niedziela, 29 grudnia 2013

Od zimy do zimy...






   Pewnego zimowego, grudniowego dnia ja, Cezary i Zuzia wyszliśmy wczesnym rankiem na spacer. Tak bardzo chciało nam się pójść gdzieś przed siebie. Nacieszyć oczy przestrzenią. Napełnić płuca świeżym powietrzem a serca siłą i nadzieją. Oderwać od zwykłych spraw i myśli.Wędrować po lasach, polach, pagórkach i dolinach. Długo, długo! Od wschodu do zachodu! Ile tylko siły i chęci pozwolą...






     Z przyjemnością patrzyliśmy na radosną mordkę naszej psiny. Pod nogami skrzypiał nam śnieg a na zamarzniętych kałużach ślizgaliśmy się jak na małych lodowiskach.  Podziwialiśmy lodowe kwiaty i miniaturowe rzeźby utworzone z zamarzniętej wody na wziętych we władanie przez Panią Zimę polach.Wydeptywaliśmy w lesie zupełnie nowe, dziewicze ścieżki. Za kołnierz wlatywały nam opadające z gałęzi drzew lekkie jak wata cukrowa, ale zimne jak lód kawałki zbitego w grudy śniegu. Chchotaliśmy jak dzieciaki. Rzucaliśmy w siebie śnieżkami. Przewracaliśmy się, gdy znienacka nasza wielka psina skakała na nas, okazując nam w ten sposób żywiołowo swą szaleńczą radość. A już chwilę potem tarzała się uszczęśliwiona w zaspach śnieżnych albo uganiała po stromych stokach wzgórz i jarach. Szalona i swobodna. Pełna szczenięcego uroku, chociaż to już przecież zupełnie dorosłe psisko!






    Chwila odpoczynku i szliśmy dalej. Przed nami rozpościerały się wspaniałe widoki na odległe góry oraz położone w dolinie małe miasteczko. Owo miasteczko podziwiamy o każdej porze roku. Zawsze wygląda inaczej. Ubrane w inne kolory i światło. Otulone mgłą albo rozjaśnione ostrym słońcem. Świeże jak pogodny poranek albo zmęczone i szare jak znużony życiem wędrowiec.
 - Ileż tam się toczy szczęść i nieszczęść?
 -Jakie historie się plotą? - rozmyślaliśmy wpatrując się w kolorowe dachy i wieżyczki domów, w wijące się pomiędzy nimi srebrzyste niteczki dróg i codziennych scieżek...




   Dobrze się tak szło. Bez czasu. Bez zmęczenia. Bez zmartwień i smutków, pozostawionych na te momenty w zamkniętej na cztery spusty czarnej donicy codzienności. Byliśmy tylko my, nasza kochana Zuzia i zima. I tylko cisza wokół. Słodki błękit nieba. I delikatny blask śnieżnych gwiazdeczek…





   I pewnie zdarzyło nam się wejść w jakąś pętlę czasu, albo w zaklęty wir, bo po tygodniu takiej wędrówki znaleźliśmy się w zupełnie wiosennej aurze. Po śniegu nie zostało prawie żadnego śladu. Spoceni musieliśmy rozpiąć zimowe kurtki a także schować do kieszeni rękawiczki i szaliki. Zieleń buchała zewsząd a ptaki śpiewały w oszołomieniu  i zachwyceniu swoje entuzjastycznie brzmiące, kwietniowe pieśni. Kwitło mnóstwo drobnych kwiatuszków. Strumienie pogodnie szemrały w dolinach i błyskały ku nam błękitnym spojrzeniem. Dołączyły do nas nowe wędrowniczki - dwie młode, rozbrykane kózki - czarna Brykuska i jasnoszara Popiołka. I teraz już we czwórkę (bo przecież i psina zawsze z nami) przemierzaliśmy czerwcowe bezczasy i przestrzenie. W oczach świeciło nam radosne zdumienie. Gdzie byliśmy? Gdzie jesteśmy? Dokąd zmierzamy?







   Niedługo potem ten sam wir czasu przeniósł nas czarodziejsko w lato. Gorące, suche, buchające kolorami, zapachami i dojrzałymi marzeniami. Biegaliśmy po lipcowych łąkach. Odganialiśmy się od komarów i gzów. Moczyliśmy nogi w sierpniowym strumieniu. W lesie wypatrywalismy miedzy mchem, igliwiem i liśćmi kolorowych kapeluszy kurek oraz kozaczków. Zbieraliśmy zioła i kwiaty. Opalaliśmy na złoto twarze. Napotykaliśmy jagodowiska i polanki pełne poziomek. Docieraliśmy nad odległe jezioro a nawet nad oddalony jeszcze bardziej San. Przemierzaliśmy polne drogi i bezdroża, spotykając wszędzie sens, spokój, piękno i nadzieję...





    I ledwo zdążyliśmy nacieszyć się latem ogarnęła nas swymi kolorami jesień. Codziennie pojawiały sie w lesie nowe, zachwycające barwy. Oranże, czerwienie i złoto liści. Fiolet, pomarańcz, amarant, żółć, ognisty szkarłat kwiatów i owoców na krzewach, na łąkach...Zamyślenia, westchnienia, wspomnienia, baśnie...





   I wreszcie następna zima. Nowa odsłona cudownego spektaklu przemian wizji i kolorów. Szalony, codzienny performance...A więc wędrujemy, nie tracąc nic z tych zapraszajacych nas do nieustannej eksploracji cudów Pogórza Dynowskiego. Cieszymy się tym, co w takiej obfitości zupełnie za darmo i tylko dla nas ofiarowuje nam szczodrze matka natura.



- Czy kozy będą chciały chodzić po śniegu? - zastanawialiśmy się, nie chcąc aby nasze ulubienice nudziły się przez kilka zimowych miesięcy w swojej małej koziarni.
I cóż! Okazało się, że gdzie my, tam i nasze zwierzęta! Pójdą wszędzie byleby być razem. Byleby zażyć ruchu i swobody. I cieszyć nasze serca...


   Sympatyczne, ciekawskie kozule po wyjściu na białe przestrzenie zamierały na moment w bezruchu i rozglądały się dookoła olśnione, pełne koziego zachwytu w swych ślicznych, ufnych oczach.  A już po chwili wyskubywały sobie spod śniegu pojedyncze źdźbła zielonego owsa albo listki jeżyn. Popatrywały na nas zadowolone. Wsłuchiwały się uważnie we wszystkie szelesty dobiegające do nas z lasu. A niekiedy puszczały się w szaleńcze biegi i skoki, przypominając nam wówczas dzikie kozice górskie. A Zuzia, rzecz jasna, za nimi!




   Pewnego grudniowego, lecz dziwnie przy tym wiosennego, ciepłego dnia wróciliśmy do naszego ogrodu. Napotkany przy oczku wodnym rudy kot popatrzył na nas nieprzytomnie. Drzemał tam, śniąc o wielkich łowach i czyhając na karpie oraz żaby widoczne tuż pod powierzchnią wody. Rozgdakane kurki zielononóżki wyskubywały sobie spomiędzy szmaragdowych trawek jakieś robaczki i dżdżownice. Koguty siedząc na płocie piały ile sił w płucach. A najmłodsze kurczęta biegały za zaaferowaną kwoką, naśladując ją we wszystkim i grzebiąc z zapałem w rozgrzanej gorącymi promieniami ziemi.



    Tuż przy wejściu do domu baniasta donica trosk, wsunięta w ciemny, najciemniejszy kąt łypnęła na nas szyderczo. Zalśniła przyzywająco ciemnym, upartym światłem konieczności i obowiązku. Prędzej czy później trzeba ją będzie stamtąd wyciągnąć, otworzyć i zmierzyć się z zamkniętym wewnątrz mackowatym stworem. Ale nie teraz…Jeszcze nie…



   Poszliśmy do kuchni napić się goracej herbaty z sokiem malinowym. Zjeść chleba z pachnącym smażoną cebulką i majerankiem smalcem…Zmęczona Zuzia ułożyła się u naszych stóp. Koty skwapliwie zajęły kolana. Za oknem oczarowany ciepłem i słońcem świat słał nam prosty, serdeczny uśmiech.
Westchnęliśmy, uśmiechając się do tego świata i do siebie.


   Kochani! I do Was się uśmiechamy życząc Wam w nadchodzącym, Nowym Roku jak najwięcej takich prostych, dobrych chwil. Wsłuchania się w siebie i w ciszę. Poświęconego sobie wzajemnie czasu. Dziecięcej radości. Zapomnienia oraz uśmiechu. Nadziei i blasku w oczach. Delikatnych, codziennych szczęść...

niedziela, 22 grudnia 2013

Daleko od baśni...








   Jest wtorek. Myję okna. Brudne są, to trzeba, a że święta idą, to i tradycja wymaga. Tradycja! Coraz dalej jestem od tego wszystkiego. Coraz mniej czuję tę opiewaną we współczesnych piosenkach świątecznych magię świąt. Ale fakt nadchodzących świąt Bożego Narodzenia zawsze wywołuje we mnie natłok tęsknot, wspomnień i refleksji. Słodko-gorzkich.

   Patrzę na świat za oknem. Biało. Pięknie. Jak w rosyjskiej baśni o dziadku Mrozie. Sponad nielicznych, widocznych w oddali dachów domów unosi się dym. Gospodynie także sprzątają. Pościel na balkon wywieszają. Dywany trzepią. Czyszczą. Gotują i pieką. Zbliżają się wszak ważne dni. Zjazdy rodzin. Rozmowy. Kolędowania. Gromadne odwiedziny w kościele. Jak co roku. Ta powtarzalność jest pocieszająca i zasmucająca zarazem. Jest jakaś ciągłość. Nic się nie kończy dla ogółu, chociaż dla poszczególnych osób kończy się co dzień cały świat albo wali się w gruzy to, co z takim trudem budowali swymi czynami i nadziejami.

   Dzwoni do mnie Wiesia. Źle z nią i jej mężem. On znowu pije. Znów podniósł na nią rękę. Tuż przed ubiegłoroczną wigilią pojednali się. Wybaczyła mu wszystko. Uwierzyła raz jeszcze. Było im tak cudownie, jak tuż po ślubie. Teraz śmieje się sama z siebie. Przez łzy. Wigilię spędzi z dziećmi. On? Zapewne z kochanką albo z kolesiami gdzieś na melinie. Ale jeśli przyjdzie i przeprosi znowu mu wybaczy. No, bo jak to tak? Tyle lat razem! I tyle było miłości. I trójka udanych dzieci. I wszystko miałoby pójść na marne? Słyszę w jej głosie dygot, lęk i cień zawstydzenia, że jest taka słaba. Że nie potrafi uporać się ze swym życiem. I wciąż go, idiotka, kretynka, kocha…

   Jest środa. Wieszam świeżo uprane zasłony i firanki. Biały świat za oknem niezmiennie piękny i niewzruszony. Niebo błękitne a słońce świeci tak mocno, że aż razi w oczy. Słucham kolęd. Te stare, tradycyjne nie wywołują teraz żadnego wrażenia. Jest tylko jedna, której aż wręcz boję się słuchać, ale która co roku więzi mnie magnetyzmem swej prawdy i siły wywoływanych przez nią uczuć. „Kolęda dla nieobecnych”.

"Przyjdź na świat,
By wyrównać rachunki strat.
Żeby zająć wśród nas,
Puste miejsce przy stole.
Jeszcze raz pozwól cieszyć się dzieckiem w nas,
I zapomnieć, że są puste miejsca przy stole."

   Myślę o moich bliskich. O przyjaciołach. O tych, którzy odeszli i o tych, którzy są, ale ja nie mogę być z nimi. Moja chora mama… Fala bezradności…Siadam. Nic mi się nie chce. Zamglonym wzrokiem spoglądam przez okno. Jakiś ptak skacze po śniegu. Dzieciaki jeżdżą na podeszwach butów.

   Dwa lata temu w wigilię siedzieliśmy z przyjaciółmi we czwórkę w naszym domu. Bronek uśmiechał się od ucha do ucha. Miał taki magiczny, radosny błysk w oku. Tak mu wszystko smakowało. Ach, jak wychwalał tę moją zwykłą zupę grzybową! I śledzie! Tylko przy barszczu zdarzył się mały wypadek a mnie mróz przeszedł po krzyżu, czy to może nie jakiś znak…? Niosąc z kuchni wazę z zupą tak się śpieszyłam, że źle stąpnęłam. A może nie tyle śpieszyłam się, co myślami byłam zupełnie gdzie indziej? Przecież tego ranka dowiedziałam się, że mama ma poważny krwotok i znów jest w szpitalu…I szłam taka rozkojarzona a co najmniej jedna trzecia barszczu wylała mi się prosto na bieluśki obrus. Płynęła czerwonym, krwistym potokiem tuż pod nakrycie Bronka…

- Gapa ze mnie. Przepraszam Was kochani! – stałam roztrzęsiona. Łzy tylko czekały by wylać się strumieniem.
-To nic, to na szczęście! – pocieszali wszyscy i skoczyli zaraz by pomagać mi zmieniać obrus i uprzątać ze stołu zalane serwetki i sztućce.
- Nie martw się Oluś! Jeszcze zostało przecież mnóstwo barszczu i na pewno jest pyszny! Jak zresztą wszystko, co przyrządzasz! – wołał Bronek, ściskając mnie serdecznie i nalewając sobie pełniutki talerz bordowej zupy.
- Siadaj w końcu z nami dziewczyno! Nie biegaj tak! Pośpiewamy może kolędy? 

I od razu zaintonował swym ciepłym, miłym barytonem radosną, pełną werwy, świąteczną pieśń.

"Pójdźmy wszyscy do stajenki
Do Jezusa i Panienki
Powitajmy maleńkiego
I Maryję, matkę jego..."

   Schowałam w sobie łzy. Nie chciałam psuć im wigilii. Pośpiewaliśmy. Och, jak ja lubię to wspólne kolędowanie! Przeważnie zapominam wtedy o wszystkim. Odpływam w świat baśni, dzieciństwa, ogromnej ufności w tryumf dobra nad złem... Podczas śpiewania patrzyłam z miłością na twarze  zgromadzonych przy stole osób. Były radosne, skupione, spokojne i wzruszone...

Pół roku później Bronek odszedł…Tak nagle!

   Jest czwartek. Robimy z mężem galaretę z nóżek. Kroimy warzywa. Pachnie zielem angielskim i liściem bobkowym. Schodzę do kotłowni. Czas szykować jedzenie dla kur. Przez okno patrzę na ogród zmarłej tego roku sąsiadki. Pusto. Cicho. Biało. Tylko wysoki, zielony bukszpan sterczy samotnie i dumnie pośród śniegu. Jak strach na wróble, który nie ma już czego strzec i na co czekać, ale mimo wszystko uparcie trzyma straż.... 

   Rozmawiam przez telefon z Beatą. Chwila ciepła, uśmiechu, wymiana serdecznych słów. Dobry, prawdziwy człowiek na mojej drodze. Ten rok dał mi możliwość poznania kilku sympatycznych, bliskich mentalnie osób. Świadomośc tego koi i wzrusza. Oddala od bolesnych myśli...

    Jedziemy z mężem na zakupy świąteczne i na pocztę. Trzeba wysłać kilka kartek. Boję się czy nie za późno. Czy dojdą…? Jak niewiele ludzi na poczcie. Mało komu chce się wysyłać tradycyjne kartki. Przecież każdy ma komórkę, maila…

   Zaprzyjaźniona ekspedientka w sklepie miesnym dzisiaj bez humoru. Zmęczona. Z trudem ukrywa irytację. Dziwi się, że tak mało kupujemy na święta, ale zaraz potem przyznaje nam rację. W jej rodzinie też w tym roku będzie skromnie. Nie ma co szaleć. Życie nie kończy się przecież na świętach, jednak większości tak się chyba wydaje. Jedni biorą kilkanaście rodzajów wędlin. Bezwstydnie rozbuchani w szaleńczym wydawaniu pieniędzy. Innych stać tylko na kilka plasterków szynki, kaszankę i pasztetową. I ci drudzy stoją w kolejkach tacy zgaszeni, zawstydzeni, ściskając w dłoniach co najwyżej dwadzieścia, trzydzieści złotych...
Żegnamy się z ekspedientką, tradycyjnie życząc jej wesołych świąt. Rewanżuje się tym samym, ale omal sie nie rozkleja, szepcząc, że w wigilię pracuje do piętnastej. A tymczasem w domu cała robota czeka na nią, bo mąż tylko chleje...

    Wracamy do domu. W dolinie nie ma prawie wcale śniegu. Im wyżej wjeżdżamy w nasze strony, tym więcej go widać na polach.
Jakieś dzieciaki wracają ze szkoły, wygłupiają się. Chłopcy ciągną za warkocz śliczną blondynkę. Och, jaka ona jest podobna do dawno niewidzianej Izy…

    Przypomnienie pierwsze…Bawię się na śniegu z moją przyjaciółką Bogną i jej młodszą o trzy lata siostrzyczką Izą. Lepimy bałwana. Obrzucamy się śnieżkami. Z nosów wiszą nam smarki. Śmiejemy się jak wariatki i biegniemy na plac zabaw. Odgarniamy śnieg z krzesełek karuzeli i kręcimy nią, kręcimy…Niedobrze mi się robi, bo za dużo zjadłam w te święta i teraz czuję w żołądku te wszystkie przygotowane przez mamę ciasta, pyszne śledzie i uszka z grzybami. Bogna też krzyczy, że ma już dość. Tylko Iza chce się jeszcze bawić i wciąż prosi by pchać jej krzesełko. Tak lubi ten zawrót głowy. Długi, jasny warkocz wije jej się wokół ciemnego kołnierza…

   Przypomnienie drugie…Czekając na tramwaj siedzę na rynku mojego miasta. Obok mnie odziana w ciepły, niebieski kombinezon córeczka. Wracamy z teatrzyku kukiełkowego. Śmiejemy się wspominając najweselsze scenki. Nagle milknę. Naprzeciwko nas idzie dziwnie znana mi a jednocześnie nieznana postać. To dawno niewidziana Iza. Oczy nieprzytomne i szkliste. Chwieje się. Tłuste, źle obcięte włosy wysuwają się spod kaptura nieświeżej kurtki. Serce się ściska. Tak dawno jej nie widziałam. Od Bogny wiem, że Iza nie może się uwolnić od narkotyków. Wciągnął ją w nałóg własny, niby kochający mąż. A poza tym zaraził… Zamieniamy parę słów. Iza się spieszy. Nie może skupić się na rozmowie. Z kimś jest umówiona. Idzie. To dla niej ważne…

   Jest piątek. Na dworze kilka stopni na plusie. Piekę pierniczki. Lubię je, gdy są świeże, chrupkie i twarde. Mało słodkie. Jedna partia już upieczona. Stygnie i czeka na polukrowanie. Druga dopieka się na rumiano. Próbuję. Czy to one nie mają smaku, czy to ze mną coś nie tak?

   Otwieram pocztę. Mam list od Ady. Z jej mamą coraz gorzej. Alzheimer sieje w jej mózgu zniszczenie. Niszczy ją oraz całą rodzinę. Udręczona Ada sama niedomaga. Wysiada jej kręgosłup. Ma jakieś guzy na tarczycy. Nie ma kiedy się leczyć. Nie ma kiedy zająć się swymi synami. A odkryła, że obaj palą trawkę. Bagatelizują, że to nic. Że przecież wszyscy ich koledzy to robią! Tak, ale od tego się przecież zaczyna...Wszystko się rozprzęga, degeneruje. Przeraża agresja, siła i ciężar matki. Miejsc w rejonowych domach opieki nie ma. Trzeba czekać miesiącami. Mizerny zasiłek pielęgnacyjny już się Adzie nie należy. A wydatków sporo...Pralka pracuje nieomalże na okrągło. Matkę trzeba kilka razy dziennie umyć. Przebrać. Nakarmić. Znieść w spokoju wszystkie wyrzucane z jej ust z prędkością karabinu maszynowego obelgi. Sprzątać. Nieustannie sprzątać. Znaleźć chwilę na rozmowę z ojcem, który chorując na serce i będąc w bardzo podeszłym już wieku nie ma siły by opiekować się żoną. Siedzi w kącie roztrzęsiony i nieobecny. Albo mamrocze modlitwy, przebierając paciorki różańca…Ada pisze, że w ich domu unosi się dziwna mieszanka woni. Leków matki, jej moczu i kału, silnych środków dezynfekcyjnych oraz …suszonych grzybów. No bo przecież wigilia za pasem. Trzeba przynajmniej zupę i uszka zrobić…

   Jest sobota. W nocy spadło trochę świeżego śniegu. Pod spodem lód. Idąc na spacer z kozami zaliczam pierwszego orła. Nic to. Po powrocie do domu popijam dziurawiec i odkurzam. Spłoszone koty rozbiegają się szukając w domu jakichś cichszych, bezpieczniejszych kątów.  Żal mi ich, ale cóż począć? Kiedyś w końcu muszę posprzątać. Pozbierać te kocie i psie kłaki. Usunąć uparte, wszędobylskie pajęczyny. Strasznie hałasuje ten odkurzacz, ale może i dobrze. Coś ściska mnie w sercu. Od kilku dni zalęgła się tam dziwna drzazga. I już sama nie wiem, czy to jakiś mięsień mnie boli, czy zmora dusi…

Dzwoni Bogna. Iza umarła dzisiejszej nocy. Miała niewiele ponad czterdziestkę...

I znowu uparcie słucham „Kolędy dla nieobecnych”. To tortura, ale zarazem i dziwna ulga…

"A nadzieja znów wstąpi w nas,
Nieobecnych pojawią się cienie.
Uwierzymy kolejny raz,
W jeszcze jedno Boże Narodzenie.
I choć przygasł Świąteczny gwar,
Bo zabrakło znów czyjegoś głosu.
Przyjdź tu do nas i z nami trwaj,
Wbrew tak zwanej ironii losu.

Daj nam wiarę, że to ma sens,
Że nie trzeba żałować przyjaciół.
Że gdziekolwiek są dobrze im jest,
Bo są z nami choć w innej postaci.
I przekonaj, że tak ma być,
Że po głosach tych wciąż drży powietrze,
Że odeszli po to by żyć.
I tym razem będą żyć wiecznie."

   Tego samego dnia przed zmrokiem. Zmieniam pościel. Pięknie pachnie świeżością. Poprzez okno zagląda do mnie księżyc, dobrze widoczny na różowiejącym niebie.
Gładzę błękitne wzory na kołdrze. Przypomina mi się, że muszę zadzwonić do Krysi. Ona tak lubi wszystko, co niebieskie...

   Jak zawsze pytam o jej samopoczucie. Kilka lat temu przeszła obustronną mastektomię oraz wycięcie guzów mózgu. Było bardzo źle, ale teraz stan jest stabilny. Jednak czasem zacina się. Nie pamięta, co chciała powiedzieć. Zamyśla się. Pyta, co u jej siostry! Mnie pyta, bo sama jest z nią od wielu lat pokłócona i jedyne informacje o niej czerpie właśnie ode mnie! Jestem ich łącznikiem. Gorzko i niewygodnie mi w tej roli. Co roku próbuję je pogodzić ze sobą. Co roku napotykam wówczas na stalowy mur z obu stron. I pomyśleć, że gdy wróciłam z Australii marzyło mi się, że urządzę w naszym domu wspólną wigilię dla wszystkich. I da się uleczyć stare rany. Zapomnieć rzeczywiste i urojone przewinienia. Przecież święta to czas miłości i przebaczenia! Ale nie! Spiętrzona, rozdmuchana uraza jest silniejsza niż wszystkie moje dobre chęci. Zresztą, sama też przecież nie jestem bez winy...

   Niedziela rano. Budzę się przed czwartą. Jakaś myśl nie daje mi spokoju. Czy aby nie zapomniałam zamknąć wczoraj kur? Dzień był słoneczny i ciepły, więc nareszcie mogły wyjść do ogrodu. Czy jakiś lis albo kuna nie zwietrzyły w nocy łatwej zdobyczy?! Ubieram sie pośpiesznie. Biorę latarkę i lecę sprawdzić co i jak. Na szczęście wszystko w porządku. Wpuszczam Zuzię do domu. Psina skwapliwie zajmuje moje ciepłe jeszcze miejsce na łóżku u boku pana. A ja,  kompletnie już rozbudzona postanawiam zacząć na dobre ten dzień. Zalewam zimną wodą śledzie żeby odmokły z soli. Robię ciasto na naleśniki. Troche farszu zostało z pierogów, więc trzeba go jakoś wykorzystać.  Namaczam prawdziwki na zupę i uszka. Karmię koty. Czyszczę kuwety. Szykuję karmę dla kur. Kroję bułki dla kóz. Piję kawę, obserwując różowy, zamglony lekko świt. Znów wychodzę na dwór. Zero stopni. Koty za mną. Karmię kury i kozy. Patrzę na ciche lasy i łąki. Na wciąż wyraźny księżyc. Wracam do domu. Cisza, spokój. Pachnie piernikami...

   Siadam przy komputerze, by skończyć wreszcie pisanie tego przydługiego posta. Za oknem coraz wyraźniejszy błękit nieba przekonuje mnie, że świat jest piękny. A życie dobre. I trzeba pozytywnie myśleć a wszystko się ułoży. I jeszcze nie raz zobaczę się z moimi bliskimi. A ci, którzy są teraz smutni jeszcze się rozweselą. Cierpiący doznają wreszcie ulgi. A ci zapiekli w swych urazach i fobiach wreszcie zrozumieją i wybaczą. A może pierwsi wyciągną rękę do zgody? Póki żyjemy wszystko jest przecież możliwe…

   Idę na strych. Znoszę stamtąd małą, sztuczną choinkę i pudełko z ozdobami. Otwieram je. Dotykam wspomnień. Rozczulam się na widok lepionych kiedyś przeze mnie łańcuchów i mieniących się kółeczek z papierków po cukierkach.... Och, a pod nimi widać jelonki, złociste pompony i gwiazdki, które kupiliśmy za bezcen od jakiegoś zwariowanego Turka na targu w Melbourne! Te świecidełka były niezwykłe. Inne niż tutejsze. Beztroskie…? 
Tamtejszy grudniowy dzień spowijał nas suchym, upalnym powietrzem. Chodząc po targu jedliśmy lody czekoladowe. Patrzyłam na ludzi, robiących zakupy świąteczne. Na ten wielorasowy, wielojęzyczny tłum krążący w zaaferowaniu wokół kramików i stoisk. Pachniało popcornem, owocami mango i cytrusami...

   Wracam do chwili obecnej. Moje urokliwe Pogórze. Wspaniała przestrzeń lasów, łąk, dolin i pofalowanych łagodnie gór.  Jestem tak blisko i tak daleko od baśni. Poranny śnieg za oknem błyszczy milionami brylantów. Ptak usiadł na pobliskim słupie wysokiego napięcia i patrzy na mnie uważnie. Trzeba by rzucić trochę okruszków na balkon. Uśmiecham się. Wesołych świąt ptaszku!

- Oleńko! Pomożesz mi ubrać choinkę? – z drugiego pokoju dobiega mnie głos Cezarego.
- Tak, tak! Już idę do Ciebie!


              Wesołych Świąt, kochani!***
                    I jeszcze jedno - jeśli kogoś z Was uraziłam czymś, dotknęłam, lub jakkolwiek przez ten rok zawiodłam, wybaczcie proszę...

niedziela, 15 grudnia 2013

Po domowemu...





   Na naszym końcu świata tak czasami bywa, że się jest odciętym od świata! Dzieje się tak, gdy zimą śnieg nas zasypie albo lód pozamienia drogi w tory wyścigowe dla panczenistów. Tego roku po orkanie Ksawerym przyszła potężna śnieżyca z zawieją i dwie dróżki łączące nas z cywilizacją po prostu przestały istnieć. Pług odśnieżający przejechał w poniedziałek pod naszym domem z lekka fuszerując swą robotę, odgarniając zaspy białego puchu tylko powierzchownie, nie dając nawet szkolnemu autobusowi szans na bezpieczne dotarcie do centrum wsi. Autobus utkwił gdzieś w dolinie a tutejsze dzieciaki by zdążyć do szkoły musiały przez kilka dni wyruszać z domu jeszcze w szarówce wstającego dnia przed szóstą rano a wracać już w fazie zmroku. 

   Chwilowa odwilż także nie poprawiła sytuacji, gdyż to, co odmokło, natychmiast po zmierzchu zamarzło, zamieniając się w twarde, śliskie wyboje, skały i lśniące jak arktyczne jeziora, skute lodem płaszczyzny. A więc na dobre uwięźliśmy z Cezarym w naszym domku pod bukowym lasem. Oboje przeziębieni, gorączkujący, kaszlący i smarkający, lecz mimo wszystko starający się by nasze gospodarstwo działało jak gdyby nigdy nic. Bo to kurki i kózki trzeba dwa razy dziennie nakarmić. Drew na opał z drewutni i spod wiaty nanieść oraz śnieg spod domu i kurników odgarnąć. Ponieważ nie dało się pojechać do apteki ani lekarza leczyliśmy się tym, co było w naszej apteczce, czyli aspiryną, naparami z łąkowych ziół,  konfiturami z czarnego bzu i aronii, spirytusową nalewką sosnową oraz rozgrzewającą maścią. I poza tym, że nadal oboje, głównie nocą pokasłujemy i nieco chrypiąc nie nadajemy się na śpiewaków operowych to właściwie czujemy się nieźle. Obyło się bez wizyty u lekarza a domowe leczenie okazało się nie takie bezskuteczne, jak się na początku wydawało. Wszystko wymaga cierpliwości, wiary w powodzenie oraz pewnej dozy stoicyzmu.

   Muszę przyznać, że bardziej niż przeziębieniem martwiłam się w tym tygodniu tym, że nie będę miała, czym przyjąć w domu imieninowych gości. No bo nie było przecież możliwości wyruszenia na jakiekolwiek zakupy. Najbliższy sklep mamy około cztery kilometry stąd. By się do niego dostać trzeba zjechać z bardzo stromej, wysokiej góry do centrum wsi albo przejść piechotą górami przez ośnieżony las do sąsiedniego przysiółka. Ani jedno ani drugie nie było możliwe. Samochód tylko tańczył na lodzie, obracając się wokół własnej osi. A piesza wędrówka w naszym stanie zdrowia nie byłaby wszak najlepszą rzeczą.

   Tymczasem imieninowy czwartek zbliżał się wielkimi krokami i coraz intensywniej rozmyślałam nad tym jak przyjąć gości, bazując tylko na tym, co mam w spiżarni. A miałam niewiele, bowiem od kilkunastu dni nie robiliśmy zakupów, wyjadając tylko stare zapasy. A przy tym nie krzywdowaliśmy sobie, bo lubimy proste a nawet nieco monotonne, skromne jedzenie. Ot, wystarcza nam do szczęścia gotowany co kilka dni wielki gar zupy jarzynowej czy krupniku, śląska zupa z chleba wodzianka albo jakieś smażone z cebulką ziemniaczki, sałatki z kiszoną kapustą, ogórkami i buraczkami, makaron z sosem czy ulubione placki ziemniaczane. Koty i Zuzię karmimy zazwyczaj porcjami rosołowymi z makaronem (zawsze staram się aby mieć ich w zamrażarce spory zapas) oraz suchymi chrupkami czy też chlebem z pasztetową. I tak możemy żyć tygodniami, wyruszając tylko co jakiś czas do miasteczka w celu uzupełnienia zapasów, opłacenia pilnych rachunków oraz zakupu koniecznych do napraw i remontów śrubek, farb i tym podobnych niezbędności.
Ale spodziewaliśmy się gości, których wizyty nie sposób było przełożyć, gdyż w tutejszym zwyczaju jest by nie zapraszać się oficjalnie na imieniny a po prostu pamiętając o solenizancie przychodzić bez zapowiedzi. Czymże ich przyjąć? Tutejsze imprezy to prawdziwy pokaz umiejętności kulinarnych utalentowanych, zaradnych gospodyń. Stoły uginają się od wędlin, sałatek, ciast, skomplikowanych dań obiadowych, alkoholi i napojów chłodzących. A u Oleńki tymczasem biedniutko! Co poradzić?!

 Przejrzałam wielokrotnie zawartość szafek kuchennych i lodówek. Przypomniałam sobie czytywane w czasach siermiężnego socjalizmu i stanu wojennego książki poradnikowe o tym, czym można przyjąć niespodziewanych gości. I postanowiłam, że podejmę wyzwanie i zrobię trochę inne niż zazwyczaj przyjęcie. Skromniejsze, ale wcale nie gorsze, gdyż Polka potrafi! Wprawdzie Cezary powątpiewał czy to wystarczy, czy to wypada?! W związku z tym w środę, czyli w przeddzień spodziewanego przyjęcia zrobił kolejną próbę wydostania się stąd. Najpierw wykopaliśmy spod zwałów skostniałego śniegu nasz podjazd. Z trudem otworzyliśmy przymarzniętą do podłoża bramę. A potem? Cóż! Nasz dzielny samochodzik z ledwością opuścił teren podwórza a potem boleśnie zabuksował w miejscu, chcąc wjechać na drogę wiodącą w dół wsi. Zawołałam do Czarka by, o ile tylko się da, wracał pod dom i dał sobie spokój z wyprawami. Nie będziemy się przecież zabijać po to tylko, by sprostać własnej ambicji oraz przyzwyczajeniom tubylców (spodziewanymi gośćmi mieli być nasi zaprzyjaźnieni, zamieszkali w promieniu kilku kilometrów miejscowi i osadnicy)!

   W przeddzień spodziewanego przyjęcia zabrałam się za przygotowania. Upiekłam ciasto piaskowe z gruszkami oraz kruche ciasteczka z makiem i sezamem. Ugotowałam ziemniaków i marchwi na sałatkę jarzynową, namoczyłam suszone grzyby. A następnego poranka pełną parą miesiłam ciasto drożdżowe, gotowałam barszcz z buraczków, kroiłam warzywa na sałatkę, wypiekałam własnego pomysłu bułeczki -  ślimaczki z plastrami wędzonego podgardla i smażoną cebulką. A ponieważ poza mięsożercami odwiedzić nas mieli ściśli wegetarianie zrobiłam dla nich bułeczki z grzybami.
   Nadal jednak mieliśmy problem z brakiem alkoholu, albowiem tutejsze przyjęcia nie mogą się obyć bez czegoś mocniejszego. W barku było wino, za którym, niestety, poza mną nikt tutaj nie przepada oraz słodka nalewka. Skończyła się nam też kawa, której braku nie odczuwaliśmy z Cezarym, obywając się ziołowymi herbatkami oraz kawą zbożową. A więc znowu mój uparty, ambitny mąż postanowił podjąć kolejną próbę dostania się do sklepu.

- Czarek! – przekonywałam – Nie trzeba! Jeszcze wpadniesz do rowu, uwięźniesz gdzieś w dolinie a ja tu będę włosy z głowy rwać nie mogąc przyjść ci na ratunek.
- Nie jedź, proszę! Przecież wystarczy nam tego, co mamy! A poza tym możemy wprowadzać na naszej wsi nowe standardy biesiadowania. Kto powiedział, że u każdego musi być tak samo?
- Pojadę Oluniu. Trzeba jechać, bo mamy mało gazu w butli. Co zrobisz, jak skończy ci się w najmniej spodziewanym momencie i nie będzie można nawet podać gościom gorącej herbaty? – odrzekł Cezary, naciągając mocno czapkę na uszy i sprawdzając po kieszeniach, czy na pewno wziął kluczyki od samochodu.

Na ten argument nic już nie mogłam odpowiedzieć, bo rzeczywiście istniała obawa, że zabraknie nam gazu. A więc westchnęłam ciężko i szybciutko spisałam na karteczce listę koniecznych zakupów a potem otworzyłam mężowi bramę i z drżeniem serca obserwowałam, jak ostrożnie wyjeżdża na drogę i oddalając się od domu powolutku pokonuje zlodowaciałe przestrzenie.
Nie było go ponad dwie godziny. Ale nie zauważyłam nawet tego upływu czasu, uwijając się w kuchennej krzątaninie, szykując jak co dzień wielkie wiadro karmy dla kur, gotując jedzenie dla psów i kotów oraz dokładając drew do pieca. Wreszcie wrócił zmarznięty i głodny kupiwszy i załatwiwszy wszystko, co trzeba. Napoiłam go gorącym barszczem i już razem wzięliśmy się za kończenie przygotowań do przyjęcia.

   Po zmroku rozłożyliśmy stół w pokoju stołowym. Nakryliśmy go i zastawiliśmy mnóstwem przygotowanych przez nas smakołyków. Ubraliśmy się odświętnie i pełni gotowości zaczęliśmy spoglądać niecierpliwie przez okno, czekając na spóźniających się gości. Mijały długie kwadranse, godziny i nadal nikt nie pukał do naszych drzwi. Zaczynalismy sie poważnie niepokoić.

- Nie ma rady! Trzeba zadzwonić i zapytać, co się dzieje? – westchnął wreszcie Czarek, podając mi telefon, gdyż tak się to u nas utarło, że to ja zawsze załatwiam tego typu sprawy.
Odchrząknęłam, odkaszlnęłam i zadzwoniłam do naszej najbliższej sąsiadki – przyjaciółki Wandzi.

- Wandziu kochana! Jesteście w domu? Wpadniecie do nas dzisiaj na ciasto? – zagadnęłam niewinnie, nie chcąc oczywiście nawet napomykać o imieninach.

- Oluńku! Skarbeczku kochany! Mój Władyś jest od wczoraj w szpitalu, więc nie wpadniemy. Ale chciałabym ci złożyć najserdeczniejsze życzenia zdrowia, szczęścia i spokoju – usłyszałam po drugiej stronie słuchawki. Natychmiast zaniepokojona zaczęłam wypytywać o stan zdrowia sąsiada i odetchnęłam z ulgą, albowiem okazało się, że to tylko kilkudniowe, kompleksowe badania kontrolne sprawiły, iż znalazł się w przemyskiej lecznicy.
- To wobec tego przyjdź sama! – poprosiłam – Po co będziesz siedzieć w domu i zamartwiać się? Posiedzimy razem i szybko ci czas zleci.

Wandzia po chwili wahania obiecała, że za około godzinkę postara się wpaść. Odetchnęłam z ulgą i zadzwoniłam do następnych, mieszkających około kilometra stąd sąsiadów.

- Oleńko! Nie martw się! Pamiętamy o was i wpadniemy, ale dopiero za około dwie godziny. Teraz muszę jechać na próbę chóru kościelnego. Wiesz, z powodu choroby nie mogłam uczestniczyć w ostatnich próbach a przecież w Pasterkę mamy występ. Nie mogę więc ich zawieść, bo to ostatnie nasze przed świętami spotkanie! – wyjaśniła Elżbieta, pozdrawiając nas serdecznie.

Dopiero więc około siódmej zeszło się całe towarzystwo. Zebrało się nas przy stole dziewięć osób. A Zuzia, która uwielbia gości krążyła między nimi, każdego po kolei zaczepiając, liżąc, wciskając swój śliczny pysk na kolana.

I cóż się okazało? Wszystkim najbardziej smakowały zrobione przez mnie domowe smakołyki. Owe drożdżowe bułeczki ślimaczki, sałatka jarzynowa, ciasto, ogórki i grzybki marynowane oraz chrupiące ciasteczka z makiem. Kupione przez Cezarego wędliny leżały nietknięte do końca przyjęcia. A co z alkoholem? Nikt ze zgromadzonych nie miał najmniejszej ochoty na wódkę. U jednych wynikało to z adwentowych postanowień, u innych z niemożności picia spowodowanej zażywaniem antybiotyków a jeszcze u pozostałych z braku upodobania do mocniejszych trunków.
Wypiliśmy tylko po kieliszku wina za moje zdrowie i już. A największym powodzeniem cieszyła się zaparzana raz po raz w dzbanku gorąca herbata oraz barszcz.

   Dobrze było tak razem posiedzieć, pogadać o gospodarskich i światowych sprawach. Pożartować, pośmiać się, popatrzeć serdecznie w swoje oczy. Nieczęsto zdarzają nam się przecież okazje do takich spotkań. Mieszkamy w oddalonych od siebie przysiółkach i zimą czasem ciężko jest dotrzeć do siebie. A tutaj, przy jednym stole, w cieple i miłej atmosferze spędziliśmy razem czas, odrywając się na chwilę od swojej codzienności, jątrzących zmartwień i problemów.
  Za oknem błyszczała na drodze tafla grubego lodu. Gwiazdy migotały wyraziście na czarnym niebie, zapowiadając nazajutrz piękną, słoneczną pogodę. Wielka, przepastna cisza rozpościerała się ponad pogrążonymi we śnie lasami, łąkami, dolinami i ośnieżonymi górami. A tymczasem w naszym domku pod bukowym lasem aż do późnej nocy było gwarnie, ciepło i rodzinnie…


niedziela, 8 grudnia 2013

Grudniowe dni...





  Od kiedy pamiętam darzyłam ogromnym sentymentem ten zimowy miesiąc. Jak większości z Was kojarzy mi się on ze świętami, z Barbórką,  Mikołajem, feriami i śniegiem. Kilka dat w kalendarzu grudniowym daje mi jednak dodatkowe powody do świętowania, choć świętować za bardzo nie lubię. Wolę ciszę, spokój, kameralne spotkania osób ciepłych, wrażliwych, umiejących zarówno ciekawie opowiadać, jak i słuchać.
A co my tam mamy w tym kalendarzu? Moje imieniny i urodziny a także urodziny mej ukochanej córki. Tak, obie jesteśmy panny strzelcówny. I wiele cech przypisanych temu znakowi zodiaku rzeczywiście do nas pasuje. Ale nie o tym ma być ten tekst. To opowieść o moich wzruszeniach i skojarzeniach z tym miesiącem związanych…


- Jaka słodziutka! Kruszynka moja śliczniutka! – powiedziała mama, gdy po kilkugodzinnym, przedwczesnym porodzie przyszłam na świat w białe, grudniowe południe.
- Ma główkę jak pomarańcza! – wzruszał się tata, gdy kilka dni potem odwożąc żonę z córką do domu, miał możliwość po raz pierwszy ujrzeć mnie w całej mej maleńkiej okazałości.

Te tatowe słowa tyczyły takoż wielkości mej łepetynki, jak i koloru wiewiórczej szczecinki porastającej delikatnym puchem ową śmieszną głowinę.
Zostałam zawieziona do skromnego, jednopokojowego, górniczego mieszkanka rodziców, które na kilka lat miało się stać i moim domem. Leżałam cichutko zawinięta w becik i żadnego pisku z siebie nie wydałam. Podobno cały czas spałam. Nawet jadłam przez sen! Dlatego rodzice przez dłuższy czas nie mieli pojęcia, jakie mam oczy. Zresztą wszystkie niemowlęta mają na początku niebieskie ślepka. A z tego wniosek, iż nic wyjątkowego mych rodzicieli nie ominęło.

Chorowita, niestety, była ze mnie bestyjka. Jak na dzieciątko urodzone przedwcześnie i niewiele ponad dwa kilo ważące przystało. Wciąż mnie dopadały a to jakieś katary i zapalenia gardła a to krwotoki i ciągnąca się aż do dorosłości skłonność do anemii. Ale przy tym wszystkim nie płakałam i nie skarżyłam się na nic prawie nigdy. Schowana w sobie i w ciepłym beciku jak w dziupli trwałam tak sobie jak nie do końca przebudzona do życia poczwarka.

W czasie skromnej kolacji wigilijnej podawano mnie sobie ostrożnie z rąk do rąk, ciesząc się, że dziecko nareszcie nie śpi i spogląda z ciekawością na te wszystkie bliskie twarze oraz na srebrzyste bombki, w które ustrojona była choinka.

- Oleńka, to najwspanialszy prezent świąteczny, jaki mogliśmy sobie tylko wymarzyć! – szeptali wzruszeni rodzice a zachwycony mną, kochany, starszy brat huśtał mnie w ramionach i śmiał się, że mam nosek jak groszek, a jakby nacisnąć, to pewnie zapiszczę jak gumowa zabaweczka…

Z gramofonu Bambino płynęły kolędy śpiewane przez zespół Śląsk. Babcia, z charakterystycznym dla siebie kresowym zaśpiewem zachwalała zrobioną przez siebie kutię i smażone pierogi z borowikami. Z choinki zwieszała się lameta oraz specjalnie na ten dzień zdobyte cukierki w złotych papierkach. Cudownie pachniały wystane w gigantycznej kolejce pomarańcze.

- Jak mamusia się czuje? – pytał tata, patrząc z troską w błyszczące od emocji oczy swej matki.
- A jak mam się czuć?! Dobrze mi tu z Wami, że i w niebie lepiej by nie było! – odparła roześmiana, kresowa babunia i na potwierdzenie tego poprosiła o podanie kolejnego kawałka makowca. A potem jedząc ze smakiem nie mogła się nadziwić, jakie to wspaniałe czasy teraz nastały. Jak wszystkiego w sklepach pełno! I pomyśleć, że w czasie wojny, na Wileńszczyźnie to szczęśliwi byli, jak ziemniaki z kapustą były a jako słodki smakołyk ulubione przez dzieciaki śliżyki z miodem i makiem.

- Oj, dobre, dostatnie życie będzie miała ta wasza Oleńka! Tylko Ty synuś więcej jeść musisz, boś taki wychudzony! A przecie na kopalni ciężko pracujesz i potrzebujesz siły! – dodała znacząco babunia, patrząc z troską na szczupłego tatę oraz z wyraźnym wyrzutem na mamę, którą według jej mniemania zbyt lekkie obiady gotowała dla naszej rodziny.
- A babcia znowu swoje! Nawet w wigilię mi nie odpuszcza! – żachnęła się mama i jak zawsze, nieco rozdrażniona uwagami babci, poczerwieniała na twarzy od doznanej przykrości.
- Mamusiu najdroższa! Żonka gotuje mi same smakołyki! Na nic narzekać nie mogę! Naprawdę! - A wie mamusia, co jutro będzie na obiad? - pospieszył zażegnać ewentualną kłótnię rodzinną tata.
- Bigos! Cudowny bigos z wędzonką, kiełbasą i grzybami! I kotlety schabowe. No i jeszcze galareta z nóżek. Napracowała się mocno moja czarnobrewa dziewczyna. Ale ja jej dzielnie pomagałem. Prawda?! – zawołał, ściskając mocno zarumienioną mamę i całując ją serdecznie w oba policzki.
- Ja tam i tak bigosu nie zjem. Na wątrobę by mi zaszkodził! – marudziła babunia.
-Ale wy dzieci jedzcie, jedzcie kochane! I dobrze karmcie tę kruszynę, bo to chucherko po prostu, jak opłatek bledziutkie! – sapnęła seniorka rodu spoglądając z troską na me oblicze.

Mama usiadła z boku, odwinęła mnie z ciepłego kocyka i próbowała nakarmić piersią. Popatrzyłam na nią z miłością. Tyle ciepła i słodyczy było w jej ciemnobrązowych, pięknych oczach… Ale jakoś nie bardzo chciało mi się jeść. Kilka razy przełknęłam ciepłe mleko, żeby kochanej mamusi przykrości nie robić a potem westchnęłam i zamarłam w bezruchu.

Zatem położono mnie do łóżeczka, gdzie jeszcze przez chwilę śledziłam odblaski świec tańczące spokojnie na jego metalowych ramach. Potem zasnęłam ukojona głosami bliskich, zapachami grzybów, kompotu śliwkowego i jedzonych w nabożnym skupieniu pomarańczy…


   Dwadzieścia pięć lat potem trzymałam w ramionach moją słodką kruszynę. Także nieco za wcześnie urodzoną i podczas całej kolacji wigilijnej uparcie śpiącą, mimo migających wokół gwiazdkowych ozdóbek i płynących z płyt CD ulubionych kolęd z „Piwnicy pod Baranami”. Kilka dni wcześniej wróciłam ze szpitala, więc teraz wciąż jeszcze obolała i bardzo zmęczona nie miałam siły śpiewać kolęd ani jeść tych wszystkich smakołyków przygotowanych przez moją mamę. Mocno tuliłam swoją córeczkę do siebie, marząc o tym bym mogła położyć się z nią na tapczanie w pokoju obok i wreszcie porządnie wyspać. Jednak, gdy kolacja dobiegła końca i z ulgą schroniłam się w półmroku sypialni moje dziecię najwyraźniej wyspane donośnym głosikiem oznajmiło, że czas zacząć świętować Boże Narodzenie! Owinęłam więc maleństwo mięciutką, różową chustą i wróciłam do pokoju stołowego by razem ze wszystkimi patrzeć w migoczące ognie w kominku i śpiewać kolędy…

 Usiadłam na kanapie i przytuliłam się do babci, która niedomagała ostatnio. Czasem prawie nas nie poznawała. Jak dziecko wciąż dopominała się o uwagę i troskę. A w ten dzień, nie zwracając zupełnie uwagi na to, iż jestem ledwo żywa zażądała bym ugotowała jej na obiad zupę jarzynową z lanymi kluseczkami. Potem nawet jej nie zjadła. Rozdziabała tylko ziemniaki i ni stąd ni zowąd rozpłakała się przepraszając, że tyle wszystkim kłopotu swoją osobą robi.

Nie śpiewała w te święta. Nie miała apetytu. Skręcała nerwowo skraj serwety. Żuła cząstkę pomarańczy, nie czując zupełnie jej smaku. Krążyła nerwowo wokół stołu, usiłując sobie coś przypomnieć. Coś bardzo ważnego…

   Mijały kolejne grudnie…Czas z każdym z nas zrobił swoje. Coś zabierał. Coś dawał. Jak zawsze. Jak wszędzie…
Tyle rzeczy zapomniałam. Tyle wciąż wyraziście pamiętam! Jakby były wczoraj! Jakbym wciąż miała kilkadziesiąt, kilkanaście lat mniej. A tymczasem nadeszły kolejne urodziny i znów zbliża się pora świąt…


wtorek, 3 grudnia 2013

Z Beatkową torbą na kolanach



   


  Właśnie zapadał zmrok i ostatnie pomarańczowo-różowe blaski znikały z grudniowego nieba, gdy oboje z Cezarym zabraliśmy się za zjadanie naszej ulubionej ostatnio zupy dyniowej.  Pałaszujemy ją na obiad i kolację już od trzech dni i dzisiaj właśnie, ku naszej przykrości, ujrzeliśmy dno garnka!
-Trzeba będzie jutro nowej zupki uwarzyć. Dodać pietruszki, lubczyku i odrobinę pieprzu! Dobrze, że mamy jeszcze trochę dyń i kabaczków!  - mruknęłam z lubością, gładząc rudego kota Antka oraz czarnego kićka zwanego po prostu Czarnym. Rozmruczane, grube koty, jak zwykle wieczorem obsiadły moje kolana i grzały me zmarznięte po chłodnym dniu nogi.

 Ledwo zdążyliśmy wyskrobać talerze, gdy Zuzia rozszczekała się wniebogłosy i zaczęła gwałtownie skrobać w drzwi wyjściowe by zobaczyć, któż to się po ciemku pałęta wokół naszego obejścia. Spłoszone kocury rozpierzchły się po domu. A my pobiegliśmy czym prędzej za rozszalałą psiną, usiłując dojrzeć w mroku wieczornego, niespodziewanego gościa. Okazało się, iż był nim listonosz, który pracuje do szóstej wieczorem i dopiero teraz dotarł do nas po całym dniu jeżdżenia po okolicznych wzgórzach i dolinach. Mój mąż odebrał od niego przesyłkę i już po chwili wniósł ją tryumfalnie do kotłowni, gdzie stałam grzejąc się przy piecu i czekając niecierpliwie na niego.

- Jest torba od Twojej Beaty! – oznajmił.
- Daj, daj! Ja odpakuję! – zaczęłam podskakiwać wokół Cezarego jak nie mogący się doczekać prezentu świątecznego dzieciak.
- Ale zobacz, jak ta paczka jest pieczołowicie obklejona taśmą! Poczekaj! Ja mam taki fajny nożyk do tapet, to w try miga dobierzemy się do środka! – sapnął mój uparty mąż i pracowicie jął przecinać beżowe taśmy i kartony.

   I rzeczywiście! Po kilku chwilach dzierżyłam w dłoniach całą zawartość przesyłki. Była tam prześliczna torba wykonana przez Beatkę Zasadę, autorkę bloga  „Cat In a bag” oraz kilka skórzanych, mięciutkich ozdób świątecznych i wspaniały list. A ponieważ w kotłowni mamy kiepskie światło porwałam wszystkie te cuda i pobiegłam do naszej sypialni by pooglądać wszystko dokładnie i nazachwycać się do woli. Zaraz za mną pojawił się tam Cezary i pchająca się na łóżko Zuzia.



- Patrz, jaka cudna! Ależ ta dziewczyna jest utalentowana! Zobacz, z jaką dokładnością to wszystko jest zrobione. A ile czasu musiała poświęcić by coś tak wspaniałego i delikatnego uszyć! To prawdziwa artystka i poetka rękodzieła! Jakież to różne od tych toreb sklepowych. Ileż w tych wytworach Beatki szlachetności i ciepła! – zawołałam, tuląc do policzków mięciutką, beżową, delikatną jak dotyk dłoni matki torbę skórzaną. Czułam się tak, jak gdyby była ona wykonana specjalnie dla mnie. Jakby pasowała jak ulał do mojej duszy. Jakbym kiedyś ją już miała, potem gdzieś zapodziała a teraz na nowo cudem odzyskała…



- A co w niej będziesz trzymać i gdzie z nią będziesz chodzić? – przerwał moje pełne przejęcia rozmyślania jak zwykle praktyczny Cezary, wiedząc dobrze, iż odkąd zamieszkaliśmy na wsi nie noszę torebki i poza wyjściem na zakupy w najbliższym miasteczku albo na targ do miasta właściwie nigdzie się stąd nie ruszam.

- Oj, już ty się nie bój o to! – odparłam, przymykając oczy i wyobrażając sobie siebie, jak ubrana w moją ulubioną rudo-beżową sukienkę wędruję sobie po łąkach, w zarzuconej na ramie torbie trzymając swoje zeszyty z wierszami wraz z nieodłącznymi ołówkami i długopisami. A gdy na tym łonie natury nachodzi mnie nagłe i jak zwykle niespodziewane natchnienie twórcze przysiadam sobie na pniu buka i piszę na bieżąco, co mi tam w sercu gra. Zaraz potem pojawiła mi się następna wizja. Oto odwiedzam moją ukochaną mamę. Całuję ją serdecznie i wyciągam z owej niezwykłej torby książkę-prezent dla niej. Moją książkę…

- Wiesz, ta torba jest naprawdę magiczna! Czuję, że dzięki niej spełnią się moje najważniejsze marzenia i tęsknoty! – szepnęłam, przysiadłszy na łóżku i spoglądając z rodzajem dziwnego przeczucia na tę wyściełaną mięciutkim, niebieściutkim jak niebo materiałem w kwiatki torbę od Beatki - czarodziejki.



- A list? Co tam Ci Beatka napisała w liście? – zapytał jeszcze mój mąż, stojąc w drzwiach, bo mu się śpieszyło, żeby skończyć zakładanie nowej lampy w przedpokoju na dole.

- Czytam, czytam właśnie. Jest piękny, po prostu piękny… – westchnęłam, zerkając na pierwsze wersy napisanego ręką Beaty listu.

- Ile tu dobrych słów o mnie! Ile ciepła i serdeczności! Naprawdę, nie spodziewałam się…Już dawno nikt tak ciepło, tak miło do mnie nie napisał! – komentowałam na bieżąco słowa listu tuż po jego odczytaniu. Uśmiechałam się wzruszona i spoglądałam na te wyrazy, zawierające tyle pozytywnych dla mnie uczuć i myśli. Żałowałam, że Beata mieszka aż w Częstochowie i nie mogę ot tak, spontanicznie spotkać się z nią zaraz i uściskać gorąco.

- Masz szczęście ostatnio! Ot co! Najpierw wygrałaś prezent u Pantery, teraz tę torbę u Beaty! Powinnaś wobec tego skreślić parę kuponów totolotka. Jutro pojedziemy do miasteczka aby pójść za ciosem! I kto wie? Może już za chwilę spadnie na nas deszcz złotówek?! – rozmarzył się Cezary, ściskając mnie czule i szepcząc mi wprost do ucha, że cieszy się moją radością i uwielbia patrzeć, gdy jestem tak szczęśliwa, jak teraz.

- Totolotka możemy oczywiście wysłać, ale nie bądźmy zachłanni, Czaruś! Wszak jak widać jest w tym życiu mnóstwo innych, ważniejszych od pieniędzy rzeczy, które potrafią człowieka uszczęśliwić – odrzekłam i zasiadłam przy komputerze, aby napisać posta o tym niezwykłym wieczorze. Za oknem zrobiło się już zupełnie ciemno. Mróz skuł lodem drogi i lasy. W mojej duszy tymczasem było ciepło i pogodnie. Nie czułam nawet bólu gardła, który od trapił mnie dzisiaj od samego rana. Na moich kolanach leżał zwinięty w kłębek czarny kot  - przyjaciel oraz mięciutka torba od Beatki - niezwykłej pani Mikołajowej…Prawdziwy dar serca!

Dziękuję Ci kochana dziewczyno!***




piątek, 29 listopada 2013

Spacer po wichrem smaganym świecie





   Zimno i śnieżnie. Mimo wszystko czas na spacer. Trochę przestrzeni i wolności chce się zażyć. Chwilą i pierwotną radością obcowania z przyrodą nacieszyć. Odnaleźć drogę do młodzieńczej wolności i bezkresu myśli. Bóle, zgryzoty w oddali zostawić. Poczuć coś w sobie mocno, oddawszy się we władanie wiatrowi i jego nieokiełznanym, zbójeckim zachciankom. Zdumieniem witać i podziwem zmiany wszelakie, które w ciągu kilku godzin zmieniają krajobraz z jesiennego na zimowy. Pobiec. Nareszcie pobiec przed siebie. Przez zamarznięte kałuże. Poprzez chrzęszczące łany starych traw. Przeskakiwać zaskorupiałe bruzdy ziemi. Zdumioną tymi przemianami, stwardniałą od mrozu łąkę odwiedzić. Osypać trochę śniegu z badyli dziurawca i dzikich malin. Stwardniałych blaszek liści dotknąć dłonią, nosem. Dokopać się do miękkiej ziemi. Pachnącej wciąż latem i zapowiedzią życia, obietnicą odrodzenia…


Wiatr dmie w plecy i ogonki. Śwista tryumfalnie. Zakręca wokół. Hołupce szalone wywija. Liśćmi. Kropelkami marznącego śniegu z deszczem. Mrozi policzki. Szczypie.  Dech zatyka. Milczeć więc trzeba i patrzeć na te przestrzenie wzięte w zimowych szeptów władanie. A gdy podmuch na chwilę ucicha wystawiać twarze i pyszczki ku słońcu, chłonąc łakomie jego ciepło i pieszczotę najmilszą.


 Kozy przeżuwają zielone trawki owsa. Drżą. Ten wiatr omiata ich brody i długie rzęsy. Chłodzi rozleniwione leżeniem w koziarni boczki i kopytka. Ale jakże tu porzucić tę wciąż żywą zieloność? Jak odejść obojętnie od tej soczystej i chrupkiej poezji owsianej trawy? Niech to trwa i trwa. Na przekór dziwnościom i obcościom napotkanym.


Zuzia kopie coś niezmordowanie. Oj, pewnie znalazła norkę kreta albo nornicy! Spogląda na nas. Śmieje się zbójecko. Znamy to spojrzenie. Biegnie. Goni. Uciekamy, bo psina w szaleńczym zapale łapie za dłonie, kopytka. Uśmiecha się szelmowsko. Nie wie, że boli. A niech tam! Zabawa. Gorąco? Do zziajania!


Już jesteśmy w lesie. Brzozowy raj. Osikowa ostoja. Jeżynowe pastwisko. Wciąż jeszcze zielone paprocie. W dole jar. Strumień po suchym lecie jak feniks z popiołów odrodzony. Jaworowe gąszcze. Cisza. Tylko wichrowe, oddalone poszumy. Tylko chrzęst listków w białe szale otulonych. Spoza gęstej bieli wielkiej, snieżnej chmury przebija blask. Słońce spoziera na czerwone liście, w świeżo spadłym śniegu bezczelnie serca ku niebu wystawiające.


Zimno tak stać. Biegniemy. Poprzez złoto suchych traw. Poprzez jeżynowe, chwytliwe podstępnie gąszcze. Obok świerkowego lasku. Chcemy powdychać ten żywiczny zapach. Gałązek, igiełek kwaskowatych pogryźć, possać. Obracać w dłoniach kłujące, wilgotne szyszki. Patyk pusty w środku łamać - chrup, pękanie, trzask gałązek. Mały, ciepły stosik patyczków w ręce ściskać. Potem rozsypać, znacząc ślad...


Czy to już dom widać? Tak! Słońce maluje go na złudnie lipcowe kolory. Z komina bucha dym. Pachnie drewnem śliwkowym. Kogut woła:
- Południe! Czas na obiad! Gospodyni, gdzieżeś ty?
Idę, idę…Z nosa kapie. Wiatr chichoce nieprzerwanie. Ugania się za każdym liściem. Pcha nas uparcie ku bramie ogrodu.
Wita pachnące sierpniem siano….Świeżo ugotowane ziemniaki z parnika. Lipowa herbatka. Dom, dom, dom…

 

Etykiety

apel apel o pomoc asymilacja Australia autoanaliza bajka bal ballada baśń Beksińscy blog Cesarzowa Ki chleb choroba czarny bez czas czerwiec deszcz dobro dom drama drama koreańska dzieciństwo ekologia erotyk fajka film fotografie głodówka gospodarstwo Góry Flindersa grudzień Gwiazdka historia horror humor humoreska informacja inność internet Jacuś Jacuś. gospodarstwo Jacuś. lato jajka jesień kangury kastracja koala kobieta koguty komputer komunikacja konfitury koniec świata konkurs kot koziołek kozy Kresy kryminał kuchnia kulinaria kury kwiaty las lato lipa lis listopad łąka macierzyństwo malarstwo marzenie miasteczko odnalezionych myśli Mikołaj miłość Misia moda muzyka nadzieja nałóg natura Nowy Rok obyczaje ocean odchudzanie ogrody opowiadanie opowiastka opowieść pamięć park pasja patriotyzm pies pieśni piosenka płot początek podróż poezja Pogórze Dynowskie polityka poprawność polityczna porady prawda prezent przedwiośnie przepis przygoda przyjaźń psy psychologia recenzja refleksja relatywizm repatriacja reportaż Riverland rower rozmowa samotność sąsiedzi sens życia siano sierpień silna wola skróty smutek South Australia strych szczęście śmierć święta świt tajemnica tekst piosenki teksty piosenek tęsknota uczucia upał urodziny uśmiech wędrówki węgiel wieś wiosna wirus woda wolność wspomnienia wspomnienie wychowanie zabawa zaproszenie zdrowie zielononóżki zielononóżki kuropatwiane zima zupa Zuzia zwierzęta życie życzenia