Pokazywanie postów oznaczonych etykietą psychologia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą psychologia. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 24 lutego 2026

W świecie idealnym...

 




   W świecie idealnym nie ma cierpienia, złości, chorób, nieszczerości i obmowy. W świecie idealnym wszyscy beztrosko uśmiechają się do siebie, bo nie ma żadnych powodów do zmartwień. Nawet pogoda zawsze jest piękna. Sielankowe życie upływa zatem na rozrywkach, przyjemnościach, hobby i zabawach...

   Czy chcąc żyć w świecie idealnym powinniśmy oddalać od siebie wszelkie złe wiadomości, smutki, zgryzoty i zmartwienia, udawać że ich nie ma? Czy to wystarczy? Czy niezagłębianie się w trudne tematy pozwoli nam ocaleć w jakiejś banieczce niezakłóconej niczym szczęśliwości? Jednak jeśli wszyscy odwrócą się od tych trudnych tematów, to kto je za nas załatwi, kto rozwiąże piętrzące się wszędzie problemy? A może same magicznie znikną?

   Mamy z mężem taki zwyczaj, że czytając poranne wiadomości i ciekawe teksty w necie dzielimy się spostrzeżeniami i uwagami. Jednak ponieważ od jakiegoś czasu złych wiadomości wydaje się być coraz więcej i coraz więcej dostrzegalnych gołym okiem absurdów często nie potrafimy już nawet tego wszystkiego skomentować. Poprzestajemy na porozumiewawczych spojrzeniach i przygnębionych westchnieniach. Bo coraz mniejsza w nas wiara, że będzie lepiej. I pojawia się pytanie: skoro nic sami nie możemy z tym zrobić, to czy w ogóle powinniśmy się w to emocjonalnie angażować? Zatem angażujemy się coraz mniej, choćby po to by nie psuć sobie humoru. Jednak nadal nie potrafimy przyjmować z obojętnością tego, co się dzieje, odwracać się od świata i zajmować się wyłącznie tym, co dotyczy nas samych oraz tutejszego życia. Choć przecież coraz bardziej podeszłe lata powinny nas do tego usposabiać. I tu polecam Wam interesujący artykuł do przeczytania traktujący o zmianach w zachowaniu i postrzeganiu problemów u starszych ludzi:

To nie „zdziadzienie” ani obojętność. Psychologia ujawnia, co naprawdę dzieje się w głowie seniora

   A wracając do marzenia o istnieniu świata i życia idealnego. Czy w ogóle możliwe jest gdzieś takie życie? Przecież nawet w baśniach prędzej czy później pojawić się musi jakiś negatywny bohater, jakieś smutne zdarzenie, groza, lęk i niesprawiedliwość. Musi, bo inaczej akcja utknęłaby w miejscu i byłaby to opowieść o niczym. Nudna, płytka, niewarta sięgnięcia po nią, bez happy endu i morału. Tak to przynajmniej wyglądałoby z boku, bo może dla bohatera tejże baśni byłby to upragniony scenariusz życia bez problemów i zmartwień. Dzień podobny do dnia. Powtarzalny, bezpieczny, przewidywalny, lecz jednocześnie nijaki...

   Od razu przypomina mi się książka A. Huxleya „Nowy, wspaniały świat” i film oparty na niej. Widać tam właśnie niby w soczewce takie sztucznie stworzone szczęśliwe społeczeństwo. Społeczeństwo, któremu w sukurs przybywa najwspanialszy wynalazek ludzkości: soma. Soma - cudowny lek uwalniający od wszelkich ewentualnych smutków i zwątpień. Narkotyk aktywujący w ludziach nowe pokłady zadowolenia z tego, co jest.




   Lecz czy członkowie takiego społeczeństwa przypominają jeszcze prawdziwych ludzi z krwi i kości? Ludzi potrafiących odczuwać coś mocniej i głębiej? Umiejących i chcących rozumieć innych, współczuć im, postawić się na ich miejscu? Nie. Takim jak oni wystarczy ślizganie się po powierzchni. Dla nich nie istnieją negatywne uczucia, takoż i nie ma w nich tych pozytywnych. Wszystko wydaje się jałowe, nieskażone głębszą myślą i uczuciem. Ludzie niczym cyborgi. Rzeczywistość tak idealna, że aż dystopijna. Każdy żyje osobno, lecz wszyscy są do siebie podobni. Tak samo radośni, tak samo puści. Związki międzyludzkie płaskie. Empatia, altruizm, umiejętność poświęceń to nic nieznaczące hasła. A jeśli ktoś śmie wyłamać się z tego schematu skazywany jest na banicję, na nieistnienie w nowym, wspaniałym świecie...

   Zachęcam Was do przeczytania następnego ciekawego artykułu zalinkowanego poniżej. 

Self-care weszło za mocno. "Umarł ci ojciec? Nie mam zasobów dla twojego smutku" | naTemat.pl

   Znajdują się w nim rozważania o tym, w jakiej kondycji psychicznej i moralnej znajduje się nasze społeczeństwo. Żyjąc tu na cichym Pogórzu Dynowskim, z dala od wielkomiejskiej cywilizacji nie obserwuję jeszcze w otoczeniu tak negatywnych, jak opisywanych w owym artykule zjawisk. Jeszcze tu nie dotarły tak nowoczesne wynalazki współczesnej ludzkości jak asertywność czy pozytywne wibracje. A być może już tu są, tylko ja ich jeszcze nie dostrzegam zanurzona w świecie starych, sprawdzonych znajomości, powtarzalnej i zależnej tylko od pór roku codzienności, pośród tradycyjnie pojmowanych ról społecznych i powinności wobec innych ludzi, wynikających chociażby z poczucia sprawiedliwości, solidarności, przyzwoitości a przede wszystkim katolickiego miłosierdzia.

   Czytając polecany powyżej tekst dowiedziałam się, że w ostatnich latach jako społeczeństwo oraz poszczególne jednostki społeczne bardzo zmieniamy się na niekorzyść. W imię ocalenia swojego kruchego szczęścia, nie chcemy się pochylać nad cudzymi sprawami, problemami, wikłać w czyjeś smutki i tragedie. Wszak z takim trudem zdołaliśmy osiągnąć jakąś harmonię, jakiś pozorny spokój. Dlaczego ktoś śmiałby go nam zakłócać swoimi niewesołymi zwierzeniami, obciążać nas nimi ? Dlaczego my mielibyśmy poświęcać dla kogoś swój drogocenny czas, myśli i uczucia? Krótkowzrocznie wolimy udawać przed samymi sobą, że da się żyć w oderwaniu od tych problemów, od trudnych tematów, że one nas nie dotyczą i dotyczyć nie będą. Wystarczy o nich nie słuchać, nie wiedzieć a wszystko będzie w porządku a piękny, dobry świat będzie nam dawał w prezencie tylko bajecznie kolorowe chwile...Wystarczy tylko o tym, co negatywne i niepokojące nie mówić, nie słyszeć, nie pisać, nie napełniać naszą energią niepożądanych zjawisk. A wówczas one znikną, jakby nigdy ich nie było. A całe zło przestanie istnieć. I nastanie raj na ziemi. Uśmiech już na stałe przylepiony do twarzy.



   Czy na dłuższą metę da się istnieć w ten sposób? A co będzie, gdy jednak w naszym życiu zacznie się coś sypać? Zdrowie, kontakty międzyludzkie, pozycja finansowa? Czy w naszym otoczeniu ostatnie się wtedy ktoś, kto będzie chciał nas wysłuchać, pomóc, skoro my wcześniej nie byliśmy skłonni do wysłuchania innego człowieka? Skoro egoistycznie odsuwaliśmy go od siebie niby zadżumionego? Może teraz nam nie będzie komu się zwierzyć, komu wypłakać i trzeba będzie szukać innego pocieszenia, wypełniacza naszej samotnej codzienności, czegoś, co choć na chwilę pozwoli odetchnąć, zapomnieć o smutku, pustce i beznadziei? Ach, gdzież jest owa upragniona soma? Jej okruchy, marne namiastki znaleźć można dzisiaj tylko w mediach społecznościowych, w grach komputerowych, w zakupoholizmie, operacjach plastycznych, w obżarstwie, alkoholizmie i narkomanii itp., itd....Ale pewnie w przyszłości pojawi się znacznie więcej takich pocieszaczy, czarodziejskich leków jakże potrzebnych w naszych dziwacznych czasach, w naszej samotności...




   Bo samotność wbrew wszelkim staraniom, modom i wynalazkom staje się coraz dotkliwsza...U starych i u młodych. Zainteresował mnie a nawet wstrząsnął obejrzany wczoraj na kanale zero felieton filmowy na temat degeneracji stosunków międzyludzkich, na temat malejącej ilości tradycyjnie pojmowanych romantycznych związków a zastępowania ich przez te nawiązywane między człowiekiem a sztuczną inteligencją... 


   Wynika z niego, iż dzisiejsza młodzież nie potrafi i nie chce się angażować. Woli mieć nieskończony, nieograniczony wybór między potencjalnymi, wyszukiwanymi w necie partnerami. Rosną wobec nich wyśrubowane wymagania. Coraz więcej jest singli, coraz mniej rodzin i dzieci. I narasta też smutek, bezradność, bo w tym sztucznym, cukierkowym świecie pozorów nie wypada się wychylać, nie wypada iść pod prąd. Pragnąć czegoś więcej, niż krótki niezobowiązujący small talk, błaha rozmowa o niczym, imponowanie sobie wzajemnie tym, co się posiada albo tym jak się wygląda. Jeśli nie potrafisz się dostosować, to cię zakrzyczą, wyśmieją, zadepczą a w najlepszym razie zamilczą. Lepiej już człowieku, gdy mimo wszystko jest ci źle, oddal się gdzieś, gdzie nikt cie nie zobaczy. Zwiń się w kłębek i wykrzycz się tam zdrowo albo popłacz sobie do woli. A w każdym razie nie pchaj się ze swoją toksyczną zgryzotą między tych pogodnych, pięknych ludzi. Nie niszcz im dobrego dnia aby tobie nikt go kiedyś nie zniszczył. Popłaczesz trochę i na pewno ci przejdzie. I zrozumiesz w końcu, że świat jest cudowny, wręcz idealny. To ty nie pasujesz do niego ze swoją ponurą miną. Ze swoim niepozbieraniem, zagubieniem, milionem pytań bez odpowiedzi. A jak ci i płacz nie pomoże, to odpal kompa i kup sobie nową sukienkę, kosmetyk, cokolwiek.... Albo wyślij migoczące serduszka do kogoś na komunikatorze. I ciesz się, jak takie same dostaniesz w zamian. No i będzie dobrze. Bo przecież musi być dobrze!




   Ech! Po co ja właściwie piszę ten tekst? Wszak nie ma w nim nic odkrywczego a poza tym na blogach bardziej ceni się pogodne, dające uśmiech i nadzieję teksty, niż te poważne i powodujące niepożądany dyskomfort? Przecież blogi to także ucieczka od problemów, to część świata idealnego, którego nie powinno się zaburzać. Jednak we mnie wciąż kołacze się nadzieja, że warto. Warto dzielić się myślami, nawet jeśli są niewesołe. Warto polecać ciekawe teksty do przeczytania albo filmy do obejrzenia i do wspólnego przedyskutowania. Warto, bo moim zdaniem trzeba robić wszystko by jakkolwiek opóźnić tryumfalne nadejście „Nowego, wspaniałego świata” A. Huxleya, o ile już nie jesteśmy w tym świecie...


czwartek, 19 lutego 2026

Pies i lis...

 

                                                                   lutowa odwilż w Jaworowie



- Dlaczego mnie gonisz spuszczony z uwięzi?

Zły warkot brzmi z twojej gardzieli

Wszak nasi dziadowie z tej samej gałęzi

I więcej nas łączy, niż dzieli

Skąd w tobie ta zazdrość o byle okruszek

O kurkę com zwędził tu wczoraj

Ciebie żywią ludzie a ja zdobyć muszę

Wszystko by przeżyć zdołać...


Tak do psa lis gadał zza płotu z daleka

Gdy poczuł, że nic mu nie grozi wcale

A burek z bezsilnej wściekłości zaszczekał

Bo za nic miał te lisie żale

- Ach, dopaść go, schwycić wnet w obłędzie

Oblizał się pies mocno ziając

- Aż kudły rudzielca fruwałyby wszędzie

Bo więcej wszak niewart, niż zając

- I gryzłbym go długo, szarpałbym nareszcie

Jak wczoraj szaraka polnego

Ach! To byłby tryumf pełny i szczęście

I mógłbym odpocząć od złego...


Lecz cóż to? Hen w płocie pies dziurę dostrzega

- Dopadnę go wnet! - serce dudni

Więc rusza, lisowi skręciła się noga

I wpadł raptem do starej studni

A tuż za nim psisko, leżą w dole mrocznym

Gdzie drapiąc się, gryząc zażarcie

Próbują wyjść na wierzch, ale nie ma po czym

Bo studnia ich więzi uparcie

Lodowatej wody sączy się strumyczek

Okrutnie podmywa im brzuchy

Coraz zimniej wokół, tylko granie kiszek

W krąg szemrze, że nie ma otuchy

Sami nie wylezą, zimno ich telepie

Bezradni wśród chłodu a złość gdzieś przepadła

W końcu się wtulili niby bracia w siebie

Pragnąc tylko ciepła, no i może jadła

Czas płynął a oni tam tkwili bez końca

Strwożeni, zmarznięci jak ślepe szczenięta

Stęsknieni promyka dalekiego słońca

O swarach niechcący pamiętać


Po dniach długich kilku, w głodzie i mokrości

Ktoś ich wreszcie znalazł w tym niechybnym grobie

Uwolnieni poszli cicho w swoje włości

Na odchodnym lekko kłaniając się sobie


Jak myślicie, czy długo potrwa zawieszenie broni?

Czy to rzecz możliwa by tam była zgoda?

Czas pokaże wszystko, niesnaski odsłoni

Ale żal mi pieska, no i liska szkoda...




   Jakiś czas temu przeczytałam w necie artykulik o zakończonej powodzeniem akcji ratowania psa i lisa, uwięzionych na dnie starej, nieużywanej od lat studni. Tekst ów dał mi sporo do myślenia i zalinkowałam go sobie wiedząc, że prędzej czy później coś na ten temat napiszę:

https://www.msn.com/pl-pl/wiadomosci/polska/pies-z-lisem-wpadli-do-studni-zwierz%C4%99ta-by%C5%82y-zzi%C4%99bni%C4%99te-i-wtulone-w-siebie/ar-AA1OLTqp?ocid=msedgntp&pc=U531&cvid=68f5c650df7b4c03932a5cb4de7602a6&ei=11

   Składając zaś gorzki w wymowie powyższy wiersz zastanowiłam się głębiej nad tym jak bardzo świat zwierzęcy i ludzki zdają się do siebie podobne. Jak wolimy się z sobą kłócić, obrzucać obelgami, gniewać się i poniżać wzajemnie, niż spojrzeć na sprawy z dystansem i darować sobie wszelkie prawdziwe czy urojone przewiny, a nawet spróbować zrobić wspólnie coś dobrego. Ostatnio okropny hejt wylewa się na Martę Nawrocką, wcześniej na jej córeczkę, bo przecież każda okazja jest dobra do hejtu, do zdobycia tym samym chwilowej popularności. Do chóralnego, pełnego pasji i pogardy nienawistnego obszczekiwania. Ach, ileż przyjemności i satysfakcji mają z tego ujadacze. Jak bardzo im ulży, gdy wypuszczą z siebie trochę jadu i złości a potem pójdą dalej udając niewinne baranki. Do czasu, rzecz jasna, gdy pojawi się nowa okazja do szyderstw i napaści. Druga strona sporu politycznego także nie pozostaje bezczynna. Zacierając z radości ręce bierze na tapetę tego czy tamtego polityka rządzącej koalicji albo też jego bliskich, bo nie istnieją żadne świętości. I znowu zaczyna się ostra jazda. Wszystkie chwyty dozwolone. Dokuczanie, obmawianie, oczernianie, podgryzanie, zwalczanie wszelkimi metodami. Wet za wet. Oko za oko...

   Czy to się kiedyś skończy? Ta wzajemna złość i zajadłość, ta nie przynosząca niczego dobrego plemienna wrogość? Być może żeby tak się stało musimy wszyscy wpaść do jakiejś głębokiej studni by zrozumieć, iż tak naprawdę wszyscy jesteśmy tacy sami, że w prawdziwej biedzie nie liczą się wzajemne animozje, ale zwyczajna ludzka bliskość, wsparcie, zrozumienie i pomoc...? Co mogłoby być taką studnią? Nawet nie chcę o tym dywagować, bo od razu najstraszniejsze rzeczy przychodzą mi na myśl. Ale wiecie co? Obawiam się, że nawet najokropniejsze położenie mogłoby nie być wystarczające by zakopać ów topór wojenny, by przynajmniej na chwilę nastała odwilż w naszych stosunkach. Bo jednak my, ludzie, mocno różnimy się od zwierząt, od psa i lisa. Niestety, na niekorzyść ludzi...





niedziela, 16 lutego 2025

Kocha, lubi, szanuje…

 



 

   „Kocha, lubi, szanuje. Nie chce, nie dba żartuje…” Pamiętna, stara rymowanka z dzieciństwa. Albo pioseneczka: „Mam chusteczkę haftowaną wszystkie cztery rogi. Kogo kocham, kogo lubię, rzucę mu pod nogi. Tej nie kocham, tej nie lubię, tej nie pocałuję a chusteczkę haftowaną Tobie podaruję”? Śpiewało się to kiedyś na placu zabaw w przedszkolu, w szkole albo na podwórku, nieprawdaż?

   Zosia nie lubiła tego. Czasami cierpła wprost z lęku, gdy miała się zacząć znajoma zabawa w wybieranie tych, których się lubi oraz odrzucanie innych, tych nielubianych. Zdarzyło jej się bowiem parę razy być obiektem owego odrzucenia i nie umiała zapomnieć przykrości, smutku oraz wstydu, który wówczas odczuwała. Nie potrafiła też ot tak wybierać i odrzucać innych. Zaraz czerwieniała na twarzy. A czasem nawet bolał ją brzuch, gdy pełna wyrzutów sumienia zmuszona była na kogoś wskazać. Nie potrafiła potem spojrzeć owemu dziecku w oczy. I bała się, że następnym razem będzie przez owo dziecko tak samo potraktowana. Wet za wet. Kogoś przecież wybrać trzeba było w tej radosnej, beztroskiej selekcji…A przecież to była tylko nic nie znacząca zabawa. Tylko zabawa a jednak dla pełnego kompleksów a do tego nadwrażliwego dziecka, jakim wówczas była Zosia nabierała zupełnie innego wymiaru. Stanowiła część reguł życia, których nie potrafiła zrozumieć i się im bezmyślnie podporządkować. Stojąc tak czasem w kółeczku innych rozbawionych dzieci rozmyślała sobie z lękliwą nadzieją:

- Może dzisiaj Justynka mnie wybierze, bo przecież ostatnio tyle się razem bawiłyśmy i śmiałyśmy. No i powiedziała, że mnie lubi – przestępując z nogi na nogę dziewczynka patrzyła na ową Justynkę z zachęcającym uśmiechem. Ale Justynka zapominając najwidoczniej o niedawnej wspólnej zabawie znowu wybierała kogoś innego jako ulubieńca, zaś Zosi pozostawała w sercu zadra o posmaku gorzkiej wdzięczności, że przynajmniej tym razem nie oznaczyła jej jako tę nielubianą i nieszanowaną.

   Czy inne, odrzucane w tej zabawie dzieci miały podobne do zosinych odczucia? Czy przejmowały się tym odtrąceniem tak jak ona? Nie wiadomo. Nie rozmawiało się raczej wtedy o uczuciach. Przeważnie tylko czyny o nich świadczyły. Chęć wspólnej zabawy albo jej brak. Chwycenie się za ręce albo ich wyrwanie.  Wzajemny uśmiech albo skrzywiona mina. Pewne rzeczy wyrażało się charakterystycznymi spojrzeniami albo ich brakiem. Lecz mimo wszystko wzajemne stosunki między dziećmi wraz z ich skomplikowanymi zależnościami i gmatwaniną sprzecznych emocji jawiły się Zosi niczym ogromny labirynt. Czasem znajdowało się w nim właściwą ścieżkę a czasem nie i szło się przed siebie na oślep w nadziei, że gdzieś się w końcu dojdzie.



   W międzyczasie Zosia przemieniła się w Zofię, ale choć za nią mnóstwo nowych doświadczeń, choć nauczyła się co nieco o sobie i ludziach, to nadal pełna jest wątpliwości. Pytań bez odpowiedzi. Doznawanych z nagła przykrości oraz zawodów. Poczucia bezradności.  I znowu błądzi, znowu rozmyśla, zastanawiając się nad tym samym, nad czym zastanawiała się w dzieciństwie. Tylko zabawy, w których uczestniczy inaczej się teraz nazywają. Jednak ich istota pozostaje wciąż ta sama. Ot, choćby sprawa Walentynek. Niby banalne, pełne komercji święto. Ale wbrew zdrowemu rozsądkowi i ironicznemu podejściu do owego zagadnienia chciałoby się w tym dniu od kogoś dostać jakiś dowód uczuć. Bo inni przecież dostają. A nawet się nim bezwstydnie chełpią. A co z tymi, o których nikt nie pamięta? Z tymi, co patrzą z boku (choć udają, że nie patrzą) na innych obdarowanych serduszkami, kwiatami albo jabłuszkami z napisem „I love You”. Czy ktoś myśli o ich uczuciach? Ale pal sześć te całe Walentynki!  Ty tylko jeden dzień w roku. A co z całą resztą? Jak znaleźć klucz do jej zrozumienia? Do  pojęcia reguł gry obowiązujących w tej dziwacznej mieszance serdeczności i obojętności, sympatii i okrucieństwa? Jak rozwikłać zagadkę zmienności ludzkich zachowań? I co zrobić by nie czuć tak mocno i po prostu płynąć przed siebie bez zbędnych namysłów i rozterek?

   Bo wciąż w takiej czy innej formie trwa stara zabawa w chusteczkę haftowaną…Czy w ogóle da się przed tą zabawą uciec…? Bo przecież króluje ona w każdej dziedzinie życia. W szkole, w pracy, między znajomymi i sąsiadami, zdarza się też w rodzinie a bardzo często w znanej nam wszystkim blogosferze. 

   Dziś ktoś jest blisko, a jutro już daleko. Ogromny ocean wzajemnych powiązań i wpływów zmienia się bezustannie. Nieznane prądy morskie wciąż kolebią łódeczkami a ich pasażerowie nie są w stanie odgadnąć, dlaczego dzieje się tak, skoro jeszcze wczoraj działo się inaczej. Kolejny labirynt i kolejny…Ktoś idzie naprzód a ktoś zostaje w tyle. Ktoś płacze a w tym samym czasie ktoś inny się śmieje. Bo takie jest życie. Bo każdy ma prawo do swoich uczuć w danym momencie. Do nieoglądania się na innych. A że w tym labiryncie ktoś znów zgubił nitkę…? Że znów nic nie wie? Cóż. Zawsze przecież może zacząć obrywać płatki kwiatów i szeptać dziecinną rymowankę: „kocha, lubi, szanuje. Nie chce, nie dba, żartuje…”Trzeba tylko uważać, by człowieka osa przy okazji nie użądliła, bo i takie rzeczy się zdarzają podczas na pozór niewinnych zabaw...



P.S.

I jeszcze a propos chusteczki haftowanej...Skąd dzisiaj wziąć taki przedmiot? Czy ktokolwiek jeszcze haftuje chusteczki? A jeśli nawet jakiś pasjonat to czyni, to przecież żadne dziecko już takiej chusteczki nie posiada. Pamiętam, że kiedyś prawie każde miało materiałową chusteczkę w kieszonce fartuszka. Mamy wyszywały na nich inicjały dziecka i jakieś kwiatki, czy inne ozdoby pozwalające dziecku rozpoznać, że to właśnie do niego ów kawałek materiału należy Dziś królują jednorazowe chusteczki higieniczne. W ogóle wydaje się, iż jednorazowość, krótkotrwałość to znak naszych czasów. Ot, należy zużyć coś szybko i wyrzucić. To niestety dotyczy nie tylko przedmiotów, ale bardzo często też ludzi...No tak, ale rodzi się od razu podstawowe pytanie - jakże bez tego ważnego atrybutu jakim jest solidna chusteczka dzieci bawią się w te haftowaną...? No chyba, że dzieci już się dzisiaj w to nie bawią  a w zamian dorośli przejęli pałeczkę a raczej rzeczoną chusteczkę?:-)

niedziela, 15 września 2024

Kanada i …śmierć…

 



 

   … Jedyną pewnością dla każdego z nas wydaje się być śmierć. Ale ta pewność mało kogo wzmacnia i uspokaja, mało komu wlewa w serce sens, mało komu się do jej realizacji śpieszy. No chyba, że jest się już krańcowo zmęczonym życiem, bardzo się cierpi albo jest się ciężko, nieuleczalnie chorym i śmierć jawi się wówczas jako wytchnienie, upragnione wybawienie lub też ostatnia deska ratunku, gdy owo cierpienie fizyczne bądź psychiczne staje się nie do wytrzymania. Zapewne dla wielu samobójców odebranie sobie życia jest właśnie takim ostatecznym aktem uwolnienia się od bólu istnienia. Jedynym, co można jeszcze dla siebie samego zrobić. Ostatnią możliwością wyrażenia swej wolnej woli.

   Żyjemy w takich czasach, że prawo do godnej, medycznie wspomaganej śmierci zwanej eutanazją w wielu krajach staje się coraz powszechniejsze. Wstrząsnął mną niedawno artykuł, z którego dowiedziałam się, że w Kanadzie eutanazja stała się piątą w kolejności przyczyną śmierci w tym państwie ( wynika z tego, że co dwudziesta osoba w Kanadzie umiera dzięki eutanazji). Od 2016 roku, od kiedy zalegalizowano w Kanadzie eutanazję liczba tego typu odejść stale rośnie. Dlaczego? Co takiego dzieje się z ludźmi, że coraz liczniej decydują się na śmierć? Czy zanika w nich instynkt samozachowawczy? Czy takie odejścia są aktem odwagi czy tchórzostwa? Jakiż to nowotwór toczy tamtejsze społeczeństwo? Od dawna wiadomo, iż sytuacja kanadyjskich Indian a zwłaszcza ich kondycja psychiczna jest kiepska. Wielu z nich nie potrafi odnaleźć się we współczesnym świecie. Potomkowie Pierwotnych Narodów borykają się z traumami z przeszłości, gdy ich przodkowie byli niszczeni, gnębieni i wyzyskiwani przez aparat państwowy. Obecnie mimo kilku rządowych programów mających pomóc tej ludności, zrównać jej szanse, odnaleźć się w społeczeństwie wciąż szerzą się wśród Indian przemoc, alkoholizm i narkomania. A także silna jest skłonność do alienacji i autodestrukcji. Jednak to wcale nie oni są głównymi beneficjentami państwowej pomocy medycznej w umieraniu. W tej kwestii Indianie radzą sobie przeważnie sami. Jednak co z resztą ludności kanadyjskiej? Ta także jak się okazuje ma ze sobą spore problemy. Nieuleczalne choroby, depresje, zmęczenie życiem, rozczarowanie co do polityki prowadzonej przez to państwo coraz bardziej zmierzającej w stronę komunizmu i totalitaryzmu…A przecież jeszcze niedawno Kanada była symbolem wolności, wielkich możliwości i bogactwa. Na myśl o niej oczy się uśmiechały a głębokie westchnienia wyrażały tęsknotę za tak cudowną krainą. Nawet w Auschwitz Kanada do tego stopnia pozytywnie się kojarzyła, że „Kanadą” nazywano baraki, w których sortowano odzież, bagaże i wszystkie rzeczy osobiste po spalonych w krematoriach nieszczęśnikach. Każdy z więźniów zrobiłby niemal wszystko by się do pracy do owej „Kanady” w Oświęcimiu dostać i bezpiecznie dotrwać tam aż do końca wojny.



   Kanada, to ogromne, północnoamerykańskie państwo, od dawna była upragnionym celem emigracji. Dla wielu kraj klonowego liścia nadal chyba takim marzeniem jest. W Internecie często pojawiają się natrętne reklamy sposobów, w jaki Polacy mogliby dostać się do tej cudownej krainy szczęśliwości i starać się o kanadyjskie obywatelstwo. Czyżby jednak ten wspaniały świat wcale nie był taki wspaniały jak się powszechnie uważa? Skąd w nim taka ilość eutanazji? Czy promuje się tam cywilizację życia czy może raczej śmierci? Dlaczego zamiast skupić się na powrocie do idei humanizmu a przede wszystkim realnej i skutecznej pomocy swym obywatelom, zamiast walczyć o ich godne istnienie Kanada woli wprowadzać u siebie cenzurę, dyktat poprawności politycznej, ograniczanie wolności obywatelskiej ( pamiętacie zamykanie kont bankowych truckerom odważającym się protestować przeciwko covidowemu zamordyzmowi”?)promocję nowoczesnych, lecz szkodliwych ideologii (np. klimatyzmu, wokeizmu i gender) a w końcu nazbyt skwapliwie ułatwiać  Kanadyjczykom przejście na drugą stronę tęczy?



   Samobójstwo wspomagane tłumaczy się prawem do wolnego wyboru człowieka. Jednak to prawo rozszerza się coraz bardziej i coraz łatwiej je uzyskać. Najpierw przyznano je ludziom śmiertelnie, potem już także nieuleczalnie chorym. Obecnie zamierza się je przyznać także osobom chorym psychicznie. Czy jednak osoba chora psychicznie jest w stanie podjąć świadomą decyzję? A może ktoś jej w tym decydowaniu chętnie dopomoże? Co więcej – w przeprowadzanych sondażach jedna trzecia kanadyjskich obywateli wypowiedziała się za prawem do eutanazji dla osób bezdomnych oraz skrajnie ubogich. Po co biedacy i pozbawieni domów mają się męczyć ?(a do tego dręczyć swym niewesołym widokiem szczęśliwych Kanadyjczyków?). Lepiej wszak skrócić ich męki i usunąć z pola widzenia. Może więc i do tego punktu doprowadzi wkrótce pełen współczucia, kanadyjski postęp cywilizacyjny? Niepokojące sytuacje mają podobno miejsce w domach opieki i seniora. Roznoszą się pogłoski o tym, iż coraz częściej pomaga się tam w odejściu starszym, bezbronnym ludziom. Chodzą słuchy, że osobom bezradnym i nie wyrażającym świadomej zgody, podaje się w tych miejscach leki uspokajające albo uśmierzające ból czasem w zbyt dużych dawkach. I szybko usypia się po nich na zawsze…System najwidoczniej decyduje, że nadszedł już czas dla podopiecznych owych domów na ostateczne przejście na drugą stronę. A opiekunowie zdanych na ich łaskę i niełaskę starców wykonują wolę owego systemu a niekiedy nawet samowolnie decydują o tym, kto powinien już umrzeć. Jakże to według niektórych humanitarne, jakże rozsądne i pożyteczne! Wszak społeczeństwo się starzeje i zaczyna brakować miejsca w domach opieki. Coś trzeba zrobić zatem by to miejsce zwolnić, nie marnować funduszy na zajmowanie się ludźmi nie rokującymi żadnych nadziei na wyzdrowienie i usamodzielnienie się…Nic dziwnego więc, iż wielu staruszków zaczyna się bać o swoje życie, że lękają się umieszczenia w takich domach czy nawet w szpitalach. A mnie od razu przypominają się przy tej okazji historie o eugenicznych morderstwach popełnianych w hitlerowskich Niemczech na niepełnosprawnych fizycznie i psychicznie ludziach. O segregacji na obozowej rampie w Oświęcimiu. Ci zdatni do pracy na jedną stronę a starzy, chorzy i dzieci do pieca…Czy ku temu właśnie zmierza współczesny świat?



   Ale wróćmy do zagadnienia samobójstwa. Czy człowiek nie ma do niego prawa? Czy pozbawianie siebie życia to zło i niewybaczalny grzech? Nie, moim zdaniem nie można nikomu tego prawa odbierać ani oceniać i potępiać nikogo za tak desperacki, wykonany przez samego siebie czyn. Nie wiemy bowiem w jakiej sytuacji, w jakiej kondycji sami być jeszcze możemy i gdzie skończą się granice naszej własnej wytrzymałości, rozpaczy i niemożliwego do zniesienia cierpienia. Ja sama nie wykluczam, że kiedyś i ja zapragnę udzielenia pomocy w odejściu tam, skąd się już nie wraca. Czasem wszak wystarczy odłączenie aparatury podtrzymującej funkcje życiowej u osoby, która już bardziej jest warzywem, niż człowiekiem. Tylko kto ma o tym zdecydować? Rodzina? Lekarz neurolog, który stwierdzi, że nastąpiła śmierć mózgu? A przecież zdarza się, że ludzie w bardzo ciężkim stanie zdrowieli jednak – jeśli nie zupełnie, to na tyle by móc egzystować dalej a nawet cieszyć się tą egzystencją. Przeraża mnie jednak, że procedury, które z założenia powinny być wykonywane rzadko i tylko w wyjątkowych sytuacjach stają się coraz łatwiej dostępne, banalnie wręcz proste a przez to często wykorzystywane, że bez przeszkód prawnych i wahań moralnych wynaturza się idea świętości i nienaruszalności życia, że aparat państwowy tak łatwo, zbyt łatwo przyznaje prawo do tego rodzaju śmierci. Bardzo często owa łatwość medycznego uśmiercania wiąże się też z zapotrzebowaniem na organy wewnętrzne. Wszak transplantologia rozwija się wspaniale a do tego nielegalny handel organami ludzkimi kwitnie…

   Pamiętać jednak należy, iż wiele osób wyrażających chęć śmierci, pragnienie skrócenia swej męki, gdy już dochodzi do tego ostatecznego momentu jednak zmienia zdanie. Wycofuje się. Chce mimo wszystko żyć. Jeśli nie dla siebie, to dla swoich bliskich. Zdarzają się też sytuacje, że właśnie nie chcąc być ciężarem dla bliskich niektórzy rezygnują z walki o życie, wiedząc iż nie ma żadnych szans na wyzdrowienie, że chyba tylko cud mógłby im pomóc. A cuda przecież tak rzadko się zdarzają…



   Bywało, iż doprowadzeni do ostateczności więźniowie obozów koncentracyjnych rzucali się na druty pod wysokim napięciem. Śmierć ta była straszna, ale pewna i natychmiastowa a świadomość tego, iż dla tkwiących w obozowym koszmarze uwięzionych tak łatwo dostępna stanowiła w ich położeniu jakąś pewność, pociechę oraz oparcie.

   Nie znam statystyk co do ilości samobójczych śmierci w obozach koncentracyjnych (nie wiem nawet czy takie statystyki były prowadzone). O takich rzeczach dowiedzieć się można raczej ze wspomnień byłych więźniów, czy też z relacji strażników. Ile tego było tak naprawdę? Można się tylko domyślać. Nie były to jednak samobójstwa masowe czy też codzienne.  Mimo wszystkich potworności, których stale doświadczali tam więźniowie. Co zatem dawało im siłę w tak strasznych okolicznościach? Czy była to wiara w Boga, czy może tęsknota za najbliższymi, za starym, normalnym życiem? A może owo codzienne trwanie i nietarganie się na swoje życie wywołane było tylko stanem totalnej apatii, zobojętnienia na wszystko co działo się wokół, automatyzmem powtarzanych stale czynności…?

   Myślę jednak, iż u większości uwięzionych wola przeżycia była tą decydującą sprawą. Dla wielu z nich samo to przeżycie było aktem zwycięstwa nad oprawcami, którzy przecież robili wszystko by ludziom odechciewało się istnieć. Przeżyć, móc się jeszcze kiedyś życiem ucieszyć a także dać świadectwo tego, czego musieli w obozowych piekłach doświadczyć. To był ich cel i źródło nadludzkiej wytrzymałości.

   Mówi się, że dobre czasy tworzą słabych ludzi a czasy złe – silnych. Nam, współczesnym społeczeństwom przez wiele lat dane było żyć w relatywnie dobrych, pełnych dobrobytu, spokoju i poczucia bezpieczeństwa latach. Przyzwyczailiśmy się do nich i uwierzyliśmy, iż zawsze tak już będzie. Jednak teraz dostrzegamy, że zewsząd coraz więcej pojawia się zagrożeń, zwiastunów tego, że będzie coraz gorzej, nie potrafimy sobie radzić z trudnościami dnia codziennego. A jakby problemów i obaw było mało zapowiada się nam kolejne pandemie, klimatyczny Armagedon, wojny, niemożliwy do powstrzymania napływ emigrantów i uchodźców. Plajtuje coraz więcej przedsiębiorstw i firm. Rodzi się coraz mniej dzieci. Rośnie liczba depresji, zwiększa się ilość bankrutów i bezrobotnych, osób nie potrafiących już wykrzesać z siebie optymizmu i siły przetrwania. Dlatego coraz więcej jest ludzi, które widząc co się dzieje planują wyjazd z kraju. Najlepiej gdzieś daleko od Europy. Tam, gdzie gospodarki nadal się rozwijają, także dzięki temu,  iż nie wdraża się tam nowych, modnych i coraz bardziej zawłaszczających rzeczywistość ideologii, cenzury i nakazów poprawności politycznej oraz totalnej, cyfrowej kontroli wszystkich jednostek. Jeszcze istnieje na świecie kilka takich miejsc (nie jest nim niestety Kanada), ale przecież wszyscy nie mogą wyjechać. A poza tym znane porzekadło wcale nie kłamie głosząc, iż wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma. Trudno dzisiaj znaleźć naprawdę realny raj na ziemi.



      Odnoszę wrażenie, że ludzie są coraz słabsi, a do tego coraz bardziej zobojętniali na to, co się dzieje.  Poddają się i biernie czekają na to, co się stanie, bo nie wierzą, że sami mogliby mieć jakiś wpływ na przyszłość swoją i swych dzieci. Bywa, iż  z lęku przez spojrzeniem w oczy rzeczywistości takiej, jaka ona w istocie jest, odwracają się od niej. Tworzą sobie jakieś fantasmagorie, idealistyczne Kanady na własny użytek. Snują pełne przyjemności i uspakajających tematów sielankowe opowieści, w których zanurzeni udają, iż to jedyna i prawdziwa rzeczywistość. I aby zachować pozory niezmienności oraz szczęścia wystarczy nie dostrzegać tamtej, tej która przeraża, udając przed sobą samym jakoby jej wcale nie było. Śnić i dobrze się mieć w owym dającym namiastkę ukojenia śnie. Dostrzegam, iż wiele ludzi wycofuje się, ucieka w jakąś formę ułudy, w pozorny optymizm i w udawaną obojętność wobec przeżartego chaosem i destrukcją świata. To prawie tak jakby tych osób już nie było. Jakby sami skazywali się na nieistnienie. Jakby byli tylko ludzikami w jakiejś komputerowej grze a nie realnymi, czującymi mocno istotami…No chyba, że naprawdę jesteśmy takimi ludzikami a wszystko, co nas otacza jest tworzoną przez kogoś fikcją, rodzajem wirtualnej zabawy. Łatwo, bez żalu i wyrzutów sumienia można zatem kliknąć i sprawić by to wszystko zniknęło, jakby nigdy nie istniało. Eutanazja jest wszak rodzajem takiego kliknięcia…

   A świat, ten realny? Jest taka możliwość, iż może jednak jakiś świat rzeczywiście istnieje. Co z nim? Och! Z nami czy bez nas jakoś przecież będzie się toczył. Da sobie radę. A poza tym wszak prędzej czy później i tak trzeba będzie umrzeć… Mało kto się jednak nad tym zastanawia póki jest w miarę zdrowy i sprawny. Lecz przykład Kanady mówi, że życie ludzkie ma coraz mniejszą wartość. A ponieważ postępująca globalizacja sprawia, że kraje na całym świecie mocno się do siebie w wielu kwestiach upodobniają, nie jest wykluczone, że i u nas wkrótce ktoś szybko i bezboleśnie chętnie nam w odejściu na tamtą stronę pomoże, zwłaszcza jeśli będziemy w czymś wadzić systemowi…

 


sobota, 3 lutego 2024

Słowiańskie mantry…

 


 

  W poprzednim poście pisałam o nitce, która może być jakąś ważną wskazówką, marzeniem, którego można się uchwycić, motywacją do wejścia na nową, fascynującą ścieżkę. A takich ścieżek, dróg i dróżek istnieje nieskończona ilość. Póki żyjemy, póty wędrujemy i odkrywamy kolejne szlaki, nieznane wcześniej rozgałęzienia. Wiele ich mijamy, nie zajrzawszy tam nawet, bo nie sposób przecież wejść na każdą. Bezpośrednim powodem wejścia na jakąś nową ścieżkę może być coś ważnego i znaczącego albo też przeciwnie, coś banalnego, czy nawet śmiesznego, a jednak w jakiś sposób zaciekawiającego. Dokonujemy więc świadomego lub przypadkowego wyboru. I idziemy, zagłębiamy się w okryte wcześniej mgłą światy. Eksplorujemy je widząc w tym dla siebie jakiś sens, radość, inspirację, nadzieję. Niekiedy jednak, najczęściej w snach, pojawia się wspomnienie zostawionych za sobą niepoznanych ścieżek. I żal, że nie dane nam było tam zajrzeć. Wówczas wyobraźnia, która nie zna żadnych ograniczeń swobodnie wędruje tam by zbadać rejony, do których na jawie pewnie nigdy nie trafimy…



   Zdarzało mi się w przeszłości natrafiać w czeluściach Internetu na filmy  i opowieści o starosłowiańskich wierzeniach, na pieśni wywodzące się z bardzo dawnych czasów. I choć podobały mi się te filmiki, to jednak nigdy nie zatrzymywałam się przy nich na dłużej. Aż wreszcie ni stąd ni zowąd musnęła mnie pewna nitka, zatem zaciekawiona wędruję spokojnym traktem trzymając się owej nici, póki nie dotknie mnie kolejna i kolejna. A jak to było z nią tym razem? O tym właśnie poniżej….

 


   Niedawno natrafiłam na YT na anglojęzyczną piosenkę Justyny Steczkowskiej pt. ‘Witch-er Tarohoro”.  Przetłumaczyłam ją sobie i zrozumiałam, że to pieśń o wiedźmie, która pragnie odrodzenia natury, która ufa, iż tak się wkrótce stanie. Wystarczy tylko wierzyć w nią i kochać ową naturę, otwierając tym samym bramy do wielkiej, pozytywnej przemiany…W tym samym czasie zobaczyłam również teledysk i od tej pory często owego utworu słucham i podziwiam. Justyna Steczkowska nie dość, że wspaniale tańczy tam i śpiewa to sama podobna jest do pięknej, nawiedzonej wiedźmy (aż wierzyć się nie chce, że piosenkarka ma 51 lat)!:-)



   Utwór „Witch-er – Tarohoro” ma niezwykły, magiczny nastrój, moc dawnych, słowiańskich wierzeń, niesie w sobie siłę odrodzenia i chęć działania. Ponadto działa na słuchaczy niezwykle energetycznie, pobudzająco. Zachęca do ruchu i śpiewu. Do jakiejś aktywności. A dodatkowo dla mnie stał się inspiracją do poszukiwań znaczenia dziwnych, tajemniczych słów powtarzanych przez artystkę w owej piosence: jarga, drago, wese, trado, istra, wejar, valve, ladodeja. Okazało się, że to słowiańskie słowa mocy. Mantry zwane inaczej agmami. A co one oznaczają i do czego służą piszę poniżej. Tak czy siak, po nitce do kłębka nabrałam chęci do słuchania na YT owych mantr powtarzanych melodyjnie przez różnych śpiewaków. Słuchanie owych jednostajnych zaśpiewów dziwnie człowieka uspokaja i wycisza. A jeśli jeszcze do tego miałoby sprawić, że dodadzą mu one mocy, uleczą go albo pomogą spełnić jakieś marzenia, to tym bardziej warto się zasłuchać. Warto też je samej zanucić, co czasem czynię, zwłaszcza przed snem, bo pomaga mi to w końcu zasnąć. Rzecz jasna nucę je sobie w myślach, żeby nie budzić Cezarego zazwyczaj od dawna już smacznie chrapiącego. Wyobrażam sobie wówczas, iż wędruję przed siebie polną drogą, która nie ma początku ani końca...


Jarga  -  to mantra oczyszczająca z negatywnych i ciężkich energii. Uwalnia z natłoku myśli i emocji. Wspomaga regeneracje sił witalnych. Pomaga w utrzymaniu dobrego zdrowia. Przyciąga dobra materialne.

Drago - inspiruje i przynosi rozwiązania problemów za pomocą snów lub wizji. Przywraca harmonię między pierwiastkami żeńskimi i męskimi i pomaga w pogłębianiu ludzkich relacji, w szczególności między kobietą i mężczyzną.

Wese - dodaje sił i odwagi w zmaganiach dnia codziennego. Wzmacnia poczucie własnej wartości i przyczynia się do osiągnięcia sławy, kariery i pomyślności materialnej. 

Trado - jest mantrą mistrzów nauczycieli o czystych umysłach i sercach. Dodaje wewnętrznych sił i moc do czynienia dobra. Pomaga w prowadzeniu przykładnego życia.

Istra - mantra wglądu, pozwalająca dotrzeć do przyczyn cierpienia i je zrozumieć, by odzyskać własną moc i przejąć kontrolę nad zdarzeniami. Poprawia uwagę i niweluje nawykowe, niekontrolowane reakcje.

Wejar -  pomaga w introspekcji, we wglądzie w prawdę o sobie. Przywraca umysł do rzeczywistości chwili obecnej. Agma przeznaczona w szczególności dla osób młodych i zagubionych.

Valve - pomaga w odkrywaniu i zdobywaniu nowych obszarów w życiu. Sprzyja nowym ideom i wyzwaniom.

Ladodeja -  wzmacnia i przyśpiesza proces tworzenia rzeczywistości z wizualizacji i myślokształtów. Dodaje wsparcia sił wyższych. Dodaje energii i pomaga oprzeć się niskim rządzom i pokusom. Odsłania własną ignorancję i pomaga się od niej uwolnić. Uwrażliwia na postrzeganie piękna świata.

Tarohoro – niesie ze sobą energię miłości, sprzyja też bogaceniu się.

 


   Jak piszą autorzy stron o słowiańskich mantrach i wierzeniach istotą naszego bytu jest energia. Energią są też dźwięki, zatem wypowiadane przez nas słowa mają duży potencjał energetyczny. Dźwięki mają różne wibracje i to one działają na człowieka najmocniej podczas medytacji. W kulturze słowiańskiej wierzono, że energia wypowiadanej agmy (mantry) ma uzdrawiającą moc. A każda z tych agm wywiera pozytywny wpływ na nas i otaczającą nas rzeczywistość, doprowadza do jakichś zmian, nie powodując przy tym żadnych krzywd ani zła.



   Zatem owe agmy (mantry) aby zadziałały należy powtarzać sobie, czy nucić po wielekroć. Najlepiej kilkadziesiąt razy. Owo monotonne powtarzanie podobne jest trochę do odmawiania modlitw różańcowych, czy też buddyjskich medytacji. Można w takie rzeczy wierzyć albo nie wierzyć, ale czemuż by nie spróbować?  Przecież nie ma w tym niczego złego…To tylko jedna ze ścieżek możliwości, nitek, które istnieją, których można się na chwilę albo na dłużej uchwycić.



   Poniżej link do stron, na której można dowiedzieć się czegoś więcej o słowiańskich agmach oraz link do jednego z takich słowiańskich, mantrycznych zaśpiewów na YT. Powtarzane są tam trzy słowa: radoro ( wprowadza równowagę sił witalnych w organizmie), daro (uzdrawia), sławo (odcina napływ negatywnych emocji i energii).

 


25 Słowiańskich Słów Mocy - Agmy - słowiańskie mantry (akademiaducha.pl)

 

niedziela, 5 listopada 2023

Nie samym pięknem…

 


 

   Piękny był dzisiaj wschód słońca. Spektakularny, ale i trochę niepokojący, bo wbrew woli kojarzący się z łuną pożogi, z krwawym odblaskiem toczących się na świecie i wciąż nawarstwiających konfliktów. Jednak te niesamowite odcienie głębokiej czerwieni, swobodnie przenikające się z fioletem i złotem widoczne były tylko przez moment. Potem niebo bardzo szybko zszarzało, zachmurzyło się i powróciło do swej zwyczajnej, listopadowej, jakże kojącej odsłony. We mnie jednak pozostało wspomnienie tego poranka. Mam je też na kilku zdjęciach a patrząc na nie dzielę się z Wami moimi refleksjami…



   Nie samym pięknem człowiek żyje, nie samym dobrem, nie marzeniami, nie złudzeniami i pobożnymi życzeniami, nie wierszami, muzyką, literaturą, zachwytem i wyłącznie pozytywnymi wzruszeniami. Jednak gdyby nie to wszystko, jakżeby w ogóle żył? Jak zniósłby napór zła i ponurych wieści płynących zewsząd? Jak mógłby zapomnieć o nieuchronności śmierci? Jak dałby radę po prostu cieszyć się swoją codziennością, gdyby nie próbował odciąć się od strumyczków strachu, zgrozy i niedobrych przeczuć usiłujących wedrzeć się do serca najmniejszą chociażby szczelinką?

   Tak więc każdego dnia buduje sobie człowiek swoją tratwę ratunkową. Naprawia ją i łata bezustannie. Co mu gdzieś jakaś deska odpadnie, to przytwierdzi kolejną. Co go zdoła liznąć albo i zalać nagła fala bezwzględnego oceanu, to przemieści się w inny kąt tratwy, to przytrzyma się i skuli jeszcze mocniej by ustrzec się przez następną groźną falą. A potem przemoczony do nitki wpatruje się  w odległy horyzont, bo cokolwiek by się wokół niego i w nim nie działo, to gdzieś tam wciąż kryje się jakaś uparta siła, bo z tej oddali dociera do niego światło nadziei czy chociażby złudny blask wiecznotrwałych wspomnień…

   Człowiek nie jest bezbronny i nagi, choć często tak mu się zdaje. Wypracował sobie swoje sposoby na ucieczkę przez niechcianymi myślami, przed samym sobą. Każdy robi to po swojemu. Świadomie albo nieświadomie. Ale robi. By żyć. By dojść aż do końca przeznaczoną dla siebie drogą. Bywa, iż od natłoku lęków, od tego irytującego permanentnego straszenia wokół ratują go jego własne, codzienne problemy. Skwapliwie zatem odcina się od tego, co daleko. Z uwagą patrzy na to, co naprawdę jest jego życiem. Wszak bliższa koszula ciału…I od nowa podejmuje wyzwania, którym musi sprostać, ponieważ nikt inny tego za niego nie zrobi. Działa, jak tylko może, usiłuje mieć na coś wpływ, bo często go ma, choć zdarza mu się w to wątpić. Jednakże samemu sobie wydaje się tak słaby, tak nic nieznaczący. Ale musi przecież zająć się kimś bliskim i bardzo chorym. Musi choćby spod ziemi wyciągnąć jakieś grosze by zacząć spłacać długi. Musi nie ustawać w znalezieniu nowej pracy, choć w tak wielu miejscach usłyszał już odpowiedź odmowną. I musi też znieść znajomy ból a nawet przyzwyczaić się do niego i zaakceptować, bo próbował już wszystkiego i wie, że pewnych boleści niczym nie da się uśmierzyć…

   Czasem bywa jednak i tak, że w najmniej spodziewanym miejscu pojawia się nadzieja. Ukazuje się niby zardzewiała furtka pośród gąszczu kolczastych jeżyn albo dzikich róż. I wówczas czuje się podświadomie, iż można znaleźć dla siebie pocieszenie, źródło nadziei i mocy w poznawaniu przejmujących, cudzych historii. W zbliżeniu się do ogromu czyjejś krzywdy. W spojrzeniu w czarne czeluści czystego zła, z którym ktoś inny musiał się jakoś uporać, jakoś je przetrwać, choć nam wydają się one niemożliwe do przetrwania, do ocalenia chęci na kontynuowanie dalszego życia.  I myśli sobie człowiek, że skoro ten ktoś w tak okropnym położeniu dał sobie radę, skoro potworna rzeczywistość nie zdołała zgasić w nim ducha, to może i jemu się uda. Szuka więc w sobie podobieństw do uczuć tamtej, cierpiącej osoby. Znajduje ich wiele i przegląda się w nich jak w lustrze. I zagłębia się coraz namiętniej w czyjś los, niemal masochistycznie nurzając się w morzu cierpienia, ucząc się jednak przy tym jak umieć sobie z własnym losem, z własnym cierpieniem poradzić i w końcu wypłynąć na powierzchnię. Bolesna to nauka i wiele razy w trakcie jej poznawania przyjdzie człowiekowi oparzyć się albo zachłysnąć się goryczą, niechęcią, wstydem i beznadzieją. Wiele razy zdarzy się przerazić niekończącym się złem, które zdaje się tryumfować i coraz bardziej ranić. Jednak okazuje się, iż takie dosadnie bolesne lekcje, takie przerażające wejścia w pełne płomieni zwierciadła prawdy bywają niekiedy jedyną możliwością wyjścia z matni, odnalezienia upragnionego ratunku i doczekania kolejnego wschodu słońca.




   Piszę o tym tuż po lekturze bardzo dobrze napisanej, wstrząsającej powieści autorstwa Anny Ellory pt. „Króliki z Ravensbruck”.  Akcja książki toczy się w dwóch wymiarach. Jednym z nich jest współczesność i główna bohaterka Miriam opiekująca się swym umierającym ojcem. Drugim są czasy drugiej wojny światowej  i pochodzące z tamtego okresu listy Friedy, więźniarki obozu koncentracyjnego w Ravensbruck. Miriam pogubiona wewnętrznie, przeraźliwie samotna i poraniona po trudnym do zerwania związku z psychopatycznym mężem, z zapartym tchem wczytuje się w owe listy. Zagłębia się w  bolesne zwierzenia młodej kobiety wrzuconej nagle w same czeluści piekieł obozowej rzeczywistości. A czytając opowieść tamtej, coraz więcej dowiaduje się o samej sobie, zaczyna rozumieć w jakim miejscu sama tkwi i co powinna zrobić by wreszcie próbować się wyrwać z własnej, zawłaszczającej ją otchłani.

   Jestem pełna podziwu dla autorki książki za umiejętność opisania ogromu trudnych emocji miotających obiema głównymi bohaterkami. A mój podziw jest tym większy, gdy zdam sobie sprawę, iż Anna Ellory jest literacką debiutantką. Do czasu publikacji „Królików z Ravensbruck” pracowała jako pielęgniarka w jednym ze szpitali w Wielkiej Brytanii. I domyślam się, że właśnie tam dowiedziała się tak wiele o nieskończenie wielu rodzajach cierpienia ludzkiego i o podejściu do niego pacjentów, z którymi miała do czynienia. Ale nie udałoby się jej pewnie tak prawdziwie i przejmująco przedstawić tej historii, gdyby sama nie nosiła w sobie jakiegoś ziarenka cierpienia. Ziarenka, które pozwoliło jej na wczucie się w przeżycia Miriam i Friedy, na umiejętność dotarcia do serc wrażliwych czytelników. „Króliki z Ravensbruck” nie są jedną z wielu podobnych do siebie opowieści o zgrozie obozów zagłady. To pełna psychologicznych tropów i aluzji wędrówka po meandrach kobiecej duszy. Duszy, która w każdych czasach, w każdym położeniu mimo wszystko ma szanse na zwycięstwo w walce z gnębiącymi ją demonami i która swoim przykładem, swoją odwagą i chęcią przetrwania pomóc może następnym, zagubionym we własnym labiryncie cierpienia duszom.

   Nie tylko pięknem człowiek żyje, ale cudownie jest, gdy to piękno ukazuje się oczom, które zwątpiły już w jego istnienie. Piękno, które jest ponad wszystko, co złe i chore. Piękno, które z niczym złym się nie kojarzy. Piękno, które trwa i trwać powinno w każdych czasach…

 

*Anna Ellory, „Króliki z Ravensbruck”, wyd. Prószyński i S-ka”, Warszawa 2020, 446 s.

 



wtorek, 3 stycznia 2023

W oczach psa…

 



 

…Dostrzegam w tych oczach dziwną, niepokojącą mądrość. Jakby wiedziały, rozumiały o wiele więcej, niż się zazwyczaj psom przypisuje. Jakby rozumiały tyle co ja a nawet więcej, lecz jako istoty ukryte w psim ciele nie mogą tego w pełni wyrazić. Mogą jedynie próbować dać o tym jakoś znać,  usiłować wyrazić spojrzeniem. Głębokim, przeszywającym, hipnotyzującym a przy tym niestety nieodgadnionym. Bo choć chcą tyle wzrokiem przekazać, choć starają się jak mogą, oczy człowieka pozostają ślepe na ich wyrazisty monolog a uszy duszy głuche na  to, co psy wyrażają swoją duszą.


 

   A różne są te psie spojrzenia. Przeważają oczywiście te całkiem zwyczajne, gdy proszą o zauważenie, jedzenie, zabawę, czy wyjście na spacer. Tego typu proste pragnienia łatwo są przez człowieka odczytywane. Psi język ciała mówi wiele i nietrudno go zrozumieć, zwłaszcza gdy ma się psa od wielu lat i gdy nie jest on pierwszym naszym psem.


 

   Tutaj piszę jednak o czymś innym. O nowej głębi, która pojawia się we wzroku zwłaszcza starszych, dojrzalszych emocjonalnie psów. Widziałam ją dawno temu w oczach mojej osiemnastoletniej suczki Muszki, która stara i schorowana potrafiła komunikować się ze mną telepatycznie. Nieraz miałam wrażenie, że słyszę jej myśli, że wpływa we mnie jej głos i słyszę go w sobie tak wyraźnie, jakby szeptała mi wprost do ucha. To samo działo się w przypadku Zuzi. Intensywność jej spojrzenia zawsze była niezwykła, ale pod koniec życia, kiedy jeszcze ból nie odebrał jej zmysłów, kiedy miała siłę podnieść głowę i patrzeć, stała się wręcz przeszywająca. To samo dzieje się teraz z Jacusiem, który choć na szczęście wydaje się zupełnie zdrowy, to jednak widać, iż to już mocno stary pies. 


 

   Ile właściwie lat ma Jacuś? Nie wiadomo. Przygarnęliśmy go w 2015 roku a jego wiek ocenialiśmy wtedy na ok, 3-5 lat. Ale czy tak naprawdę było? Może był wówczas starszy, może młodszy…Nie da się tego dowiedzieć. Był i w pewnym sensie nadal jest dla nas tajemnicą. Domyślać się jedynie mogliśmy, że wiele już złego doświadczył w swym psim życiu, że poza bezdomnością wcześniej spotkać go musiała jakaś straszna krzywda ze strony człowieka. Przeróżne jego zachowania mówiły i nadal mówią nam o tym, że to ogromnie wrażliwa, ale  poturbowana wewnętrznie istota. Zauważaliśmy u niego na początku lękliwe uchylanie się przed naszymi dłońmi, czy ostrzegawcze powarkiwanie albo nawet niegroźne łapanie zębami, gdy chcieliśmy go po prostu pogłaskać albo mu wyjąć kolec spomiędzy palców. W późniejszych latach z kolei obserwowaliśmy u Jacka całkowite podporządkowanie się przewodniczce stada Zuzi a przy tym sieroce, rozpaczliwe wręcz pragnienie uwagi i pieszczot z naszej strony. Jednocześnie dziwiło nas, że jego mimika była w tamtym czasie bardzo oszczędna, spojrzenie zdawało się nieprzeniknione, twarde i surowe a nawet puste, zwłaszcza w porównaniu z wiele mówiącym zawsze, żywym spojrzeniem Zuzi. Czy to my nie potrafiliśmy dostrzec w nim znaczenia, czy to Jacuś nie potrafił wyrazić siebie mocniej, inaczej? A może  potrzebował czasu by coś się w nim w środku uładziło, poukładało i by przestał bać się być sobą? 


 

   Mam przeświadczenie, iż teraz nareszcie to się stało. Kilkunastoletni zapewne Jacuś, zadomowiony u nas zupełnie, poznany i kochany, pełen ufności i wewnętrznej dojrzałości przeszedł na jakiś wyższy poziom rozumienia i umiejętności przekazywania swoich myśli oraz uczuć. Spogląda w tak wyjątkowy sposób, jakby próbował nam przekazać coś bardzo ważnego. Coś co jedna czująca, wrażliwa istota bardzo chce przekazać drugiej czującej, bliskiej sobie istocie. Tak, to przede wszystkim ogrom miłości i czułości. To uczucie więzi, która jest tak silna, że aż boli. To także wyraz bezradności i smutek kogoś, kto nosi w sobie jakieś trwałe cierpienie i żal.  To zwierzenie o tym, co leży na dnie duszy i koniecznie pragnie być wypowiedziane. Czuję jednak, mocno czuję, że to o wiele, wiele więcej. Mogę się tylko domyślać tych wszystkich tajemniczych przekazów, które płyną z jego oczu w nasze oczy. Przemawiam do niego czule. Intensywnie wpatruję się w jego ciemne i lśniące, szczere spojrzenie. Mówię prawie jak do człowieka, bo mam nieodparte wrażenie, iż wewnątrz tego puszystego, psiego ciała mieszka stara, wiele wiedząca i rozumiejąca dusza. Obcuję z nią na co dzień. Podziwiam i szanuję.  Wysilam się starając się zrozumieć coś więcej. Bo wiem, bo czuję, że mój biały, mądry pies pragnie tego zrozumienia. Swobodnego przepływu myśli między nami. Opowiedzenia mi o czymś, co jest dla niego, dla nas tak bardzo ważne…


 

   Czasem odnoszę dziwne wrażenie, iż uwięzione w ciele psów a równie mocno jak ludzie czujące i przeżywające wszystko istoty są niczym pacjenci w śpiączce, którzy w żaden sposób nie potrafią dać znać obecnym tego, że słyszą, czują, cierpią, czekają na coś. A nade wszystko pragną być zrozumiane. Pojęte w całym ich wymiarze. Nie zaklęte przez jakiś czar w skórze psa i stereotypowo przez to postrzegane, ale będące ponad to, wolne i prawdziwe. Takie, jakie były zanim się urodziły. Zanim ich dusze wcieliły się w ciała psów a nasze dusze w ciała ludzkie. Takie, jakie były w bezmiarze światła i dobra. W idealnej krainie bezczasu, spokoju i piękna. Tej, z której wszyscy przychodzimy i do której odchodzimy, gdy przychodzi pora.  Czy ta kraina naprawdę istnieje? Nikt z nas na pewno wiedzieć tego nie może. Możemy tylko pragnąć jej istnienia, możemy czuć, że gdzieś za zasłoną dziania, za gęstymi firanami mgły codzienności skrywa się, trwa takie przyjazne miejsce dla nas wszystkich. Miejsce, gdzie każdy jest taki jaki jest naprawdę i gdzie rozumiemy się bez słów. Im jestem starsza, tym częściej nawiedza mnie wrażenie, iż taka cudowna kraina istnieje, bo istnieć powinna, bo jej świetliste odpryski wszędzie można dostrzec…Psy zdają się o niej wiedzieć. Może to właśnie o niej usiłują nam opowiedzieć? Wówczas, gdy patrzą w nasze oczy w pełnym znaczenia milczeniu. Bezgłośne a przecież wołające tym swoim przenikliwym, pełnym świadomości, wyjątkowym spojrzeniem.

 


   Pewnie ponosi mnie wyobraźnia. Być może to wszystko, o czym napisałam zdaje się Wam śmieszne, naiwne, wydumane i nieistotne. Ale może ktoś z Was ma podobne odczucia? Może we wzroku Waszych psów czy kotów też dostrzegacie jakąś fascynującą, nieuchwytną tajemnicę…? A pomyślcie czy sami nie czuliście się kiedyś jak takie niezrozumiane psy? Bo przecież często tak się zdarza, że choć mówimy do kogoś, coś usiłujemy wytłumaczyć, przekazać, to ten ktoś nie potrafi a może nawet nie chce nas pojąć? Coraz częściej ma się wrażenie, że istnieje między ludźmi jakaś nieprzekraczalna bariera obcości i choćby nie wiadomo co się robiło i jak do innych przemawiało, to i tak nie ma szans na wzajemne zrozumienie. Że jesteśmy wciąż od siebie dalej i dalej… W końcu zniechęceni, zmęczeni, po wielu nieudanych próbach porozumienia oraz wspólnoty milkniemy jak psy i tylko czasem nasze spojrzenia usiłują jeszcze wyrazić to, czego nie potrafią przekazać słowa. I trwamy tak w tych naszych ciałach, w naszych losach uwięzieni, bezradni, samotni pośród naszych myśli…

 A co robi Jacuś? Jacuś leżąc na kanapie właśnie teraz patrzy na mnie…

  


Etykiety

Aborygeni absurd afirmacja życia agrest apel apel o pomoc asymilacja Australia autoanaliza bajka bal ballada baśń Beksińscy Bieszczady blackout bliskość blog blogi bór cenzura Cesarzowa Ki Cezary chleb choroba ciastka ciepło cywilizacja czarny bez czarny humor czas czekolada czerwiec człowieczeństwo człowiek czułość Dersu Uzała deszcz dieta dobro dom dorosłość drama drama koreańska drewno droga drzewa trawiaste Dubiecko Dwernik Kamień dwudziestolecie międzywojenne dystopia dzieciństwo dzikie bzy ekologia elektryczność erotyk eutanazja fajka fantazja film flash mob fotografie fotoreportaż glebogryzarka głodówka głód gospodarstwo goście góry Góry Flindersa grass tree grill grudzień grzyby Gwiazdka historia historie wędrujące horror humor humoreska idealizm ideologia II wojna światowa informacja inność inspiracja internet jabłka jabłoń Jacuś Jacuś. gospodarstwo Jacuś. lato jajka Jane Eyre Japonia Jawornik Polski jesień jesień życia kalina Kanada kanały kangury kastracja kiełbasa klimat klimatyzm koala kobieta koguty kolęda kolędy komputer komunikacja konfitury konflikt koniec świata konkurs konstrukcja kosmos koszenie kot koziołek kozy Kraków Kresy kryminał kryzys książka kuchnia kulinaria kury kwiaty kwiecień las lato legenda lektura lęk lipa lipiec lis listopad literatura los ludzie luty łąka maciejka macierzyństwo magia maj malarstwo maliny mantry marzenie maska metafora mgła miasteczko odnalezionych myśli Michael Jackson Mikołaj miłość Misia mit młodość moda mróz mróż muzyka muzyka filmowa nadzieja nalewki nałóg natura niebezpieczeństwo niezapominajki noc nowoczesność Nowy Rok obyczaje ocean odchudzanie odpowiedzialność odrodzenie ogrody ogród ojczyzna opowiadanie opowiastka opowieść Orzeszkowa osa Osiecka owoce pamięć pandemia Panna Róża park pasja patriotyzm pejzaż pierniki pies pieski pieśni pieśń piękno piosenka piosenki pisanie płot początek podróż poezja pogoda Pogórze Dynowskie polityka Polska pomidory pomysł poprawność polityczna porady postęp pożar praca prawda prezent protest protesty przedwiośnie przedzimie przemijanie Przemyśl przepis przetrwanie przetwory przeznaczenie przygoda przyjaźń przyroda psy psychologia ptaki radość rak recenzja refleksja relatywizm remont repatriacja reportaż rezerwat Riverland rodzina rok rośliny rower rozmowa rozrywka rozum róże rymowanka rzeka samopoczucie samotność San sarny sąsiedzi sens życia siano sierpień silna wola siła skróty słodycze słońce słowa słowa piosenki słowianie smutek solidarność South Australia spacer spiżarnia spokój społeczeństwo spontaniczność spotkanie stado Star starość strych susza susza. upał szadź szczerość szczęście szerszeń śmiech śmierć śnieg śpiew środowisko świat światło świeta święta świt tajemnica tekst piosenki teksty piosenek tęsknota toaleta tragikomedia trauma troska truskawki uczucia Ukraina upał urodziny uśmiech warzywnik wędrówka wędrówki węgiel wiadomości wiadomość wiatr wierność wiersz wierszyk wieś wieża wigilia Wilsons Promontory wino wiosna wiosnaekologia wirus woda wojna wolność Wołyń wrażliwość wrotycz wrzesień wschód słońca wspomnienia wspomnienie współczesność Wszechświat wybory wychowanie wycieczka wygląd wypadki wypalanie traw wzruszenie zabawa zabawa blogowa zachód słońca zapasy zaproszenie zbiory zdjęcia zdrowie zielarstwo zielononóżki zielononóżki kuropatwiane zima zioła zmiany zupa Zuzia zwierzęta zwyczaje żałoba żart życie życzenia Żydzi żywokost