Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opowieść. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opowieść. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 11 marca 2025

Sekretne życie naszego ogrodu…

 



 

   Czy pamiętacie mój ubiegłoroczny, majowy post zatytułowany „Tajemnica różowej miski”? ( https://wewanderers.blogspot.com/2024/05/tajemnica-rozowej-miski.html )Otóż przed kilkoma dniami nieoczekiwanie wyszło na jaw, kto jest owym tajemniczym zjadaczem zawartości owej miski oraz łakomym pożeraczem kości po naszych psach. Na dodatek tego kogoś mogliśmy obserwować na gorącym uczynku, nie ma więc już żadnych wątpliwości, kto zacz! A jak to z tym było? O tym właśnie poniższa opowieść…

   Trwało jedno z tych wyjątkowo ciepłych, późnych marcowych popołudni zbliżających się już do wieczora. Psy nakarmione i ogrzane wiosennym słonkiem zostały już zwołane do domu. Ułożyły się skwapliwie na swoich legowiskach i zapadły w mocny, spokojny sen. Ja utrudzona wielogodzinną pracą przy drewnie takoż położyłam się z westchnieniem ulgi na łóżku w zacisznej sypialni. Czułam się niby balon, z którego ktoś spuścił powietrze. Zamierzałam kapkę odpocząć a potem zwlec się i wziąć prysznic w nadziei, iż pobudzi on do życia moje nadwyrężone członki. Ale póki co potrzebowałam wyłącznie leżenia na wznak. I świętego spokoju. Jednakże nie było mi to dane.

   Oto Cezary, który także szykował się do zasłużonego odpoczynku nagle przypomniał sobie, iż zostawił otwarte okno w samochodzie stojącym na podwórzu. Chcąc nie chcąc powlókł się by je zamknąć, aby nie dostały się do niego nocą kuny czy też inne podejrzane stworzenia.

   Chwilę potem dobiegło do mnie jego wołanie:

- Czarny kotek jest w naszym ogrodzie! Jak chcesz go zobaczyć, to chodź! – nie zareagowałam na tę wieść i pozostałam w pozycji horyzontalnej, albowiem po wielekroć już tego kotka widywałam jak chyłkiem przemykał od strony ogrodu sąsiada. Widywałam też innego kocurka, burego dachowca odwiedzającego w godzinach porannych nasze obejście. Oba te zwierzaki przybywały do nas na rekonesans by sprawdzić, czy znajdą się dla nich jakieś resztki po posiłku naszych piesków. Wiedząc o tym czasem więc specjalnie coś dla nich zostawiałam. A to skórki od kurczaka a to pozostałości psiej zupki albo resztki z naszego obiadu pod dziką czereśnią. Tym razem niestety, nie było tam nic, bo psiaki siedząc przez cały dzień na dworze nabrały apetytu i wymiotły wszystko do ostatniego okruszka.

   Leżę więc sobie nadal tak samo błogo jak leżałam, kontemplując ostatnie promienie zachodzącego słońca na przeciwległej ścianie, gdy wtem znowu słyszę nawoływanie Cezarego. Tym razem pełne jest ono emocji i ekscytacji.

- No chodź! Musisz to zobaczyć!- zachęcał nieustępliwie a potem wziąwszy aparat fotograficzny poszedł na ganek by stamtąd obserwować i uwieczniać obiektywem owo tajemnicze „coś”.

   Zwlokłam się zatem z łoża i resztką sił powędrowałam w stronę czającego się na owo „coś” męża, mając nadzieję, iż nie robi z igły widły, bo przecież widok dzikich kotków czymś takim właśnie się zdawał.

  Ale to absolutnie nie były z igły widły! To był piękny, rudo – czarno umaszczony lis, który kręcił się po naszym podwórzu i zaglądał we wszystkie kąty, w których spodziewał się znaleźć coś do zjedzenia. Przypomniało mi się wówczas, że parę razy miałam już możność obserwowania tego lisa, gdy dostojnym krokiem przebiegał drogą asfaltową obok naszego domu. Myślałam wtedy, że pewnie idzie w stronę sąsiadów, którzy hodowali maleńkie stadko kur.  Kiedyś przecież i nas w zbójeckich celach jakiś lis odwiedzał. Byłby to ten sam? Teraz jednak, nie musząc się już trapić o bezpieczeństwo naszych kur, których od kilku lat już nie mamy staliśmy oboje z mężem i na ganku z zapartym tchem obserwowaliśmy sprytne, lisie poczynania na naszym podwórku. Cezary przez szybę zrobił kilka zdjęć, ale z powodu narastającej z minuty na minutę szarówki wyszły one niestety nieostro. Przyglądaliśmy się śmiałym wędrówkom lisa (czy może lisicy?) i zdumiewaliśmy się, iż stworzenie jest tak odważne, tak pewne siebie. Pewnie od wielu miesięcy, a może i lat pojawiało się w naszym ogrodzie i zdążyło tu poznać wszelkie zakamarki a nawet uznać je za swoje. Świadczył o tym ostry zapach jego moczu dobiegający nas czasem z różnych stron. Lis oznaczał po swojemu wiatę na drewno, starą kanapę w drewutni, krzesła ogrodowe a nawet samochód. Zrozumieliśmy, iż przestrzeń, którą dotąd uznawaliśmy za naszą, za znaną i oswojoną tak naprawdę należała nie tylko do nas. Oto popołudniami i po zmroku odwiedzały nasze siedlisko różne, pragnące pozostać niewidzialnymi stworzenia. Lisy, koty, kuny i nie wiadomo, co tam jeszcze. Nie raz czekając na psy, stojąc na progu domu pośród księżycowej nocy nasłuchiwałam dobiegającego od strony jabłoni pohukiwania sowy. Dochodziły do mnie różne dziwne szelesty i chroboty. A spośród krzaków malin i bzów pobłyskiwały czasem zielone ślepia nie wiadomo kogo…






   Teraz, patrząc na tego pięknego lisa mieliśmy rzadką okazję zobaczyć na własne oczy jedno z tych ukrytych zazwyczaj stworzeń. Nie dość tego okazało się, iż czasem nasze podwórko odwiedzają jednocześnie różne zwierzaki. Oto bowiem wpatrując się w obwąchującego studnię lisa spostrzegliśmy, iż czarny kotek również nie zamierza dać za wygraną i chowając się za psią budą czeka tylko aż lis sobie pójdzie, by samemu ruszyć na poszukiwania.

   Staliśmy tak przez kilka minut na ganku i podekscytowali przyglądaliśmy się temu sekretnemu życiu naszego ogrodu. Z tego wszystkiego prawie całkiem zapomnieliśmy o zmęczeniu. Cieszyliśmy się, że psy śpią głęboko i nie straszą swym szczekaniem owych dwojga intruzów. Sami poruszaliśmy się na paluszkach i porozumiewaliśmy szeptem, by nie spłoszyć zwierzaków. Czuliśmy się niby dwoje szczęśliwych obserwatorów dzikiej przyrody, którzy nie muszą odchodzić nigdzie od domu, by z ową naturą mieć do czynienia. Wzruszało to nas i zachwycało. Chcieliśmy by chwila ta trwała jak najdłużej…




  Niestety. Nie dane nam to było, gdyż po chwili Misia zwęszyła chyba obecność lisa, bo zaczęła powarkiwać a potem ujadać. Natychmiast do jej ujadania dołączyła Hipcia a potem Jacuś. Jazgot podniósł się w domu niemożliwy a obserwowane przez nas zwierzaki z miejsca czmychnęły z ogrodu. Lis (czy też lisica) przeszedł szybko przez budynek gospodarczy i zgrabnie wyskoczywszy oknem przebiegł ogród i wyskoczył na pole mając stamtąd blisko do lasu. Natomiast czarny kotek przeskoczył przez furtkę wiodącą do ogrodu sąsiada i tam zniknął w chaszczach.

-  Coraz więcej pojawia się w naszych okolicach dzikich zwierząt – szepnął Cezary usiłując nastawić aparat fotograficzny tak by wyraźniej było na nim widać uciekającego lisa.

- Zapomniałem Ci powiedzieć, że rano jak jechałem do mechanika samochodowego widziałem kilkaset metrów stąd szakala. Biegł wzdłuż drogi i wcale się nie bał. Żałowałem, że nie miałem ze sobą aparatu, bo może udałoby mi się strzelić kilka dobrych fotek.

- Szakala? Niesamowite! Tego jeszcze nie było! Widzieliśmy tu już wilki. Słyszeliśmy o niedźwiedziach. Podobno w naszych lasach widywane są też łosie. Dzika natura bierze we władanie nasze Pogórze. I z jednej strony to chyba dobrze, że wygrywa ona z cywilizacją, ale z drugiej dziwne to trochę i straszne. Zwyczajne spacery do lasu nie będą już przez to tak zwyczajne, skoro w krzakach śledzić nas mogą ślepia tylu poukrywanych tam zwierzaków – odparłam wpatrując się z mieszaniną  niepokoju i fascynacji w ciemną bryłę pobliskiego lasu.



   Odczekaliśmy z mężem dłuższą chwilę, dając zwierzakom czas na ucieczkę a potem wypuściliśmy rozszalałe z emocji, skaczące po nas psiska do ogrodu. Wówczas podziwiać mogliśmy ich doskonały zmysł węchu, bowiem wszystkie psy jak po nitce chodziły i wąchały dokładnie tam, gdzie jeszcze przed chwilą spacerowało tych dwoje: ruda lisica i czarny kot. A teraz pewnie siedząc gdzieś w bezpiecznej odległości obserwowały z daleka nasze krążące po podwórzu psiaki. Z pewnością pojawią się u nas jeszcze niejeden raz, traktując jaworowe obejście niby darmową stołówkę!

 - No i dobrze. Przynajmniej nic się u nas nie marnuje – pomyślałam nawołując kilka minut potem wyszczekane do syta psiaki, które napiwszy się zimnej wody znowu ułożyły się na swoich wygodnych legowiskach i zapadły w sen. Tym razem nie spały już tak spokojnie. Poszczekiwały i poruszały łapami, śniąc zapewne o udanych łowach na naigrywającą się z nich lisicę i równie bezczelnego kota…

   Tymczasem resztki słonecznego światła całkiem zanikły już za lasem i nasze obejście spowijać zaczął wieczorny zmrok. Ciepły, marcowy dzionek właśnie obiegł końca, zatem i my z Cezarym nareszcie mogliśmy się udać na zasłużony odpoczynek…

 


środa, 12 lutego 2025

Anielcia…

 


 


 

   Starość miewa różne oblicza. Pierwsze to pogodne, łagodne i spokojne, bo pogodzone z losem, bo pełne mądrości i doświadczeń życiowych, bo w otoczeniu kochającej rodziny a zwłaszcza wnuków. Drugie to smutne i gorzkie, bo samotne, zbędne, pełne bólu i bezradności, żalu za tym co bezpowrotnie minęło. Mało komu zdarza się ta pierwsza, sielankowa wersja schyłku życia. Choć większość z nas marzy i wyobraża sobie, iż taka właśnie będzie. Jednak okazuje się, iż mały mamy wpływ na to, co się z nami stanie. Jacy będziemy i jak poradzimy sobie z tą resztą przydzielonej nam przez Opatrzność egzystencji... Poniższa opowieść jest opisem zwyczajnej, tutejszej codzienności. Codzienności będącej udziałem wielu starszych ludzi na wsi…

 


   Trwał chłodny i słoneczny, lutowy poranek. Za oknem mróz po swojemu przyozdabiał Pogórze miliardami srebrzystych diamencików, ażurowych koronek i płatków lodowych kwiatów. Miotane powiewem wiatru strzępki szronu niby śniegowe gwiazdki opadały migotliwie z okolicznych drzew. Słonko wznosiło się coraz wyżej a niebo błękitniało wyraziście co sprawiało, że widok na krętą, znikającą wśród lasu drogę robił się coraz piękniejszy. Dopiero co byłam na zewnątrz by wsypać ptaszkom słonecznika do karmnika oraz zrobić kilka zdjęć a teraz rozgrzewając się kubkiem kawy trwałam w niemym zapatrzeniu na ten cud natury. Kolejna zima tutaj zachwycała mnie niezmiennie.

- Oby wiele jeszcze było takich zim przede mną i Cezarym – pomyślałam spoglądając z pełną troski czułością na męża stojącego przy piecu i pilnującego by się słonina odpowiednio przysmażyła na nową porcję smalcu.  Skwarki złociły się i pachniały bardzo apetycznie…

   Raptem z owego zapatrzenia wyrwał mnie głośny dźwięk telefonu.  Dzwoniła Anielcia - ponad osiemdziesięcioletnia sąsiadka z niedalekiego przysiółka położonego w głębokiej dolinie.

 

- Co tam u Was, Olusiu? Mróz bardzo dokucza? Jak się z Cezarym czujecie? – zapytała jak zawsze na wstępie zagajając serdecznie rozmowę. Odrzekłam, że różnie, raz lepiej, raz gorzej zdając sobie doskonale sprawę, iż na pewno nasze banalne dolegliwości mają się nijak do ogromu jej boleści i trosk. Wszak Anielcia od wielu już lat była wdową i póki jako tako radziła sobie sama z codziennymi obowiązkami nie było źle. Wprawdzie od dawna narzekała na serce, na bolące stawy oraz na protezy biodrowe, ale mimo wszystko chciało jej się jeszcze uprawiać przydomowy warzywnik, zasadzić a potem ukopać własnych ziemniaków, drewna pociupać do kuchennego pieca, kota – przybłędę nakarmić. Od kiedy pamiętała jej życie wypełniała ciężka praca w domu i na roli, opieka nad czworgiem dzieci, pomoc w wychowywaniu wnuków. To wszystko nadawało życiu sens i rytm. Dzięki wspólnej z mężem pracy a potem niewielkiej emeryturze było co do garnka włożyć, choć zdarzała się też taka bieda, że i jajko na wagę złota było. Nieraz do miasta kilkadziesiąt kilometrów na piechotę się chodziło, żeby sprzedać jagody albo grzyby nazbierane w sąsiednim lesie. Każdy grosz się liczył, zatem w pocie czoła wypracowywało się środki na skromny, ale samodzielny i uczciwy byt. W lepszych, spokojniejszych chwilach zdarzała się nawet chęć by niekiedy jakąś książkę przeczytać, z sąsiadkami się spotkać, o swoich sprawach poplotkować beztrosko. Czekać na codzienne wschody słońca i cieszyć się, że nadal można je oglądać… Tak mniej więcej było kiedyś. A dziś?

- A Ty, jak sobie radzisz, Anielciu? – zapytałam omalże pewna, iż nadal przebywa u swojej starszej córki w mieście. Ostatnimi laty bowiem mocno niedomagała i po kilku pobytach w szpitalu potrzebowała codziennej opieki. Dlatego więcej z córką niż u siebie siedziała.

- Jakoś tam sobie radzę. Muszę, przecież przeważnie sama tu jestem. Pokuśtykam trochę po obejściu. Jak mam siłę, to sobie coś ugotuję, a jak nie, to i kromka chleba z pasztetówką wystarczy. Staremu człowiekowi niewiele już trzeba – westchnęła z pełną goryczy rezygnacją.

- Ale na szczęście dwa razy w tygodniu przychodzi opiekunka z gminy. Zrobi zakupy, drewna z komórki naniesie, chwilę się po domu pokręci, o zdrowie zapyta i idzie. Nie tylko mnie ma przecież na głowie – dodała jak zawsze pełna zrozumienia i empatii dla innych.

- To u córki w mieście być nie chciałaś? Przecież tam centralne ogrzewanie mają, ciepło w domu i nie byłabyś sama…- odezwałam się od razu wyobrażając sobie siebie na jej miejscu.

- Córka schorowana. Sama więcej teraz po szpitalach niż w domu przebywa. To i nie będę jej sobą głowy zawracać jak tyle ma własnych kłopotów. A poza tym tam bardziej byłam sama niż tutaj… - szepnęła ze smutkiem.

 – Wzrok mi się ostatnio pogorszył i nie da rady już książek czytać a sprzątać tam i gotować córka zabraniała, żeby mi to na serce nie zaszkodziło…To i całe dnie bezczynnie tam siedziałam w okno się gapiąc, dawne czasy wspominając a tak w ogóle nie wiedząc co ze sobą zrobić, bo to przecież sama do miasta nie pójdę. Taki człowiek nieporadny się zrobił i tak mu dziwnie obco w tym wielkim świecie. Ludzie zrobili się też całkiem niż kiedyś inni. Ech! Trzeba mi było wracać tutaj. W ogóle za długo tam siedziałam – znowu westchnęła bezradnie i w tej chwili dała się słyszeć w jej głosie drżąca nutka tłumionych głęboko emocji.

- Wolę być u siebie. Powinnam być tutaj. Ten dom, ta ziemia, to całe moje życie. Każde drzewo w ogrodzie, każdy kawałek ziemi i lasu. Jak ja o to nie zadbam, to już nikt nie zadba. Ja tu wszystko znam i kocham. A właściwie to znałam…Bo i tu się całkiem popsuło. Ech, ludzie, to jak dzikie zwierzęta. Jak wyczują u kogoś słabość, to zaraz gotowi zagryźć, zabrać wszystko… - jęknęła z rozpaczliwą rezygnacją, pociągając raz po raz nosem.

- A co się stało? Ktoś Ci krzywdę Anielciu zrobił? – przypomniałam sobie, że już kiedyś staruszka opowiadała mi o sąsiedzie pijaku, co do spółki z mieszkającą nieopodal sąsiadką drewno Anielci z komórki bezczelnie podkradał.

- Jak byłam u córki w mieście sąsiad znowu włamał się do drewutni i zabrał stamtąd wszystko, co mogło mu się na coś przydać. Nie tylko drewno, ale w ogóle wszystko, co mógł sprzedać, żeby na wódkę grosz mieć! Istna hiena cmentarna! – pełna oburzenia zamilkła na chwilę, oddychała tylko spazmatycznie raz po raz przełykając łzy.

- Skorzystał, że nikt go nie mógł nakryć i wyniósł wszystkie narzędzia, piły, dłutka i śrubokręty, co to moim mężu zostały. Nawet siekiery nie zostawił! I do tego doszło, że jak mi się udaje kogoś nająć do porąbania drewna, to proszę, żeby ze swoją siekierą przyszedł, bo u mnie nic już nie ma! – załkała jak bezradne dziecko a ja pożałowałam natychmiast, że to telefoniczna a nie w cztery oczy rozmowa, bo wiedziałam, iż Anielci przydałoby się teraz zwyczajne przytulenie. Żadne słowa przecież nie wydawały się w tym momencie adekwatne…

- Zgłosiłaś to na policję? – zapytałam przypomniawszy sobie, że tak postąpiła kiedyś.

- Nie! Bo i po co? Nie mogę udowodnić przecież, że to on mi zrobił. Ten śmierdzący pijus w nos mi się śmieje albo dokucza, że jemu się wszystko należy a takie staruchy jak ja powinny już dawno na cmentarzu leżeć. A poza tym nastraszył mnie, że dom mi spali, jak na niego naskarżę… - wyszeptała z trwożliwym zawstydzeniem.

- A rodzina? Co na to Twoja rodzina? – odezwałam się, myśląc o tym, że przecież kilka kilometrów od Anielci mieszka jej najmłodsza córka, zięć i wnuki. I że na pewno w takiej sytuacji powinni jakoś zareagować. Pomóc jej. Obronić. Zaopiekować się.

- Ech, Oluniu! Oni czasu całkiem nie mają. Każdy swoim zajęty. Każdy tylko za pieniądzem goni albo po doktorach jeździ. Mówią, że powinnam w mieście u starszej córki siedzieć. Wtedy nie byłoby z niczym kłopotu. Dom na wsi by się sprzedało, grosz między nich podzieliło i szlus. Każdy by miał dobrze. Nie rozumieją tylko tego, jak bliskie jest mi to miejsce, jak żyć bez niego nie umiem. A mimo wszystko wciąż się chce człowiekowi żyć, choć nie za bardzo ma już po co i dla kogo – zwierzyła się z bolesną szczerością.

- I wiesz, Oluniu mnie się jeszcze czasem wierzyć nie chce, że bliscy mogą tak jakoś zobojętnieć, tak się oddalić. To się w głowie nie mieści, że choćby człowiek nie wiadomo, jak kochał, dbał, pieścił, pomagał, to na starość nic się z tego nie liczy, to nikt już tego nie pamięta. I człowiek staje się jak ten spróchniały, nie nadający się do niczego jak tylko do wycięcia pień. A przecież kiedyś był silnym drzewem, które bez żadnych warunków i ograniczeń dawało innym cień i schronienie. Ale taka widać już kolej rzeczy – szepnęła Anielcia znowu głęboko wzdychając.

   A ja przypomniałam sobie dawne opowieści Anielci o tym jak to kiedyś często pojawiały się u niej dzieci albo wnuki, żeby pomóc, zapytać, czy babci czegoś nie potrzeba, zatroszczyć się jakoś. Jak te najmłodsze wesoło biegały po ogrodzie rwąc pyszne papierówki i czereśnie. Jak wdrapywały się na kolana a babcia całowała ich rumiane policzki. Jak szyła im fikuśne fartuszki i sukieneczki. Jak piękne haftowała dla córek obrusy. Jak ciułała grosz do grosza, żeby im się do motoru albo samochodu dołożyć. Do tego wszystkiego wdzięczna za najdrobniejszy objaw starania i serdeczności piekła dla rodziny smaczne ciasta, z myślą o bliskich suszyła grzyby i jabłka nad kaflowym piecem, zapraszała na niedzielne obiady a także chętnie obdarowywała wnuki paroma groszami ze swej skromnej emerytury, płacąc im w ten sposób za naniesienie drewna, za zrobienie zakupów a nawet za sam fakt odwiedzin…

- Córki się zestarzały, pochorowały i nie mają już tyle sił, co kiedyś. Wnuki porozjeżdżały się w różne strony i rzadko w tych okolicach się pojawiają. Zostały prawnuki, ale dla nich te marne sto złotych, co im babka do kieszeni włoży, to tyle, co nic…Nie chce im się tu przychodzić. A jak już przyjdą, to zaraz wychodzą, tak się nudzą. Tylko by w swoje telefony i komputery patrzyły. Takie to teraz czasy. I chyba nie będzie już lepiej! – zamilkła całkiem już tym wszystkim zgnębiona.

- Może żeby w końcu było lepiej, to musi być jeszcze gorzej? – szepnęłam próbując skierować rozmowę na inne tory, na bardziej ogólne tematy.

- Bo to nie tylko Ty Anielciu mówisz o tym, że źle się wszędzie dzieje, że ludzie nie tacy jak kiedyś, że wszędzie wkrada się rozkład, demoralizacja, interesowność, lenistwo i brak szacunku dla tradycji oraz dla ludzi w podeszłym wieku. To zauważa wiele osób, nie tylko tych starych. W niedobrą stronę zmierza ta nasza rzeczywistość. Ale widocznie tak być musi. Najwidoczniej ten świat powinien spaść na samo dno, żeby się kiedyś odrodzić. Tak jak kiedyś imperium rzymskie upadło, tak i upadnie chyba nasza cywilizacja. A co będzie po nas? Czy nam dane będzie tego dożyć? – zapytałam retorycznie.

- Tobie Oleńka i Cezaremu pewnie tak, boście ode mnie młodsi. A ja muszę już tylko jakoś doturlać się do końca i tyle.  – odparła ze smutkiem.

- Jednak mimo wszystko chyba powinnyśmy się cieszyć, Anielciu, że dane nam było żyć w normalniejszych, niż dzisiejsze czasach! Bo nie wiadomo czego będzie musiała doświadczyć dzisiejsza młodzież! I jak sobie da radę z trudem życia, skoro całkiem jest do tego dawania rady nieprzystosowana – stwierdziłam wyobrażając sobie sytuację, iż ci zapatrzeni w telefony komórkowe młodzi ludzie musieliby wziąć się za tak ciężką pracę, do jakiej przyzwyczajeni byli niegdyś wszyscy mieszkańcy wsi, do jakiej przyzwyczajona była Anielcia, że musieliby zacząć szanować każdą kromkę chleba, każdą sztukę odzieży. Wszystko to, co im dzisiaj ot tak, pod nos jest podawane.

- Tak, chyba możemy się tym cieszyć… Tymczasem ja teraz znowu mam skierowanie do szpitala i nie wiem, ile mnie tam potrzymają. Ale może jak wyjdę, to już będzie wiosna? – zawołała nagle pełna radosnej nadziei Anielcia.

- I wiesz co, Oleńka? Ja na tę wiosnę tak czekam! Cieszę się na to słoneczko, co stare kości rozgrzeje, na te młode trawki i listeczki, na pierwsze główki żółciutkich podbiałów na skraju pola, na kobierce fioletowo-różowych miodunek w ogrodzie, na ten cudowny zapach ziemi budzącej się po zimie…- rozmarzyła się raptem staruszka, uspokajając się już zupełnie. I ja oddychając z ulgą po odejściu od trudnych tematów skwapliwie rozmarzyłam się razem z nią. Chwilę jeszcze szeptałyśmy o tych wspaniałych woniach i barwach wiosennych, o kluczach żurawi powracających z daleka, o porannych, ptaszęcych śpiewach i łopotach, o wiecznie żywych wspomnieniach z czasów, gdy miało się w sobie mnóstwo siły i chęci by żyć, by po prostu cieszyć się tym zwyczajnym życiem. Mówiłyśmy też o tym, że znowu to wszystko przyjdzie i będzie, jak zawsze co roku. Tylko trzeba do tego czasu dożyć. Nic więcej…

   Na koniec wymogłam na Anielci obietnicę, że jeśli będzie potrzebowała jakiejkolwiek naszej pomocy, to niech zaraz dzwoni a my z mężem postaramy się do niej przyjechać i zrobić, co będzie trzeba. Wzruszone pożegnałyśmy się serdecznie umówione na rychłe spotkanie. Może właśnie na wiosnę? Jak to mamy w zwyczaju przysiądziemy wówczas razem na wygodnej, ogrodowej ławce. Tej, którą, własnoręcznie zmajstrował kiedyś z modrzewiowych desek jej mąż. Spoczniemy tam, gdzie zawsze najwięcej miodunek i stokrotek kwitnie. Wystawimy twarze ku słońcu i nie będzie już nawet potrzeby nic mówić. Wystarczy nam ta dobra chwila, gdy będziemy mogły wspólnie chłonąć to światło, ciepło i wonne powiewy wiosennego wiatru…

 


  

niedziela, 24 listopada 2024

Śnieżek, pierwszy śnieżek…



Śnieżek, pierwszy śnieżek prószy, sypie, pada

Delikatnym puchem wiruje w przestrzeni

A każdy jego płatek baśnie opowiada

Tobie, drogom, niebu, pobielonej ziemi

 

Tańczą w krąg wspomnienia, płyną gdzieś z oddali

A śniegowe gwiazdki, niczym dobre duszki

Pomagają znowu ożywić, ocalić

Dawnych, dobrych czasów srebrzyste okruszki

 

Dotknij płatka myślą, wsłuchaj się w szept chwili

Niech się snuje lekko od człeka do człeka

Pora czas zimowy bajaniem umilić

Opowieść zimowa tuż obok już czeka…


…Raz słabiej, raz mocniej prószy listopadowy śnieg. I oto znowu nadeszła pora coraz krótszych dni oraz  długich i mroźnych, listopadowych wieczorów. Wieczorów, gdy coraz częściej człowiekowi ckni się do wspominania dawnych, lepszych czasów albo do snucia zajmujących opowieści przy migoczących świecach i kominku wesoło trzaskającym iskierkami. Czas, kiedy chce się oddalić od spraw zwyczajnego, codziennego świata i zanurzyć w jakieś bezpieczne i niezmiennie spokojne miejsce, pośród opowiadanych cichym głosem historii, które spowijają duszę w ciepłą, delikatną mgiełkę rozmarzenia, uśmiechu i szybującej swobodnie wyobraźni…



   I oto moja propozycja! Już nieraz zapraszałam Was na tym blogu do wspólnej zabawy w pisanie. Za każdym razem było to nieco ryzykowne z mojej strony, bo przecież mógł nie znaleźć się nikt chętny do podjęcia pałeczki i kontynuowania wraz ze mną opowieści. Jednak zawsze, mimo mych obaw, pojawiał się tu ktoś, kto nie bał się wyruszyć w dal na skrzydłach wyobraźni. Dzięki temu ukazywały się tu  nasze wspólnie tworzone poematy, zdarzały się także pełne humoru albo głębszej refleksji wiersze, czy też snute na wiele głosów baśnie. I teraz znowu naszła mnie na to ochota. Najwidoczniej jak byłam tak nadal jestem niepoprawną marzycielką!:-)

   Zatem zapraszam Was serdecznie do podjęcia wątku poniższej, zimowej opowieści, do jej kontynuacji w komentarzach. Jeśli przyjdzie Wam coś do głowy, jeśli zaciekawi Was taka forma blogowej zabawy i zapragniecie cokolwiek od siebie dopisać, to cudownie. Dzięki temu zabawa będzie się nieśpiesznie rozkręcała. Ja zaś sukcesywnie będę Wasze fragmenty opowieści wklejać do treści tego posta a niekiedy pewnie też dokładać między nimi kilka swoich zdań jako spoiwo pojawiających się tu wątków. Niektórzy z Was pewnie teraz wzruszą ramionami, że to niedobra pora na takie przyjemności, że zbyt wiele zmartwień macie teraz na głowie, a do tego świat całkiem zwariował i Was też w ten obłęd coraz bardziej wciąga. I ja to rozumiem, bo sama czuję podobnie. Jednak właśnie dlatego, jakby na przekór przygnębieniu, szaleństwu i obawom chcę pisać, tworzyć coś razem z Wami, próbując zagłuszyć w ten sposób choć trochę stado owych kraczących nieustępliwie trosk i lęków. Czy damy radę oddalić się od tego wszystkiego i raz jeszcze wspólnie zabawić w bajarzy…? Poniższa opowieść – rzeka – cicho szemrze i czeka…




   Emilia – młoda, jasnowłosa kobieta mocniej otuliła się zrobionym przez siebie na drutach, mięciutkim szalem. Było przenikliwie zimno i nieprzyjemnie wilgotno. Od kilku dni trwała niezmiennie typowo późnojesienna, dżdżysta pogoda. Idąc na przełaj starym parkiem nieśpiesznie wracała z zakupów do domu. Nie miała ciężkiej torby, bo niosła w niej zaledwie sześć kostek masła zdobytych na promocji oraz dwa opakowania żółtego sera takoż ogłaszanego jako okazyjnie tani.

- Do czego to doszło! – sarkała w myślach - że trzeba polować na podstawowe produkty spożywcze jak w zamierzchłych latach socjalizmu, o którym nieraz opowiadali rodzice.

- No tak! Tyle, że wtedy nie było niczego a teraz niby jest wszystko, ale ceny tak niebotyczne, że mało kogo na normalne zakupy stać! Dziwne, dziwne to czasy! Sama nie wiem, które gorsze! – westchnęła ze smutkiem, nie mogąc pogodzić się z tym jak bardzo od kilku lat pogarszała się jakość życia. Nie cierpiała chodzić po sklepach. Nie tylko dlatego, że było drogo i na tak niewiele mogła sobie pozwolić. Po prostu od zawsze była istotą uciekającą jak tylko się da przed dotykiem prozaicznej rzeczywistości. Poza mało inspirującą pracą w call center miała na szczęście swoje małe królestwo prywatnych zainteresowań. I to im chciała poświęcać jak najwięcej uwagi. Zajmowała ją ostatnio moda z dawnych lat. Zwłaszcza ta sprzed kilku stuleci. Potrafiła godzinami oglądać w Internecie a potem przerysowywać kopie starych rycin i obrazów przedstawiających kobiety w osiemnastowiecznych, opartych na krynolinach sukniach albo przeciwnie, te w zbyt wąskich, opiętych spódnicach jakie nosiło się na początku dwudziestego wieku. Do tego od kilku lat najważniejszą jej pasją było robienie zdjęć w plenerze. Gdzie tylko mogła zabierała ze sobą aparat fotograficzny a spoglądając w jego obiektyw odpływała w zupełnie odmienną rzeczywistość.

   Właśnie teraz rozejrzała się dokoła okiem bystrego fotografa. Nie najlepsze to były warunki do fotografowania, ale nawet w obecnej aurze stanowiące dla osoby takiej jak ona ambitne wyzwanie, dające jakieś ciekawe możliwości. Dzień był wyjątkowo ciemny i pochmurny. Zaciągnięte granatowo-szarymi obłokami niebo zwiastowało rychłe opady deszczu albo śniegu. Czarno-biało-brunatna rzeczywistość ukazywała świat w omalże wieczornym, przydymionym jakby wydaniu. Do tego z dala zaczęła napływać srebrzystobiała mgła, jeszcze bardziej ograniczająca pole widzenia.

 - Szkoda, że nie wzięłam ze sobą aparatu. Może udałoby się utrwalić tę dziwną, pełną oczekiwania nie wiadomo na co aurę – szepnęła do siebie i z braku tegoż aparatu, zrobiwszy z kciuka oraz palca wskazującego „oczko” spojrzała w nie z uwagą. I wówczas ni stąd ni zowąd zaczął padać śnieg. Najpierw były to pojedyncze, wielkie płatki a zaraz potem istna śniegowa fala ogarnęła ją ze wszystkich stron. Do tego zupełnie nieoczekiwanie spoza gęstych chmur przebił się jakiś odważny promień słońca i od razu pomalował świat w zupełnie nowe barwy.

   Ogarnął ją czysty zachwyt. Nadziwić się nie mogła tej nagłej piękności przysypanego białym puchem, popołudniowego parku,  migotliwym blaskom tańczącym pośród opadłych liści i pochylonych  traw, błękitno-srebrzystymi cieniom ścielącym się pomiędzy drzewami i alejkami, ostatnim różom pokrytym śniegiem niby apetyczną, bitą śmietaną. Emilia okręciła się radośnie wokół własnej osi. Nie wiadomo czemu poczuła się tak lekko i tak swobodnie jakby znowu stała się małą dziewczynką. Jakby znowu wszystko było możliwe. Zaśmiała się próbując złapać w dłonie i usta wielkie płatki śniegu krążące wokół niej w coraz gęstszym wirze. Ale one nie dały się pochwycić. Zaraz się roztapiały i znikały bez śladu. Tylko te na rzęsach zatrzymywały się na dłużej, ale i one wkrótce rozpływały się niby łzy tocząc się po jej policzkach. Tak się tymi płatkami zajęła, że zupełnie nie zauważyła, iż nie wiadomo kiedy zeszła ze swojej zwykłej ścieżki i zanurzyła się w nieodwiedzane nigdy wcześniej, nieznane, lecz oszałamiająco piękne rejony parku.

   …Zewsząd otaczały ją teraz pokryte świeżą bielą topole, platany i dęby, które splecione ramionami zdawały się poruszać w dziwnym, rozkołysanym tańcu. Śniegowe gwiazdki osiadały na ich gałązkach i zdawały się dźwięczeć stamtąd milionami maleńkich, kryształowych dzwoneczków. Zdawało się, iż dokoła w rzeźkim i pachnącym czystością powietrzu brzmiała jakaś słodka i tęskna melodia. Niby grany na skrzypkach i pianinie magiczny, kiedyś dobrze znany a dziś zapomniany sentymentalny walc sprzed kilku stuleci…


kontynuacja Jotki:

Emilia zaczęła wirować wraz z płatkami śniegu w takt walca, a ptaki skulone na gałęziach starych drzew jakby kibicowały dziewczynie w tym zimowym tańcu.
W końcu, gdy zatrzymała się w półobrocie, bo zakręciło jej się w głowie, otworzyła oczy i ze zdziwieniem rozejrzała się wokół. Nie tylko park zmienił oblicze, ale i jej strój przypominał raczej oglądane i przerysowywane dawne stroje.
Z dala dojrzała piękny dworek rozświetlony pochodniami, a na podjeździe szykowano ...tak, to chyba kulig!
Emilia pobiegła w tamtą stronę, nigdy nie była na prawdziwym kuligu!

kontynuacja Hanki C.:

Emilia spojrzała w dół:
- Ojej, ale ślisko! Co ja mam na nogach? Zaraz wyrżnę orła, muszę uważać.
Stopy obute miała w wysokie, wiązane trzewiki na śliskich podeszwach.
No i stało się, kolejny krok i Emilia upadła jak długa. Jęknęła boleśnie próbując się podnieść, ale kilka warstw długich spódnic i ciężki wełniany płaszcz uniemożliwiały jej wstanie z upadku. No tak, ale wstyd - pomyślała - jestem teraz kobietą upadłą - zachichotała pod nosem. Kątem oka ujrzała zbliżającą się do niej męską postać w otoczeniu myśliwskich psów. No, to po mnie -pomyślała - zachciało mi się kuligu.

kontynuacja Kitty:

Emilia poczuła nagle coś zimnego i mokrego na policzku i zamarła... Kolo niej stał wielki, piękny rudy wyżeł i zamaszyscie lizał ją po twarzy. - Max! Do nogi, co ty wyprawiasz hultaju?!l Nad głową Emilii rozległ się mocny męski głos o bardzo przyjemnym brzmieniu. Uniosła wzrok do góry i zobaczyła wpatrzone w nią ciemne i śmiejace się oczy. 

kontynuacja Olgi J.:

Przystojny, szpakowaty, lecz młody jeszcze mężczyzna z zawadiacko podkręconym czarnym wąsem przykucnął przy niej i mocno uchwyciwszy jej dłonie pomógł zawstydzonej biedaczce stanąć na nogi.

- Mam nadzieję, że nic sobie panna nie połamała! Dzisiaj wszak ślisko niemożebnie. W sam raz na sannę a nie na takie dzikie susy po lodzie! Czy aby nic panny Emilii nie boli? – zapytał otrzepując jej płaszcz ze śniegu i poprawiając troskliwie przekrzywioną na bakier zimową, futrzaną czapkę.

 - Nic mi nie jest – wyszeptała i oblawszy się rumieńcem zamilkła zmieszana, bo ów mężczyzna spoglądał na nią w ten sposób, w jaki nikt nigdy jeszcze na nią nie patrzył.

…Czy ja go znam? Wygląda na to, że on zna mnie dobrze…Ale skąd? I co ja tu właściwie robię? Co to za miejsce? Chyba jednak upadając uderzyłam się w głowę i wszystko to jakieś przywidzenie… - rozmyślała gorączkowo.

- Skoro panna Emilia dobrze się czuje, to nie pozostaje mi nic innego jak porwać pannę do sań. Konie  czekają a i reszta towarzystwa niecierpliwie powrotu panny wypatruje! A po kuligu czekają nas jeszcze tańce. Wszak panna obiecałaś mi pierwszego walca? – ozwał się wąsaty przystojniak, zaglądając  nieco zbyt poufale w jej oczy a potem nie czekając już na odpowiedź zaprowadził osłupiałą dziewczynę ku parskającym wesoło czarnym koniom zaprzężonym w wyłożone futrami sanie…

kontynuacja Jotki:

Emilia umościła się wygodnie, sanie ruszyły, a ona poczuła się jak w filmie, niczym Oleńka i Kmicic!
Cudownie było jechać przez las, ze świerków co chwila spadały na nich czapy śniegu, konie parskały i nieznajomy opiekuńczo otoczył ją ramieniem.
Kulig kuligiem, ale Emilii nie opuszczała myśl, że przecież na jakiś tam bal, to ona nie ma się w co ubrać! a fryzjer, a makijażystka? A w ogóle, co to jest, jakaś ukryta kamera? Może nawet można cos wygrać?
W takim razie Emilia zagra tę rolę najlepiej jak potrafi!


kontynuacja Hanki C.:

Konie biegły szybkim truchtem. Zimny pęd wiatru smagał policzki Emilii piekącym chłodem. Wtem konie pognane do szybszego biegu przez powożącego przyspieszyły, sanie szarpnęły, Emilia uderzyła w coś głową. Zapadła ciemność.
Kiedy ocknęła się stała w parku trzymając w ręku siatkę z kostkami masła i serem. Spojrzała w dół , na stopach znowu miała swoje wygodne trekingowe buty, a ciepła kurtka z kapturem z kożuszkiem otulała ją miękko.
Dziwna mgła gdzieś odpłynęła , a promienie słoneczne święciły coraz jaśniej. Emilia poczuła coś chłodnego na szyi. Sprawdziła dłonią, to była jakaś zawieszka. Odstawiła siatkę na ławkę i sięgnęła do zapinki. W ręku trzymała srebrny łańcuszek z owalną zawieszką. Z boku zawieszka miała zapięcie, naciśnięte przez Emilię uwolniło zawartość. Wnętrze owalnego wisiorka zawierało dwa zdjęcia. Na jednym Emilia rozpoznała siebie, ale drugie przedstawiało kogoś bardzo podobnego tylko dużo starszego. Była to kobieca twarz z wyblaklymi, błękitnymi oczami w otoczeniu delikatnych zmarszczek jaśniejąca spokojnym, pięknym uśmiechem. Kto to jest?
Emilia szybko pobiegła do domu.
- Koniecznie muszę zapytać mamę co to za osoba. To musi być ktoś z rodziny - myślała rozgorączkowana Emilia.
Biegiem wpadła do domu i do kuchni gdzie mama właśnie szykowała kolację.
-Mamo? Zobacz, kto to ? - zawołała pokazując mamie zawieszkę.
O! Odnalazłaś mój wisiorek! Gdzie był!? - zapytała zdziwiona mama.
- Mamo! - zawołała zniecierpliwiona Emila - Kto jest na tym zdjęciu!?
-A to Twoja prababcia Emiliana. Piękna kobieta. Jesteś do niej podobna. Bardzo podobna - uśmiechnęła się mama...

kontynuacja Olgi J:

- Emiliana? Pierwsze słyszę! – zdziwiła się dziewczyna – Dlaczego nigdy mi o niej nie opowiadałaś? I w ogóle, to skąd miałaś ten wisiorek?

- Bo sama niewiele o niej wiem, Emilko. To postać, która owiana mgłą tajemnicy. Wiadomo tylko, że żyła w XIX wieku, no i miała córkę, także Emilię.  A ten wisior przechodzi w naszej rodzinie właśnie z matki na córkę. I ja też go kiedyś od twojej babci dostałam. Przykazała mi bym strzegła go jak oka w głowie, bo jest to najcenniejsza i jedyna właściwie pamiątka po naszej protoplastce.

- Ale mimo to mamuś zgubiłaś go? – Emilia spojrzała z wyrzutem w błękitne oczy matki, a potem z czułością obróciła delikatnie palcami srebrny medalion. Miała niejasne wrażenie, że już kiedyś go widziała i dotykała. Ale kiedy to było?

- No niestety! Zapodział mi się lata temu podczas przeprowadzki! – wyznała z zawstydzeniem jej mama – Ileż ja się go naszukałam! Razem z tatą przetrząsnęliśmy każde pudło, każdy zakamarek. I jak kamień w wodę! – na twarzy mamy odbijała się teraz mieszanina skruchy, ulgi i wielkiej radości.

- I nagle się znalazł! Ty go, córuś masz! Ale skąd? Jak? – mama wyciągnęła dłoń po wisior – Oddasz mi go Emilko? Tym razem schowam go tak, że nigdy już się nie zgubi a ty w przyszłości będziesz mogła podarować go swojej córce – oznajmiła spoglądając wyczekująco w oczy dziewczyny.

- Ach! W tym rzecz, że nie pamiętam skąd go mam. To bardzo tajemnicza sprawa – szepnęła przyglądając się uważnie misternie wygrawerowanym na powierzchni medalionu wzorom – Jest piękny i na pewno bardzo cenny! – szepnęła uśmiechając się do podobizny urodziwej Emiliany.

 - A do mojej, ewentualnej potomkini to jeszcze daleka droga, mamuś! O ile w ogóle jakaś kiedyś będzie! – zaśmiała się Emilia – Ale póki co, jeśli pozwolisz chciałabym go trochę ponosić. Mam zamiar bliżej się mu przyjrzeć, sfotografować go, odrysować te wzorki, a potem poszukać w Internecie czegoś na jego temat. Może tam znajdę jakiś ślad po naszej pra, prababce?

kontynuacja Hanki C.

Emilia jak powiedziała, tak zrobiła. Sfotografowała medalion, raz i drugi, bo zdjęcie było zamazane. Spróbowała jeszcze raz i kolejny, ale zdjęcia nie wychodziły.
Rozeźlona Emilia położyła wisior na klawiaturze komputera.
Błysnęło, trzasnęło, ktoś powiedział poirytowanym głosem - Tylko nie elektronika. Precz mi z tym ! I... Emila znalazła się w dziwnym pokoju. Wiało chłodem. Siedziała przed sekretarzykiem, przed nią leżały kartki papieru, obok trącona ręką huśtała się suszka do osuszania atramentu.
- Kochana, jeszcze nie śpisz? - usłyszała męski głos. Odwróciła się i ujrzała w drzwiach mężczyznę, tego samego, który pomagał jej wsiąść do sań. Był tylko trochę starszy, a dawne ogniki w czarnych oczach przygasły. Emilia spojrzała w lustro stojące w rogu pokoju. Z odbicia patrzyła na nią prababka Emiliana. Dziewczynę przeszły zimne dreszcze...

kontynuacja Olgi J.

   …Po chwili okazało się jednak, że to nie było lustro a okno czyjejś sypialni. Spoza niego spoglądała na nią urodziwa i dziwnie do niej samej podobna, lecz nieco od niej starsza, ubrana w wykwintny szlafrok kobieta. Najwidoczniej jednak nie widziała Emilii, bo jej wzrok prześlizgiwał się obojętnie po jej twarzy. Była to sprawka porannego słońca, które tak mocno świeciło w okno, że dama aż zmrużyła oślepione jego blaskiem oczy. Czym prędzej więc odwróciła się i z pełnym rozbawienia westchnieniem zbliżyła się do stojącego jej pobliżu siwowłosego mężczyzny, który bez powodzenia próbował zawiązać pod szyją granatowy krawat.

- Oczywiście, że wstałam, mój drogi. Najwyższa już była pora. Przecież sam sobie nie poradzisz z tym węzłem. Pomogę ci Ksawery a potem weźmiemy Maxa i przejdziemy się po ogrodzie, dobrze?

- Nasz Max Trzeci  - staruszek ledwie już powłóczy nogami, ale na wspólny spacer zawsze jednak znajduje siłę i ochotę – dodała, powracając myślami do dawnych, tkliwych wspomnień, gdy Max Pierwszy, dziadek obecnego ich psa tańczył wokół nich radośnie, kiedy tuż po sannie stanąwszy z dala od reszty towarzystwa pierwszy raz się pocałowali…

   Najwidoczniej Ksawery pomyślał o tym samym, bo na jego ustach też zagościł teraz pełen wzruszenia uśmiech.

- Ach, wspomnienia, wspomnienia…Niech zawsze nas rozświetlają, tak jak moje serce rozświetlać będzie po wieczność twoja Uroda, moja najmilsza Emiliano – mężczyzna uśmiechnął się do niej serdecznie a w chwilę potem złożywszy na jej dłoni pełen wdzięczności pocałunek wyszedł z pokoju aby nie przeszkadzać kobiecie w ubieraniu. Do pomieszczenia od razu weszła pokojówka i jak co rano, sprawnie zabrała się za zasznurowywanie na swej pani gorsetu, wkładanie jej krynoliny i całej reszty przygotowanego na dzisiaj stroju…

   Emilia obserwująca zza okna scenę czułości miedzy małżonkami a potem skomplikowane ubieranie pięknej damy zwanej Emilianą poczuła się dziwnie niestosownie. Jakby była zwyczajnym podglądaczem a jednocześnie jak gdyby przed jej oczami toczył się jakiś kostiumowy, sentymentalny film.

- Czy ta kobieta jest moja matką, czy może raczej prababką? I czy to wszystko tylko mi się śni…? – wyszeptała do siebie.

- Ale jeśli to sen to bardzo realny! – jęknęła spojrzawszy na siebie i dostrzegłszy, że sama odziana jest w starodawne spodnie do konnej jazdy. Poczuła też boleśnie,  iż mocno ściska jej żebra gorset a jasne do niedawna proste włosy teraz w dziwnie upiętych, sztywnych lokach opadają jej na ramiona gęstą falą…

kontynuacja MaB:

Prababcia Emiliana była bardzo szykowną kobietą. Nawet w dzień powszedni przechadzała się po pokojach jak dama. Dziś ubrana w białą koszulę z wysoką koronkową stójką z przodu ozdobioną kameą. Wysoko upięte włosy lekko okalały twarz. Spódnicę przepasała paskiem, dołem zaszeleściła krynolina. Właśnie wydawała kucharce dyspozycje, kiedy zobaczyła Emilię.
- Dziecko, a co ty masz na sobie? Spodnie? Emancypantką chcesz zostać? Czy oni tam w tym mieście do reszty powariowali? Dwadzieścia dwa lata I dalej panienką!

kontynuacja Olgi J.

- Dzień dobry, kochana mamo! Dzień zapowiada się wprawdzie mroźny, ale słoneczny. Dlatego poprosiłam stajennego żeby osiodłał naszego kasztanka. Tak dawno już na nim nie jeździłam! Proszę, się na mnie nie gniewać! Wszak mama sama do niedawna gustowała w porannych przejażdżkach! – odparła grzecznie Emilia ze zdziwieniem słysząc własne słowa. Miała wrażenie, jakby ktoś wkładał w jej usta kwestie z jakiejś staroświeckiej sztuki. Dobrze jednak czuła się w tej roli. Pełna była cudownej euforii i blasku. Jakby tuż za rogiem czekała na nią jakaś upragniona, wspaniała przygoda! 

- To prawda, córko! Od czasu jednak mojego ubiegłorocznego upadku zdecydowanie wolę poranne przechadzki z twym ojcem – odparła z powagą jej „matka” i skrzywiła się lekko, tak jakby nadal odczuwała ból w skręconej niegdyś kostce.

- No więc dobrze, dobrze Emilko, jedź już skoro koń czeka! Tylko uważaj na siebie proszę. Jedną ciebie z ojcem mamy i gdyby ci się coś nie daj Bóg stało, nie wiem co byśmy poczęli! – po chwili zastanowienia dodała z czułą troską Emiliana.

- A poza tym, kochane dziecię pamiętaj o tym, że w sobotę wyprawiamy bal na twoją cześć. Kończysz wszak dwadzieścia dwa lata. Najwyższa już pora aby zainteresowali się tobą jacyś godni twej ręki młodzieńcy! Twoje koleżanki z pensji dawno już są mężatkami! –  szepnęła jeszcze znacząco  a Emilii od razu zrzedła mina…Jedyne, co ją w tej chwili pocieszało to dotyk srebrnego wisiorka spoczywającego na jej piersi tuż pod zapiętą pod szyję, futrzaną kurtką. Wydawało jej się, iż z wnętrza medalionu promieniuje na jej serce jakieś światło pełne mocy i ciepła. Nadziei na dobrą, lecz wcale nie tak przewidywalną, jak chciałaby jej matka, przyszłość! 

***

Kochani! Dziękuję wszystkim chętnym za wzięcie udziału we wspólnym pisaniu powyższej opowieści. Mam nadzieję dziewczyny, że dobrze się bawiłyście, że tak jak mnie, sprawiło Wam to pisanie radość. Nie kończę tu niczego, bo jeśli ktoś miałby ochotę jeszcze coś dopisać, to zapraszam serdecznie! A póki co serdeczne myśli Wam oraz czytelnikom zasyłam!:-)♥



sobota, 24 sierpnia 2024

Szerszeń w Edenie…

 


 

  Kilka dni temu gdy wokół trwał jeszcze cudownie rzeźki poranek a cały ogród chóralnie śpiewał ze szczęścia wzięłam się ochoczo za pielenie warzywnika. Przyjemnie i lekko mi się pracowało. Sprawnie napełniałam wiadra kolejnymi porcjami zielsk i traw. Nawet nogi zanadto nie mrowiły od kucania i klęczenia.   Ziemia pachniała  ożywczą wilgocią a zieleń wokół zachwycająco błyszczała tysiącami szmaragdowych witraży. W życiu ważne są takie chwile…



   Niestety,  już pod sam koniec roboty użądlił mnie szerszeń. Ot, po prostu wędrował sobie między chwastami a ja nie zauważyłam go i niechcący złapałam w dłoń. Zabolało strasznie, ale wypuszczonemu gwałtownie z ręki szerszeniowi nic się nie stało. Dziarsko pomaszerował dalej. Tymczasem ja bardzo się przestraszyłam i musiałam szybko coś zrobić, żeby jad tego owada nie zrobił mi nieodwracalnej krzywdy. Niestety, jestem uczulona na jad błonkoskrzydłych, czyli  os, pszczół, szerszeni i tym podobnych stworzeń, których latem ogrom fruwa po moim ogrodzie. Dwa lata temu (pisałam o tym na blogu tutaj: klik) między rzędami ogórków dopadła mnie osa i ciachnęła w kark. Było to zaskakujące i ciężkie dla mnie przeżycie, bo właśnie wtedy okazało się, że mam alergię. Oznacza to, że poza bólem użądlenia reaguję na owadzią toksynę pokrzywką na tułowiu, zawrotami głowy, dusznością i  słabością. Wówczas połknęłam natychmiast lek antyhistaminowy i to szybko pomogło opanować objawy szoku anafilaktycznego. Zatelefonowałam na pogotowie i tam powiedziano mi, że skoro objawy ustępują, to nie ma też konieczności wzywania ich na miejsce. I rzeczywiście. Wtedy po mniej więcej godzinie doszłam zupełnie do siebie i jedynym następstwem użądlenia była opuchlizna oraz promieniujący na głowę i ramiona ból karku.



   Tym razem jednak nie było tak prosto. Szerszeń, jako owad o wiele większy od osy zdołał wstrzyknąć mi o wiele więcej jadu. I nawet  dwie połknięte tabletki w niczym nie pomagały. Piekąca i swędząca pokrzywka zaczęła ogarniać coraz większe obszary mojego ciała. Ręka wyglądała jak napompowana rękawiczka gumowa. W uszach mi szumiało, serce tętniło mocno a w piersiach pojawił się dziwny ucisk i wrażenie narastającego bólu. Ogarnął mnie też lęk. Taki dziwny, bo zupełnie nie do opanowania rozumem. Siedziałam przy kuchennym stole i dygotałam wewnętrznie. Po prostu czułam, że dzieje się ze mną coś niepokojącego i groźnego. Coś na co nie mam wpływu. Szkoda, że kiedy dwa lata temu doszło do tego zdarzenia z osą, nie poszłam potem do lekarza i nie poprosiłam o zastrzyk adrenaliny. Bo powinno się ją w domu mieć na taką właśnie okoliczność.



   Nie czekając już na nic pojechaliśmy z Cezarym do przychodni. Tam od razu zrobiono mi dwa zastrzyki z lekami przeciwhistaminowymi. Kazano mi się położyć na kozetce i przez dwie godziny obserwowano mój stan, sprawdzając kolor objętej wypryskami skóry, pojąc mnie wodą, mierząc ciśnienie krwi, wykonując EKG i dopytując co chwila o to, jak się czuję. A że poczułam się właściwie zaopiekowana,  toteż wrażenie oszołomienia i lęku zaczęło maleć.

   Na koniec przemiła lekarka wypisała mi na receptach kilka silnych leków, które zażywać mam prawie przez miesiąc. Zastrzegła też, iż gdyby mi się pogarszało konieczna byłaby hospitalizacja. Oczywiście przepisała także zastrzyk z adrenaliną. Adrenalina w takich razach ratuje po prostu życie. Okazuje się bowiem, że każde następne spotkanie z owadzim jadem mogłoby być dla mnie znacznie gorsze, że człowiek się na niego w żaden sposób nie uodparnia a wręcz przeciwnie, organizm coraz bardziej się osłabia walcząc z ujemnymi skutkami użądlenia. Teraz grzecznie łykam wszystkie przepisane leki, smaruję ukąszoną, wciąż swędzącą i lekko opuchniętą dłoń silną maścią ze sterydami. Niestety, owe lekarstwa działają na mnie nieco nasennie, otępiająco i przytłumiająco. Mam jakieś problemy ze skupieniem uwagi, z ogarnięciem myśli. Nie wiem wobec tego, czy zdecyduję się na branie wszystkich tych medykamentów do końca. Bo jak widać są bardzo silne i boję się, że łykając je w celach leczniczych jednocześnie robię sobie jakąś krzywdę…



   Wracając jednak do szerszeni. Ten rok jest u nas rokiem ogromnej ilości wszelkich bzykadeł. Kilka tygodni temu Cezary samodzielnie zlikwidował olbrzymie gniazdo os, które te owady założyły sobie w psiej budzie, tuż pod jej dachem. Baliśmy się o psy, zatem ta likwidacja była konieczna. Jednak zaraz potem dostrzegliśmy,  że szerszenie założyły sobie na terenie naszego siedliska dwie warowne siedziby. Jedną w wyłomie budynku gospodarczego, tuż nad psią budą. Drugą w pniu starej jabłoni obok miejsca, gdzie parkujemy samochód. Ponieważ jednak, jak oboje zaobserwowaliśmy, szerszenie nie były agresywne, nie atakowały nas a tylko czujnie strzegły gniazd i zwyczajnie żyły w swym własnym świecie, postanowiliśmy dać im spokój, współistniejąc jakoś razem i nie szkodząc sobie wzajemnie. Przy okazji mieliśmy możność poczynienia mnóstwa ciekawych obserwacji przyrodniczych. Zauważyliśmy, iż szerszenie to mądre, aktywne przez cała dobę owady. Zawsze na straży ich domostwa stoi jeden lub dwóch osobników, którzy pilnie patrzą, kto porusza się w pobliżu. Uważnie wodzą wielkimi oczami za każdym, kto przechodzi obok, bzyczą głośno oznajmiając coś w sekretnym, owadzim języku. A powracających do gniazda pobratymców pilnie obwąchują i oglądają, sprawdzając czy to na pewno swój a nie jakiś intruz…




   Obserwacje, obserwacjami… Świetnie się udawały do czasu tego nieszczęsnego użądlenia w moją rękę…Oboje z mężem zdecydowaliśmy wówczas, że niestety trzeba się pozbyć z naszego otoczenia tych owadów. No bo jakże ja mam tu  bezpiecznie istnieć, jak poruszać się po ogrodzie bez uczucia lęku i nieustannego zagrożenia? I nie chodzi o likwidację wszelkich owadów z naszych okolic, bo to byłoby przecież głupie i w ogóle niemożliwe. Ważne stało się by usunąć jakoś te dwa gniazda szerszeni. Owadów, których jad następnym razem mógłby okazać się dla mnie zabójczy.




   Usiłowaliśmy wezwać w tym celu do nas straż pożarną. Jednak okazało się, że ponad miesiąc temu zmieniono przepisy, jeśli idzie o to komu owa interwencja strażacka przysługuje. Ponieważ wyjazdów brygad strażaków do likwidacji siedzib owadów było w tym roku rekordowo dużo, postanowiono owe wyjazdy drastycznie ograniczyć. Niektórzy bowiem wzywali strażaków z byle powodu i w czasie, gdy dzielni chłopcy całym zastępem walczyli z jakimś malutkim gniazdem os gdzieś na końcu ogrodu, gdzie indziej wybuchał akurat pożar i nie było komu do niego pojechać. Teraz strażacy usuwają owadzie gniazda tylko na terenie posesji, gdzie mieszkają osoby niepełnosprawne, nie potrafiące poruszać się samodzielnie. A ponieważ my z Cezarym do takich osób nie należymy trzeba było wobec tego wezwać fachowców ze specjalistycznej firmy dezynsekcyjnej zajmującej się tępieniem uciążliwych owadów.




   I oto wczoraj odwiedził nas uzbrojony w specjalne odzienie i kapelusz z siatką ochronną pan, który przy pomocy długiej szprycy z gazującym płynem sprawnie zlikwidował dwa gniazda szerszeni oraz kolejne gniazdo os wykryte przez niego  budynku gospodarczym. Smutny to był dla nas widok. Bezradne owady padały jeden po drugim a ich truchła szybko pokryły beton wokół psiej budy. Te szerszenie, które zdołały ów pogrom przetrwać przez jakiś czas w ogromnym wzburzeniu i złości latały obok gniazd. Późnym wieczorem jednak nie było już po nich śladu. Mam nadzieję, że owe niedobitki odleciały w jakieś miejsce, gdzie będą mogły bezpiecznie  egzystować nie stanowiąc przy tym dla nikogo zagrożenia…






   Pasiastych, żółto-czarno-pomarańczowych bzykadeł nadal jest w ogrodzie bez liku. Pod wieczór usiłując zbierać kapiące od słodkiego soku maliny co i rusz musiałam się odganiać, bo co chwilę jakaś osa upierała się by krążyć w pobliżu mnie, by przysiadać na moich ramionach, by dokuczliwie bzyczeć. Szybko wyszłam z tętniącego życiem malinowego chruśniaka. Lęk był nie do opanowania…Potrzeba najwidoczniej czasu aby mi te strachy minęły.



  Ale cóż…Żaden Eden nie nazywałby się wszak Edenem, gdyby nie wąż, który w jakiejś postaci zawsze był w nim, który jest i będzie…

 

Etykiety

Aborygeni absurd afirmacja życia agrest apel apel o pomoc asymilacja Australia autoanaliza bajka bal ballada baśń Beksińscy Bieszczady blackout bliskość blog blogi bór cenzura Cesarzowa Ki Cezary chleb choroba ciastka ciepło cywilizacja czarny bez czarny humor czas czekolada czerwiec człowieczeństwo człowiek czułość Dersu Uzała deszcz dieta dobro dom dorosłość drama drama koreańska drewno droga drzewa trawiaste Dubiecko Dwernik Kamień dwudziestolecie międzywojenne dystopia dzieciństwo dzikie bzy ekologia elektryczność erotyk eutanazja fajka fantazja film flash mob fotografie fotoreportaż glebogryzarka głodówka głód gospodarstwo goście góry Góry Flindersa grass tree grill grudzień grzyby Gwiazdka historia historie wędrujące horror humor humoreska idealizm ideologia II wojna światowa informacja inność inspiracja internet jabłka jabłoń Jacuś Jacuś. gospodarstwo Jacuś. lato jajka Jane Eyre Japonia Jawornik Polski jesień jesień życia kalina Kanada kanały kangury kastracja kiełbasa klimat klimatyzm koala kobieta koguty kolęda kolędy komputer komunikacja konfitury konflikt koniec świata konkurs konstrukcja kosmos koszenie kot koziołek kozy Kraków Kresy kryminał kryzys książka kuchnia kulinaria kury kwiaty kwiecień las lato legenda lektura lęk lipa lipiec lis listopad literatura los ludzie luty łąka maciejka macierzyństwo magia maj malarstwo maliny mantry marzenie maska metafora mgła miasteczko odnalezionych myśli Michael Jackson Mikołaj miłość Misia mit młodość moda mróz mróż muzyka muzyka filmowa nadzieja nalewki nałóg natura niebezpieczeństwo niezapominajki noc nowoczesność Nowy Rok obyczaje ocean odchudzanie odpowiedzialność odrodzenie ogrody ogród ojczyzna opowiadanie opowiastka opowieść Orzeszkowa osa Osiecka owoce pamięć pandemia Panna Róża park pasja patriotyzm pejzaż pierniki pies pieski pieśni pieśń piękno piosenka piosenki pisanie płot początek podróż poezja pogoda Pogórze Dynowskie polityka Polska pomidory pomysł poprawność polityczna porady postęp pożar praca prawda prezent protest protesty przedwiośnie przedzimie przemijanie Przemyśl przepis przetrwanie przetwory przeznaczenie przygoda przyjaźń przyroda psy psychologia ptaki radość rak recenzja refleksja relatywizm remont repatriacja reportaż rezerwat Riverland rodzina rok rośliny rower rozmowa rozrywka rozum róże rymowanka rzeka samopoczucie samotność San sarny sąsiedzi sens życia siano sierpień silna wola siła skróty słodycze słońce słowa słowa piosenki słowianie smutek solidarność South Australia spacer spiżarnia spokój społeczeństwo spontaniczność spotkanie stado Star starość strych susza susza. upał szadź szczerość szczęście szerszeń śmiech śmierć śnieg śpiew środowisko świat światło świeta święta świt tajemnica tekst piosenki teksty piosenek tęsknota toaleta tragikomedia trauma troska truskawki uczucia Ukraina upał urodziny uśmiech warzywnik wędrówka wędrówki węgiel wiadomości wiadomość wiatr wierność wiersz wierszyk wieś wieża wigilia Wilsons Promontory wino wiosna wiosnaekologia wirus woda wojna wolność Wołyń wrażliwość wrotycz wrzesień wschód słońca wspomnienia wspomnienie współczesność Wszechświat wybory wychowanie wycieczka wygląd wypadki wypalanie traw wzruszenie zabawa zabawa blogowa zachód słońca zapasy zaproszenie zbiory zdjęcia zdrowie zielarstwo zielononóżki zielononóżki kuropatwiane zima zioła zmiany zupa Zuzia zwierzęta zwyczaje żałoba żart życie życzenia Żydzi żywokost