zapachów ich perfum, dezodorantów, pogryzanych chipsów, piwa oraz zwykłego potu. Aż kręci mi się w głowie od tego wszystkiego i zastanawiam się, czy nie powinnam jednak czegokolwiek przegryźć albo zatkać sobie na jakiś czas nos, bo mój żołądek zaczął mi nagle wywijać kozła i wydawać z siebie ni to bulgoty, ni to burczenia. Jednakże nie mieliśmy ze sobą niczego do jedzenia. Popiłam więc trochę naszej wody mineralnej  i wszelkie te dziwaczne doznania minęły mi jak ręką odjął.

   Spacerujemy tam sobie z Cezarym, pstrykamy zdjęcia, nakręcamy kamerą filmik i wciąż przyglądamy się bacznie odgradzającym nas od głównej drogi barierkom, pilnowanym przez grupkę rosłych ochroniarzy – Maorysów. Wciąż jeszcze telepią się w nas resztki nadziei, że jakoś może się przemkniemy w stronę zablokowanej opery i zobaczymy najwyraźniej jak się da ten dzisiejszy spektakl fajerwerków. W międzyczasie prosimy o zrobienie nam paru zdjęć pewnego chudego, starszego pana w płóciennym kapeluszu z szerokim rondem. Pan ów okazał się być sympatycznym, rozmownym i nieco wścibskim pastorem jakiegoś egzotycznego z nazwy kościoła i nie dość, że bardzo chętnie podjął się zrobienia nam zdjęć, to jeszcze ofiarował się poprosić w naszym imieniu owych krzepkich ochroniarzy o przepuszczenie nas w pobliże opery.  Ale chociaż tłumaczył im z wielką swadą i uprzejmością, że przyjechaliśmy na tę noc specjalnie z Melbourne, a właściwie nawet z Polski (już zdążył się nas o najważniejsze rzeczy wypytać), to nie uzyskał żadnego przyzwolenia, żadnych specjalnych forów dla nas. 
Przystanęliśmy więc przy owych barierkach i we trójkę z owym miłym, gadatliwym pastorem spędziliśmy następne pół godziny, dzielące nas od Nowego Roku. Zdążyliśmy się dowiedzieć od niego, że ma na imię Jeff i  posiada jedną, ukochaną od czterdziestu lat żonę oraz ośmioro dzieci, które już zdążyły się pożenić i powychodzić za mąż. A wszystkie ich małżeństwa wyróżniały się tym, że były zawarte z cudzoziemcami. Tak więc Australijczyk ów miał teraz w rodzinie Francuza, Wietnamkę, Chinkę, Murzyna, Anglika, Włocha i na dodatek Araba. Z przyjemnością opowiadał nam o rozdokazywanych, pociesznych, wielokolorowych wnuczętach. Okazało się także, że wie co nieco o Polsce i nawet kilkakrotnie wymienił z lubością słowo”Krakau”.

   W końcu ten serdeczny Australijczyk tak się rozochocił, że nawet zaproponował nam byśmy po wspólnym przywitaniu Nowego Roku pojechali razem na wschodnie wybrzeże Sydney i tam przywitali wschód słońca.  Oboje z Cezarym popatrzyliśmy na siebie dyskretnie i porozumiewawczo a potem uprzejmie podziękowaliśmy za zaproszenie i wytłumaczyliśmy, że niestety mamy już inne plany na spędzenie tej nocy i poranka. Myślę, że chociaż propozycja tego pana była bardzo interesująca dla nas, badaczy tutejszych obyczajów i zawsze ciekawych wszystkiego wędrowców, to po prostu chcieliśmy wtedy być tylko we dwoje i razem, intymnie, po swojemu przeżywać te niezwykłe chwile. A poza tym sympatyczny Australijczyk był nieco męczący w tej swojej nieustannej gadatliwości i w wypytywaniu się o nader prywatne szczegóły z naszego życia.


   Wreszcie się zaczęło. Nagłe, potężne wybuchy kaskad fajerwerków zaskoczyły nas swoją siłą i hałasem. Wybiła długo oczekiwana północ. Ludzie wokół nas wprost oszaleli z radości. Rozległy się gwizdy, okrzyki, nawoływania i dobiegające zewsząd wzajemnie składane sobie życzenia noworoczne. My, z Cezarym, też na chwilę przerwaliśmy nasze zapamiętałe fotografowanie i przytuliliśmy się do siebie, życząc sobie wszystkiego najlepszego a przede wszystkim byśmy zawsze byli razem, zdrowi, zgodni i tak bardzo, jak teraz się kochający...Chwilę  potem uściskaliśmy się z naszym znajomym Australijczykiem i w ogóle wymieniliśmy się z otaczającymi nas ludźmi wymawianym tu teraz we wszelkich językach świata życzeniem szczęśliwego, Nowego Roku...A tymczasem feerie cudownych kolorów i światełek wciąż rozbłyskały na niebie i tylko żałowaliśmy, ze pełen obraz tego niebiańskiego spektaklu zakłócają nam widoki rosnących tutaj, zbyt wysokich drzew, okolicznych płotów i widocznych spoza kęp eukaliptusów wieżowców. 
Nie tak łatwo jednak, jak się potem okazało, zrobić dobre zdjęcia fajerwerkom i w ogóle nocnemu Sydney. Przeglądając potem fotografie z tej nocy, stwierdzilismy z przykrością, że większość z nich nie nadaje się do niczego - kolory i światła rozmyte, nieostre...


Spektakl fajerwerków potrwał niecałe piętnaście minut i oto nakarmiony kolorami i czarodziejskimi, wielobarwnymi światłami wielojęzyczny tłum począł się z tamtego miejsca rozchodzić. Z lekkim zdziwieniem i niedowierzaniem przyjęłam fakt, że to już wszystko, że to tak krótko...Nie było żadnych tańców, śpiewów, skocznej muzyki. Ludzie po prostu zobaczyli, co mieli zobaczyć i usatysfakcjonowani powracali grzecznie  i powoli do swych domów. Zapewne niektórzy z nich wybierali się jeszcze na nocne biesiady do pubów i restauracji. Inni zamierzali pewnie posiedzieć jeszcze trochę z rodziną i znajomymi w swoich prywatnych domach. Nie było tu jednak czegoś takiego, co znałam z Polski – wielkich, ogólnie dostępnych, bezpłatnych i przeprowadzanych w centrum miasta koncertów muzycznych i zabaw do białego rana. To nie znaczyło jednak, że Australijczycy w ogóle nie bawili się tej nocy. Potem dotarliśmy z mężem w pobliże plaży, gdzie trwała szampańska dyskoteka pod gołym niebem i mogliśmy się naocznie przekonać, że australijska młodzież szaleje nie gorzej, niż polska. Jednakże zorientowaliśmy się też przy okazji, że owa wspaniała dyskoteka dostępna jest tylko dla posiadaczy biletów wejściowych na nią i cała impreza zewsząd otoczona jest wielkim, białym, blaszanym płotem. Ale o tym więcej napiszę potem.


Teraz pożegnaliśmy się serdecznie z życzliwym, australijskim pastorem i chwilę jeszcze postaliśmy na prawie zupełnie opustoszałym już trawniku. Patrzyłam przez moment na pastora, oddalającego się w mroki położonego w sąsiedztwie parku i myślałam sobie, ze dziwne jest, iż mając tak wielu bliskich spędza tę noc samotnie...A może po prostu był zmęczony tą swoją liczną, rozszczebiotaną wielojęzycznie rodziną i chciał chociaż ten nocy zażyć przyjemności swobodnego, umożliwiającego skupienie odosobnienia...?

Także i na nas z Cezarym przyszła już pora by powrócić do centrum miasta, albowiem pomału zbliżała się godzina pierwsza i zostało nam już mało czasu na obejrzenie nocnych uroków tego miasta.
Zeszliśmy sobie spacerkiem nad znajomy kanał i przysiedliśmy sobie tam znowu, wdychając szlamowato-rybiatą woń dochodzącą z pobliskich doków. Jeszcze kilka spóźnionych fajerwerków rozbłysło nad naszymi głowami, jeszcze kilku podchmielonych, uśmiechniętych przechodniów złożyło nam życzenia i gdyby nie hałaśliwe, śmigające ulicami warkotliwe, żółte taksówki oraz samochody policyjne, byłoby nam zupełnie zacisznie i sennie... 


   Ale może to i dobrze, że nie było tam zbyt spokojnie, bo zaczęlibyśmy się robić śpiący i tym samym niezdatni już do niczego tej sylwestrowej nocy. A chcieliśmy jeszcze coś zobaczyć, coś przeżyć zanim udamy się na jakiś spoczynek. No właśnie – a gdzie w ogóle zamierzaliśmy spać tej nocy? Otóż wymyśliliśmy sobie, że ponieważ noc jest ciepła a Sydney posiada dużą, miejską plażę Bondi Beach, to na niej właśnie za jakiś czas sobie odpoczniemy a może i podrzemiemy. To nie wydawało się takim głupim, dziecinnym pomysłem, albowiem, jak wieść gminna niesie wielu Sydneyczyków właśnie w ten sposób spędza Sylwestra. Piją sobie, lulki palą, wiodą długie, nocne rodaków rozmowy, a potem kładą się na piasku pokotem i smacznie aż do rana śpią. To miała być zatem i taka nasza próbka nieco zwariowanej, jak gdyby po hippisowskiemu spędzonej nocy. A na dodatek wszystko to miało być zupełnie za darmo, co dodatkowo nas kusiło.
   Poszliśmy szybko po jeepa i po kolejnym skomplikowanym krążeniu wokół miasta dojechaliśmy wreszcie jakimś cudem w okolice Bondi Beach. I nagle jakież rozczarowanie! Plaża była zamknięta, dokładnie od nas odgrodzona i tym samym zupełnie niedostępna. Natomiast w jej pobliżu odbywała się wspomniana uprzednio dyskoteka. Muzyka waliła i grzmiała milionami decybeli, a spoza okalającego imprezę płotu widać było cienie tańczących osób, kręcące się szaleńczo karuzele, kolorowe dymy fajerwerków oraz liczne stoiska z kiełbaskami i piwem. Przy płocie natomiast, na zewnątrz kręciły się pojedyncze postaci i grupki nastolatków, którym albo nie udało się na ową zabawę dostać, albo już się zdążyli wybawić i napić dość i teraz zataczając się i bełkocąc coś niezrozumiale wracali powoli do swoich domów. Wszędzie walały się puszki i butelki po piwie, opakowania po chipsach, frytkach oraz strzykawki i zużyte prezerwatywy. Spodziewając się ujrzeć jeszcze gorsze rzeczy, przymuszona pilną potrzebą z obrzydzeniem weszłam do najbliższej ubikacji. No i nie pomyliłam się. Takiej ilości różnego pochodzenia śmieci, takiego brudu i smrodu nie spotkałam w australijskich toaletach jeszcze nigdy. A całości obrazu dopełniła na pół rozebrana para, która chichocząc i podszczypując się wyszła właśnie z sąsiedniej kabiny...

No cóż – to, co zobaczyliśmy tutaj nie bardzo zachęcało nas do pozostawania tamże. Postanowiliśmy więc po prostu pospacerować sobie ulicą z drugiej strony plaży i poobserwować to nocne, roztańczone, kolorowe życie, które tętniło całą mocą i chyba nie zamierzało jeszcze bardzo długo zamierać. Nieopodal znajdowały się wspaniałe hotele, w podwoje których nieustannie wpływały potoki ubranej elegancko młodzieży i bogatych, pewnych siebie trzydziestolatków. Świat szpanu, wystudiowanego luzu i błyszczącej na pokaz mamony...

Czas płynął sobie i odmierzał kolejne godziny 2009 roku. A my z Cezarym byliśmy już mocno zmęczeni i spragnieni snu. Niestety, to co nas otaczało w żaden sposób nie dawało nam nadziei na oddaloną od zgiełku ławeczkę, na jakiś cichy, ustronny kącik, w którym dałoby się chociaż na moment zdrzemnąć. Cóż nam zatem pozostawało poza usadowieniem się w jeepie i znalezieniu na resztę nocy jakiegoś schronienia?


   Pojechaliśmy więc, ale tak już byliśmy strudzeni i półprzytomni, ze nawet nie wiemy jak dojechaliśmy w końcu do jakiejś miejskiej, spokojnej zatoczki, w której stało zacumowanych mnóstwo pięknych jachtów i łódek. 
Zaparkowaliśmy sobie samochód w jedynym tam wolnym miejscu( traf chciał, że znowu obok ubikacji) i poszliśmy na spacer nad brzegiem. Tam znaleźliśmy sobie ławeczkę, na której dało się chwilę posiedzieć w ciszy. Nie dało się jednak spać, ponieważ w pobliżu krążył wciąż patrol policyjny i oświetlając sobie dokładnie każdy zakamarek szukał takich jak my nieboraków, chcących sobie tutaj troszkę pospać czy poleżeć na trawce.
A tymczasem nasze kręgosłupy koniecznie już domagały się położenia, a oczy przymknięcia. Była już prawie godzina piąta nad ranem, gdy wreszcie obolali, znękani tą przeciągającą się niemożnością snu, postanowiliśmy się jakoś ułożyć w naszym samochodzie. Nie było to sprawą prostą, gdyż podróżowaliśmy cały czas z ogromną ilością maneli i sprzętu, zawalającego nam dokładnie bagażnik i tył jeepa. Pracowicie więc to wszystko poukładaliśmy, tworząc z reklamówek, wypakowanych kołdrami i ubraniami jako takie legowisko. Cezary ułożył się jakoś na tylnym siedzeniu, a ja skuliłam się między przednimi a tylnymi siedzeniami. Daliśmy radę podrzemać zaledwie parę minut, bo nasze prowizoryczne leżyska okazały się istnymi łożami tortur. Z ledwością wygramoliliśmy się z auta i wydostaliśmy się na świeże, a właściwie nie bardzo świeże powietrze (bliskość toalet!). 
Powitał nas także, na szczęście, delikatny, rożowy wschód słońca nad zatoką...I od razu zrobiło się nam na ten widok lepiej!
   Pojechaliśmy na najbliższą stację benzynową, zatankowaliśmy do pełna, napiliśmy się ożywczych, schłodzonych Red Bulli i napełnieni nowym zastrzykiem energii i mocy ruszyliśmy na poszukiwanie mitycznej już dla nas Sydney Opera House...


Ciąg dalszy, rzecz jasna, nastąpi!


Kochani czytelnicy naszego bloga i tej, noworocznej opowieści!
Nasza opowieść jeszcze trochę potrwa, ale już teraz chcielibyśmy złożyć Wam najserdeczniejsze życzenia mile spędzonego Sylwestra oraz Szczęśliwego Nowego Roku, pełnego zachwyceń, uśmiechów, serdecznych słów i gestów a przede wszystkim dobrych ludzi wokół Was!

Wszystkiego dobrego kochani!:-))



16 komentarzy:

  1. Przeczytalam najpierw wszystkie inne wpisy na blogach, a Was zostawilam sobie na deser, zeby jeszcze bardziej wprowadzic sie w nastroj tej wyjatkowej nocy.
    Juz kilka godzin wczesniej widzialam w telewizorni filigranowa Kylie, witajaca nowy rok w swojej ojczyznie. Mialam wiec niejako probke tego, co mogliscie ogladac Wy cztery lata temu. Patrzac, myslalam (nie zgadniecie!) wlasnie o Waszej wycieczce i z nostalgia myslalam, jakie mieliscie szczescie, mogac widziec te imponujace fajerwerki, podobno jedne z piekniejszych na swiecie.
    Jest niezwykle trudno sfotografowac te ogniste kwiaty amatorskim aparatem bez statywu, sama wielokrotnie probowalam "z reki", ale tez wychodzily nieostre.
    Tamtego sylwestra nie pamietam, chyba siedzielismy jak zawsze w domu z Fuselkiem, ale rok pozniej, czyli 2009/2010 siedzielismy juz na kartonach i workach, ze zdemontowanymi meblami, bo 3 stycznia przeprowadzalismy sie do obecnego mieszkania.

    Mam nadzieje, ze dzisiejszy wieczor i powitanie nowego roku, spedzicie przytulnie i spokojnie, zatopieni we wspomnieniach tamtego halasliwego i bezsennego sylwestra w Sydney.
    Ciepla, milosci, zdrowia i powodzenia. Ciesze sie, ze mialam okazje Was "poznac".

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W przypadku wymarzonego Sylwestra w Sydney po raz kolejny okazało sie zatem, że najważniejsze to gonić króliczka a nie go złapać...Tak czy siak, mimo zmęczenia i zagubienia w tym wielkim mieście bylismy zadowoleni, że udało nam się tam własnie spędzic ten dzień. To było takie prawdziwe zetknięcie rzeczywistości z wyobrażeniami...Okazuje się, że tylko na widokówkach i w telewizorze wszystko wygląda tak pięknie i bezproblemowo!
      A najwazniejsze, jak zwykle są osobiste ludzkie wrażenia i wspomnienia!

      Jakoś dochodzimy do siebie po wczorajszej, kameralnie lecz bardzo miło nocy...Spanka wciąż by sie chciało!

      Panterko kochana! Dziekujemy za Twoje życzenia i wzrusza nas bardzo to, że cieszysz sie z poznania nas. To tylko internetowe poznanie, ale czy gorsze od realnego? Czasem tu, w internecie, odkrywamy więcej własnego wnętrza, niż w realu...
      Jesteś u nas bardzo, bardzo mile widzianym gościem i cenimy sobie niezmiernie każdy Twój komentarz!

      Pozdrawiamy Cię gorąco i Szczęśliwego Nowego Roku raz jeszcze z całego serca życzymy!:-))

      Usuń
  2. Wszystkiego dobrego!
    Niech się Wam darzy!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I Tobie Magdaleno wszystkiego dobrego oboje życzymy!
      Pozdrowienia noworoczne zasyłamy i uśmiech serdeczny na dokładkę!:-))

      Usuń
  3. Olga, Cezary..:) Dziękuję Wam za dotychczasowe współne chwile i mam nadzieję, że w przyszłym roku będzie ich jeszcze więcej i będzie jeszcze bardziej baśniowo...oby nam tylko pamięć dopisała. Szczęśliwego Nowego Roku!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I my Wam dziekujemy, ześmy się mogli odnaleźć i spotkać w tej internetowej przestrzeni, i że mielismy mozliwość wejścia do Waszego ciepłego świata, pełnego humoru i interesujących spostrzeżeń.
      I my mamy nadzieję, iż to wszystko będzie trwało i będzie coraz ciekawiej oraz coraz serdeczniej między naszymi blogami oraz w życiu...
      Wszystkiego najlepszego dla Was, kochani!:-))

      Usuń
  4. Życzymy Wam samych dobrych dni w Nowym Roku, Abyście mogli oderwać się od przeszłości i wrosnąć w przyszłość.
    Dosiego roku, niech nad Waszymi głowami świeci zawsze słońce.
    Zosia i Janusz

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zosiu i Januszu! Dziękujemy za Wasze serdeczne życzenia!:-))

      To prawda, że ciężko się oderwać od przeszłosci i życ tylko tym, co tu i teraz...Czasem to przeszkadza,bo uniemożliwia zakotwiczenie sie na dobre w tym, co nas otacza, ale czasem daje dziwne uczucie wolności i poczucia, że jeszcze się życie nie kończy i jeszcze możemy wszystko.
      Każdemu z nas towarzyszy przecież stale jakaś tęsknota za czymś, jakaś melodia, która woła z daleka...

      Niech nam wszystkim zawsze chce sie biec w stronę marzeń i nie bać sie ich realizacji. I niech to, co przeżywamy i przeżywać będziemy będzie dla nas najcudowniejszą i docenianą przez nas wielką przygodą życia!

      Wszystkiego dobrego!:-))

      Usuń
  5. Najwazniejsze, ze dotarliscie na czas w noc sylwestrowa, a drobne niedogodnienia wynagrodzil Wam, ten niezwykly pokaz sztucznych ogni.
    Przezyliscie niesamowita i niepowtarzalna przygode.

    Szczesliwego Nowego Roku:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, droga Ataner! Pokaz tych sztucznych ogni w Sydney był i jest niezapomnianym przeżyciem!
      Wczoraj ogladaliśmy go w telewizji i usmiechaliśmy sie do siebie mówiąc - A pamiętasz? Tam własnie byliśmy! To widzielismy na własne oczy! Czulismy zapach świateł i nocy. Czuliśmy niesamowite emocje innych ludzi wokół!
      To wszystko niby tak daleko, a wciąż tak blisko - w nas...

      Ataner!Ściskamy Cię oboje serdecznie, nowych, cudownych podróży Ci życząc i cudownych z nich wspomnień.

      Szczęśliwego, Nowego Roku!:-))

      Usuń
  6. Nowy rok przywitaliście wspaniale u boku gadatliwego pastora , w dodatku ojca ośmiorga dzieci :) i międzynarodowego teścia :)
    Mnie jakoś tłumy ludzi przerażają , ale spędzić sylwestra w SYDNEY to bym chyba dała radę jeszcze w letnich ciuchach zamiast kurtek i czapek :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nigdy nie zapomnę tego Sylwestra w Sydney! Inne sylwestry zlewają mi się w jedno...
      A co do pastora, to mimo tego, iz był dla nas tak miły, nie do konca mu ufaliśmy, gdyż zdarzają sie w Australii dziwne zaginięcia ludzi. Może właśnie tacy "mili" pastorzy zwabiają niewinne ofiary gdzieś na urwisko skalne i....Ach, co też wyobraźnia człowiekowie podpowiada!:-))

      Usuń
    2. Tego nie przewidziałam .
      Dobrze że nie poszliście z nim .

      Usuń
  7. Wyjątkowe miejsce,wyjątkowy czas i wybitnie wyjątkowe doznania chciałabym tam z Wami być pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. takie mi sie to wszystko teraz wydaje nierealne, jakbym to wszystko tylko wyśniła...

      Usuń

Serdecznie dziękujemy za wszystkie merytoryczne komentarze. Inne, a szczególnie te natrętne i napastliwe będą usuwane do spamu.

Etykiety

apel apel o pomoc asymilacja Australia autoanaliza bajka bal ballada baśń Beksińscy blog blogi Cesarzowa Ki chleb choroba czarny bez czas czerwiec deszcz dobro dom drama drama koreańska drewno dzieciństwo ekologia erotyk fajka film fotografie głodówka gospodarstwo Góry Flindersa grudzień Gwiazdka historia horror humor humoreska informacja inność internet Jacuś Jacuś. gospodarstwo Jacuś. lato jajka jesień kangury kastracja koala kobieta koguty komputer komunikacja konfitury koniec świata konkurs kot koziołek kozy Kresy kryminał kuchnia kulinaria kury kwiaty las lato lipa lis listopad łąka macierzyństwo malarstwo marzenie miasteczko odnalezionych myśli Mikołaj miłość Misia moda muzyka nadzieja nałóg natura Nowy Rok obyczaje ocean odchudzanie odpowiedzialność ogrody opowiadanie opowiastka opowieść pamięć park pasja patriotyzm pies pieśni piosenka płot początek podróż poezja Pogórze Dynowskie polityka poprawność polityczna porady prawda prezent przedwiośnie przepis przetwory przygoda przyjaźń psy psychologia recenzja refleksja relatywizm repatriacja reportaż Riverland rower rozmowa samotność sąsiedzi sens życia siano sierpień silna wola skróty słowa smutek South Australia strych szczęście śmierć święta świt tajemnica tekst piosenki teksty piosenek tęsknota uczucia upał urodziny uśmiech wędrówki węgiel wieś wiosna wirus woda wolność wrażliwość wspomnienia wspomnienie wychowanie zabawa zaproszenie zdrowie zielononóżki zielononóżki kuropatwiane zima zupa Zuzia zwierzęta życie życzenia