Od dawna marzył
nam się duży, solidny grill. A właściwie coś więcej, niż grill. Kuchnia letnia!
Ponieważ ciepłe miesiące spędzamy w większości w ogrodzie, naturalnym było dla
nas, że także i tam przygotowujemy oraz jadamy często posiłki. Latem nikomu nie
chce się siedzieć w domowej kuchni i palić w piecu, od czego robi się człowiekowi
jeszcze goręcej. No chyba, że zdarzają się jakieś pochmurne i chłodne dni.
Wówczas palenie w piecu staje się nawet przyjemnością. Ale powróćmy do lata i
naszych potrzeb. Do tego lata mieliśmy grilla skonstruowanego przez Cezarego z
bębna od starej pralki automatycznej.
Takie okrągłe grille są bardzo popularne w naszych okolicach. Nie dość,
że w ramach recyklingu daje się drugie życie bębnowi od pralki, to jeszcze
całkiem dobrze się na nich piecze. Jednakże taki „bębnowy” grill ma pewne
ograniczenia. Są nimi mała powierzchnia grillowania oraz skłonność blachy, z
której jest zrobiona do rdzewienia i rozpadania się. Takoż i nasz pralkowy
grill po kilku latach użytkowania ledwo już się trzymał. Trzeba było koniecznie
zrobić coś nowego. I oto Cezary, jako znany już z wielu wcześniejszych
wynalazków pomysłowy Dobromir postanowił własnymi rękami wykonać coś, co
przetrwa wiele lat i będzie o wiele bardziej użyteczne, niż ów stary,
rozpadający się grill.
Najpierw myślał
o wymurowaniu w ogrodzie jakiegoś piecyka. Podstawa miała być z cegieł a góra
ze starej płyty kuchennej z pieca, który rozebraliśmy zaraz potem, gdy się tu
wprowadziliśmy przez trzynastu laty. Taki murowany grill wymagałby jednak sporo
roboty oraz poniesienia kosztów. Łączyłby się bowiem m.in. z wycementowaniem
placyku, będącego podstawą pod taki grill, zakupu specjalnych, drogich cegieł
szamotowych. No i musiałby być
umiejscowiony w jednym konkretnym i stałym miejscu w ogrodzie. A trudno się było
na takie miejsce zdecydować. Bo oboje lubimy przesiadywać w różnych zakątkach ogrodu.
Zależy to głownie od cienia, który o różnych porach dnia znaleźć można to tu,
to tam. Jak zatem połączyć naszą skłonność do przemieszczania się z wybudowaniem
nowego grilla?
Cezary myślał,
myślał i wreszcie zmienił swoją
pierwotną koncepcję. Otóż postanowił skonstruować grill w miarę lekki a do tego
mobilny, łatwy do przemieszczania. Zorientował się, że w sklepie metalowym w
pobliskim miasteczku kupić można na kilogramy ( niestety, wcale nietanią ) metalową
blachę o grubości dwóch milimetrów. A sympatyczny sprzedawca gotów jest pociąć
ją na żądany wymiar. Teraz trzeba było
tylko wszystko zaplanować, wyrysować, zwizualizować i policzyć. Wielkość grilla
musiała bowiem odpowiadać owej blasze ze starego pieca, której Cezary wcześniej
zrobił solidną, żelazną ramę, spawając ją ze znalezionych na złomowisku kątowników.
Potem zaczęła się zasadnicza, konstrukcyjna robota. Cierpliwe, wielogodzinne spawanie,
wiercenie, przykręcanie, docinanie, mierzenie i malowanie. Było to pod koniec maja albo na początku
czerwca. Nie pamiętam dziś tego dokładnie, bo sporo od tamtego czasu się u nas
działo.
Tak czy siak po
wielu Cezarowych udoskonaleniach i modyfikacjach oraz moich uwagach grill
gotowy był w lipcu. Powstał nieco podobny do kredensu albo kasy pancernej spory, metalowy wehikuł, pomalowany matową, niepalną farbą na
czarno, z drzwiczkami, ozdobnymi zawiasami i uchwytami, oparty na czterech
kółkach. Cudo owo posiada spore palenisko, gładką, żeliwną blachę, kratkę do
pieczenia oraz metalową, zamykaną, zdejmowaną nadstawkę, umożliwiającą np. wędzenie.
Teraz zaczęła się
zabawa z wymyślaniem tego, co mianowicie można przy użyciu takiego pieca
przyrządzić. I okazało się, że bardzo dużo. Począwszy od grillowania
klasycznych steków, kotletów, kurzych skrzydełek, szaszłyków i kiełbas,
skończywszy na pieczeniu ziemniaczanych czipsów, plastrów cukinii, pomidorów, bułeczek
czosnkowych i proziaków. A to nie koniec możliwości. We wnętrzu pieca da się upiec
pizzę albo i chleb. Da się też wspaniale uwędzić szynkę czy rybę. A w powstałym
popiele smakowite ziemniaczki.
Od kiedy mamy ów
ogrodowy piec nieomal codziennie sobie coś na nim przyrządzamy. Miło jest
usiąść sobie wieczorem w ogrodzie i w towarzystwie łakomych piesków, pośród
upojnych zapachów grillowanych potraw odpoczywać, oczekując na kolejne
smakołyki. Słońce w tym czasie chyli się ku zachodowi, świerszcze cykają rytmicznie
dokoła, żaby w stawiku kumkają chóralnie a my siedzimy sobie wygodnie i
wpatrujemy się w rumieniące się na grillu potrawy albo w żarzące węgielki.
Głaskamy psy, co chwilę namolnie podstawiające do pieszczot główki i grzbiety. Jest nam spokojnie, bezpiecznie i swojsko. Roztaczają
aromaty ogrodowe kwiaty i zioła. Pachnie płynące od łąk i lasów powietrze. Takie
grillujące, długie wieczory są wspaniałym ukoronowaniem dnia. Dlatego na pewno,
także i z powodu owego nowego grilla będziemy z tęsknotą obecne lato wspominać.
Dodatkowo
pojawia się jeszcze dla mnie pewna zasadnicza zaleta, takiego ogrodowego
biesiadowania. Nie dość, że nie muszę tak często jak np. zimą wymyślać,
przygotowywać i warzyć zwyczajnych, domowych obiadów, to jeszcze naczelnym szafarzem
tych pieczonych, letnich przysmaków jest mój osobisty kucharz, Cezary. To on rozpala
ogień, dogląda pieca oraz przygotowanych przy jego użyciu pyszności. To jemu
łzawią oczy od dymu, który wydobywa się z pieca na początku rozpalania.
Przynosi z drewutni kawałki śliwkowych, pachnących cudownie gałęzi. Dorzuca
drew, przewraca zrumienione steki na drugą stronę i ostatecznie też decyduje,
kiedy wszystko jest gotowe. Do mnie należy zazwyczaj wcześniejsze przygotowywanie
wszystkiego do takiego wieczornego grilla. Zabejcowanie mięsa w przyprawach
albo w marynacie. Pokrojenie na cienkie plastry umytych kartofelków. Zrobienie
jakiejś sałatki albo surówki pasującej do takich potraw. Wyniesienie na dwór
talerzy, sztućców i wszelkich przydatnych utensyliów a po wszystkim zebranie
ich i umycie.
A co należy do
Misi, Hipci i Jacusia, naszych psich, wiernych towarzyszy? Machanie ogonami oraz niecierpliwe oczekiwanie
na smakowite kostki i kurze korpusy, pieczone specjalnie dla nich. A potem gremialne
zajadanie, chrupanie i proszenie się o kolejne i kolejne, albowiem tak u nich,
jak i u nas apetyt rośnie w miarę jedzenia…


