Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Australia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Australia. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 3 marca 2026

Czy pani wie...

 


   Przeczytawszy niedawno u Pellegriny  ( kopianieba.blogspot.com  ) ciekawego posta na temat kłopotów ze znalezieniem toalety w polskich miastach i miasteczkach stwierdziłam, że to problem mój i Cezarego a także zapewne wielu z nas i że absolutnie nie powinno się go zamiatać pod dywan. Wszak nic co ludzkie nie może nam być obce. Przecież niemożność skorzystania z przybytku, do którego król chodzi piechotą potrafi skutecznie zniechęcić do wędrówki po mieście a nawet sprawić, że człowiekowi zupełnie odechciewa się wychodzenia z domu. W pewnym wieku takie rzeczy stają się bardzo ważne. A zresztą nie tylko wiek ma tu znaczenie, ale także stan zdrowia, nawyki i zwyczajne potrzeby. Oboje z Cezarym, gdy wyruszamy gdzieś na zakupy albo w innych ważnych sprawach musimy być pewni, że będzie zawsze w pobliżu jakieś miejsce, gdzie będzie można sobie ulżyć. W naszym miasteczku to przychodnia, urząd gminy, sklep i stacja benzynowa. Miejskie szalety natomiast u nas nie występują. I w ogóle zdają się coraz bardziej być przeżytkiem, reliktem przeszłości i niepożądaną infrastrukturą. To dziwne...Wszak potrzeby ludzkie nadal są takie same...Natomiast jadąc w dalsze strony, do większych miast też zawsze na początku obczajamy miejsca, teoretycznie przyjazne dla zwykłych istot, takie jak supermarkety, urzędy, przychodnie. Ale czasem wszystko to znajduje się bardzo daleko od nas i wtedy bywa ciężko, oj, ciężko...




   Zainspirowana i namówiona przez Pellegrinę napisałam do znanej melodii „Chatanooga choo choo” zabawną (mam nadzieję!) pioseneczkę na temat kłopotów ze znalezieniem toalety w mieście. Słowa poniżej. Umieszczam tam także linka do instrumentalnej wersji owego utworu a także do filmiku na YT, gdzie ową piosenkę, z innymi polskimi słowami wykonują tańcując wesoło jakże młode jeszcze wówczas i piękne Ewa Kuklińska i Alicja Majewska. Ech, gdzież te czasy!:-))



Czy pani wie...


Czy pani wie, gdzie tutaj można zrobić siusiu?

Bo pilny mus odbiera już cały luz

Gdzie jest wc, gdy mocno człeku coś się chce

Gdzieś szalet znikł, chyba nie siusia tu nikt!


Olaboga, olaboga...


Człowiek w mieście, czuje szczęście

Wiosenny czar

Zjada lody, pije piwko

Bo wokół skwar

Lecz czar mija szybko

Gdy wizytę zwykłą

Chce wykonać w toalecie

Której brak


Tu promocje, tam obniżki

Tam coś za grosz

Może królem być zakupów

Mieć w sobie moc

Lecz gdy go przypili

I musi w tej chwili

Siąść na tronie, nie ma tronu

Nie ma nic


Może pan wie, gdzie tutaj można zrobić siusiu?

Pyta się w krąg, nie mogąc znieść już tych mąk

Wygląda że, ludzie jak duchy stali się

Nie sika nikt, a może to dla nich wstyd


Olaboga, olaboga...


Czy pani wie, gdzie tutaj można zrobić siusiu?

I jeszcze coś, z trzewi dobiega ten głos

Pyta się znów, gdy już nie może dłużej zdzierżyć

A wokół świat nie daje mu dobrych rad


Gdy turysta nie skorzysta

Z przybytku wnet

Wówczas pójdzie w byle krzaki

Albo za sklep

Więcej nie przyjedzie

Bo już będzie wiedzieć

Że to miejsce

Nie dla ludzi

Zwykłych jest


Nie spyta już, gdzie tutaj można zrobić siusiu

Pojedzie het, gdzie nadal czynny wucet

Bo każdy gość, prędzej czy później ma już dość

Bierze go złość, wyrusza w knieje lub w step...



P.S. 
Powyższy post nie bez powodu zilustrowałam zdjęciami kangurów. Otóż w Australii nie tylko w miastach czy w popularnych miejscach turystycznych, ale także w najgorszej głuszy, pośród wielkiej pustki, słowem - wszędzie, znaleźć można czyściutkie i pachnące, zaopatrzone w papier toaletowy toalety dla turystów. Niekiedy żartowalismy z Cezarym, że to chyba tylko dla kangurów, bo turystów tam tyle, co kot napłakał!:-) A inna sprawa, że człowiek nie raz pozazdrościć może zwierzętom ich swobody w załatwianiu się na łonie natury. Pozazdrościć, bo ile się czasem trzeba namęczyć zanim znajdzie się odpowiedni przybytek. A bywa niestety, że się go nie znajdzie i nie zdąży...

wtorek, 12 marca 2024

Ciemna strona…słońca

 


 

    To nieprawda, przecież słońce to nie księżyc i nie ma ciemnej strony. Jednak w moim tekście mowa będzie o Australii, krainie która powszechnie kojarzona jest ze słońcem, beztroską, wolnością i tęczowym snem na jawie. I cóż, także ta cudowna kraina ma niestety swoją ciemną stronę, choć wielu o niej nie wie a może nie chce wiedzieć, bo łatwiej i przyjemniej się żyje, jeśli postrzega się dalekie strony jako baśniowe ostoje spełnionych marzeń. Ale wszystko na tym świecie ma swój awers i rewers a to, co na pozór wygląda idealnie, bardzo często skrywa pod podszewką brud, cierpienie i zło. A nie mówienie, czy nie pisanie o tym niczego nie zmienia. Wręcz przeciwnie. Sprawia, że jeśli nie wyciągnie się odpowiedniej lekcji z pewnych kart swojej historii, to zło w takim czy innym wydaniu może się powtórzyć i w przyszłości zahaczać swym ostrym pazurem nie spodziewające się niczego istoty.   

   Dawno już nie pisałam o Australii a kiedyś zdarzało mi się to dość często. Jest tak z dwóch powodów. Po pierwsze moje wspomnienia stamtąd już coraz bardziej bledną, zacierają się a niektóre zupełnie znikają. A po drugie mocno rozczarowało mnie czy nawet zraniło wyjątkowo zamordystyczne podejście władz Australii do problemów covidowych w latach 2020 - 2022. Zamieszczałam tu na blogu teksty o ogromnych protestach Australijczyków przeciwko drastycznym obostrzeniom i przymusowi szczepień z tamtego okresu (a były to chyba najsroższe i najbardziej dotkliwe obostrzenia na całym świecie). Relacjonowałam policyjny terror panujący na ulicach Melbourne. Pobicia, aresztowania, odbieranie praw obywatelskich, zwolnienia z pracy. Smutno mi było, przykro i wstyd, że kraj który kiedyś pokochałam, który wspominałam jako oazę wolności i słonecznej sielanki stał się w tamtym czasie ponurym przedsionkiem piekła.

   Kilka lat temu pisałam na blogu o smutnej historii Aborygenów (https://wewanderers.blogspot.com/2019/02/aborygeni-lud-zamierzchy-lud-wspoczesny.html. 

   To wyjątkowo ciemna karta z dziejów Australii. Ale nie jedyna, niestety…Bo jest i następna, o której mam zamiar napisać właśnie dzisiaj. Otóż chcę Wam opowiedzieć o strasznym procederze, który przez wiele lat krzywdził dziesiątki tysięcy dzieci, przymusowo zwożonych z Wielkiej Brytanii do sierocińców i na farmy australijskie. Były tam wykorzystywane jako tania siła robocza, poddawano je przemocy seksualnej, głodzono, maltretowano, poniżano, separowano na zawsze od rodzin i okłamywano, że ich bliscy pomarli lub się ich wyrzekli. Aby oddać grozę położenia owych nieszczęśliwych, małych migrantów przytaczam poniżej zestaw kar jakie nakładano na dzieci w australijskich sierocińcach. Kar za jakiekolwiek nieposłuszeństwo czy tak błahe rzeczy jak np. moczenie nocne. Było to np. zamykanie w ciemnej piwnicy, w szafie lub w maleńkiej celi i stanie przez wiele godzin w jednej pozycji, polewanie zimnymi prysznicami, nakaz chodzenia nago pośród rówieśników,  czy całodzienne pozbawianie jedzenia i picia. Taki sam zimny chów obowiązywał zresztą także od dawna w angielskich  domach dziecka ( tu przypomina się np. okropny przytułek, do jakiego trafiła Jane Eyre, bohaterka powieści Ch.Bronte). Nikt nie zastanawiał się wówczas nad uczuciami i prawami małych podopiecznych. Były niczym więcej jak żywymi przedmiotami, z którymi wolno było robić wszystko, co tylko bezlitosnym wychowawcom przyszło do głowy.

   Taka przymusowa emigracja dzieci odbywała się nie tylko w stronę Antypodów. Królestwo Wielkiej Brytanii wysyłało bowiem dzieci do wszystkich swoich zamorskich terytoriów. Do Kanady, Nowej Zelandii, RPA i Zimbabwe. Wszędzie czekał je podobny los. Praca ponad siły, krzywda, izolacja, ból fizyczny i psychiczny. Trauma i wpływający na dorosłe już życie ciężki uraz psychiczny.



    Przyczynkiem do podjęcia tego tematu jest przeczytana przeze mnie jakiś czas temu książka pt. „Skazane na poniewierkę”.  Autorka, Diney Costeloe opisuje w swej powieści historię dwóch dziewczynek Rity i Rosie, które na jakiś czas były oddane do sierocińca przez matkę ( wdowę po lotniku) a wkrótce zostały bez jej wiedzy i zgody wysłane do Australii. Obiecywano im tam radosne, pełne swobody, wspaniałe życie wśród plaż, słońca i pomarańczy. Życie, które miało wyglądać jak niekończące się, cudowne wakacje a w rzeczywistości stawało się okrutną poniewierką i dojmującą samotnością, pozbawieniem prywatności i prawa do posiadania rzeczy osobistych a do tego zupełnym uzależnieniem od psychopatycznych wychowawców, dysfunkcyjnych rodzin zastępczych i nieludzkiego, biurokratycznego systemu opieki społecznej. W istocie te dzieci były ubezwłasnowolnionymi, młodymi istnieniami, które dały się plastycznie kształtować i wykorzystywać zgodnie z potrzebami władz danych państw. Białymi istotami mogącymi stanowić przeciwwagę dla zbyt dużej, zdaniem anglosaskich biurokratów, ilości tubylczych Aborygenów, czarnoskórych czy też Indian, sprawiających samozwańczym panom tychże ziem mnóstwo problemów i przysparzających pracy.

 


   Wróćmy jednak do początku powieści…Już sam fakt, że matka może oddać swoje dzieci do sierocińca czy przytułku – przeraża, budzi oburzenie, sprzeciw i gniew. Mimo wszystko czytelnik stara się zrozumieć postępowanie owej nieszczęsnej kobiety, wytłumaczyć je jej trudną sytuacją rodzinną, słabym charakterem, kompletną zależnością od ojczyma dziewczynek, tyrana, który zmusił kobietę do wyrzeczenia się własnych dzieci. Jednak wstrząsający los, który potem jest udziałem dwóch bezbronnych dziewczynek budzi tak wielkie współczucie, że nie udaje się znaleźć dla ich matki wystarczającego usprawiedliwienia jej postępku. I choć żal także owej biednej, bezwolnej i zastraszonej kobiety, zmuszonej do tak nieludzkiego zachowania, to jednak znacznie bardziej żal jej córeczek. Niczemu przecież niewinnych. Pragnących po prostu żyć bezpiecznie w domu rodzinnym, ufnym w miłość i opiekę swej rodzicielki a tak nagle i bezwzględnie z tego co znane i kochane wyrwanych.

    Akcja książki rozpoczyna się w Anglii, tuż po zakończeniu drugiej wojny światowej, jednak proceder, o którym mowa trwał od lat dwudziestych do siedemdziesiątych dwudziestego wieku. Oddano w tym okresie do sierocińców ok. 500 tys. maluchów a wywieziono z kraju ponad sto pięćdziesiąt tysięcy dzieci w wieku przeważnie od siedmiu do dziesięciu lat, odciążając w ten sposób niewydolny brytyjski system opieki społecznej i jednocześnie zasilając tanią siłą roboczą docelowe kraje zesłania. Twórcy i wykonawcy owego masowego odsyłania dzieci tłumaczyli go różnie. Np. chęcią pozbycia się z kraju hołoty i biedoty nie rokującej według nich szans na poprawę swej sytuacji. Innym razem znowu usprawiedliwiali się potrzebą zasilenia byłych kolonii brytyjskich dawką nowego, dobrego materiału genetycznego oraz chęcią dania swym podopiecznym dobrego zawodu na przyszłość (np. farmera).

   Większości obywateli wydawało się,  iż ówczesnemu systemowi opieki społecznej przyświecały szczytne ideały. Jego założeniem było wszak umieszczanie w sierocińcach tylko tych dzieciaków, których rodziny były rozbite (samotna matka), ubogie, nie rokujące szans na wyjście z zaklętego kręgu powielania życia w skrajnej biedzie i zależności od państwa. Dlatego też ów proceder zamykania dzieci w domach opieki oraz w odsyłaniu do innych krajów trwał tak długo. Wielu zdawało się, że nic złego się z owymi malcami nie dzieje. A wręcz przeciwnie, dużo zyskują, od kiedy państwo wzięło na siebie odpowiedzialność za ich życie. Wygodniej im było nie wiedzieć. I dopiero po wielu latach okazało się jak z tą państwową opieką było naprawdę. Jak wiele cierpień i niesprawiedliwości było udziałem owych młodych Anglików oraz ich rodzin.  

   Oczywiście książka, o której wspominam nie jest dla mnie jedynym źródłem informacji o losie wysyłanych do Australii dzieci. Będąc w kraju koali zetknęłam się już z tą tematyką. W 2009 roku  głośna była sprawa przeprosin wystosowanych przez ówczesnego premiera Australii, Kevina Rudda w stosunku do zesłanych kiedyś do jego kraju białych dzieci, nazywanych obecnie zapomnianym pokoleniem, zapomnianymi Australijczykami (forgotten generation) .  „Przepraszam za tragedię utraconego dzieciństwa. Przepraszam, że jako dzieci zostaliście oderwani od swoich rodziców i umieszczeni w instytucjach, gdzie padaliście ofiarą nadużyć. Przepraszam za psychiczne cierpienia, emocjonalny głód i brak miłości, czułości oraz troski” – mówił wtedy premier a starsi już ludzie, do których trafiały te przeprosiny (dotąd ok. siedem tysięcy wywiezionych niegdyś do Australii osób mieszka żyje nadal w tym kraju) płakali jak dzieci przypominając sobie to wszystko, czego kiedyś doświadczyli, do czego przez lata byli zmuszani. Wszak tamte wydarzenia z dzieciństwa wywarły wpływ na resztę ich życia. Na skutek młodzieńczych traum, poczucia separacji i odtrącenia wielu z nich nie potrafiło nawiązać bliskich relacji z innymi ludźmi. Doświadczało depresji i stanów lękowych. Miało problemy tożsamościowe oraz zaburzenia osobowości.  Czy takie oficjalne przeprosiny mogły tu cokolwiek zmienić, naprawić? Może tylko tyle, że osoby owe nareszcie mogły zacząć mówić głośno o swoich problemach. Zacząć szukać pomocy u specjalistów. Spotykać się z innymi, doświadczającymi podobnych stanów ludźmi.

   W jakiś czas potem podobne przeprosiny w stosunku do tychże zapomnianych dzieci wystosował premier Wielkiej Brytanii, Gordon Brown.

 


   A wracając do książki Diney Costeloe „Skazane na poniewierkę”. Uważam, że jest dobrze, z dużą umiejętnością wczucia się w swych bohaterów napisana. Trzyma w napięciu. Wzrusza i przejmuje. Na długo pozostaje w pamięci. Sprawia, że człowiek zastanawia się jak by sam postąpił na miejscu owych dwóch dziewczynek. A wreszcie najważniejsze pytanie: jak potoczyły się losy Rity i Rosie? Czy mimo wszystko udało im się odnaleźć w życiu szczęście? Czy spotkały się w końcu z mamą albo ukochaną babcią? Jak zmieniły je te wszystkie traumatyczne doświadczenia?  W czytelniku budzą się też refleksje jak wiele z jego własnych przeżyć z dzieciństwa wywarło silny wpływ na zachowanie, psychikę, na dalsze koleje życia. Wielu z nas nosi wszak w sobie jakiś żal czy gniew, jakieś wspomnienie odległego cierpienia, które do dzisiaj sprawia, że jesteśmy tacy a nie inni. Wielu też dzięki dawnym traumatycznym przeżyciom potrafi lepiej zrozumieć przeżycia innych, słuchać ich, rozmawiać i pomagać im otworzyć się, uwolnić z siebie demony i zmory, które tkwią w duszy od dawna i sprawiają, że wciąż coś tam w środku boli i uwiera…I choć na zewnątrz widać kolorową i promienną, pachnącą eukaliptusem, pocztówkową Australię, to wewnątrz skrywa się i boi ujawnienia ciemna strona słońca…

 


„Skazane na poniewierkę” , Duney Costeloe, wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2015, 606 stron

Poniżej zamieszczam link do krótkiego filmu dokumentalnego na temat zapomnianych Australijczyków. M.in. posłuchać tam można kilku wypowiedzi osób, które na własnej skórze jako dzieci doświadczyły wielu tych wszystkich strasznych rzeczy, o których piszę powyżej.



środa, 18 stycznia 2023

Abstrakcje natury – woda…

 


 


…Ponieważ od dłuższego czasu mało w naszych okolicach słonecznych chwil oraz wyrazistych kolorów, z tęsknoty za nimi przeglądam nasze australijskie zdjęcia, gdzie barw ani światła prawie nigdy nie brakowało. I odkryłam, że najbardziej przypadają mi teraz do gustu te fotografie, które nie przedstawiają prostych w formie, zwyczajnych, pocztówkowych pejzaży, ale jakieś niejednoznaczne, pobudzające wyobraźnię niebanalne ujęcia. Takich zaś najwięcej znaleźć można było przyglądając się bezpośredniemu sąsiedztwu oceanu, jego dnu, powierzchni wody albo zerkając tuż pod nią. I takie właśnie prezentuję na fotografiach w tym poście. W następnym będę chciała pokazać Wam widoki bardziej kojarzące się z ziemią. Ale dzisiaj motywem przewodnim niech będzie woda…

 








   Podczas odpływu oceanu wyłaniały się niekiedy spod fal cudowne, abstrakcyjne pejzaże utworzone ze skał, kamieni, wodorostów, muszel, małych rybek i krabów, tajemniczych, galaretowatych stworzeń a przede wszystkim z fragmentów naniesionych przez wodę roślin, kawałków drewna oraz zwyczajnych śmieci. Zaskakujących odkryć można też było dokonywać patrząc na powierzchnie stawów, rzek, czy mokradeł. 


 




 



   Spojrzałam teraz na te fotografie świeżym okiem i stwierdziłam, iż owe wytwory nieograniczonej niczym natury zachwycają mnie bardziej, niż większość dzieł autorstwa najlepszych nawet malarzy abstrakcjonistów i pejzażystów. A podobają mi się głownie dlatego, ponieważ są tak niepowtarzalne, tak zmienne, nietrwałe, z każdym odpływem i spojrzeniem ciekawsze, podobne do fantastycznych widoczków powstałych z kolorowych szkiełek a ukazujących się w lunecie kalejdoskopu. Uchwycenie okiem aparatu fotograficznego takich naturalnych dzieł sztuki zdaje się formą zaklęcia w czasie czegoś, co już za chwilę staje się inne, co dane było widzieć i podziwiać fotografowi tylko w tym jednym, wyjątkowym momencie. Ileż tam można dostrzec barw, kształtów, struktur i faktur, szalonych kolaży! Ileż możliwości wyobrażania sobie z czym dany widok się kojarzy! To trochę jak z wielobarwnymi, dziwnymi snami. Nigdy się nie powtarzają, ale potrafią nieraz tak człowieka oczarować, tak w głowie mu zakręcić, że po przebudzeniu chciałby znowu przywołać ich wizje pod powiekami, ale niestety pamięta już tylko ich fragmenty i zdają mu się niczym rozsypane kawałeczki bajecznych, lecz niemożliwych do ponownego ułożenia puzzli. 

 

 








   Te dziwne, wyjątkowe obrazy, których autorem jest natura i które dostrzec można tylko wówczas, gdy spojrzy się w dół, kojarzą mi się nieco z tym, co można czasem podziwiać, gdy popatrzy się na powierzchnię naszej planety z dużej wysokości a nawet z kosmosu. Przywodzą mi też one na myśl cuda widoczne nieraz w ludzkich oczach albo pod mikroskopem. Lśnią tam jakieś tajemnicze pyłki, opalizują i tańczą drobinki bajkowych luster czy odłamki szlachetnych kamieni. Także w zwyczajnej kropli wody dostrzec przecież można całe światy oszałamiające bogactwem i nieskończoną głębią. No bo pomyślcie sami.  Przecież nawet gdy popatrzy się w szczególny sposób na zawartość naszych talerzy, to dajmy na to,  na powierzchni zwykłej zupy też zauważyć można szczególne piękno układające się w misterne wzory, fale, struktury poszczególnych detali, delikatne blaski, smugi, opary i cienie. Zatem to piękno możliwe jest do odkrycia wszędzie. W jego poszukiwaniu nie trzeba wcale wybierać się do Australii.  Trzeba tylko starać się patrzeć, słuchać intuicji i nigdy nie wyłączać wyobraźni. Bo tylko ona pozwala na zobaczenie czegoś więcej, niż widać na pierwszy rzut oka. 



 



    W otaczającym nas mikro i makrokosmosie kryją się  trudne do nazwania obrazy, niepochwytne skojarzenia, fascynujące tajemnice, wspaniałe opowieści, nierozwiązywalne zagadki…A my, ludzie, także jesteśmy ich częścią. Potrzebną, niepowtarzalną i unikalną. Nie dość, iż tworzymy jeden z elementów tej niemożliwej do zobaczenia w całości układanki, to jeszcze  nasze dłonie mogą kreować nowe rzeczy a umysły idee. A do tego potrafimy widzieć, utrwalać, podziwiać nieskończone bogactwo otaczającego nas wszechświata, być uczestnikami i świadkami niekończących się cudów…

 

 















* każde zdjęcie można powiększyć klikając w nie

Etykiety

Aborygeni absurd afirmacja życia agrest apel apel o pomoc asymilacja Australia autoanaliza bajka bal ballada baśń Beksińscy Bieszczady blackout bliskość blog blogi bór cenzura Cesarzowa Ki Cezary chleb choroba ciastka ciepło cywilizacja czarny bez czarny humor czas czekolada czerwiec człowieczeństwo człowiek czułość Dersu Uzała deszcz dieta dobro dom dorosłość drama drama koreańska drewno droga drzewa trawiaste Dubiecko Dwernik Kamień dwudziestolecie międzywojenne dystopia dzieciństwo dzikie bzy ekologia elektryczność erotyk eutanazja fajka fantazja film flash mob fotografie fotoreportaż glebogryzarka głodówka głód gospodarstwo goście góry Góry Flindersa grass tree grill grudzień grzyby Gwiazdka historia historie wędrujące horror humor humoreska idealizm ideologia II wojna światowa informacja inność inspiracja internet jabłka jabłoń Jacuś Jacuś. gospodarstwo Jacuś. lato jajka Jane Eyre Japonia Jawornik Polski jesień jesień życia kalina Kanada kanały kangury kastracja kiełbasa klimat klimatyzm koala kobieta koguty kolęda kolędy komputer komunikacja konfitury konflikt koniec świata konkurs konstrukcja kosmos koszenie kot koziołek kozy Kraków Kresy kryminał kryzys książka kuchnia kulinaria kury kwiaty kwiecień las lato legenda lektura lęk lipa lipiec lis listopad literatura los ludzie luty łąka maciejka macierzyństwo magia maj malarstwo maliny mantry marzenie maska metafora mgła miasteczko odnalezionych myśli Michael Jackson Mikołaj miłość Misia mit młodość moda mróz mróż muzyka muzyka filmowa nadzieja nalewki nałóg natura niebezpieczeństwo niezapominajki noc nowoczesność Nowy Rok obyczaje ocean odchudzanie odpowiedzialność odrodzenie ogrody ogród ojczyzna opowiadanie opowiastka opowieść Orzeszkowa osa Osiecka owoce pamięć pandemia Panna Róża park pasja patriotyzm pejzaż pierniki pies pieski pieśni pieśń piękno piosenka piosenki pisanie płot początek podróż poezja pogoda Pogórze Dynowskie polityka Polska pomidory pomysł poprawność polityczna porady postęp pożar praca prawda prezent protest protesty przedwiośnie przedzimie przemijanie Przemyśl przepis przetrwanie przetwory przeznaczenie przygoda przyjaźń przyroda psy psychologia ptaki radość rak recenzja refleksja relatywizm remont repatriacja reportaż rezerwat Riverland rodzina rok rośliny rower rozmowa rozrywka rozum róże rymowanka rzeka samopoczucie samotność San sarny sąsiedzi sens życia siano sierpień silna wola siła skróty słodycze słońce słowa słowa piosenki słowianie smutek solidarność South Australia spacer spiżarnia spokój społeczeństwo spontaniczność spotkanie stado Star starość strych susza susza. upał szadź szczerość szczęście szerszeń śmiech śmierć śnieg śpiew środowisko świat światło świeta święta świt tajemnica tekst piosenki teksty piosenek tęsknota toaleta tragikomedia trauma troska truskawki uczucia Ukraina upał urodziny uśmiech warzywnik wędrówka wędrówki węgiel wiadomości wiadomość wiatr wierność wiersz wierszyk wieś wieża wigilia Wilsons Promontory wino wiosna wiosnaekologia wirus woda wojna wolność Wołyń wrażliwość wrotycz wrzesień wschód słońca wspomnienia wspomnienie współczesność Wszechświat wybory wychowanie wycieczka wygląd wypadki wypalanie traw wzruszenie zabawa zabawa blogowa zachód słońca zapasy zaproszenie zbiory zdjęcia zdrowie zielarstwo zielononóżki zielononóżki kuropatwiane zima zioła zmiany zupa Zuzia zwierzęta zwyczaje żałoba żart życie życzenia Żydzi żywokost