Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Aborygeni. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Aborygeni. Pokaż wszystkie posty

piątek, 15 lutego 2019

Aborygeni – lud zamierzchły, lud współczesny



rzeźba przedstawiająca aborygeńskiego szamana , zdjęcie wykonane w pobliżu masywu "Trzy siostry" w Górach Błękitnych w Nowej Południowej Walii



- Czy tylko poprzez fakt, że spędziłam kilka lat w Au wiem coś więcej na temat Aborygenów?
Nie wiem. Każdy kogo ciekawi ten temat może o nim równie dobrze napisać czerpiąc informacje z książek czy Internetu. Jest tego bardzo dużo.
- Czy spotkałam któregoś z Aborygenów osobiście, czy wymieniłam choć słowo, spojrzenie?
- Widziałam zaledwie kilkoro z nich w miejscowościach leżących w Południowej Australii, zwłaszcza w Port Augusta, gdzie najzwyczajniej w świecie robili zakupy w sklepie. Podglądałam ich wówczas nieśmiało, nie chcąc by odebrali mój wzrok jako wścibstwo, pustą ciekawość, irytujące gapiostwo.
- Czy zrobiłam im choć jedno zdjęcie?
Nie. Nie odważyłam się. Po pierwsze dlatego, iż wiedziałam, że nienawidzą fotografowania ich niczym małp w cyrku (a robiono im tak przez wiele dziesięcioleci), a po drugie to dla nich pewien rodzaj tabu. Fotografia odbiera duszę. Pozwolenie komuś na sfotografowanie siebie to dowód zaufania i zażyłości.  Oni tak to czują.  I wcale się im nie dziwię. Też nie chciałabym ani nikt obcy mnie fotografował.
Dlatego też nie chciałam robić nic wbrew nim. Już dość im przecież biali krzywdy zrobili. Moim zdaniem, należy się tym ludziom szacunek i święty spokój.
- W takim razie dlaczego odważam się podjąć temat Aborygenów?  Czy nie napisano już na ich temat wszystkiego?
- Napisano. I ja także na tym blogu już kilkukrotnie o nich wspominałam. Jednakże to bardzo ciekawy i wielopłaszczyznowy temat. A ponadto każda rzecz na świecie ma swój awers i rewers. Stronę jasną i ciemną. Ukazywanie tylko jednej strony medalu byłoby wobec tego zakłamywaniem, wybielaniem rzeczywistości. A zatem ilekroć piszę o wyjątkowości i pięknie australijskiego lądu, tyle razy mam też ochotę poruszyć temat wstydliwych, haniebnych wręcz kart w historii tego kontynentu. A taką kartą było między innymi dwustuletnie traktowanie Aborygenów niczym zwierząt, czy też znacznie gorszej od białej czarnej rasy ludzkiej. 


 zdjęcie z Internetu

   Niegdyś ten lud zamieszkiwał całą Australię. Nie niepokojony przez nikogo. Wolny. Wierny swym wierzeniom i tradycjom. Ufny w mądrość plemiennych obyczajów. Zespolony duchem z ziemią i niebem. Mobilny, bo nie gromadzący żadnych dóbr, które by go obciążały. Nie łaknący postępu ani żadnych dóbr materialnych. Posługujący się zaledwie kilkoma narzędziami. Szanujący przyrodę ożywioną i nieożywioną. Pewny, że tak będzie zawsze, bo tak przecież było od ponad 50 tysięcy lat (A wg niektórych znalezisk archeologicznych przodkowie Aborygenów żyli na terenie kontynentu od ponad 100 tys. lat i prowadzili nie tylko koczowniczy, ale i osiadły tryb życia. Opis ciekawych odkryć na ten temat znaleźć można tutaj: https://nowosci.com.pl/kamienne-miasto-aborygenow/ar/11319291) .
 

   Dawne czasy żyły w  przekazywanych ustnie opowieściach i mitach, w znakach pogody, w rysunkach naskalnych, w zwierzętach totemicznych, w codziennych rytuałach, czy też w Czasie Snu. W mitologii Aborygenów Czas Snu był epoką, w której boskie istoty stworzyły ziemię, człowieka, rośliny, zwierzęta i ustanowiły naturalny oraz prawny porządek świata. Wszelkie wydarzenia z Czasu Snu istnieją w równoległym świecie – w przeszłości, teraźniejszości i spełnią się ponownie w nieokreślonej przyszłości. Właśnie śniąc, można się do Czasu Snu przedostać i porozumieć z przebywającymi tam mitycznymi przodkami – Tęczowym Wężem, Człowiekiem Gromem, Wandjiną, Siostrą Wagilak i wieloma innymi. O ich wizerunek mieli dbać aborygeńscy strażnicy, uwieczniać je na skałach w określonych kształtach i kolorach, pilnować aby nie zanikły nawet po długim czasie. Malowali przy pomocy pędzelka, patyka, pęku włosów albo po prostu palcami. Używali tylko czterech kolorów: czerni, bieli, żółtego i brunatnego. Czerń otrzymywali z sadzy i węgla drzewnego, biel – z wapna i glinki kaolinowej. Źródłem barwy żółtej była glinka hematytowa, która występuje tylko w kilku miejscach w Australii. Brunatny kolor dawała powszechna na kontynencie ochra. Aborygeni uzyskiwali ok. 30 jej odcieni, mieszając z różnymi rodzajami soku lub wypalając w określony sposób. Kolory te były święte i każdy miał inne znaczenie.

 stado strusi w Górach Flindersa w Południowej Australii
 

   Dla Aborygenów świat to jedno wielkie plemię, jedna harmonijna całość, natomiast płaska jak stół ziemia istniała od zawsze, zatem nie musiała być stwarzana. Przodkowie w Czasie Snu tworzyli ludzi, ale i wzgórza, groty, skały, strumienie, drzewa, jeziora i zwierzęta.



    Kiedyś na żyznych, nadmorskich terenach stanu Victoria, którego stolicą jest Melbourne mieszkało kilka wielkich plemion. Dziś, niestety, rzadko spotyka się tam Aborygenów. Trzeba pojechać na południe albo na północ Australii by mieć większą szansę na zobaczenie przedstawicieli tego najstarszego na świecie ludu. Miałam okazję być w kilku miejscach odwiedzanych niegdyś często przez Aborygenów, na terenach świętych i tajemniczych, pełnych wspomnień o dawnych czasach, legend i tęsknoty za przeszłością(np.  Hanging Rock, Blue Mountains, Góry Grampians, Góry Flindersa, Góry Otway). Ogarniało mnie tam wzruszenie i żal, że jedynymi świadkami czasów, gdy Aborygeni żyli tam swobodni i szczęśliwi pozostały tylko te góry, skały i wodospady. A żeby dowiedzieć się jak było tam kiedyś trzeba wsłuchać się w mowę skał, w szum wiatru i eukaliptusów, dotrzeć do legend i mitów aborygeńskich, gdyż one nadal szepczą  o tym, co działo się tam przez kilkadziesiąt tysiącleci zanim przyjechał do Australii biały człowiek i przekonany o wyższości swej cywilizacji zaprowadził  dziwne i okrutne porządki…




Góry Grampians w stanie Wiktoria

  Biali kolonizatorzy mają na sumieniu wiele grzechów. Pierwszy i najgorszy z nich to zajęcie najlepszych terenów w Australii i wyrugowanie stamtąd rdzennych plemion aborygeńskich oraz spychanie autochtonów w głąb suchej i nieprzyjaznej części kraju. Europejscy osadnicy przywieźli ze sobą takie zdobycze cywilizacji jak ludobójstwo, choroby, nałogi, biedę, obowiązek pracy, a przede wszystkim poczucie wyższości uprawniające ich do niszczenia kultury aborygeńskiej, do narzucania swojej religii, do przymusowej asymilacji „dzikich” a co za tym idzie odbierania aborygeńskim matkom dzieci i umieszczania ich w sierocińcach aby zapomniały tam o swej tożsamości, przestały czuć więź z członkami własnego plemienia i stały się użytecznymi pracownikami, potulnymi sługami wypełniającymi wszystkie rozkazy rasy panów. Może obiło się Wam gdzieś o uszy wyrażenie „skradzione pokolenie”(„stolen generation”)? Dotyczy ono aborygeńskich (ale nie tylko, ponieważ podstępnie wywożono też z Wielkiej Brytanii białe dzieci) dzieci w latach 1900 – 1970 zabiernanych od rodziców i umieszczanych w przytułkach, internatach albo adoptowanych przez białe rodziny. Były tam traktowane jak darmowa siła robocza. Często bito je i wykorzystywano seksualnie. Kto chciałby dowiedzieć się czegoś więcej na ten temat temu polecam gorąco obejrzenie australijskiego filmu fabularnego z 2003 roku pt. „Polowanie na króliki” („Rabbit Proof Fence”). Opowiada on przejmującą historię trzech dziewczynek aborygeńskich, które w latach trzydziestych dwudziestego wieku siłą wywiezione do takiego sierocińca postanowiły uciec i wrócić do swych matek przemierzając 1500 km spalonych słońcem bezdroży i wędrując wzdłuż płotu, dzielącego Australię na pół a mającego chronić ją przed plagą królików.


   W chwili, gdy pod koniec osiemnastego wieku angielski podróżnik James Cook dotarł do wschodnich wybrzeży kontynentu australijskiego mieszkało tam od kilkuset tysięcy do miliona Aborygenów.  Prowadzili zbieracko-łowiecki, koczowniczy tryb życia. Odżywiali się prosto, ale zdrowo. Podstawę ich diety stanowiły nasiona, orzechy makadamii, zioła, korzenie, owoce oraz jadalne liście rosnące w buszu, larwy owadów, mięso kangurów i strusi, dzikie ptactwo, węże, żółwie i ryby. To wszystko zapewniało tubylcom zdrowie, dawało poczucie trwałości, bezpieczeństwa i spokoju.
   Później na skutek eksterminacji prowadzonej przez kolonizatorów ich populacja zaczęła szybko spadać. W latach trzydziestych dziewiętnastego wieku było ich już tylko 67 tysięcy. Obecnie żyje ich w Australii około 250 tysięcy..

 zdjęcie z Internetu

   Dopiero w 1967 roku Aborygenom została przyznana pełnia praw obywatelskich, fundusze na opiekę socjalną i edukację a także zaczęto im zwracać część ziemi.

   W 1971 roku aborygeński artysta Harold Thomas zaprojektował flagę australijskich Aborygenów. Górny, czarny pas flagi symbolizuje rdzennych mieszkańców kontynentu, dolny – czerwony, australijską ziemię, pośrodku flagi zaś umieszczono żółtą kulę symbolizującą słońce. W 1995 roku flaga ta została zaakceptowana przez rząd Australii jako jeden z symboli narodowych tego państwa.

zdjęcie z Internetu

   W 2008 roku australijski premier Kevin Rudd w parlamencie australijskim przeprosił za wieloletnie praktyki dyskryminacji i prześladowania wobec rdzennej ludności Australii. Powiedział wówczas: „Przepraszamy, że jako dzieci zostaliście zabrani swoim rodzicom i umieszczeni w instytucjach, w których tak często doświadczaliście molestowania. Przepraszamy za cierpienie psychiczne, głód emocji i zimny brak miłości, czułości i troski.” Oglądałam wówczas jego wystąpienie w australijskiej TV. Widziałam szczerość w oczach Rudda i jego chęć zmiany na lepsze obecnego stanu rzeczy. Patrzyłam na twarze zgromadzonych w parlamencie oraz przed ekranami telebimów Aborygenów. Ich oczy były pełne łez. Czekali na te przeprosiny bardzo długo. Na uznanie ich za takich samych, jak biali ludzi. Na należny im szacunek. Na zwrócenie im świętych ziem oraz umożliwienie życia według ich potrzeb i zasad. 


zdjęcie z Internetu 

   Za tymi przeprosinami miały pójść nowe, korzystne dla Aborygenów ustalenia prawne oraz zmiana w postrzeganiu Aborygenów przez białych. Okazuje się jednak, iż od momentu przemówienie Rudda niewiele się tam zmieniło. Nadal prym wiedzie dyskryminacja rasowa. Nadal wiele osób postrzega ciemnoskórych autochtonów jako przestępców, spekulantów, prymitywnych leni i nieuków albo zdemoralizowanych i niewdzięcznych osobników. Widać to także wymiarze sprawiedliwości, który dyskryminuje autochtonów. Według wskaźników, mimo że Aborygeni stanowią zaledwie 3 proc. spośród 24 milionów mieszkańców Australii, jednocześnie stanowią aż 27 proc. skazanych więźniów. Natomiast jedyny formalny przedstawiciel aborygeńskiej społeczności - Narodowy Kongres Pierwszych Ludów Australii, jest przez rząd w Canberze lekceważony a jego rady i zalecenia względem polepszenia losu Aborygenów zupełnie nie są brane pod uwagę. Aborygeni nadal są nierozumiani, nadal irytują odmiennością swych zachowań i obyczajów. Przykładem tego jest np. fakt budowania dla przez rząd domów dla Aborygenów i oczekiwania, iż osiedlą się tam na stałe a potem będą dbać o swoje mienie. A przecież naturą tego rdzennego ludu Australii jest wędrowanie i nieprzywiązywanie się do rzeczy materialnych. Źle się czują tkwiąc wciąż w jednym, na dodatek narzuconym sobie, miejscu. Ponadto zgodnie z wierzeniami aborygeńskimi, kiedy w domu ktoś umiera, to wraz z nim umierają wszystkie sprzęty i przedmioty w nim zgromadzone. Takie miejsce należy opuścić  a najlepiej spalić, gdyż dopiero wtedy zmarły może opuścić ziemię i przejść do krainy przodków.

Hanging Rock - świete miejsce Aborygenów

   Na wiele rzeczy jest już chyba za późno. Los Aborygenów zdaje się przesądzony. Nie potrafią a pewnie i nie chcą zasymilować się z resztą australijskiego społeczeństwa. Za późno też dla nich na powrót do tradycyjnego życia tubylców. Nie da się przecież odciąć zupełnie od współczesności, zamieszkać w buszu i żyć jak gdyby białych nigdy w Australii nie było. Są. A wraz z nimi istnieją miasta pełne wieżowców. Autostrady pełne warkotliwych, śmierdzących aut. Kasyna pełne automatów do gier. Mafie narkotykowe docierające swymi mackami do najmniejszych nawet osad. Góry plastiku zatruwające powietrze. Jedzenie pełne tłuszczu, cukru, soli, sztucznych barwników i konserwantów.
   Doszło do tego, że większość mieszkańców aborygeńskich osad nie ma pojęcia o tym, jak znaleźć pożywienie w buszu, jak przetrwać z dala od cywilizacji. Odarci ze swojej tradycji i tożsamości, poranieni wewnętrznie, zdani na truciznę cywilizacji gubią się zupełnie. Organizowane są dla nich (przez białych!) specjalne kursy i szkolenia na ten survivalu. Jednak nie cieszą się zbyt wielką popularnością.
  
typowa dla Australii, żółta, ziemista droga

   Dziś większość Aborygenów żyje w slumsach wielkich miast, w rezerwatach albo w osadach aborygeńskich. Tam wielopokoleniowe, wieloosobowe rodziny tłoczą się w maleńkich domkach często bez kanalizacji i elektryczności. Przeważająca ich większość nie pracuje. Tylko kilka procent aborygeńskich dzieci kończy szkoły średnie. Codzienność aborygeńską w tych położonych w upalnym interiorze terenów spowija apatia, brud, marazm i przygnębienie. Otumaniają narkotyki i alkohol. Coraz większa panuje tam agresja, coraz liczniejsze są samobójstwa, gwałty oraz rozboje. Plenią się typowo cywilizacyjne choroby takie jak cukrzyca, otyłość, nadciśnienie a nade wszystko depresja. Przeciętny Aborygen żyje 17 lat krócej niż biały. Duża jest także śmiertelność wśród ich niemowląt.


typowe pamiątki z Australii 


   O parze współczesnych młodych Aborygenów wegetujących we współczesnym świecie w przejmujący sposób opowiada np. australijski film z 2009 r. pt. „Samson and Delilach” Warwicka Thorntona.


   Na szczęście jakiejś części Aborygenów udało się wyrwać z tego stanu beznadziejności i osiągnąć coś w świecie białych albo też być głosem swego ludu, domagającym się praw i szacunku dla rdzennych mieszkańców Australii. Niektórzy pracują jako strażnicy i przewodnicy w parkach narodowych. Jeszcze inni zajęli się tworzeniem muzyki, pisaniem prozy i poezji, malarstwem czy też sportem. Poniżej przedstawiam sylwetki kilkorga najciekawszych reprezentantów tego tubylczego ludu, który walczy o swoje prawa i tożsamość, który próbuje istnieć mimo wszystko. 

 poetka Oodgeroo Noonuccal

Nieszczęsna rasa

Mówi dziki człowiek
Biały człowieku, należysz do nieszczęsnej rasy
Ty sam odszedłeś od natury i ustanowiłeś prawa cywilizacji
Ty sam zniewoliłeś siebie, jak zniewoliłeś konia i inne dzikie stworzenia
Dlaczego, biały człowieku?
Wasza policja zamyka twoje plemię w domach z kratami
Widzimy biedne kobiety szorujące podłogi u bogatych kobiet
Dlaczego, biały człowieku, dlaczego?
Wyśmiewasz się z „biednych czarnuchów”, mówisz, że mamy być tacy jak ty
Mówisz, że mamy porzucić dawną wolność i swobodny czas
Że mamy być cywilizowani i pracować dla ciebie
Dlaczego, biały człowieku?
Zostaw nas w spokoju, my nie pragniemy
Twoich krawatów ani kołnierzyków, nie potrzebujemy
Twojej codziennej rutyny ani obowiązków
Pragniemy dawnej wolności i radości, która mieszka wszędzie
Poza twoją nieszczęsną rasą, biedny biały człowieku

Powyższy wiersz jest autorstwa Oodgeroo Noonuccal, znanej też jako Keith Walker (1920-1993), poetki i aktywistki aborygeńskiej z plemienia Noonuccal. Wychowywała się na wyspie Stradbroke koło Brisbane, gdzie rodzice uczyli ją szacunku dla natury i umiejętności przetrwania w buszu. Wiodła szczęśliwe życie do czasu pójścia do szkoły, gdzie, gdy okazało się, iż jest leworęczna prześladowano ją i bito za to, zmuszając od pisania prawą ręką.  Chcąc pomóc rodzicom przez kilka lat w domach bogatych białych zatrudniała się jako służąca. Chciała zostać pielęgniarką, ale jako Aborygence nie wolno jej było dalej się kształcić. Przez całe swoje życie walczyła o polepszenie losu Aborygenów. Była pierwszą Aborygenką, której wydano tomik poezji (We Are Going, 1964). Podróżowała do wielu krajów świata, gdzie czytała swoje wiersze, opowiadała o życiu współplemieńców. Wykładała na uniwersytecie. Otrzymała doktoraty honoris causa od wielu instytucji . W 1988 roku w akcie protestu przeciw świętowaniu dwustuletniego osadnictwa na ziemiach australijskich zwróciła nagrodę MBE, którą osiemnaście lat wcześniej dostała od królowej angielskiej. Powiedziała wówczas, że z punktu widzenia zdegradowanych do roli zwierząt, wyzutych z godności, okradzionych z tradycji i pozbawionych ziemi Aborygenów naprawdę nie ma powodu do żadnego świętowania takich rocznic.


malarz Albert Namatjira

   Pierwszym znanym aborygeńskim malarzem był Albert Namatjira (1902-1959).  Urodził się wśród ludu Arrernte w Hermannsburgu, niedaleko Alice Springs na ziemi zarządzanej przez misję luterańską. Jako nastolatek ożenił się z Aborygenką o imieniu Rubina i miał z nią siedmioro dzieci. Na co dzień zajmował się różnymi pracami dorywczymi. W połowie lat trzydziestych do jego osady trafiło dwóch artystów z Melbourne, którzy w zamian za pokazanie kilku pięknych plenerów zgodzili się nauczyć go swojego sposobu malowania farbami akwarelowymi. Albert okazał się bardzo pojętnym uczniem i już kilka lat później miał swoją pierwszą wystawę w Melbourne. Jego tak inne od tradycyjnego, „kropkowanego” malarstwa tubylczego obrazy w szybkim czasie stały się sławne i rozchwytywane przez największe galerie sztuki na całym świecie. Jak na Aborygena stał się bardzo bogaty. Nareszcie mógł pomagać swojej rodzinie i członkom swego plemienia. Wyjątkową twórczością Namatjiry zachwycała się nawet królowa angielska. 

 jeden z obrazów A. Namatjiry

   Swojej sławie zawdzięczał fakt przyznania jemu i jego żonie(jako pierwszym Aborygenom) w 1957 obywatelstwa australijskiego. Jako obywatel australijski zyskał m.in. prawo do głosowania, kupna ziemi, domu oraz alkoholu. I to właśnie sprawa owego nieszczęsnego alkoholu zniszczyła mu życie. Otóż jego współziomkowie oczekiwali, że będzie dzielił się z nimi mocnymi trunkami, gdyż w zamieszkiwanych przez nich rezerwatach panowała zupełna prohibicja a za posiadanie alkoholu tubylcom groziła kara więzienia. W 1958 roku policja oskarżyła Alberta o dostarczanie rumu Aborygenom. Nie uwierzyła Namatjirze w jego zapewnienia o niewinności. Uwięziono go na kilka miesięcy. Pobyt w więzieniu tak przybił Namatjirę, że wkrótce po wyjściu z niego zmarł na serce.

Cathy Freeman na olimpiadzie w Sydney w 2001 roku

Cathy Freeman, to urodzona w 1973 roku lekkoatletka, biegaczka. Była pierwszą osobą pochodzenia aborygeńskiego, która wygrała złoty medal Wspólnoty Narodów oraz rywalizowała na olimpiadzie (Barcelona 1992).W 1996 roku zdobyła srebrny medal w Seulu a w 2001 złoty medal olimpijski w Sydney. Po zwycięstwie, podczas rundy honorowej, biegła z dwoma flagami: oficjalną australijską oraz nieoficjalną, którą posługują się Aborygeni. Ten gest miał być symbolem pojednania między białymi i czarnymi mieszkańcami Australii a także apelem, iż najwyższy czas by rząd australijski przeprosił Aborygenów za wieki prześladowań. Ówczesny premier John Howard nie był gotowy na takie przeprosiny a nawet zakazał wszelkich manifestacji politycznych związanych z Aborygenami. Jednakże podczas tego samego uroczystego zamknięcia igrzysk olimpijskich w 2001 r. wystąpił zespół australijski „Midnight oil”, który zaśpiewał piosenkę o winach białych kolonizatorów, o nędzy i nieszczęściu rdzennej ludności Australii. Członkowie zespołu ubrani byli w czarne stroje z napisem „sorry”. Ogromna publiczność zgromadzona na stadionie doskonale zrozumiała przekaz tej pieśni i wymowę czarnych strojów. Wszyscy czuli, że najwyższy już czas na zmiany, że nie da się dłużej zamiatać pod dywan problemu Aborygenów.







pieśniarz i kompozytor Archie Roach

Archie Roach – urodzony 1956 r. w Mooroopnie w środkowej Victorii aborygeński muzyk, kompozytor, autor tekstów piosenek oraz działacz społeczny na rzecz Aborygenów. Wraz z dwoma siostrami jako czteroletni chłopiec został odebrany swoim rodzicom i wywieziony do sierocińca prowadzonego przez misję chrześcijańską. Później adoptowała go rodzina szkockich emigrantów z Melbourne,  dzięki której nauczył się grać na gitarze i instrumentach klawiszowych. Mając piętnaście lat skontaktował się ze swoją siostrą, która poinformowała, że właśnie umarła ich rodzona, niewidziana od dawna matka. Ta informacja tak go załamała, że uciekł z domu swoich opiekunów i przez czternaście lat błąkał się po najciemniejszych zaułkach miasta i wraz z innymi bezdomnymi pił każdy rodzaj alkoholu jaki tylko udało mu się zdobyć. Obecnie Roach wraz z żoną i dziećmi mieszka w Berri w Australii Południowej. Jego dom stał się schroniskiem dla chcących wyjść na prostą owładniętych narkomanią, alkoholizmem albo depresją Aborygenów.
Najbardziej znaną piosenką Archiego Roach jest: „Took The Children Away” („Zabrali dzieci”). Poniżej sama piosenka oraz fragment znalezionego w Internecie jej tłumaczenia.



Zabrali dzieci

„Ta historia jest prawdziwa
Nie powiedziałbym ci kłamstwa
Jak oni, którzy nie dotrzymali obietnic
Jak oni, którzy ogrodzili nas jak owce.
Powiedzieli nam, przyjdź, podaj nam rękę
Wysłali nas na ląd misyjny.
Nauczyli nas czytać, pisać i modlić się
Potem zabrali dzieci daleko, zerwali z piersi matki
Powiedzieli, że to jest najlepsze
Zabrali je.
Czekał je przymusowy dobrobyt
Powiedzieli, że musimy to zrozumieć
Damy twym dzieciom to, czego ty nie możesz dać
Nauczymy je, jak naprawdę żyć.
Nauczymy, jak żyć, tak powiedzieli
Zamiast tego upokorzyli je
Nauczyli je tego i tamtego
Ale nie oduczyli się uprzedzeń.
Zabrali dzieci, dzieci są daleko
To łamie serca ich matek
Rozerwali nas wszystkich…”

 

pieśniarz Gurrumul Yunupingu

   I na koniec chcę jeszcze przedstawić ostatnią interesującą, lecz niestety, tragiczną postać aborygeńskiego muzyka, którego piosenek lubię słuchać. Geoffrey Gurrumul Yunupingu (1971-20017), był  niewidomym od urodzenia aborygeńskim piosenkarzem i kompozytorem oraz autorem tekstów śpiewanych przez siebie pieśni. Grał na gitarze, perkusji, klawiszach i digderidoo. Gurrumul urodził się w Galiwin'ku, na wyspie Elcho , u wybrzeży Arnhem Land. Większość utworów śpiewał w języku plemienia Yonlgu. Nie potrafił za dobrze mówić po angielsku i był bardzo nieśmiały. Zdobył wiele nagród muzycznych, w tym prestiżową dla najlepszego, niezależnego artysty Australii. Ciekawostką jest to, iż w 2011 roku występował w Sali Kongresowej w Warszawie.
   Po jego przedwczesnej śmierci (chorował na nerki i wirusowe zapalenie wątroby a jako Aborygen miał o wiele gorsze możliwości leczenia, niż biały) rodzina G. Yunpingu wbrew aborygeńskiej tradycji, zgodnie z którą po śmierci imię zmarłego staje się niewymawialnym tabu pozwoliła na dalsze używanie wizerunku i imienia Gurrumula, stwierdzając, że jego osoba i twórczość były dobrem narodowym, a jego śpiewane w starym, aborygeńskim narzeczu pieśni nie powinny być nigdy zapomniane, tak jak nie powinny być zapomniane tradycje, języki i obyczaje tego najstarszego na świecie ludu…



piątek, 1 lutego 2019

Wspomnienia z Wilsons Promontory…




   Obejrzawszy niedawno w Internecie kolorowe fotografie półwyspu Wilsons Promontory, najbardziej na południe wysuniętej części australijskiego lądu, nabrałam ochoty by przeszukać domowe archiwum zdjęć i odnaleźć foldery poświęcone naszym podróżom do tego pełnego urokliwych plaż i skalistych gór miejsca.  Odnaleźć oraz odświeżyć sobie to, co czas zaciera już w pamięci, wyłuskać z tego coś ważnego i ciekawego a przy okazji wartego opisania na blogu.


   I oto oglądam zdjęcia wykonane przed dziesięcioma laty.  Przypominam sobie tamten lutowy dzień. Od świtu niebo zaciągnięte było chmurami i lekko mżyło. Jednak to w niczym nie zniechęcało takich jak my podróżników, którzy z doświadczenia wiedzieli, iż taka aura zapowiada w Australii rychłe, przeważnie okołopołudniowe rozpogodzenie.  W niespełna trzy godziny pokonaliśmy dystans 200 km dzielący nas od celu naszej wyprawy a zaparkowawszy jeepa na terenie parku narodowego Wilsons Promontory wyruszyliśmy prowadzącym przez busz szlakiem w stronę północnej, nie widzianej jeszcze nigdy dotąd plaży.





   Napotkany po drodze kangur podglądał nas spoza gęstwiny traw a przycupnięta na suchej gałęzi eukaliptusa kukubara trwała w spokojnym półśnie. Wreszcie spoza gąszczu uschniętych zarośli, pożółkłych  paproci, obsypanych kwitnącymi szyszkami banksji oraz imponująco dorodnych drzewotraw ukazał się nam rozległy widok na zatokę.






  
   Leżącą przy niej plażę cechowała zupełna dzikość, bezludność, duża ilość ciekawych w kształcie i kolorystyce skał oraz kamieni i porastające jej brzegi mangrowce. Wędrowaliśmy  wzdłuż wybrzeża oceanu coraz bardziej zwężającą się i coraz bardziej podmokłą ścieżką.  Wdrapywaliśmy się na skały, obchodziliśmy je dookoła, gładziliśmy ich porowatą fakturę, zaglądaliśmy w zakamarki i pełne muszel schowki, spoglądaliśmy z zaciekawieniem na głazy widoczne gdzieś na widnokręgu. Ich sylwetki przypominały nam wielkie żółwie, smoki czy aborygeńskie, zamienione w kamień zwierzęce totemy.












    Mieliśmy wrażenie jakbyśmy przenieśli się w czasie i jakby pęd przemijania zatrzymał się na parę chwil. Nic nas nie niepokoiło, nie popędzało, nie istniało nic poza krainą zaklętych kamieni, obmywaną łagodnymi falami odpływu. Srebrzysty odcień nieba dodawał niezwykłości temu pejzażowi i wcale nie żałowałam wówczas, że nie rozpościera się nad nami jaskrawy błękit. Także dzisiaj po latach znużona oglądaniem pocztówkowych, nieomal bliźniaczych widoków skąpanych w słońcu australijskich wybrzeży patrzę z dużo większą ciekawością na tamte nietypowe szarości, ochry, zgaszone zielenie i wyblakłe rudości.  Na pełną głębi rzeczywistość cichej, ocienionej obłokami, pachnącej wodorostami i namorzynami, dalekiej od cywilizacji, nietkniętej przez nią plaży. Jak dobrze, że są jeszcze na świecie takie miejsca…




   W jakiś czas potem, kiedy zwiedzaliśmy już inne rejony Wilsons Promontory a słońce zaczęło przebijać się przez chmury w tyle rozlewiska rzeki mieliśmy okazję zobaczyć skupisko trawodrzew, czyli żółtaków obsypanych mnóstwem drobniutkich kwiatków.




 
   Żółtaki zwane są też drzewami trawiastymi ( w j. angielskim grass tree). Te występujące tylko w Australii rośliny mogą kwitnąć dwa albo i trzy razy w roku, jednak tym co najbardziej pobudza je do tego są…pożary. Żółtaki to rośliny  pirofityczne, to znaczy, że ich budowa i ułożenie liści sprawiają, iż w czasie pożaru żar ognia jest izolowany od ich jądra. Schowane pod ziemią jądro potrafi przetrwać zupełnie nietknięte choćby nawet wokół szalały największe płomienie, choćby ich pnie ogarnięte były straszliwym żarem a trawiaste spódniczki kompletnie zwęglone. Oboje z Cezarym wiele razy podziwialiśmy żywotność australijskich drzew i drzewo-paproci, które w krótki czas po wielkiej pożodze z czarnych, osmalonych pni wypuszczały zielone listki a następnej wiosny rosły jeszcze bujniej niż poprzednio.





    Dziś kojarzy mi się to z odpornością i wytrzymałością ludzi, którzy mimo ciężkich chorób, załamań ducha czy ataków depresji potrafią mimo wszystko podźwignąć się, ogarnąć i żyć dalej, znajdując nowy sens życia a nawet swoją wytrwałością i mądrością życiową dawać wsparcie innym. Także i trawodrzewa mają tę niezwykłą cechę. Podczas pożarów nasady ich liści stają wspaniałym się schronieniem dla bezkręgowców a w porze kwitnienia zastępy owadów mogą pożywić się słodkim nektarem ich kwiatów albo schronić się przed upałem czy chłodem w bezpiecznej gęstwinie trawiastych czupryn.





  
    Trafiliśmy w 2009 roku na porę, gdy trawodrzewa kwitnąc bujnie ukazywały się niby feniks z popiołów, dumne, nieulękłe, a przy tym pełne delikatnego uroku i zapachu nektaru wabiącego mrówki, osy, żuczki, jaszczurki i papugi.




   
    Wiele razy wcześniej widywałam te rośliny, ale nigdy jeszcze w fazie kwitnienia. Podziwiałam np. ich bujne, trawiaste spódnice w Górach Flindersa w Południowej Australii. Na tle tamtych pomarańczowo-żółtych gór kępy zielonych grass tree prezentowały się bardzo malowniczo. Nie przypuszczałam jednak wówczas, iż zobaczę kiedyś skupisko żółtych, wysokich na kilka metrów pałek sterczących niby złociste dzidy pośród gęstych traw porastających je dookoła, że będę mogła wędrować wśród nich, dotykać i wąchać te maleńkie, mięciutkie kwiateczki, obserwować ucztujące tam owady, doświadczać tryumfu  przyrody nad siłą zniszczenia żywiołu a nawet zrozumieć, iż jedno z drugim jest nierozerwalnie ze sobą związane. I pomyślałam, iż może jest tak, że niekiedy trzeba pozornie umrzeć po to by kiedyś odrodzić się na nowo, by chcieć żyć całą pełnią, by poszerzyć swoje zrozumienie i współodczuwanie?





   Mocno zainteresowałam się światem trawiastych drzew, w ogóle dziką naturą Australii. Mam dwie, przywiezione stamtąd książki na temat pożytecznych, rosnących w buszu roślin. Przeszukałam też  Internet w poszukiwaniu dodatkowych informacji o nich. I oto co ciekawego znalazłam. Aborygeni potrafili czerpać korzyści z każdej części żółtaków (zwanych przez nich ” yakka”). Pocierając szybko łodygę potrafili w kilka chwil rozpalić ogień.  Umieli też z niej pozyskiwać słodki nektar, robili z niej włócznie. Korzenie yakki były ich przysmakiem. Natomiast z pnia drzewa czerpali pomarańczową albo żółtą żywicę, którą wykorzystywali jako klej do łatania pojemników z wodą. Z łusek kwiatowych po kwitnieniu ten mądry lud wytwarzał szpice włóczni a z twardych strąków nasiennych robił narzędzia tnące. Z kolei liśćmi drzewotraw mościł sobie posłania a także używał ich jako świetnej, bo suchej rozpałki. Aborygeni żyli w zgodzie z naturą, wiedzieli o niej wszystko i nie eksploatowali ponad miarę. W ich czasach każda roślina i każde zwierzę godne było szacunku. Niestety, w dwudziestym wieku, gdy na dobre rozpanoszyła się władza białych kolonizatorów równowaga w przyrodzie została zakłócona. Na skalę przemysłową zaczęto pozyskiwać żywicę z grass tree.  Używano jej np. do produkcji materiałów wybuchowych, klejów, lakierów, kadzideł a nawet płyt gramofonowych.  Na skutek takiego nierozważnego działania wiele spośród trzydziestu gatunków trawodrzew uległo nieomal zupełnemu wyginięciu. Dziś niektóre z nich znajdują się pod ścisłą ochroną, jak kilka innych endemicznych roślin tamtego kontynentu. Natomiast zdziesiątkowani przez choroby oraz nałogi Aborygeni żyją w rezerwatach i niewielu z nich potrafi znaleźć sobie miejsce w nowej rzeczywistości….Ech, to temat na zupełnie inny tekst, ale nie potrafię go tutaj ominąć. Wszak jedno z drugim się łączy, jedno z drugiego wynika. W jednej opowieści kryje się wiele innych a w tych jeszcze następne…

   


    Dzisiaj wiem, iż tamta lutowa wyprawa na Wilsons Promontory, wędrówka po dzikiej plaży a potem widok kwitnących w dużej grupie trawodrzew były naprawdę wyjątkowe i znaczące. Po pierwsze dlatego, że nie znalazłam nigdzie podobnych do naszych fotografii. Może więc ta tajemnicza, skalista plaża do dzisiaj jest przez nikogo nieodkryta? Nie widziałam też na żadnych zdjęciach stamtąd takiego pola porośniętego wspaniale żółtymi pałkami grass tree. Odnoszę więc wrażenie,  jakby ten cudowny spektakl kwitnienia trawiastych drzew przeznaczony był tylko dla Olgi i Cezarego… A po drugie niesamowita wewnętrzna moc tych kwitnących drzew trawiastych podpowiada mi, że przyroda potrafi przezwyciężyć wszystko, wyjść z najgorszych opresji,  a dzięki temu pomóc innym odnaleźć nadzieję. Być znakiem dla ludzi, że skoro są częścią natury, to i w nich może kryć się wytrzymałe na każdy żar jądro, moc, która po pożarze pozwoli im na odrodzenie…
   

Etykiety

Aborygeni absurd afirmacja życia agrest apel apel o pomoc asymilacja Australia autoanaliza bajka bal ballada baśń Beksińscy Bieszczady blackout bliskość blog blogi bór cenzura Cesarzowa Ki Cezary chleb choroba ciastka ciepło cywilizacja czarny bez czarny humor czas czekolada czerwiec człowieczeństwo człowiek czułość Dersu Uzała deszcz dieta dobro dom dorosłość drama drama koreańska drewno droga drzewa trawiaste Dubiecko Dwernik Kamień dwudziestolecie międzywojenne dystopia dzieciństwo dzikie bzy ekologia elektryczność erotyk eutanazja fajka fantazja film flash mob fotografie fotoreportaż glebogryzarka głodówka głód gospodarstwo goście góry Góry Flindersa grass tree grill grudzień grzyby Gwiazdka historia historie wędrujące horror humor humoreska idealizm ideologia II wojna światowa informacja inność inspiracja internet jabłka jabłoń Jacuś Jacuś. gospodarstwo Jacuś. lato jajka Jane Eyre Japonia Jawornik Polski jesień jesień życia kalina Kanada kanały kangury kastracja kiełbasa klimat klimatyzm koala kobieta koguty kolęda kolędy komputer komunikacja konfitury konflikt koniec świata konkurs konstrukcja kosmos koszenie kot koziołek kozy Kraków Kresy kryminał kryzys książka kuchnia kulinaria kury kwiaty kwiecień las lato legenda lektura lęk lipa lipiec lis listopad literatura los ludzie luty łąka maciejka macierzyństwo magia maj malarstwo maliny mantry marzenie maska metafora mgła miasteczko odnalezionych myśli Michael Jackson Mikołaj miłość Misia mit młodość moda mróz mróż muzyka muzyka filmowa nadzieja nalewki nałóg natura niebezpieczeństwo niezapominajki noc nowoczesność Nowy Rok obyczaje ocean odchudzanie odpowiedzialność odrodzenie ogrody ogród ojczyzna opowiadanie opowiastka opowieść Orzeszkowa osa Osiecka owoce pamięć pandemia Panna Róża park pasja patriotyzm pejzaż pierniki pies pieski pieśni pieśń piękno piosenka piosenki pisanie płot początek podróż poezja pogoda Pogórze Dynowskie polityka Polska pomidory pomysł poprawność polityczna porady postęp pożar praca prawda prezent protest protesty przedwiośnie przedzimie przemijanie Przemyśl przepis przetrwanie przetwory przeznaczenie przygoda przyjaźń przyroda psy psychologia ptaki radość rak recenzja refleksja relatywizm remont repatriacja reportaż rezerwat Riverland rodzina rok rośliny rower rozmowa rozrywka rozum róże rymowanka rzeka samopoczucie samotność San sarny sąsiedzi sens życia siano sierpień silna wola siła skróty słodycze słońce słowa słowa piosenki słowianie smutek solidarność South Australia spacer spiżarnia spokój społeczeństwo spontaniczność spotkanie stado Star starość strych susza susza. upał szadź szczerość szczęście szerszeń śmiech śmierć śnieg śpiew środowisko świat światło świeta święta świt tajemnica tekst piosenki teksty piosenek tęsknota toaleta tragikomedia trauma troska truskawki uczucia Ukraina upał urodziny uśmiech warzywnik wędrówka wędrówki węgiel wiadomości wiadomość wiatr wierność wiersz wierszyk wieś wieża wigilia Wilsons Promontory wino wiosna wiosnaekologia wirus woda wojna wolność Wołyń wrażliwość wrotycz wrzesień wschód słońca wspomnienia wspomnienie współczesność Wszechświat wybory wychowanie wycieczka wygląd wypadki wypalanie traw wzruszenie zabawa zabawa blogowa zachód słońca zapasy zaproszenie zbiory zdjęcia zdrowie zielarstwo zielononóżki zielononóżki kuropatwiane zima zioła zmiany zupa Zuzia zwierzęta zwyczaje żałoba żart życie życzenia Żydzi żywokost