Pokazywanie postów oznaczonych etykietą młodość. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą młodość. Pokaż wszystkie posty

sobota, 3 sierpnia 2024

Iskra…

 


 


   Na początku sierpnia wybraliśmy się z naszymi pieskami na cudownie rzeźki, poranny spacer po lesie. Spacer nieplanowany, ale nagle bardzo chciany, bo pragnieniem ożywionych psiaków spowodowany. A było to tak…



   Pewnego późnego popołudnia, tuż przed zachodem słońca wyszliśmy z mężem na sąsiednią łąkę by zobaczyć jak została skoszona. To ta sama łąka, po której wędrowałam ostatnio i podziwiałam na niej niezliczone kwiaty i zioła. Teraz wszystko leżało w długich, ściętych pokosach. Cudnie pachniało skoszoną trawą. Ta woń zawsze kojarzy mi się ze słodkim, soczystym arbuzem i  beztroskim dzieciństwem a więc automatycznie wprawia mnie w dobry, bliski serdecznemu wzruszeniu nastrój, przywraca odrobinę dawnej energii. Spokojnie doszliśmy z Cezarym aż do ściany lasu a wtedy dostrzegłam, iż od strony domu co sił w nogach biegnie ku nam duży, szary pies a konkretnie nasza Hipcia. Jakże z daleka do nieodżałowanej Zuzi podobna. Mamy kiepsko działający skobelek w furtce i najwidoczniej sprytna Hipcia jakoś otworzyła ją sobie łapą po czym skorzystała z okazji i pognała w naszą stronę. Ależ była szczęśliwa gdy do nas dopadła! A oczy świeciły jej się radośnie, całe były roziskrzone i widać było, że chętnie pobiegałaby sobie dłużej, pogoniłaby hen, hen po leśnych ścieżkach. Tylko czekała na znajome hasło. Było jednak za późno na taki spacer. Już za chwilę miało zacząć się ściemniać a chodzenie po ciemku po lesie moim zdaniem nie należy do przyjemności. Toteż szara psinusia wróciła z nami grzecznie do ogrodu, lecz w jej spojrzeniu znać było spore rozczarowanie.



   Radosne oczekiwanie a nawet nadzieję kilka chwil potem dojrzeliśmy także w oczach Jacusia oraz w niecierpliwej postawie Misi. Najwyraźniej, na skutek swobodnego wymknięcia się z ogrodu Hipci także stojącym przy płocie i przypatrującym się nam piesuńkom przypomniało się o leśnych przechadzkach. Obudziły się marzenia i chętki na odrobinę nieokiełznania oraz dzikiej wolności. A dawno już z psami nigdzie się nie wybieraliśmy głównie z uwagi na kiepskie samopoczucie Jacusia. No bo jakże tak? Hipcia z Misią miałyby wyruszać z nami na spacery podczas gdy biedny, niedołężny Jacuś musiałby potulnie siedzieć w domu? Byłoby to wielce wobec niego niesprawiedliwe. Zapłakałby się przecież biedaczek. Toteż od jakiegoś czasu w ogóle przestaliśmy na spacery z psami chodzić. Ogród jest wszak na tyle duży, że psy mogą się swobodnie wyhasać a Jacunia trzeba oszczędzać, żeby się nam staruszek całkiem nie rozsypał. Tak myśleliśmy oboje z Cezarym usprawiedliwiając też tym samym poniekąd naszą własną niechęć do dalszych wędrówek. Gorące lato, oblepiająca wszystko wilgoć oraz gryzące owady nie zachęcały wszak do zanurzenia się w knieje. Do tego, jak zdołaliśmy stwierdzić ostatnio kompletnie nie było w sąsiednim lesie grzybów. Mimo deszczowej pogody, mimo tropikalnego ciepła na naszych sekretnych miejscach nie rósł nawet najmniejszy prawdziwek, najlichszy kozaczek, najdrobniejszy maślaczek ani nawet muchomorek.  Nic dziwnego więc, że kilkukrotnie wróciwszy do domu umęczeni i zapoceni a do tego z pustymi koszykami w końcu daliśmy za wygraną i zrezygnowaliśmy z tak jałowych i frustrujących grzybobrań.



   Ale przede wszystkim Jacuś był głównym powodem naszego niechodzenia. Bo przecież kulał, ledwo chodził, szybko się męczył, widać było, że ogromnie trapią go reumatyczne dolegliwości. Bo po spacerach z wielkim trudem dochodził do siebie, coś go bolało i utykał na tylną nogę jeszcze mocniej. Do tego patrzył na nas ze smutkiem i cierpieniem w oczach tak jakby mówił, że przyszła kryska na Matyska i nic nie można już na to poradzić. No cóż…Każdego w końcu to dopada. Ta niemoc, ta słabość, ta bezradność, rezygnacja i boleść związana z wiekiem.



   Jednak, o dziwo, ciepłe lato sprawiło, że Jacusiowi najwidoczniej się polepszyło. Wygrzał stare kości, zregenerował się, przypomniał sobie o dawnych przyjemnościach i zapragnął znowu ich zażyć. Owa ochota do brykania nie mijała mu i trwał przy niej także następnego i jeszcze następnego dnia. Tańczył wokół nas niczym młodzieniaszek, dając do zrozumienia, że jest gotowy, że bardzo, ale to bardzo chce znowu wyruszyć w las, odwiedzić dawne dróżki i bezdroża, szybko biec przed siebie zapominając o wieku i przeszłych dolegliwościach. Nie sposób było tego ignorować, tym bardziej, że zarażał on swoim pragnieniem pozostałe psy i już wszystkie trzy namolnie skakały wokół nas prosząc o to samo.



   No więc dobrze. Postanowione! Chcieliśmy się przekonać, czy rzeczywiście Jacuś odzyskał siły. Czy wyprawa do lasu przyniesie mu więcej przyjemności, niż trudu. Czy stał się cud i biały piesek znowu był taki, jak niegdyś?




   Dlatego wczesnego sierpniowego poranka daliśmy naszym czworonożnym przyjaciołom sygnał do wymarszu. Wypowiedzieliśmy magiczne słowo: „Idziemy!”. Choć psy już wcześniej doskonale wyczuwały, że coś się święci. Wszak telepaci z nich znakomici. Podekscytowane natychmiast zaczęły biegać wokół nas jak oszalałe, popiskując i dysząc radośnie. Ich oczy zdawały się mówić: Nareszcie, nareszcie idziemy do lasu! Och, jak wspaniale! Jak cudownie! Jak się cieszymy! Niech to twa wiecznie!

   I wyruszyliśmy jak za dawnych czasów. Jacuś od razu pognał przed siebie. I biegł tak swobodnie, tak lekko jakby znowu miał nie kilkanaście, ale kilka lat. Za nim w szalonym biegu pruła Hipcia a na końcu nieco zdezorientowana Misia, której pomyliły się kierunki i najwidoczniej zapomniała, w którą stronę idzie się do lasu. Ale błyskawicznie sobie wszystko przypomniała, gdy tylko dobiegła do owej świeżo skoszonej łąki, gdy poczuła znajome zapachy i kiedy mogła napić się wody stojącej zawsze w wyjeżdżonym przez traktory rowie. 



   Hipcia nie omieszkała oczywiście wytaplać się w owej bajorowatej kałuży. I znowu przypomniała mi się Zuzia. Ona tak samo lubiła włazić do każdej wody i kłaść się w mule, błocie, w cuchnącym szlamie. I ziając uśmiechać się stamtąd szelmowsko. Natomiast Misia, jak to Misia choć czasem odbiegała kilkanaście metrów za psami, choć też z lubością brodziła po kałużach, to na ogół wolała być blisko mnie i Cezarego, najwidoczniej czując się wówczas pewnie i bezpiecznie.






   Tymczasem Jacuś biegał niestrudzenie dalej. Był taki jak dawniej. Ożywiony, niezmordowany, młodzieńczy. Z upapranymi błotem łapami, ale za to rozświetlony wewnętrznie. Jakby czas znowu stał się dla niego łaskawy. Jakby jego niedawna starcza niedołężność tylko nam się przyśniła. Oglądał się na nas i znowu gnał wwąchujac się co i rusz w jakieś interesujące tropy albo z ciekawością wsadzając biały łeb w chaszcze. Aż radość brała patrząc na to jego odmłodzenie, na przywróconą czarodziejsko energię i żywotność. Piesek nie omieszkał wykąpać się w kałuży, wytarzać w jakiejś padłej żabie, pogryźć ze smakiem pysznych trawek. I przybiegać do nas co jakiś czas by podzielić się swoim zadowoleniem i powiedzieć: Widzicie, kochani? Nie jest ze mną jeszcze tak źle! I świat jest taki piękny!



   Zgodziłam się z Jacusiem w zupełności. Sierpniowy las, pełen bujnej zieleni, pachnący butwiejącymi liśćmi, igliwiem i wodą otaczał nas tkliwym spokojem,  otulał pieszczotliwie, nie dając do nas przystępu dokuczliwym komarom i gzom. Gorąc nie dokuczał. Przyjemnie się chodziło i naprawdę dobrze było popatrzeć na szczęśliwe pyski naszych psiaków. Ucieszyć się ich radością. Zarazić ich młodością. Nie stawiać także i na sobie za wcześnie krzyżyka, bo przecież nawet spoglądając na tak pełnego werwy Jacusia można uwierzyć, że wszystko jest jeszcze możliwe…



   Po niespełna godzinnej przechadzce najwidoczniej mocno już zmęczone, ale nadal bardzo szczęśliwe psie towarzystwo grzecznie dało sobie przypiąć smycze i spokojnie powędrowało w stronę domu. Od razu po powrocie opłukałam psy prysznicem z węża ogrodowego, żeby zmyć z nich najgorsze błoto i brud. A one zadowolone otrzepały się energicznie a potem pokładły się w cienistych miejscach ogrodu żeby odpocząć po wędrówce i być może śnić o kolejnych, dalekich spacerach…








   A oto kolejny poranek. Za oknem monotonnie siąpi. Przyjemny chłodek zawiewa od ogrodu. Psy odsypiają wczorajszą wędrówkę. Także wczoraj większość dnia przespały. Wieczorem dostrzec było można, że kondycja Jacusia mocno spadła. Zmęczony po porannym spacerze nie miał siły ani ochoty biegać z Misią i Hipcią po ogrodzie. W ogóle nic mu się nie chciało i niestety, znowu trochę kulał. Najwidoczniej wrócił dawny, stary Jacuś…Cóż! Można się było tego spodziewać. Wszak na spacerze dał z siebie wszystko i dziwne byłoby, gdyby nie pojawiły się konsekwencje tak niezwykłego zrywu. Ale nie sądzę by Jacuniek żałował wczorajszych biegów po lesie, pojawienia się tej wspaniałej iskry beztroskiej młodości. Był przecież ogromnie szczęśliwy. Uwierzył w siebie. Poczuł znowu blask i smak życia. Myślę, iż takie chwile są bezcenne i dla nas ludzi i dla psów. O nich właśnie się pamięta i z tęsknotą je wspomina. Chociażby nawet miały się już nigdy więcej nie przydarzyć, choćby były tylko łabędzim śpiewem…




wtorek, 27 marca 2018

Wiosna to młodość…


  



   Na kartce z kalendarza na dzień dzisiejszy przeczytałam taką oto myśl autorstwa Ernesta Hemingwaya: „Młodość jest nam dana po to, żeby czynić głupstwa, a wiek dojrzały, aby ich żałować”. Hmmm….Zastanowiłam się natychmiast, czy rzeczywiście żałuję czegoś i czy gdybym mogła zrobiłabym coś inaczej, czy wykorzystałabym tę szansę. I stwierdzam, że nie! Wszystko w mej młodości i później toczyło się tak, jak miało się potoczyć. Wydeptane dukty, poplątane, zarosłe chaszczami ścieżki, labirynty, przepaście, odległe horyzonty. I nawet jakieś ostre kamienie na mej drodze nie znalazły się tam przypadkowo. Potknęłam się o nie aby się czegoś nauczyć o sobie, o ludziach, o życiu. I spotkałam takich a nie innych ludzi a każdy z nich wywarł na mnie jakiś wpływ. I także dzięki nim jestem dzisiaj taka, jaka jestem. Nie oceniam siebie. Po prostu przyjmuję całą siebie jako całość, jako budowlę, z której nie chciałabym wyjąć żadnej cegiełki, bo każda na coś jest w niej potrzebna, tworzy mnie. Te wszystkie cegiełki dokładałam ja, dokładali napotkani bliźni. W większości byli to dobrzy ludzie, niektórzy poranieni wewnętrznie i szorstcy, ale umiejący w najważniejszych chwilach okazać serce. Byli i tacy, którzy swoim bezrozumnym, obojętnym czy złośliwym działaniem naznaczyli mnie trwałymi bliznami. Ale i to jestem dzisiaj w stanie zaakceptować, pojąć, że nie takie to inne rysy musiały pojawić się na tafli mego życia, gdyż nie da się całkowicie uniknąć cierpienia. Także ono czemuś służy, o ile jest szansa na jego zakończenie, o ile po nim może pojawić się ulga, zrozumienie i spokój.


    Młodość jest po to aby działać niestereotypowo, aby porywać się na rzeczy śmiałe, szalone a nawet dziwaczne. Młodość potrafi nie przejmować się cudzą opinią, krytyką, oczekiwaniami. Ona chce frunąć i zrobi wszystko aby ten lot uskutecznić, nawet gdyby słonce miało jej opalić lotki. Młodość kocha ryzyko. Biegnie za głosem serca. Dąży ku realizacji marzeń i nie wstydzi się ich, prze ku własnym, śmiałym celom i nie przeraża trudnościami związanymi z ich osiąganiem. Pełna jest małych sukcesów i porażek. Ale nie upada, nie zniechęca się niczym. Prze naprzód, wyrywa się ku słońcu, ku życiu jak trawki na wiosnę, jak pączki krokusów spod śniegu wyłażące, jak stado żurawi, co z rozgłośnym klangorem powraca na Pogórze mimo śniegów zalegających tam nadal wielkimi płatami oraz małymi wysepkami.




   Młodość to dla mnie głównie stan ducha. Wiadomo, że ciało musi się zestarzeć. Przed tym ucieczki nie ma choćby się żyło nie wiem jak zdrowo i rozważnie. Choćby się po przodkach odziedziczyło najlepsze nawet geny. Ale młodość ducha można pielęgnować, nie pozwolić jej odejść, nie dać się goryczy, żalowi, zniechęceniu. O tę młodość ducha trzeba dbać co dnia, niczym o roślinki w doniczce, niczym o porządek w domu. Jak dbać? Doceniając to, co się ma, ciesząc się tym, co jest. Sięgając do dobrych wspomnień. Pozwalając sobie na nowe marzenia i nadzieje. Nie dając się zarazić wszechobecnym malkontenctwem, lękiem i niechęcią do świata. Starając się mieć do czynienia z pozytywnie nastawionymi ludźmi. Uczyć się tego od nich a nie irytować ich pogodą ducha. Obcować z pięknem przyrody, z urodą architektury, z każdym przejawem pozytywnie działającej mocy natury i ludzkiego ducha. Działać jakkolwiek, nie pozwalając sobie na stagnację i niewiarę w swe siły.

      Czy jest sens czegoś żałować, skoro nie da się już tego odwrócić, poprawić? Czy nie lepiej zaakceptować to i przyjąć jako część siebie? Nie jest łatwo zaakceptować siebie, ale gdy się to człowiekowi w końcu udaje, wówczas w jego sercu zaczyna panować spokój i pojawia się zrozumienie dla reszty świata. Bo przecież cały świat kieruje się tymi samymi prawami. Po fali zgryzot, niepowodzeń, zwątpień i frustracji w końcu przychodzi odrodzenie. Zawsze prędzej czy później przychodzi. Jak wiosna po zimie. I każe na nowo wierzyć życiu, ufać mu, cieszyć się nim, po raz kolejny odzyskać młodość…



   A co ze śmiercią? Jak pogodzić się z jej istnieniem? Jak mimo jej nieustającej obecności umieć cieszyć się życiem? To dla mnie największy problem, źródło bólu i buntu. Stale się z nim zmagam. Na szczęście są chwile, gdy potrafię się pogodzić z nieuniknionością śmierci a nawet intuicyjnie zrozumieć, że i ona jest potrzebna, tak jak noc dniowi, jak zima wiośnie, jak deszcz słońcu, awers rewersowi. Że jest ona ciemną głębią, w której prócz smutku i tęsknoty rodzić się może zrozumienie dla świata i bliźnich, przybliżać nas do nich, uczyć współczucia i doceniać ich takich, jakimi oni są. Że śmierć przynosić może ulgę, pociechę i wyzwolenie oraz początek czegoś nowego…Moim zdaniem taki właśnie jest sens nadchodzących świąt. Oto po dniach cienia odradza się potęga słońca a wraz z nim nadzieja na lepsze dni…


    Spokojnych, słonecznych chwil wiosennych sobie i Wam życzymy a jeśli pojawią się w nich łzy, niechże będą to łzy wzruszenia, ożywiające w nas coś dobrego, pięknego i wiecznie młodego…

                                  pierwszy wiosenny kwiatek Pogórza - lepiężnik

Etykiety

Aborygeni absurd afirmacja życia agrest apel apel o pomoc asymilacja Australia autoanaliza bajka bal ballada baśń Beksińscy Bieszczady blackout bliskość blog blogi bór cenzura Cesarzowa Ki Cezary chleb choroba ciastka ciepło cywilizacja czarny bez czarny humor czas czekolada czerwiec człowieczeństwo człowiek czułość Dersu Uzała deszcz dieta dobro dom dorosłość drama drama koreańska drewno droga drzewa trawiaste Dubiecko Dwernik Kamień dwudziestolecie międzywojenne dystopia dzieciństwo dzikie bzy ekologia elektryczność erotyk eutanazja fajka fantazja film flash mob fotografie fotoreportaż glebogryzarka głodówka głód gospodarstwo goście góry Góry Flindersa grass tree grill grudzień grzyby Gwiazdka historia historie wędrujące horror humor humoreska idealizm ideologia II wojna światowa informacja inność inspiracja internet jabłka jabłoń Jacuś Jacuś. gospodarstwo Jacuś. lato jajka Jane Eyre Japonia Jawornik Polski jesień jesień życia kalina Kanada kanały kangury kastracja kiełbasa klimat klimatyzm koala kobieta koguty kolęda kolędy komputer komunikacja konfitury konflikt koniec świata konkurs konstrukcja kosmos koszenie kot koziołek kozy Kraków Kresy kryminał kryzys książka kuchnia kulinaria kury kwiaty kwiecień las lato legenda lektura lęk lipa lipiec lis listopad literatura los ludzie luty łąka maciejka macierzyństwo magia maj malarstwo maliny mantry marzenie maska metafora mgła miasteczko odnalezionych myśli Michael Jackson Mikołaj miłość Misia mit młodość moda mróz mróż muzyka muzyka filmowa nadzieja nalewki nałóg natura niebezpieczeństwo niezapominajki noc nowoczesność Nowy Rok obyczaje ocean odchudzanie odpowiedzialność odrodzenie ogrody ogród ojczyzna opowiadanie opowiastka opowieść Orzeszkowa osa Osiecka owoce pamięć pandemia Panna Róża park pasja patriotyzm pejzaż pierniki pies pieski pieśni pieśń piękno piosenka piosenki pisanie płot początek podróż poezja pogoda Pogórze Dynowskie polityka Polska pomidory pomysł poprawność polityczna porady postęp pożar praca prawda prezent protest protesty przedwiośnie przedzimie przemijanie Przemyśl przepis przetrwanie przetwory przeznaczenie przygoda przyjaźń przyroda psy psychologia ptaki radość rak recenzja refleksja relatywizm remont repatriacja reportaż rezerwat Riverland rodzina rok rośliny rower rozmowa rozrywka rozum róże rymowanka rzeka samopoczucie samotność San sarny sąsiedzi sens życia siano sierpień silna wola siła skróty słodycze słońce słowa słowa piosenki słowianie smutek solidarność South Australia spacer spiżarnia spokój społeczeństwo spontaniczność spotkanie stado Star starość strych susza susza. upał szadź szczerość szczęście szerszeń śmiech śmierć śnieg śpiew środowisko świat światło świeta święta świt tajemnica tekst piosenki teksty piosenek tęsknota toaleta tragikomedia trauma troska truskawki uczucia Ukraina upał urodziny uśmiech warzywnik wędrówka wędrówki węgiel wiadomości wiadomość wiatr wierność wiersz wierszyk wieś wieża wigilia Wilsons Promontory wino wiosna wiosnaekologia wirus woda wojna wolność Wołyń wrażliwość wrotycz wrzesień wschód słońca wspomnienia wspomnienie współczesność Wszechświat wybory wychowanie wycieczka wygląd wypadki wypalanie traw wzruszenie zabawa zabawa blogowa zachód słońca zapasy zaproszenie zbiory zdjęcia zdrowie zielarstwo zielononóżki zielononóżki kuropatwiane zima zioła zmiany zupa Zuzia zwierzęta zwyczaje żałoba żart życie życzenia Żydzi żywokost