Tyle się dzieje u nas ostatnio w związku z nowym pieskiem, że trudno to wszystko opisać, streścić. Jestem nadal zmęczona po wczorajszym dniu i prawie nieprzespanej z powodu szczekania nocy, że trudno mi się skupić, ale spróbuję. Mocna kawa popijana między jednym a drugim akapitem powinna zdziałać cuda! Tym niemniej wszelkie ewentualne błędy w pisowni czy logice zdań wybaczcie, proszę!
I jeszcze jedno! Napiszę szczerze o wszystkim bez lukrowania i silenia się na sielankę. Bo wszelkie początki są zazwyczaj trudne i trzeba zdawać sobie sprawę, iż potrzeba dużo czasu, by zaczęły następować pozytywne zmiany, nieprawdaż?
Dlaczego Jacuś? Jadąc po Lawendusia (jeszcze wtedy tak go zwaliśmy) przez całą drogę zajmowaliśmy sie wymyślaniem imienia dla niego. No bo przecież piesek powinien mieć jak najszybciej swoje imię a my powinniśmy od razu tak do niego mówić, by go nauczyć i przyzwyczaić. Imion wymyślanych było całe mrowie. Aż w końcu wróciliśmy do pierwszego imienia, które przyszło nam do głowy. Do Jacusia. Takim poczciwym mianem Cezary okreslał dotąd czasami naszego capka, Łobuza Kurdybanka, który jednakże tylko na imię Łobuz zwykł reagować, Jacusiem wcale się nie przejmując. Ale Cezary bardzo to imię lubi a i mnie się też podoba. No i stwierdziliśmy, że swojsko i ciepło brzmiacy Jacuś będzie pasował do równie miło brzmiacego imienia naszej suni - Zuzi.
Z domu wyjechaliśmy po Jacusia o wpół do siódmej rano, nakarmiwszy pierwej koty, kury i kozy. Wydoiwszy meczące panny i poza Zuzią, będącą na straży gospodarstwa zostawiwszy całe zwierzęce towarzystwo w zamknięciu. Kury muszą być zamykane, kiedy nas nie ma ze względu na niebezpieczeństwo ataków jastrzębi i lisów. A kozy dostały tyle siana i suchego chleba, że im się żadna krzywda nie działa, tym bardziej, że dzień zapowiadał się deszczowy a więc zupełnie nie pastwiskowy.
Przed nami było do przejechania około 230 km. Jacuś bowiem przebywał na polu lawendowym położonym w wiosce na lubelszczyźnie. To okolice nieznane nam a więc podróżowaliśmy cały czas do mapy zaglądając, objazdami skomplikowanymi klucząc, za traktorami i ciężarówkami się niemożebnie wlokąc. Zatrzymalismy się tylko przy sklepie spożywczym, żeby kupić dla pieska jakieś smakołyki na przywitanie. Kilkadziesiąt kilometrów od celu podróży dołączyła do naszej wyprawy Arteńka, globtroterka i artystyczna dusza, autorka dwóch blogów. Arteńki dotąd nie znaliśmy, ale jak już poznaliśmy to poczulismy się, jakbyśmy znali ją od dawna. Taka to miła, sympatyczna i otwarta osoba. A Arteńka oraz Grażyna były właśnie tymi osobami, które to kilka dni temu ujrzały Lawendusia wśród łanów lawendy a potem zawiadomiwszy o wszystkim Hanę z Pastelowego kurnika spowodowały, że dowiedzielismy się o istnieniu białego, bezdomnego a jakże do naszej Zuzi podobnego pieska (serdecznie dziękujemy Wam za to kochane dziewczyny!).
I oto wkrótce już dzwoniłam także do pani Agnieszki, właścicielki owego lawendowego pola, zawiadomiłam ją, że za chwilę dojedziemy na miejsce.
Na miejscu od razu ujrzelismy białego psiaka, który zażywał akurat kapieli w stawiku i z radościa chłeptał zeń wodę. Przybiegł do nas z miejsca na wołanie, cmokanie, kucanie z wyciąganiem rąk połączone. Przybiegł ufnie, z machaniem ogona, łasząc się i spoglądając na nas serdecznie. Wygłaskaliśmy go na wszystkie strony. Smakołykami psimi poczestowaliśmy. Wzruszaliśmy się jego ufnością i urodą, dziwiąc się jakże ktoś mógł takiego pieska z zamochodu wyrzucić. Bo właśnie tak się zapewne z nim stało, o czym opowiedziała nam pani Agnieszka, która właśnie pojawiła się przy nas, zwalniajac się na chwilę z pracy i dojechawszy do domu. Mówiła, że Jacusia zauważyła u siebie na tarasie ponad tydzień temu o poranku. Miał brudny jeden bok, lekko kulał na przednią łapkę. Przerażony był a jednocześnie mocno do niej lgnący. Toteż przygarnęła go, miskę strawy mu ofiarując oraz kąt do spania. Ponieważ jednak sama miała już kilka swoich psów (z czego jeden bardzo o Lawendusia był zazdrosny) nie było mowy, by mógł u niej zostać na stałe. Dlatego ucieszyła się bardzo, że wyraziliśmy chęć wzięcia go i ofiarowania nowego domu na Podkarpaciu.
Niebawem pożegnalismy się serdecznie, zapraszajac, rzecz jasna, Lawendową Panią do czytania o dalszych losach białego pieska na naszym blogu a potem władowaliśmy się do samochodu i odjechaliśmy w siną dal. Cezary z Arteńką z przodu. Ja z pieskiem, który zaraz ułożył się na moich kolanach z tyłu. Ziajał biedaczek mocno a ślina kapała mu z pyska cały czas - tak, jak naszej Zuzieńce w fazie tuż przed wymiotami spowodowanymi chorobą lokomocyjną. Jednak zabezpieczona byłam prześcieradłem i szmatami na taką ewentualność. Pilnie obserwowałam jego zachowanie by uchwycić moment, gdy trzeba będzie reagować na jego sensacje żołądkowe. Ale one na szczęście nie wystapiły. Po kilkunastu minutach jazdy psina uspokoiła się i już tylko ziajała zmieniając co jakiś czas pozycje i zaglądając to w jedno okno, to w drugie. Niedługo potem pożegnaliśmy się czule z Arteńką (sprzedawszy jej pierwej dwadzieścia jajek oraz ofiarowując litr świeżutkiego, koziego mleka - a propos Arteńko, jak Ci smakowały nasze podkarpackie specjały?).
Jeszcze tylko kilkanaście kilometrów dalej, przy ruinach zamku w Krupem zatrzymalismy się na siusiu nasze i pieskowe, napojenie go wodą (zabraliśmy ze sobą miskę dla niego), dziesięciominutowy spacer po okolicy a następnie usadowilismy się wygodnie i ruszyliśmy w żmudną drogę powrotną. A potem pewnie z powodu zmęczenia, czy też mojego skupienia uwagi na Jacusiu a nie na znakach drogowych pobłądziliśmy i wlokąc sie w korkach przez Zamość, Szczebrzeszyn i Zwierzyniec znacznie wydłużyliśmy drogę.
Dopiero około szesnasnej dojechaliśmy do leżącej około 20 kilometrów od nas Kańczugi. Tam kupiliśmy śliczną, zieloną obrożę i smycz dla Jacusia (bo miał na sobie pożyczone na ten czas od Zuzi) a potem w ulewnym deszczu wzgórzami i polami pół godziny dokulaliśmy się wreszcie do naszego gospodarstwa.
Wyszłam z samochodu z Jacusiem i weszłam na naszą posesję, otwierajac skrzypiacą jak zwykle furtkę. Zuzia, która bardzo deszczu nie lubi, kuląc się w siekących kroplach wylazła z budy na nasze powitanie i cóż ujrzała? Swoją ukochaną panią z obcym psem! Szok, zdumienie, przykre niedowierzanie malujące sie na jej pyszczku były tak wyraziste, że aż zadrżałam! Na nic przyjazne machanie ogona Jacusia!Zuzia obwąchała go podejrzliwie a potem rzuciła się do gryzienia! Cezary wykaraskawszy się nareszcie z samochodu przybiegł na ratunek i rozdzielił szalone bractwo. Po czym ja odeszłam na bok z Jacusiem, by Zuzia mogła spokojnie przywitać się z panem a potem cała zlana deszczem schroniłam się we wnętrzu budynku gospodarczego. Tam przysiadłam na starej kanapie a Jacuś stał dygocząc u moich stóp i rozglądając się nerwowo wokół. Kozy w napięciu obserwowały Jacusia ze swoich boksów. Cóż to za nowy, biały stwór odwiedził ich koziarnię? Przyjazny on aby, czy też wrogi?
Tymczasem Cezary wraz ze zmokłą jak kura Zuzią także dołączyli do nas. Mój mąż usiadł przy mnie. Zuzia znowu wściekła się widząc przytulonego do mnie Jacusia. Znów musielismy interweniować. Jacuś struchlały wskoczył na kanapę między swoich nowych opiekunów a Zuzia ułożyła się na kupce siana naprzeciw, spogladając na nas tak pełnym wyrzutu spojrzeniem, że serce mi pękało a w głowie pojawiły się paniczne myśli, czy na pewno dobrze zrobiliśmy adoptując Jacusia...?
Wówczas, na szczęście, deszcz przestał padać i mogliśmy wyjśc na zewnątrz, by pokazać nowemu mieszkańcowi naszego gospodarstwa całe obejście i ogród. Mogliśmy też nareszcie wypuścić z kurników wszystkie kury. Otworzyłam im drzwiczki a one wyfrunęły radośnie na wolność ciesząc się świeżym powietrzem i swobodą. W tym czasie Jacuś stał za bramką oddzielajacą wybieg dla kur od ogrodu i pilnie obserwował kury. Widać było, że chyba nigdy jeszcze nie widział tak licznie zgromadzonego ptactwa. A jeśli i widział, to nie miał wobec nich zbyt przyjaznych zachowań, bo i teraz dygotał, poszczekiwał, oblizywał się i rwał do nich próbując sforsować bramkę. Mamy nadzieję, że nie jest to jeden z tych psów - zabójców kur. Nie wszystkie przecież psy nadają się do pokojowej współegzystencji z ptactwem i innymi zwierzętami gospodarskimi. Bedziemy musieli pilnie Jacusia obserwować, aby reagować natychmiast na każde jego podejrzane zachowanie i uczyć go szacunku dla naszego drobiu oraz kóz. Dlaczego i kóz? Ano dlatego, że jak pod wieczór wybralismy się z całą hałastrą na spacer do lasu Jacuś próbował rzucać się kozom do gardeł. Cezary trzymał go więc na krótkiej smyczy i słownie karcił za każde jego agresywne zachowanie. Zuzia takoż stawała dzielnie w obronie kozich przyjaciół. Kozy, na szczęście, też nie dały sobie w kaszę dmuchać. Zwłaszcza Brykuska i Łobuz chętnie pokazałyby białemu narwańcowi, gdzie raki zimują. Całe nastroszone podchodziły do niego patrząc na niego pełnym skupienia, lęku i wrogości wzrokiem. A gdy mimo wszystko Jacuś wykorzystał moment naszej nieuwagi i boleśnie ugryzł Brykuskę w nogę, ta odpłaciła mu się natychmiast porządnym bodnięciem w bok. Od tej pory psiak stracił nieco rezon i zaczął popatrywac na kozy z szacunkiem i pokorą.
Także kotom nie było dane zaprzyjaźnić się z miejsca z nowym psem. Biedne kociska, nie rozpoznawszy od razu, iż to nowy pies a nie znana im, neutralnie nastawiona Zuzia wyległy na moje powitanie łasząc sie i ocierajac, do misek z jedzeniem przypadając. A tu Jacuś, spuszczony już w międzyczasie ze smyczy, podskoczył do nich szczekajac, zębiska pokazując i chcąc pogonić bractwo, gdzie pieprz rośnie. Koty pognały na łeb na szyję do jedynego, bezpiecznego w takim momencie miejsca, czyli na strych budynku gospodarczego, skąd nie pojawiły się jeszcze aż do tej pory (mimo, iż mają uchylone z boku domu okienko, przez które zazwyczaj wskakują).
Po wydojeniu kóz, jak zwykle nalałam do miski Zuzi trochę mleka, za którym sunia wprost przepada. Także Jacuś, oczywiście, dostał swoją miskę i wychłeptał biały napój z takim smakiem, jakby jeszcze nigdy nie miał w pysku nic tak dobrego. Oba psy dostały też suchej karmy, którą zajadały w oddalonych od siebie kątach ogrodu, raz po raz popatrujac na siebie podejrzliwie. Zuzia pożarła swoją porcję pierwsza i czym prędzej przyskoczyła do miski Jacusia, odpędzając go i kończąc łapczywie jego porcję. To samo było z kośćmi. Oj, przytyje nam teraz niechybnie nasza suczka, żrąc za dwoje! Jacuś poddał się agresywno- egoistycznemu zachowaniu Zuzi bez szemrania. Położył się potulnie u stóp Cezarego i patrząc z miłością w jego oczy oczekiwał na dobre słowa i pieszczoty. Został więc serdecznie wygłaskany po białym łebku, co widząc Zuzia przybiegła zaraz i odpędziła białego intruza od nóg swego ukochanego pana. Biedny Jacuś położył się więc przy mnie. I popatrując na mnie nieśmiało, machał delikatnie ogonem. Kiedy tylko Zuzia nie patrzyła gładziłam go i przemawiałam do niego po cichu, szepcząc raz po raz jego imię.
Potem wreszcie oba psy uspokoiły się i wzdychając cieżko zasnęły. Długo jeszcze siedzieliśmy z Cezarym przed budynkiem gospodarczym, słuchając cykania świerszy i kumkania żab, ciesząc się ciepłym, pogodnym wieczorem, odzyskanym, cudownym spokojem i pragnąc by trwał ten stan jak najdłużej. A gdy wreszcie zrobiło się zupełnie ciemno podnieślismy się cieżko z ławy i zamknąwszy kurniki poszliśmy do domu na spoczynek. Zuzia pobiegła za nami. Jacuś spał jak zabity pod daszkiem budynku gospodarczego. Na wszelki wypadek, gdyby miało w nocy padać i by w razie czego miał się gdzie schronić, zostawiliśmy mu uchylony budynek gospodarczy i do dyspozycji dużą budę Zuzi.
Jeszcze chwilę pokrzątalismy się po domu, zjadajac coś i półprzytomnie spogladając przy tym na pełnego nowych komentarzy bloga. Głowy pękały nam od nadmiaru emocji i zmęczenia. A potem poszliśmy nareszcie spać, pragnąc wyspać się za wszystkie czasy i wstać rano z nowym zapasem sił i ochoty do życia.
Cezary spał jak zabity, chrapiąc rozgłośnie. Nasza psina także pogrążona była w kamiennym śnie, leżąc wyciągnięta na dywanie w sypialni. Jednak około pierwszej w nocy przebudziła się i i liżąc mnie po twarzy zmusiła do wstania i wypuszczenia jej na zewnątrz. Jacuś stał pod drzwiami wejściowymi, także widocznie nie mogąc już spać. Obwąchali się z Zuzią dokładnie, pomachali nawet ogonami a potem pobiegli do ogrodu razem znikając natychmiast w ciemnosciach egipskich. Ja ledwo żywa powlokłam się do łóżka, gdzie zasnęłam natychmiast snem sprawiedliwych.
Około trzeciej w nocy obudziło mnie jazgotliwe, piskliwe poszczekiwanie Jacusia. Próbowałam spać mimo wszystko, nakrywając się kołdrą aż po czubek głowy. Nie było mi to jednak dane. Jacusiowy, wyrazisty szczek wwiercał mi się w mózg, zwiększajac dodatkowo nieustający, uporczywy ból głowy. Zwlokłam się więc znowu z mego łoża boleści i sprawdziłam, dlaczego biały piesek tak szczeka? I co ujrzałam? Zuzię smacznie śpiacą w swojej budzie (a przynajmniej udatnie udającą mocny sen) i Jacusia, stojącego przy wejściu do budy i usiłującego śpiącą królewnę stamtąd wywołać. Może wcześniej usiłował wcisnąć się jej do budy a ona go odpędziła? Nie wiadomo. Tak czy siak przez kilka godzin jeszcze poszczekiwał tak i poszczekiwał a ja wróciwszy do sypialni przewracałam się z boku na bok, nijak nie mogąc usnąć. Wreszcie, już gdy zaczęło się o świtaniu przejaśniać, zasnęłam na moment. Około piątej obudziła mnie gwałtowna ulewa. Pobiegłam zobaczyć, co tam z psami. Nieszczęsny Jacuś, zamiast schować się w otwartym specjalnie dla niego budynku gospodarczym spał skulony pod stołem na zewnątrz owego budynku i mókł, bo deszcz siekł mocno na wszystkie strony. Zuzia spała jak gdyby nigdy nic w budzie. Zawołałam więc czym prędzej psie bractwo do domu. Zuzia natychmiast ułożyła się na łóżeczku a Jacusiowi pościeliliśmy w przedpokoju, żeby nie było między psami od rana awantur z powodu zazdrości o nasze łoże. Zasnął tam smacznie i śpi do tej pory, wyciągnięty jak długi.
Zaczął się nowy dzień. Zobaczymy, jaki on będzie? Co nowego wydarzy się między Jacusiem, Zuzią i resztą zwierzyńca? Jakie będą postępy w jego oswajaniu się z nowym miejscem. Widać, że ten psiak bardzo pragnie być kochany i zrobi wszystko by na tę miłość zasłużyć. Jest w zupełnie nowym dla siebie miejscu, gdzie rządzą nieznane mu prawa i obyczaje. Nie wie jeszcze, jaka panuje u nas hierarchia ważnosci. Co wolno a czego nie wolno robić? Co jest dobre a co złe? Zauważyliśmy, że psiak jest bardzo nerwowy i boi się wszystkiego. Pewnie w poprzednim swoim miejscu był bity, bo reaguje lękowo na wyciągniętą do niego nagle rękę. Gdyby umiał mówić, na pewno opowiedziałby nam niejedną, smutną historię ze swojego dotychczasowego żywota. Dostrzegamy także, że potrafi wiele rzeczy. Od razu nauczył się swego nowego imienia. Reaguje nań posłusznie i radośnie przybiega, gdy się go woła "Jacuś". Umie podawać łapę i siadać oraz kłaść się, gdy mu się to każe zrobić. Wszystkiego jest ciekawy. Obserwuje pilnie Zuzię i kiedy ta szczeka, gdy obok naszego obejscia ktoś przechodzi czy przejeżdża, ten przy płocie szczeka czujnie razem z nią.
Najważniejsze jest dla nas by się z Zuzią zaakceptowali a może i polubili. By Jacuś poczuł się dobrze i bezpiecznie u nas i by reszta naszych zwierząt tak samo czuła się przy nim. Będziemy robić wszystko by tak się stało. Na pewno zajmie to dużo, dużo czasu. Ale przecież mamy czas i dużo cierpliwosci oraz ciepłych uczuć dla Jacusia w naszych sercach. Miejmy nadzieję, że wreszcie wszystko ułoży się dobrze...
Aktualizacja:
Godzina 10 z minutami, środa 14 dzień lipca. Jacuś się obudził i Zuzia też. Wyszli razem na dwór obwąchując się bez żadnej agresji. Pogłaskałam jednocześnie oboje i to też nie wywołało u Zuzi złości. Teraz pieski zajadają suchą karmę z misek. Słońce uśmiecha się nieśmiało spoza chmur...