Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mgła. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mgła. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 1 grudnia 2024

Dookoła mgła…

 


   Grudzień zaczął się na Pogórzu mgłą tak gęstą, że patrząc przez okno nie można było dostrzec ani drogi obok ani tym bardziej położonego kilkadziesiąt metrów dalej lasu. Jednak fakt, że niczego nie widać, nie znaczy przecież, iż tego gdzieś tam nie ma. Jest i wkrótce wyłoni się w całej okazałości. I droga i las i łąka i wzgórza i domy…Bo żaden stan nie trwa przecież wiecznie. To stwierdzenie w zależności od kontekstu może budzić smutek, ale i nadzieję. Jednak dzisiaj wszystkim nam chyba bardziej potrzeba owej nadziei, dlatego właśnie jej wyglądam spoza owej gęstej mgły…Tym bardziej, iż o poranku, dominującym w owym białym oparze dźwiękiem nadal bywa warkot samolotów i śmigłowców wojskowych od czasu do czasu przelatujących niewidzialnie nad naszym siedliskiem. Gdzie i po co tak lecą? Jak długo to jeszcze potrwa? Do czego doprowadzi? Niestety, spowijająca rzeczywistość nieprzejrzysta zasłona nie daje odpowiedzi na żadne z tych pytań…



  W ogóle mam wrażenie, iż od kilku lat żyjemy w jakimś totalnym omotaniu mgłą propagandy i manipulacji, służącej zastraszaniu i ogłupianiu ludzkości. Problemy się mnożą i nawarstwiają bez końca. Najpierw dziwna pandemia, potem wojna, narastający coraz bardziej problem z migrantami, do tego promowana w Europie ideologia klimatyzmu i wynikająca z niej coraz większa drożyzna oraz zagrożenie blackoutami… Jeszcze nie wiemy czemu to wszystko służy, ale pewnego dnia ów sens stanie się jasny i wówczas zrozumiemy na jakim świecie żyjemy i jakimi interesami kierują się rządzący oraz podległe im media. Albo i nie zrozumiemy, bo jak mówi mądre przysłowie „Polak przed szkodą i po szkodzie głupi”…



   Ot, przykład z wczoraj. Natknęłam się na Interii na recenzję nowej wersji „Pretty women”. Jak się bowiem okazuje jakiś reżyser zapragnął raz jeszcze nakręcić film o pięknej i wrażliwej prostytutce oraz szlachetnym i zakochanym w niej bogaczu. Chętnie zobaczę kiedyś to dzieło, choć obawiam się, że trudno będzie dzisiejszym aktorom dorównać poziomem gry Julii Roberts i Richardowi Gere. Lecz nie to jest tu najważniejsze. Otóż w osłupieniu przeczytałam końcowe akapity owej recenzji filmowej. Jej autorka ma za złe reżyserowi, iż śmiał do ról Rosjan zatrudnić właśnie rodowitych Rosjan. A przecież, jak nadmienia ta pani z oburzeniem, jest tak dużo innych, zdecydowanie lepszych aktorów a tamci będąc Rosjanami bez wątpliwości służą reżimowi Putina…

   Ręce mi opadły. No po prostu wierzyć się nie chciało, że ktoś we współczesnych czasach operuje tak toporną, tak nic nie mającą wspólnego z uczciwą krytyką, tępą propagandą. Lecz czemu się właściwie dziwię? Przecież wszędzie widać tę natrętną rusofobię. To nachalne i głupie krytykowanie oraz potępianie wszystkiego, co rosyjskie. Sportowców, aktorów, książek, filmów, piosenek, pisarzy, naukowców, stylu życia…Ja rozumiem, że agresywna polityka prezydenta Rosji może budzić sprzeciw i strach, że powinniśmy współczuć oraz do pewnego stopnia pomagać broniącym się Ukraińcom, ale co ma do tego wyszydzanie i obrzydzanie wszystkiego, co rosyjskie? Po co właściwie ta sztucznie podsycana wrogość? Po co ta ideologiczna zaciętość? Przypomina mi to czasy siermiężnego socjalizmu z lat pięćdziesiątych ubiegłego stulecia i piętnowanie wszystkiego, co kojarzyło się z kapitalizmem czy „zgniłym zachodem”. A sięgając do czasów wcześniejszych widzę podobieństwa do propagandy Goebbelsa, która kazała obśmiewać i tępić wszystko, co żydowskie…Wiele jest niestety takich przykładów w historii i nie rokuje to dobrze na przyszłość.

   Obawiam się, iż obecna rusofobia służy zbudowaniu w naszym narodzie niechęci a nawet nienawiści, które to uczucia mogłyby stać się w przyszłości motorem walki, wystarczającym powodem do wypchnięcia Polaków na wojnę. Tak przecież od zawsze lepiło się ludzkość. A ona czy chciała czy nie chciała dawała się zaganiać do boju a potem ginąć w imię cudzych interesów.

   No tak, ale co zrobimy z tą rozdętą rusofobią, gdy nie dojdzie do żadnego rozszerzenia obecnej wojny rosyjsko-ukraińskiej, a przeciwnie skończy się ona i znowu trzeba będzie budować jakieś poprawne stosunki z sąsiadem ze Wschodu? Bo warto zauważyć, że ta obecna antyrosyjskość nie w każdym kraju jest równie silna, co w Polsce. Słowacja i Węgry potrafią prowadzić znacznie rozważniejszą politykę. Także przywódcy Niemiec, Francji czy Włoch wydają się nieco bardziej stonowani w swej dyplomacji oraz w używanym przez siebie słownictwie. Tak więc oni raczej płynnie przejdą do nowej rzeczywistości i bez większych problemów ułożą sobie na nowo stosunki z rosyjskim mocarstwem. A my? Pewnie jak zwykle zostaniemy sami, wykorzystani, przegrani i ośmieszeni,  nie umiejąc pojąć jak mogło do tego wszystkiego dojść.



   Na myśl przychodzą mi przy tej okazji czasy, gdy  uczyłam się w szkole języka angielskiego w Australii. Otóż miałam tam do czynienia z kobietami pochodzącymi z wielu krajów. Z niegasnącą sympatią wspominam do dzisiaj poznane tam Rosjanki i Białorusinki. Zwyczajne, pełne uczuć, marzeń i wspomnień kobiety. Tak podobne mentalnie do mnie, tak swojskie i bliskie kulturowo oraz obyczajowo. Ileż godzin przegadałyśmy razem! Ileż się naśmiałyśmy albo napłakałyśmy opowiadając sobie o tęsknocie za swoimi ojczyznami. To wszystko było wówczas takie normalne, swobodne i naturalne. Ale zastanawiam się, czy w czasach królowania dzisiejszej , wrogiej propagandy także zachowywałybyśmy się podobnie? Czy jednak dałybyśmy się otumanić, nastawić przeciwko sobie? Czy patrzyłybyśmy na siebie wilkiem i nie chciałybyśmy mieć ze sobą nic wspólnego? Mimo wszystko mam nadzieję, iż tak źle by nie było, że umiałybyśmy wznieść się ponad te niskie uczucia, że zwyciężyłyby jednak rozsądek, uczciwość i wzajemne zrozumienie. I tamta Nadia, Wiera, Ala, Swietłana czy Dasza nadal uśmiechałyby się na mój widok tak samo, jak ja uśmiechałabym się na ich powitanie.  Jak przyjaźnie nastawiona kobieta do drugiej kobiety. Jak dobry człowiek do drugiego dobrego człowieka. A co jeśliby tak nie było? Jeśli zwyciężyłyby uprzedzenia, resentymenty i wtłaczane nam do głów stereotypy? Aż strach o tym pomyśleć…

   I uświadamiam sobie jeszcze, że wówczas między uczennicami owej szkoły była także młoda Ukrainka, Olga. Pełna marzeń i planów na przyszłość. Opowiadała nam, iż ona wraz z matką wyjechały z Ukrainy z powodu szalejącej tam korupcji oraz braku szans na zdobycie w uczciwy sposób wymarzonego przez nią zawodu doktora medycyny. Na Ukrainie wraz z jej ojczymem został młodszy brat Mykoła, który z powodu wieku poborowego, w który właśnie wkraczał nie dostał zgody na wyjazd. Bardzo się o niego martwiła, choć nie był to jeszcze czas wojenny. Ponieważ Oldze ogromnie zależało na rychłym wstąpieniu na uniwersytet w Melbourne zachłannie uczyła się angielskiego. Pochłaniała wręcz angielskie słówka. Cechowała ją duża ambicja, lecz widać też było, iż nauka sprawia jej prawdziwą przyjemność. Nie dziwota zatem, iż była z nas wszystkich najlepsza. Ale cały czas zachowywała przy tym skromność, poczucie humoru, pogodę ducha i chęć pomocy innym. Na lekcjach zgodnie siedziała w otoczeniu koleżanek z Rosji. W czasie przerw wychodziły ze Swietłaną na lody a potem wracały zaśmiewając się beztrosko i opowiadając coś sobie po rosyjsku. A co byłoby z nimi teraz? Czy nadal chciałyby uśmiechać się do siebie, czy w ogóle umiałyby jeszcze ze sobą rozmawiać?

   Nie mam pojęcia jak później potoczyły się losy Olgi oraz jej brata Mykoły.  Jednakże myślę nieraz o nich, wspominam i zdumiewam się jak bardzo zmieniło się wszystko przez te kilkanaście lat od kiedy wyjechałam z Australii. Tyle złego się zdarzyło. Tyle strasznych czynów i słów między ludźmi tworzących bariery prawie nie do przejścia. Nie uwierzyłabym w to kiedyś, nie uwierzyła…

   I cóż - niestety jest, co jest. Nikt z nas nie jest w stanie przewidzieć jak rozwiną się sprawy na świecie. Czy ten destrukcyjny pęd do wojny przekształci się w coś realnego, zagrażającego nam wszystkim i pchającego nas do ostateczności?  Pewnie jestem naiwna, ale mam nadzieję, że nie dojdzie do najgorszego. Chcę wierzyć, iż to szaleństwo minie tak nagle, jak nagle się rozpoczęło i znowu będzie można pisać i mówić  o wszystkim bez obaw przed cenzurą czy przez oskarżeniem o bycie ruską onucą, oszołomem czy teoretykiem spiskowym. I minie, rozwieje się ta mgła dookoła zupełnie tak, jakby jej nigdy nie było. Potem wyłoni się spoza niej zwyczajny, piękny świat, gdzie zatrudnianie rosyjskich aktorów w amerykańskich filmach nie będzie przez nikogo piętnowane. A Olga, pochodząca z Ukrainy, szanowana lekarka w Melbourne  życzliwie przyjmie w swym gabinecie swą dawną koleżankę Swietłanę…



czwartek, 24 sierpnia 2023

Mokry i parny sierpień…

 


 

   Pomału dobiega końca ten wyjątkowo parny i gorący sierpień. W tym miesiącu nawałnice i burze nawiedzały nas tu tak często, że nim kałuże i błota zdążyły odrobinę chociaż wyschnąć, to już pojawiały się następne ulewy. Taka tropikalna pogoda sprawiła, że wspaniale owocowały nam i nadal owocują ogórki. Nie dziwota więc, że spiżarka zawalona jest ogórkowymi kiszonkami (aż w związku z tym musieliśmy dokupić kolejny regał gospodarczy) i że niemal co dzień zajadamy się mizerią albo po prostu chrupiemy ogórki z solą. W ogóle dzięki tym letnim, częstym deszczom niesamowicie porosły wszelkie drzewa i krzewy. Jednakże to, co służy jednym roślinom w tym samym czasie szkodzi innym. Np. pomidory uległy zarazie i niewiele jest z nich pożytku w tym roku. A w zeszłym, gdy panowała u nas totalna susza rodziły mnóstwo zdrowych i dorodnych owoców. Natomiast ogórki były wtedy marne.



  Tegoroczna nadmierna wilgoć wpłynęła destrukcyjnie na jedną z psich bud. Zbudowana przez Cezarego trzynaście lat temu na bazie starej skrzyni na zboże, wielokrotnie poprawiana i udoskonalana, znakomicie służąca niegdyś Zuzi a potem jej dzieciaczkom była stałym elementem naszego podwórka. Jednakże zasypywana zimą zaspami śniegu a latem zalewana co i rusz kolejnymi deszczami, podmywana od spodu w szybkim tempie zaczęła próchnieć, pękać, gnić, ulegać przeróżnym żuczkom, wijom, kornikom i mrówkom. Po dokładnych jej oględzinach okazało się, że buda nadaje się tylko do rozbiórki a drewno z niej do spalenia albo do rozrzucenia między krzewami porzeczek by się tam ostatecznie rozłożyło i zasiliło kiedyś glebę. Dziwnie teraz bez niej na podwórku. Zauważam, iż jej brak jak dotąd odczuwa tylko Misia, która najczęściej lubiła się w niej  chronić albo zakopywać w wyścielającym ją sianie kości i inne psie skarby. Często też, ilekroć pokłóciła się ze swą siostrzyczką Hipcią biegła do owej budy, by w jej bezpiecznym wnętrzu dojść do siebie i przespać zły czas. Teraz została jej do dyspozycji ogromna buda - bliźniak.  Znacznie mniej dotąd  przez psy lubiana oraz rzadziej odwiedzana. Może się Misia do niej przekona i przyzwyczai a może uda się Cezaremu za jakiś czas zbudować nową budę? Zobaczymy.  Mamy tu na najbliższy miesiąc zaplanowanych kilka poważnych prac związanych z betonowaniem tarasu przed budynkiem gospodarczym oraz zabezpieczających przed wilgocią murków wokół domu. Jeśli starczy czasu i siły na robienie kolejnej budy, to dobrze, a jeśli nie, to może odwlecze się to na przyszły rok albo w ogóle nie dojdzie do skutku, jeśli zaobserwujemy, że psy zadowoliły się budą - bliźniakiem.






  No bo cóż. Nie można przecież mieć w życiu wszystkiego. Zawsze z czegoś trzeba umieć zrezygnować i potrafić się zadowolić tym, co jest. A do tego starać się zapomnieć o tym, co boli, zaburza spokój. Ale żywa istota to nie maszyna, którą da się zaprogramować. Dlatego stany bliskie ideałowi to rzadkość. Zawsze czegoś w życiu jest za dużo a czegoś za mało. To dotyczy rzeczy, zwierząt czy roślin, ale i wielu innych także ludzkich spraw:  wspomnień, marzeń, lęków albo tęsknot. I często my ludzie nie pojmujemy nawet, nie chcemy wiedzieć, jak wiele w nas kotłuje się sprzecznych uczuć i wypieranych do podświadomości emocji. Ile warstw zalega w nas jedna na drugiej i tkwi na dnie duszy w kompletnej ciemności i pozornej ciszy. Niekiedy jednak nagle coś się zdoła spod tych warstw wydostać na światło dzienne. I zaskoczyć swą siłą...


 

   Niedawno coś takiego właśnie mnie spotkało. Otóż oglądałam w TV jakiś  naiwny, familijny film o wpływającym na losy rodziny, z którą mieszkał, mądrym piesku rasy golden retriever. Na koniec ów piesek umierając podsumowywał w myślach swe życie. Przypominały mu się różne dobre chwile. I żegnał się ze swoimi bliskimi, dziękując im za miłość, jaką mu okazali… Scena ta ku mojemu zaskoczeniu wywołała u mnie ogromny wybuch płaczu. Dawno już nie zdarzyło mi się tak zalać łzami. Niewiele widziałam przez zapuchnięte oczy a z głębi piersi wciąż wydobywał się szloch. Wszystko to trwało zaledwie kilka minut. Po czym bardzo szybko się uspokoiłam, wyciszyłam. I poczułam, że ten płacz był mi jakoś potrzebny. Coś we mnie odetchnęło głęboko i wypogodziło się…To chyba tak jak z niebem. Ono też musi się widocznie czasem porządnie wypłakać zalewając przy okazji ziemię, lasy, ogrody i łąki. A potem zabłysnąć słońcem. Widocznie wszystko jest po coś…



   A propos łąk…Dzięki tym częstym ulewom w powietrzu mnóstwo jest wilgoci a czasem zdarza się, że nad okolicznymi polami i wzgórzami unoszą się magiczne, malownicze opary i mgły. Niestety, przeważnie tak jest, że to ,co widzą oczy nijak się ma do tego, co dostrzega obiektyw aparatu fotograficznego. Tym niemniej zrobiłam kilka zdjęć temu tajemniczemu, niezwykle ulotnemu zjawisku.  Mleczny opar ponad łąkami przez kilka chwil trwał i lśnił w poświacie zachodzącego słońca. A potem rozpłynął się, zniknął tak szybko, jakby go nigdy nie było.



   W związku z tym mlecznym oparem, który dane mi było zaobserwować przypomniała mi się piosenka o dziewczynie ze snu, której tekst napisałam niegdyś do piosenki Michaela Jacksona „Liberian girl”. Lubiłam bardzo kiedyś jego piosenki i zdarzyło mi się ułożyć do nich kilka swoich tekstów np. tu: (Pod tym samym niebem: Uzdrów świat... (wewanderers.blogspot.com)    



   Niedawno obejrzałam na YT ciekawy, dwuczęściowy film o życiu tego zmarłego w 2009 roku niezwykle utalentowanego twórcy (Michael Jackson - cz. 1 Droga na szczyt - YouTube,   Michael Jackson - cz. 2 Wygnanie i śmierć - YouTube)  . Smutny miał los, choć wielu wydawał się królem sceny i  dzieckiem szczęścia. Ale tak jak napisałam powyżej – nie można mieć wszystkiego. A to, co widać z zewnątrz często ma  się nijak do tego, co człowiek przezywa w środku. Popularność Michaela Jacksona kompletnie go przytłoczyła. Dołożyły się do tego problemy związane z trudnym dzieciństwem a potem (bezpodstawnymi moim zdaniem) oskarżeniami o  molestowanie seksualne. Michael Jackson, ten wieczny Piotruś Pan, w życiu prywatnym kompletnie nie miał szczęścia, choć bezustannie go szukał. I choć wciąż otoczony ochroniarzami, fanami, menadżerami to w duszy był coraz bardziej bezradny i samotny…

 


Dziewczyna ze snu

 (Liberian girl)

 ... Oto moja łąka, oto moja łąka, wołam cię....

 

Dziewczyna ze snu

Przyniosła mi ciszę łąk

I czułość swych rąk

 

Dziewczyna ze snu

Nie boi się kochać mnie

Spoglądać w mój cień

 

Dziewczyno ze snu!

Bądź ze mną na zawsze

Nie odchodź znów

Nie sprawiaj mi bólu

Gdy zniknie znowu sen

A ja obudzę się

By szukać, wołać cię

Że kocham cię, kocham, mój śnie....

 

... Oto moja łąka, oto moja łąka, wołam cię...

 

Dziewczyno ze snu

Też pragnę być tam, gdzie ty

I w świecie twym żyć

 

Dziewczyno ze snu

Przeraża mnie zimny świt

I powrót z twej mgły

 

Dziewczyno ze snu!

Tak dużo w mym życiu

 Zrobiłem źle

I nie chcę pamiętać

Chcę ukryć wreszcie się

W twej magii zniknąć gdzieś

Odetchnąć tuląc cię,

I szeptać

Że pragnę cię śnie...

 

... Oto moja łąka, oto moja łąka, wołam cię...

 

Dziewczyno ze snu!

Pajęcza samotność oplata mnie

A ludzie jak cienie

Tak mija każdy dzień

Ja w próżni mojej tkwię

I tęsknię, wołam cię

Że pragnę cię dobry śnie!

Mój śnie…

 

... Oto moja łąka, oto moja łąka, wołam cię...

 

 

   Powoli ten mokry i parny sierpień dobiega końca, ale przed nami jeszcze kilka dni z upałami, ulewami i burzami.  Podobno i wrzesień zapowiada się wyjątkowo ciepło. Przekonamy się o tym już niebawem, witając każdy kolejny dzień w naszym pogórzańskim siedlisku pod lasem…

 


piątek, 1 stycznia 2021

Jasność nocy…

 



 

   Nie, nie będę tu pisała o sylwestrowych fajerwerkach, choć niestety, nie zabrakło tychże w naszych okolicach minionej nocy (która poza światełkami i kolorowymi rozbłyskami sztucznych ogni była  wyjątkowo mroczna i nieprzenikniona). Chcę podzielić się z Wami pewnymi obserwacjami i przemyśleniami, które zrodziły się we mnie pod wpływem tego, co zdarzyło mi się ujrzeć i doznać podczas kilku, czy nawet kilkunastu ostatnich nocy grudniowych.

 


   Dzięki moim psom (a może bardziej przez nie), po wielekroć dopraszających się w późnych godzinach wieczornych wypuszczenia do ogrodu miałam możliwość przyjrzenia się rzeczywistości odmienionej przez nienaturalnie wielki i jasny księżyc oraz zdumiewająco mocno świecące, jak gdyby bliższe ziemi niż zazwyczaj, gwiazdy.


 

   Obudzona przez drapiące w drzwi sypialni namolne sierściuchy po wielekroć półprzytomnie wyłaziłam z ciepłej pościeli i jak to ja, bez okularów, w samych kapciach i nocnej koszuli przechodziłam przez łazienkę do przedpokoju a potem na ganek, gdzie otwierałam na oścież wyjściowe drzwi. Jak zawsze radosne na mój widok psiska z zapałem oblizywały mi dłonie a potem natychmiast, popiskując z podniecenia, podskakując i przeciskając się jeden przez drugiego biegły niczym strzały na tył ogrodu aby tam poszczekiwać, wyć i ujadać na ryjące na naszym polu dziki, pasące się tamże sarny oraz inne stworzenia przebiegające w oddali. A choć rozum nakazywałby mi natychmiastowy powrót do zacisznej sypialni oraz ponowne oddanie się w ramiona Morfeusza (tudzież śpiącego snem sprawiedliwym Cezarego) stałam jak zaczarowana na progu domu i wpatrywałam się w niebo oraz malowane srebrzystymi promieniami ciał niebieskich podwórko i ogród.  Zdumiewałam się, gdzie też podziała się nagle gęsta mgła zasnuwająca wszystko dookoła od co najmniej tygodnia, od świtu do zmierzchu? Jak to się stało, że wtem wszystko było tak wyraziste a jednocześnie nierzeczywiste jak na obrazkach z książek z bajkami, czytanych w czasach dzieciństwa? Gdyby nie szczekanie moich czterech basałyków, dochodzące zza budynku gospodarczego mogłabym nawet przypuszczać, że chyba mi się śni ta dziwna chwila.  Do niezwykłości tego, co obserwowałam dołączało się jeszcze i to, że absolutnie nie odczuwałam żadnego chłodu (choć termometr pokazywał około zera stopni albo najwyżej kilku stopni powyżej zera). Stałam tam niemal naga, bo tylko  w zwyczajnej, frotowej koszulinie a czułam się jakbym trwała w jakiejś banieczce ciepła i spokoju. Żaden wiaterek mnie nie muskał chłodnym powiewem. Żaden mroźny podmuch do mnie nie dochodził. Po prostu chłonęłam ten czar, który się wokół dział całą sobą. I  pewnie zapominając o wszystkim mogłabym tak stać godzinami.


 

   Pierwsze, co mnie zachwycało i dziwiło to niewidziana nigdy wcześniej wielkość księżyca oraz to, że granatowo-stalowe chmury rozsunęły się jak gdyby specjalnie po to, by on, czarodziej i władca nocy mógł w pełni ukazać swe imponujące, jak gdyby z rtęci ulane oblicze. Po drugie przecierałam oczy ze zdumienia, bo choć nie było na ziemi szronu ani śniegu, to betonowe schodki, trawa i całe podwórko bielało a może wręcz świeciło delikatnym, jasnobłękitnym światłem. Sama sobie nie dowierzając, iż to nie śnieg a tylko niezwykłe światło, kucałam aby dotknąć kamiennego podłoża, na którym stałam. A potem szłam kilka kroków przed siebie aby pogładzić delikatnie czuprynę zimowych, wilgotnych traw. A każdy kłos, każda roślinka lśniła niczym lameta z choinki. A choć przesuwały się po nich ogromne cienie płynących w górze obłoków nie traciły niczego ze swego nieziemskiego blasku. Stojąc tam, jakby w centrum jakiejś sceny teatralnej nie bałam się wcale. Odczuwałam jakiś nieokreślony, ale dziwnie podniosły nastrój. Nie marzłam. Nie dygotałam. Nie dopatrywałam się w tym, co widziałam niczego złowróżbnego. Miałam wrażenie, że czuję jak cała ziemia oddycha spokojnie, jak w tajemnym misterium łączy się z niebem i przekazuje mi cześć swego uniesienia. Zdawało mi się, iż byłam przypadkowym świadkiem czegoś wielkiego i niepojętego.  Ale nie jako intruz, ale cichy obserwator i jako drobna cząstka większej całości, która otaczała mnie i otulała spokojem. Odczuwałam całą sobą dawno już nie odczuwaną wolność i …wdzięczność.  Bo dana mi była ta chwila. Ten cud, którego nie umiałam i dotąd nie umiem nazwać. I tak jak nagle rozwiewają się mgły, tak ode mnie odpłynęły gdzieś wówczas dzienne zmartwienia i uporczywe myśli.  Byłam niczym czyste naczynie, w które ktoś wlewa powoli krystaliczną, szemrzącą łagodnie, żywą wodę. I myślałam, że jeśli nawet to tylko sen, niech trwa, niech dalej trwa... 


 

   Ech! W końcu, gdy jednak rozsadek brał wreszcie górę postanawiałam wrócić do domu. Najpierw jednak próbowałam przywołać do siebie psy, zapamiętałe w nocnym ujadaniu. Czasem do mnie przychodziły a czasem nie. Znając je dobrze wiedziałam, że nie ma co krzyczeć po próżnicy. Trzeba zostawić je na dworze, żeby się wyszczekały do woli. Zatem rzucając ostatnie spojrzenie na posrebrzony ogród i wielowarstwowe jakby, niewytłumaczalnie jasne niebo zamykałam za sobą drzwi i cichutko, by nie budzić Cezarego wracałam pod cieplutką kołdrę. Potem albo zasypiałam szybko, albo rozpamiętując to, co widziałam oraz czego doświadczyły moje zmysły leżałam na wznak i gładząc mruczącego na mych piersiach kota wpatrywałam się w cienie tańczące na suficie…Rano, jedyną pozostałością nocnych wyjść były tylko liczne, błotniste ślady zostawione przez psy na kuchennych kafelkach.  A co ze mną? Cóż, nie miałam nawet kataru. Za to uśmiechałam się leciutko na wspomnienie tego, co przeżyłam.


 

   Taka sytuacja powtarzała się po wielekroć przez kolejne noce. Zazwyczaj pierwsze moje wyjście następowało około północy albo godziny pierwszej. Drugie miało miejsce miedzy trzecią a czwartą rano. Co działo się w międzyczasie? Nie mam pojęcia. Wiem tylko, że rzeczywistość widziana o północy i ta w parę godzin później była już zupełnie inna. Jakby dwóch artystów malowało coś inną techniką, a przede wszystkim z zupełnie odmiennym zamysłem. 


 

 Przed świtem wpuszczałam do domu spokorniałe i mokrusieńkie od kilkugodzinnego przebywania na dworze psy. A potem przez chwilę stałam na progu nadziwić się nie mogąc gęstym woalom mgły roztaczającej się nad podwórkiem, ogrodem i okolicznymi łąkami. Niebo tworzyło ciemnoszarą, nieprzeniknioną i zwartą, jednolitą kurtynę. Siąpiła delikatna mżawka. Za parę godzin miał się zacząć nowy, mglisty dzionek. Zniknął, jakby go nigdy nie było, nocny spektakl srebrzystych świateł i cieni. Znikła aura tajemnicy i czegoś mistycznego. Świat znowu ubrał się w maskę nieprzeniknionej mgły…


 

    Skąd wzięła się ta mgła? Kto i po co rozpiął jej sieci nad oceanem przedświtu? Czym było to, co widziałam kilka godzin wcześniej? Nie wiem i pewnie się nie dowiem (choć nie zdziwiło by mnie, gdyby znalazło się na to wszystko jakieś racjonalne, naukowe wytłumaczenie). Pozostaje mi tylko wspomnienie zachwytu, wzruszenia i spokoju otaczającego mnie zewsząd. Kawałka cudu, którym podzieliła się ze mną nocna rzeczywistość, dając mi wgląd w jakiś nieuchwytny a kojący i pełen nadziei czar...


 

   Takoż i ja dzielę się nim z Wami. I choć może zabrzmi to banalnie a pewnie i dziecinnie, to  chcę Wam szepnąć, że zdaje mi się, iż liczy się nie tylko to, co widzimy, co odczuwamy na co dzień. Czy też to, co wlewa się nam zewsząd natrętnie do głów i serc trującym, bezlitosnym, pełnym sztuczności strumieniem. Że ten strumień wcale nie jest takie silny, wcale nie  najważniejszy i jedyny. Bo przecież schowane przed wzrokiem ludzkim wszędzie dzieją się jakieś prawdziwie piękne, tajemnicze, pełne mocy, ale i łagodności oraz dobra rzeczy, które mają wpływ nie tylko na przyrodę, ale mogą go mieć także na nasze spragnione nadziei dusze. I dzieje się tak. I dziać będzie. Chociażby w magicznej jasności nocy …

 


P.S.

Obserwując te nocne zjawiska nigdy nie przyszło mi na myśl by pójść po aparat fotograficzny i zrobić im zdjęcia. Dlatego ilustracją powyższego tekstu są tylko fotografie mgieł otulających Pogórze Dynowskie podczas kilku ostatnich dni minionego właśnie roku. I jeszcze poniższa piosenka, którą w jak zwykle charakterystyczny dla siebie, magiczny sposób śpiewa Enya. Koniecznie spójrzcie jak piękny jest teledysk, stworzony jako podkład do tego utworu...




poniedziałek, 25 listopada 2019

Listopadowa szadź…




   Zupełnie niedawno odkryłam, iż blog poza zapisywaniem zdarzeń, uczuć, stanów emocjonalnych czy refleksji towarzyszących mi w danym momencie życia spełnia także rolę „przypominacza” o pogodzie panującej w danym roku, miesiącu, dniu. Bo przecież z czasem wszystko się zaciera i miesza, choć wówczas, gdy jest teraźniejszością zdaje się tak ważne, tak niemożliwe do zapomnienia. Jednak czas nieustannie otacza mgłą przeszłość i tylko niektóre fakty czy związane z nimi przemyślenia albo uczucia zdają się po latach równie wyraziste, jak niegdyś. Są oczywiście sprawy, których nie da się zapomnieć, bo były one kamieniami milowymi w naszych losach albo zwrotnicami, po których tory życia pobiegły w zupełnie inną niż do tej pory stronę. Są też takie, których przypomnienie przywoływane jest z mroków głębokiej niepamięci  przez zapach, smak, jakiś widok, słowo – klucz czy skojarzenie. Ogromnie tajemniczy i trudny do pojęcia oraz okiełznania jest świat naszych myśli i wspomnień. Kryją się tam dzikie, niezmiennie bujne ogrody wiecznie żywych uczuć oraz pustynie wymarłych już emocji. Znaleźć tam można słowa, które kiedyś miały moc huku armaty a teraz zdają się nic nieznaczącym brzęczeniem komara. Siedzimy tam my sami w milionach przeszłych wcieleń, masek i odsłon, w radościach, smutkach czy stanach zwyczajnej stabilności, która jest koniecznym tłem i osnową dla wszelkiego dziania.




   Nie miałam dzisiaj zamiaru pisać o czymś więcej poza tym, że od kilku dni oglądać mogę co rano szadź. Jednak nie byłabym sobą, gdybym w zwykłe stwierdzenie tego faktu nie wplotła kilku rodzących się w mej głowie refleksji. Ha! Nic na to nie mogę a chyba i nie chcę poradzić!:-)




   Szadź jest zamarzniętą mgłą a jej ilość i grubość zależy od natężenia owej mgły i niskiej temperatury powietrza. Jej malowniczość zależy natomiast od nastroju obserwatora i umiejętności zauważenia w niej czegoś ciekawego, od słońca, koloru nieba albo od innego sposobu jej oświetlenia. Właściwie, to wiele rzeczy w życiu od tego zależy. Czy widzimy, czy chcemy albo czy staramy się dostrzec coś bardziej wielowymiarowego i fascynującego, niż pospolity obrazek za oknem. Jeśli naszą uwagą „oświetlimy” jakiś fragment tego obrazka mocniej, niż resztę, wtedy nabierze on nowego znaczenia i głębi. Wtedy też będzie trudniejszy do zapomnienia. A gdy nie chcemy na coś zwracać tej uwagi, pamiętać o czymś, przydawać mu znaczenia wówczas zazwyczaj pozostawiamy to w cieniu. Choć, paradoksalnie, bardzo często to, co tkwi w owym cieniu najbardziej jest fascynujące, drażniące, niepokojące, pełne rozmaitych uczuć, słowem - trudne do zapomnienia.



   Ale wróćmy do zwyczajnej szadzi…To, jak wyraźnie widać ją na towarzyszących temu postowi zdjęciach zależy od użycia przeze mnie lampy błyskowej, zbliżenia czy oddalenia obiektywu oraz samego momentu, gdy dane mi było ową szadź fotografować. Duży wpływ na to, co jest utrwalone na zdjęciach ma też, rzecz jasna, samopoczucie fotografującego. A mnie marzły wówczas dłonie, bo z uwagi na wygodę obsługi aparatu fotograficznego nie ubrałam rękawiczek, dlatego po kilkunastu minutach spaceru w lodowatej mgle tak rozbolały mnie skostniałe palce, że musiałam wracać do domu aby rozgrzać się w cieple kuchennego pieca. Na domiar złego tuż po wyjściu z domowych pieleszy zaczęło mnie dręczyć donośne burczenie w brzuchu. Dopadło mnie więc i nie chciało odstąpić wyobrażenie smaku porannej owsianki oraz możliwość trzymania w zmarzniętych dłoniach gorącej miseczki z tą mleczną zupą. Nie spędziłam zatem na dworze tyle czasu, ile wprzódy zamierzałam. Coś mnie przez to ominęło z tych następujących tuż po świtaniu, listopadowych widoków oraz ze zmian zachodzących w nich jeszcze potem. Nie widziałam lśnienia szadzi w świetle księżyca. Ani nie wyszłam na dwór później i nie zrobiłam zdjęć, w tym jednym, krótkim momencie, kiedy mocniej zaświeciło słońce i na tyle ogrzało powietrze, iż  szadź osypywała się z drzew podobna do srebrzystego konfetti.   


   Ale w życiu tak to już jest, że nie można mieć wszystkiego. Nieraz stokroć ważniejsze od zachwytów dla duszy jest proste ciepło i wygoda dla ciała. Dzięki temu chyba udaje się zachować jako taką równowagę, między tym co duchowe i cielesne. Nie odlecieć za daleko w jakieś rejony abstrakcji, fantasmagorii, złudzeń czy mrzonek. Nie odejść za bardzo od tego, co łączy człowieka nitką bezpieczeństwa ze zwyczajnym, prozaicznym, lecz dającym mu poczucie spokoju życiem. A także, jak w tym konkretnym przypadku, nie przemarznąć na kość i nie przeziębić się.  Umieć się zatrzymać i choćby z niemożliwą do zaspokojenia tęsknotą czy z uczuciem niedosytu pójść za tym, co w tym momencie najważniejsze, najkorzystniejsze dla człowieka. I jeszcze, idąc drogą tego typu refleksji, czasem dobrze jest pofantazjować, odfrunąć w rozmowie w rejony poetyczne i anielskie, zagłębić się w psychologiczne dywagacje, popisać albo poczytać coś na blogach, ale niekiedy bardzo potrzebna jest też człowiekowi zwyczajna, prosta rozmowa o życiu, o tym co się dzieje tu i teraz, o tym co dotykalne a nawet przyziemne. Móc się z kimś pośmiać albo popłakać. Móc się kogoś poradzić albo spróbować komuś pomóc.  Popatrzeć w czyjeś oczy, otrzeć się o jego ciepło, zapach, aurę a potem oddalić się by móc znowu wrócić do swojego „ja”. Egzystować w różnorodności dziania i odczuwania. Nie wykluczać niczego, ale i niepotrzebnie nie wartościować. Bo wszystkim można się przecież zmęczyć, gdy trwa zbyt długo, gdy zawłaszcza zanadto. Wszystko też może się człowiekowi przejeść – i niebo i ziemia.




   Nie zmienia to jednak faktu, iż gdybym tego konkretnego poranka wyszła na zewnątrz pół godziny wcześniej albo pół godziny później wszystko mogłoby wyglądać zupełnie inaczej. Ani lepiej ani gorzej, ale na pewno inaczej. Fotografie, które pokazuję Wam dzisiaj robiłam tuż po szóstej rano, w trakcie rozwidniania się. Niebo było wtedy kompletnie zachmurzone a mgła unosząca się dookoła zmiękczała i rozmywała kontury traw, drzew, krzewów i innych szczegółów otoczenia. Było tak wcześnie, że przy naszym karmniku dla ptaszków, gdzie wisiały spore kawałki słoniny nie dostrzegłam jeszcze ani jednej sikorki. Zleciały się doń dopiero kilkanaście minut później, co dostrzegłam już siedząc wygodnie przy stole kuchennym a zdjęć robić wygłodniałym sikoreczkom nie chciałam, żeby nie płoszyć tych niebożąt i nie przerywać im upragnionego i jakże potrzebnego w ten mróz śniadania. Ja też zresztą napawałam się już wtedy smakiem i ciepłem upragnionej owsianki. W piecu, pośród pachnących lasem szczapek drewna buszował wesoło ogień. I nic więcej mi do szczęścia w tamtym momencie nie trzeba było.



   A tymczasem na zewnątrz mgła wciąż upiększała rzeczywistość w kolejne wabiące nieznanymi sekretami zasłony, w warstwy białej, delikatnej jak niepochwytne marzenie szadzi…


Etykiety

Aborygeni absurd afirmacja życia agrest apel apel o pomoc asymilacja Australia autoanaliza bajka bal ballada baśń Beksińscy Bieszczady blackout bliskość blog blogi bór cenzura Cesarzowa Ki Cezary chleb choroba ciastka ciepło cywilizacja czarny bez czarny humor czas czekolada czerwiec człowieczeństwo człowiek czułość Dersu Uzała deszcz dieta dobro dom dorosłość drama drama koreańska drewno droga drzewa trawiaste Dubiecko Dwernik Kamień dwudziestolecie międzywojenne dystopia dzieciństwo dzikie bzy ekologia elektryczność erotyk eutanazja fajka fantazja film flash mob fotografie fotoreportaż glebogryzarka głodówka głód gospodarstwo goście góry Góry Flindersa grass tree grill grudzień grzyby Gwiazdka historia historie wędrujące horror humor humoreska idealizm ideologia II wojna światowa informacja inność inspiracja internet jabłka jabłoń Jacuś Jacuś. gospodarstwo Jacuś. lato jajka Jane Eyre Japonia Jawornik Polski jesień jesień życia kalina Kanada kanały kangury kastracja kiełbasa klimat klimatyzm koala kobieta koguty kolęda kolędy komputer komunikacja konfitury konflikt koniec świata konkurs konstrukcja kosmos koszenie kot koziołek kozy Kraków Kresy kryminał kryzys książka kuchnia kulinaria kury kwiaty kwiecień las lato legenda lektura lęk lipa lipiec lis listopad literatura los ludzie luty łąka maciejka macierzyństwo magia maj malarstwo maliny mantry marzenie maska metafora mgła miasteczko odnalezionych myśli Michael Jackson Mikołaj miłość Misia mit młodość moda mróz mróż muzyka muzyka filmowa nadzieja nalewki nałóg natura niebezpieczeństwo niezapominajki noc nowoczesność Nowy Rok obyczaje ocean odchudzanie odpowiedzialność odrodzenie ogrody ogród ojczyzna opowiadanie opowiastka opowieść Orzeszkowa osa Osiecka owoce pamięć pandemia Panna Róża park pasja patriotyzm pejzaż pierniki pies pieski pieśni pieśń piękno piosenka piosenki pisanie płot początek podróż poezja pogoda Pogórze Dynowskie polityka Polska pomidory pomysł poprawność polityczna porady postęp pożar praca prawda prezent protest protesty przedwiośnie przedzimie przemijanie Przemyśl przepis przetrwanie przetwory przeznaczenie przygoda przyjaźń przyroda psy psychologia ptaki radość rak recenzja refleksja relatywizm remont repatriacja reportaż rezerwat Riverland rodzina rok rośliny rower rozmowa rozrywka rozum róże rymowanka rzeka samopoczucie samotność San sarny sąsiedzi sens życia siano sierpień silna wola siła skróty słodycze słońce słowa słowa piosenki słowianie smutek solidarność South Australia spacer spiżarnia spokój społeczeństwo spontaniczność spotkanie stado Star starość strych susza susza. upał szadź szczerość szczęście szerszeń śmiech śmierć śnieg śpiew środowisko świat światło świeta święta świt tajemnica tekst piosenki teksty piosenek tęsknota toaleta tragikomedia trauma troska truskawki uczucia Ukraina upał urodziny uśmiech warzywnik wędrówka wędrówki węgiel wiadomości wiadomość wiatr wierność wiersz wierszyk wieś wieża wigilia Wilsons Promontory wino wiosna wiosnaekologia wirus woda wojna wolność Wołyń wrażliwość wrotycz wrzesień wschód słońca wspomnienia wspomnienie współczesność Wszechświat wybory wychowanie wycieczka wygląd wypadki wypalanie traw wzruszenie zabawa zabawa blogowa zachód słońca zapasy zaproszenie zbiory zdjęcia zdrowie zielarstwo zielononóżki zielononóżki kuropatwiane zima zioła zmiany zupa Zuzia zwierzęta zwyczaje żałoba żart życie życzenia Żydzi żywokost