Był ciepły, wiosenny, sobotni poranek w
Melbourne. Wstałam, jak to zwykle ja, skoro świt, otworzyłam okna w living
roomie i wyszłam na balkon. Powitał mnie nieskazitelny, jasny błękit nieba,
radosny krzyk papug i kukurbar oraz chłodny powiew wiatru od oceanu.
Przymknęłam oczy i wciągnęłam w siebie ten ożywczy zapach. W głowie się
zakręciło. W sercu zatętniło.

Mąż spał sobie smacznie w sypialni. Pewnie
jeszcze ze dwie godziny tak pośpi. A ja, pełna energii, ubrałam się szybciutko
w ulubione, fioletowe dresy. Na nogi wzułam wygodne adidasy a na głowę
nasunęłam zieloną czapeczkę z daszkiem. Na szyi zawiesiłam nieodłączny aparat
fotograficzny i byłam gotowa do wyjścia z domu. Acha, do reklamówki wzięłam
jeszcze ze sobą trochę suchego chleba dla mew. Tak lubiłam zawsze patrzeć jak
bez lęku gromadzą się wokół mnie, niczym gołębie na rynku w Krakowie i krzycząc
wniebogłosy zajadają z apetytem resztki z ludzkiego stołu.
Wreszcie cichutko zamknęłam za sobą drzwi i
już mogłam biec przed siebie między uśpionymi jeszcze domkami jednorodzinnymi i
kolorowymi ogródkami kwiatowymi.
Wszędzie było jeszcze nieomal zupełnie pusto. Nieliczne samochody mknęły gdzieś w dal. To pewnie z nocnych zabaw wracali wczorajsi imprezowicze. Wszak piątek to dla młodzieży starszej i młodszej czas szaleństw i wyżycia. A w sobotę zazwyczaj wszyscy do południa odsypiają te swawolne igraszki. Sobotni poranek jest dobry dla takich, jak ja, rannych ptaszków, dla starszych ludzi, którzy niewiele potrzebują snu oraz oczywiście, dla wielbicieli joggingu.
Po kilkunastu minutach dobiegłam truchcikiem
do plaży. Była zupełnie pusta. Rozpościerał się przede mną fantastycznie
rozległy widok na wszystkie strony. Ocean szumiał spokojnym chrapaniem
zadowolonego z siebie olbrzyma. Był teraz łagodny i roztańczony miarowym oddechem.
Wszystkie odcienie turkusu, zieleni i niebieskości tworzyły przede mną ruchomą,
nieskończoną płaszczyznę fal. Jasnożółty piasek, nie dotknięty jeszcze dzisiaj
żadną ludzką stopą zapraszał do zzucia butów i ufnego zanurzenia się w jego
delikatny dotyk. Tak też uczyniłam. Buty poczekają na mnie aż wybiegam się do
woli, aż przemierzę kilka kilometrów w poszukiwaniu skarbów, wyrzuconych przez
ocean w czasie przypływu.
Tylko wczesnym rankiem, tak jak wówczas, miałam szansę znaleźć na piasku niezwykłe, kolorowe przedmioty pochodzące z oceanu. Potem przyjadą specjalne maszyny wygładzające i sprzątające plażę. Zejdą się sprzątacze – ludzie opłacani przez miasto do zbierania śmieci. Będą powoli przemierzać tę przestrzeń i specjalnymi łapko-chwytakami na długim kiju zgrabnie podniosą najmniejszą rzecz. Ich robota jest bardzo ważna, albowiem mnóstwo młodych ludzi preferuje balangi właśnie nad zatoką. Pozostawiają tu po sobie wtedy mnóstwo puszek po napojach, strzykawek, zużytych prezerwatyw a nawet części garderoby. A około siódmej rano zaczną na plażę przychodzić spacerowicze i biegacze oraz nieliczni turyści. Zdepczą wówczas wszystko. Zniszczą tę obecną dziewiczość i naturalność faktury piasku, układającego się w malownicze fale i małe wąwozy.
Tylko wczesnym rankiem, tak jak wówczas, miałam szansę znaleźć na piasku niezwykłe, kolorowe przedmioty pochodzące z oceanu. Potem przyjadą specjalne maszyny wygładzające i sprzątające plażę. Zejdą się sprzątacze – ludzie opłacani przez miasto do zbierania śmieci. Będą powoli przemierzać tę przestrzeń i specjalnymi łapko-chwytakami na długim kiju zgrabnie podniosą najmniejszą rzecz. Ich robota jest bardzo ważna, albowiem mnóstwo młodych ludzi preferuje balangi właśnie nad zatoką. Pozostawiają tu po sobie wtedy mnóstwo puszek po napojach, strzykawek, zużytych prezerwatyw a nawet części garderoby. A około siódmej rano zaczną na plażę przychodzić spacerowicze i biegacze oraz nieliczni turyści. Zdepczą wówczas wszystko. Zniszczą tę obecną dziewiczość i naturalność faktury piasku, układającego się w malownicze fale i małe wąwozy.
Ocean
obmywał moje stopy i moczył nogawki spodni. Przeźroczysta, chłodna woda
pieściła nagie stopy. Słońce i wiatr gładziły piegowate policzki. A bezkres
zapraszał do nieskończonych eksploracji.