W pierwszym moim
listopadowym, zaduszkowym w nastroju poście pisałam o jednej z ulubionych książek
z okresu dzieciństwa – „Dziewczynce spoza szyby”. Wyraziłam tam tęsknotę za możliwością
ponownego jej przeczytania, za dotknięciem charakterystycznej, niebieskiej
okładki i powrót, chociaż w ten sposób, do czasów, gdy była obok mnie Mama i
całe dni spędzałyśmy razem pogrążone we wspólnej lekturze owej wzruszającej książki,
która choć rozlatywała się już od częstego czytania, to była dla mnie, dla nas
czymś bezcennym…
Pod owym postem
podobną tęsknotę za niezapomnianą a zaginioną książką z dzieciństwa wyraziła
Krystynka w podróży, czyli Pellegrina, autorka bloga Moja chatta skraja. Przeczytawszy
podany przez nią tytuł „Przy kominie o szarej godzinie” od razu skojarzyłam, że
przecież gdzieś w mojej biblioteczce leży owa stareńka, bo wydana w 1958 roku
książka z baśniami autorstwa B.M. Długoszewskiego. Zaraz pobiegłam do pokoju na
piętro chcąc się przekonać, czy na pewno ją mam. I tak! Już po chwili trzymałam
w dłoniach ten mocno zniszczony, ale nadal nadający się do czytania zbiorek
baśni. Nie namyślając się wiele postanowiłam dać go Krystynce w prezencie. Szybciutko
napisałam jej o tym w komentarzu. Zdawałam sobie bowiem sprawę, że dla niej
będzie ta książeczka prawdziwym skarbem a dla mnie jest tylko jedną z wielu. I
Krystynka równie spontanicznie jak ja odpowiedziała, że bardzo chętnie nas
odwiedzi a stan książki nie ma dla niej żadnego znaczenia, gdyż liczy się tylko
jej zawartość oraz serdeczne wspomnienia z nią związane. Ucieszyłam się, bo po pierwsze sama odczuwałam
bardzo podobnie, a po drugie kilka lat temu Pellegrina ( jako i my, mieszkanka
Podkarpacia) gościła już u nas i było nam wówczas razem bardzo miło. Zamierzała
wprawdzie ponownie odwiedzić Jaworowo w zeszłym roku, gdyż czekały tu na nią zamówione
przetwory, ale wciąż coś stało na przeszkodzie i w końcu nie dała rady
przyjechać.
Jednak teraz w końcu
się udało! Pellegrina w miniony wtorek przed południem zmierzając do nas nową,
asfaltową drogą, dziarsko zajechała pod
naszą bramę swym autkiem w apetycznym kolorze koglu-moglu. Wyszła z pojazdu
nieco oszołomiona podróżą, trochę roztrzęsiona po jeździe górskimi
serpentynami, ale w jej oczach widoczna też była radość i duma z siebie, że jednak
dała radę nie gubiąc się nigdzie zdrowo i cało dotrzeć do jaworowego siedliska
pod lasem. Uściskałyśmy się serdecznie a ja od razu odnalazłam w niej tę
poznaną kilka lat temu swojską, pogodną,
pełną ciepła osobę, z którą ledwie człowiek zawrze znajomość, to czuje się,
jakby znał ją od zawsze. A ona, nie dość, iż przywiozła ze sobą całą skrzynkę
sadzonek z jej ogródka położonego obok chatty na skraju, to jeszcze obdarowała
nas szczodrze kilkoma książkami, ciepłymi skarpetami na zimę oraz zgrabnymi kubeczkami do
picia ciepłych napojów. Do tego jeszcze wyciągnęła z autka garnek z apetyczną kapustą
na gęsto i sporą porcję duszonych mięs, które to smaczne wiktuały zabrała dla
nas ze sobą po niedawnej gościnie u przyjaciółki.
- Z takim gościem
to żyć nie umierać! – zaśmiał się Cezary pomagając rozładować się naszej przyjaciółce
a potem zapraszając do wnętrza jaworowego domostwa. Znać było, iż po podróży Krystynka potrzebowała spokojnego odpoczynku
w zaciszu naszej kuchni. Odetchnięcia po stresującej jeździe. Na szczęście psy
spały wówczas sobie mocno w przyległym do kuchni pokoju, Krystynki nie
przywitał zatem ich czterogłosowy chór poszczekiwań i popiskiwań. Nie musiała
także obawiać się entuzjastycznych
skoków na piersi i nazbyt spontanicznych liźnięć, wspinania się na kolana czy wciskania
między nogi wścibskich, zimnych psich nosów. Przywitały się z nią znacznie
później i zrobiły to w zadziwiający jak na nie delikatny i nie nachalny sposób,
machając po prostu radośnie ogonami i obwąchując ciekawsko jej ubranie oraz
dłonie. Oboje z Cezarym byliśmy z nich naprawdę dumni. Widocznie nasze psiska
potrafią zachować się w towarzystwie i wyczuć, wobec kogo mogą pozwolić sobie na wariackie
umizgi i skoki a wobec kogo powinny być bardziej stonowane i grzeczne.
Na serdecznych
opowieściach, popijaniu gorącej herbaty, zajadaniu szarlotki, zwiedzaniu
domu, obejścia oraz ogrodu a potem na wycieczce do oddalonej od nas o kilka
kilometrów kapliczki z cudowną wodą spędziliśmy z Krystynką kilka godzin. Nakarmione
swą wątrobianą zupką psy ułożyły się wygodnie u naszych stóp. W piecu, do którego dokładałam drew co jakiś czas
tańczyły pogodne iskierki oraz radosne ogniki. Tak jak w naszych rozmowach, pełnych
szczerości, życzliwości, żartów, śmiechu i wzajemnej sympatii.
Dobrze nam było razem, przyjaźnie, ciepło i
nieśpiesznie. Za oknem tymczasem zmierzające do linii zachodu listopadowe słońce
złociło pieszczotliwie rzedniejące czupryny brzóz, leszczyn i dzikich śliw.
Rozstawaliśmy się zdziwieni, iż choć tak
blisko siebie mieszkamy, to tak rzadko dochodzi do naszych spotkań.
- Przyjedź do nas Krystynko zimą! – zapraszaliśmy na
koniec.
- Kłopotu z dojazdem nie będzie, bo odkąd autobus szkolny
zatrzymuje się omal przed naszą bramą gmina dba o odśnieżanie i posypywanie
dróg żwirem! – wyjaśnił Cezary, mocno ściskając Krystynkę na pożegnanie.
- I zobaczysz wtedy jak tu u nas pięknie, gdy wszystko
okryte jest dziewiczym śniegiem i można iść hen przed siebie, przez wiele
godzin żywej duży nie napotykając! Przyjedź ot tak, spontanicznie, jak dzisiaj!
Jednak takie bliskie, bezpośrednie spotkania są zupełnie czymś innym niż
odwiedziny na blogach - dodałam odprowadzając ją do samochodu i tuląc
serdecznie przed rozstaniem.
Krystynka
odparła, że bardzo chciałaby przyjechać, ale czy się jej to uda – czas pokaże. Człowiek
sobie przecież różne rzeczy planuje a potem życie każe mu robić zupełnie co
innego. Uśmiechnęła się do mnie życzliwie, pomachała dłonią a chwilę potem jej sympatyczne
autko w kolorze kogla-mogla zniknęło za zakrętem….
