Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sąsiedzi. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sąsiedzi. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 15 listopada 2018

Rezerwat światła…



   Kilka razy już na tym blogu pisałam o poznanych na Pogórzu Dynowskim ludziach. Są to osoby w bardzo różnym wieku, o prostych albo skomplikowanych drogach życiowych,  miejscowi albo osiedleńcy, jednak łączy ich wszystkich kilka bardzo ważnych dla nas cech – szacunek i miłość dla tej ziemi, pracowitość, otwartość oraz ciepło emanujące z ich serc.





   Dziś chciałabym opowiedzieć Wam o mieszkającym parę kilometrów od naszego gospodarstwa Maćku, osiadłym w tych stronach rok wcześniej niż my, dużo młodszym od nas farmerze. Maciek na początku był dla nas dość tajemniczą, budzącą ciekawość personą. Widywaliśmy go niekiedy, gdy przejeżdżał obok naszego domu i wiózł na swoim zdezelowanym pickupie jakieś materiały budowlane, narzędzia, ziemię, worki pełne nasion albo inne niezbędne w świeżo urządzanym siedlisku rzeczy. Mijaliśmy się w pobliskim miasteczku. Pozdrawialiśmy z dala i biegliśmy do swoich zajęć. Maciek nie miał czasu do stracenia. Pędził aby zdążyć wykonać u siebie jak najwięcej robót zanim zmieni się pogoda albo zanim skończą się niezbędne fundusze. Dwoił się i troił aby wykarczować zbyt gęsto porosłe młodniaki,  założyć biodynamiczne uprawy, obsiać pola, doprowadzić wodę z potoku w dolinie do swej starej chaty, zbudować szklarnię i piwniczkę ziemną, zrobić przetwory, przygotować drewno na zimę. Maciek na zaledwie kilkanaście tygodni pojawiał się w naszych stronach a potem na parę długich miesięcy wyruszał do pracy za granicą. W dzisiejszych czasach bowiem trudno utrzymać się tylko z pracy na roli, choć  jest to marzeniem wielu młodych rolników.  Większość zamieszkałych na naszym Pogórzu farmerów wyjeżdżało w przeszłości i nadal wyjeżdża na saksy, by potem przez pozostałą cześć roku mieć za co żyć i spokojnie obrabiać swoje pola. Takoż i nasz młody sąsiad, ale o tym dowiedzieliśmy się dopiero wtedy, gdy w końcu przy jakiejś okazji zagadaliśmy do siebie i bliżej się poznaliśmy.




  Polubiliśmy się. Zaczęliśmy się wzajemnie odwiedzać. Spotykać na wieczornych ogniskach przy gitarze. Zajadać w naszej kuchni proste potrawy i popijać swojskie wino z czarnego bzu. Znaleźliśmy między nami pokrewne zainteresowania i mnóstwo ciekawych tematów do dyskusji. Ciągnęło nas do siebie choćby z tej racji, że i my i on byliśmy tu obcy a nasze gospodarstwa i ziemie potrzebowały takiego ogromu prac porządkowych, remontowych i rekultywacyjnych, że zajęcia wystarczyłoby dla armii wojska na długie lata. My tymczasem staraliśmy się ogarnąć wszystko własnymi rękami i w jak najkrótszym czasie.  Mieliśmy zatem podobne usposobienia, refleksje i potrzeby. Doradzaliśmy i pomagaliśmy sobie wzajemnie w wielu sprawach. Chcieliśmy jak najlepiej zagospodarować te nasze miejsca na ziemi, znaleźć dla siebie sposób na godne życie i przeżycie. My z Cezarym z racji tego, że mieliśmy do dyspozycji duży budynek gospodarczy i ogrodzony ogród wymyśliliśmy sobie prowadzenie hodowli zielononóżek kuropatwianych,  ale Maciek długo zastanawiał się nad tym jak mógłby najlepiej wykorzystać swoje kilkanaście hektarów łąk, lasów i malowniczych wzgórz. Pamiętam, że wiele razy rozmawialiśmy z nim na ten temat. Przychodziła nam do głowy hodowla koni albo owiec, uprawa ekologicznych warzyw albo ekoturystyka. Jednak nasz młody sąsiad wciąż szukał, wciąż łamał głowę nad tym, co zrobić by wreszcie nie musieć już wyjeżdżać do harówki zagranicę, ale móc zostać tu na stałe i każdą chwilę poświęcić swej ziemi, w pełni cieszyć się pogórzańskim żywotem osiedleńca.






   W końcu w zeszłym roku wykrystalizowała się Maćkowi ostateczna koncepcja i od tej pory robi wszystko by zrealizować swój śmiały plan. Pomaga mu w tym jego przyjaciółka, angielska psychoterapeutka i pisarka Sarah (artykuł Sarah pt. "Matki bliskie ziemi" i dzikie kobiety" ) . Razem tworzą niezwykłe wizje a potem wcielają je w życie wierząc, iż znajdą się ludzie chcący uczestniczyć czy też partycypować w kosztach realizacji ich wyjątkowego projektu. 





   Otóż Maciek wraz z Sarą postanowili stworzyć na swojej ziemi mały raj, miejsce, gdzie żyje się w zgodzie z naturą, gdzie przy uprawie warzyw i owoców nie używa się żadnej chemii. Mają zamiar wykopać studnie, postawić ekologiczną oczyszczalnię ścieków, założyć pole namiotowe wraz z sanitariatami i wybudować kilka chatek dla gości, osób chcących odpocząć w tak pięknych okolicznościach przyrody, odetchnąć od cywilizacji i znaleźć spokój ducha. Zapraszać ludzi gotowych prowadzić  szkolenia na tematy takie jak: rolnictwo ekologiczne, budowa domów z gliny i słomy,  zdrowe żywienie, bioenergoterapia, zielarstwo, muzyka, medytacja itp.

   W codziennej pracy naszemu sąsiadowi pomagają przyjeżdżający do niego z całego świata wolontariusze, którzy zachwyceni unikalną urodą Pogórza Dynowskiego, dziką przyrodą, czystym powietrzem, omalże bezludną okolicą z entuzjazmem pomagają mu w realizacji jego planów.


   Obecnie bardzo ważne jest dla Maćka wybudowanie porządnej drogi dojazdowej wiodącej do jego siedliska, ponieważ dotychczasowa, gliniasta i wyboista droga w okresie wiosennych albo jesiennych roztopów staje się całkowicie nieprzejezdna. Maciek zbiera na ten cel fundusze. Jest zdeterminowany by jeszcze przed zimą zebrać potrzebną sumę. Od tego czy uda mu się poprawić stan tej trzystumetrowej drogi zależy powodzenie dalszych, zaplanowanych przez niego projektów.


   Maciek wraz z Sarą założyli stronę internetową, na której opisują swoje wizje, dotychczasowe działania oraz plany.  Zachęcam do zajrzenia tutaj:( Terrealuma ). Można się tam dowiedzieć m.in. tego, ze poza pracą na ziemi pasją Maćka jest komponowanie muzyki i gra na gitarze a jednym z ulubionych zajęć Sarah śpiew oraz malowanie. Oboje jednak przede wszystkim cenią sobie spokój, niezależność i wolność a na zielonym, pełnym lasów bukowych i rozległych łąk Pogórzu Dynowskim można to wszystko znaleźć, można starać się  żyć po swojemu.


   Oboje z Cezarym kibicujemy Maćkowi w realizacji jego wspaniałych zamierzeń. Chcielibyśmy by tutejsza, zasługująca na wszystko co najlepsze ziemia mogła dawać wystarczające do godnego życia źródło dochodu jego mieszkańcom oraz przynosić radość, odpoczynek i powiew nadziei wszystkim odwiedzającym te okolice przyjezdnym ze świata. Urokliwe, położone w malowniczej dolinie siedlisko Maćka ma w sobie ogromny potencjał. Leży z dala od reszty wsi i głównych dróg. Panuje w nim niezwykły spokój. Pachnie czystym powietrzem, dzikimi łąkami i lasami. A sarny, jelenie, zające i lisy biegają swobodnie po tej ogromnej przestrzeni nie niepokojone przez rolników i myśliwych.


    Sarah i Maciek nazwali to swoje ukochane miejsce na ziemi TERREALUMĄ, czyli rezerwatem światła. Ilekroć odwiedzamy Maćkowe siedlisko i spoglądamy na niebo mamy wrażenie, że promienie słońca prześwietlając tutejsze, kryształowe powietrze wydobywają z otaczających je krajobrazów coraz to nowe piękno…



P.S.
Od dawna miałam już ochotę by napisać o Maćku, ale jest on skromną,  nie łaknącą żadnego rozgłosu osobą, więc ilekroć pytałam go o to, czy nie miałby nic przeciwko opisującemu go postowi na blogu wzruszał ramionami, nie widząc w tym jakiegoś większego sensu. W końcu jednak zgodził się a ja mam nadzieję, że ten tekst niczego nie zmieni w jego życiu a jeśli już, to na lepsze…

tutaj link do YT, gdzie można obejrzeć filmik o wiosennych pracach u Maćka (https://www.youtube.com/watch?v=CiUEvkBmW9Q



P.S.2
Jeśli ktoś z czytelników tego bloga chciałby pomóc Maćkowi w realizacji jego wspaniałych zamierzeń i wesprzeć go finansowo podaję poniżej linka strony, na której można dokonać wpłaty na rzecz rozwoju TERREALUMY

Projekt TERREALUMA 

wtorek, 15 września 2015

Nasi sąsiedzi zza drogi...




  Od dłuższego czasu zabieram się za napisanie tego posta. Odkładam to i odkładam, bo jego podmiotem mają być ludzie kryształowi a o takich najtrudniej zawsze napisać, nie ocierając się o coś w rodzaju laurki, czy wręcz panegiryku. Jednak w końcu zdecydowałam, że nie ma na co czekać. Jak napiszę, tak napiszę. Grunt, że opowiem nareszcie o tych ludziach, bo zasługują na swoją opowieść jak mało kto. Pewnych rzeczy nie można w nieskończoność odkładać, bo czas potrafi robić niekiedy przykre niespodzianki i uniemożliwić realizację czegoś, co zbyt długo czekało na zaistnienie.

   Pięć lat już mieszkamy na Pogórzu Dynowskim. Przez ten czas wielu miejscowych spotkaliśmy na swej drodze. Z niektórymi z nich kontakt mamy sporadyczny. Z niektórymi nie ma go wcale. Jednak z Wandzią i Władysiem nasza znajomość przerodziła się z latami w prawdziwą, sąsiedzką przyjaźń. Cementuje ją wzajemna sympatia, zaufanie i tolerancja oraz nasza wdzięczność za dobro, którego wciąż ze strony tej niezwykłej pary doznajemy.  Mieszkają w tych okolicach z dziada pradziada. Znają wszystkich i wszyscy ich znają oraz poważają. Jednak to my jesteśmy specjalnie przez los wyróżnieni, bo to nasze gospodarstwo położone jest w najbliższym sąsiedztwie! Z naszych okien widzę codziennie domek, pole i ogród Wandzi i Władysia. Dostrzegam jak niczym mróweczki zgodnie uwijają się przy codziennych pracach gospodarskich. A na ich balkonie wietrzy się od rana cały zastęp kolorowych kołder i poduch. Z komina unosi się smużka dymu. Wielobarwne kury gdaczą, krocząc dostojnie po ogrodzie. A w tle wielokolorowe pasma wzgórz otulają ciepłe promienie życzliwego słońca…


   Jak się poznaliśmy? Pierwszego dnia, gdy załadowanym po brzegi samochodem zajechaliśmy pod bramę naszego obejścia i we dwoje usiłowaliśmy wytaszczyć zeń ciężki materac z pomocą przyszedł nam Władyś. Szczupły, lecz pełen siły mężczyzna około sześćdziesiątki. Najpierw przedstawił się grzecznie a potem wiele się nie namyślając chwycił niczym piórko wielgachny materac i razem ze stękającym z ogromnego wysilenia Cezarym z łatwością wniósł go do naszego domu. W kilka dni potem pojawił się znowu, tym razem z żoną – drobną, ale pełną energii i zaraźliwego poczucia humoru kobietą. Widząc jak uwijamy się na podwórku niczym w ukropie, wynosząc z domu cegły pochodzące z rozebranego pieca chlebowego oboje zakasali rękawy i zabrali się do pomocy, dosypując kolejną partię gruzu na powstającym podjeździe dla samochodu. I tak przez kilka godzin i tak już, co parę dni.
   Potem, ilekroć musieliśmy wnosić coś ciężkiego zawsze niczym duch opiekuńczy pojawiał się Władyś, widząc zapewne ze swego domu przez okienko kuchenne jak próbujemy we dwoje dać sobie radę z czymś przekraczającym nasze możliwości. Ilekroć trzeba było u nas coś zamurować to też Władyś przychodził i wyręczał nas w tych czynnościach. Zawsze gotów by doradzić, wytłumaczyć, pożyczyć cokolwiek. Wandzia natomiast, niczym troskliwa mama wiedząc, że w porze intensywnych prac remontowych nie mam kiedy zajmować się gotowaniem często zapraszała nas na obiady albo donosiła jakichś pierogów, fasolki po bretońsku i różnych przetworów warzywno - owocowych w słoikach. Opiekowała się troskliwie malutką Zuzią i kotami, gdy musieliśmy na kilka dni wyjechać do rodziny. Wysłuchiwała moich zwierzeń o trudzie i znoju tych pierwszych dni, tuląc mnie, pocieszając i rozśmieszając na koniec, zażegnując w ten sposób łzy...
   Ponieważ przez pierwsze dwa miesiące nie mieliśmy wody w studni to właśnie od Władysiów ją sobie w wiadrach donosiliśmy, gotując na niej herbaty oraz proste zupy a kąpiąc się wieczorami radośnie w wielkiej miednicy polewaliśmy się wzajemnie wyszczerbionym garnuszkiem... U sąsiadów także kilkukrotnie korzystaliśmy z prysznica oraz pralki. Naprawdę nie wiem, jak byśmy sobie bez nich poradzili w tamtych czasach. Zresztą i potem, kiedy już nasza znajomość pogłębiła się wiele razy byłam wdzięczna losowi za to, że dane nam było poznać tak przyjaznych, otwartych ludzi. Ileż to było wspólnych, rozśpiewanych biesiad! Ileż kameralnych spotkań przy grochówce albo grzybowikach mego wyrobu lub przy Wandzinym barszczyku, bułeczkach z mięsem i dziesiątkach rodzajów ciast, w których Wandzia jest moją niedoścignioną mistrzynią. Jakże cudownie nastrojowe chwile listopadowe spędziliśmy we Władysiowym lesie pomagając w zbieraniu chrustu na zimę a potem siedząc wokół ogniska i piekąc ziemniaczki, popijając sobie księżycówkę z przechodniego kieliszka i śpiewając pod rozgwieżdżonym niebem o tym, że tak szybko mija życie, jak potok płynie czas…

 - Ze świecą szukać można takich, jak Wy! – wykrzyknął entuzjastycznie mój tata, gdy pełen wzruszenia mógł tego roku w czerwcu przy okazji odwiedzin u nas spotkać się ponownie z naszymi sąsiadami. Przywitał się z nimi wylewnie, jak na rodowitego kresowiaka przystało i cały czas uśmiechał się od ucha do ucha widząc ich szczere i serdeczne twarze. Tata był tu ostatnio pięć lat temu, w dwa miesiące po naszym osiedleniu. Poznał wówczas Wandzię i Władysia. Długo w noc siedzieliśmy razem w naszej prowizorycznej kuchni serdecznie rozmawiając, jedząc i pijąc. Ciesząc się swoim towarzystwem. Na drugi z kolei dzień zaszliśmy wraz z tatą z rewizytą do sąsiadów, mieszkających mniej więcej dwieście metrów od nas w żółto-brązowym, parterowym domku z oficyną, urządzonym niezwykle funkcjonalnie i gustownie. Gościnna, roześmiana Wandzia poczęstowała nas (jak zwykle zresztą!) wędlinami, sałatkami i nalewkami własnego wyrobu, wprawiając tym tatę w jeszcze większy zachwyt.
- Ot prawdziwy skarb, tacy sąsiedzi! – wykrzykiwał raz po raz zauroczony tym wszystkim żałując, iż na jego osiedlu domków jednorodzinnych, położonym w cichej, zielonej dzielnicy jednego ze śląskich miast aż tak życzliwych ludzi nie ma.

   Wandzia i Władyś są już na zasłużonej, rolniczej emeryturze. Kiedyś w ich gospodarstwie słychać było muczenie krów, rżenie koni, kwiki prosiąt i gulgoty indyków. Teraz, ograniczając z wiekiem zakres obowiązków, z żywiny mają tylko kilkanaście kur, dwa koty i psa. Ale i tak ich nieustająca pracowitość ma wciąż pole do popisu. Tuż przy domu jest ogromny warzywnik, który zadbany i zawsze wyplewiony na czysto, co roku rodzi mnóstwo wspaniałych owoców. Na rabatkach kwitną pięknie różnokolorowe kwiaty. Na polu żółci się owies albo pszenica. Na czereśni, w zrobionym przez Władysia karmniku, urzędują wesołe gromady szpaczków i sikorek. To właśnie nad Wandzino-Władysiowym domem obserwuję najpiękniejsze wschody słońca...

   Nasi sąsiedzi są rodzicami dwóch dorosłych córek. Mają także wiele wnuków a pewnie wkrótce i jacyś prawnukowie pojawią się na tym świecie. Cała ich rodzina jest bardzo ze sobą zżyta. Spotykają się nie tylko z okazji imienin, urodzin czy świąt. Prawie co weekend pod domem Władysiów zatrzymują się samochody, z których wysiadają dzieci albo stęsknione, nastoletnie czy dwudziestoparoletnie wnuki. Wszyscy oni mają już swoje sprawy, ważne zajęcia w często bardzo odległych miastach, ale wciąż chcą odwiedzać kochanych, pogórzańskich dziadków. Jednak nie przyjeżdżają tu wcale na odpoczynek. Przeciwnie. Aktywnie biorą udział w różnych domowych, ogrodowych czy polowych pracach. I wcale nie trzeba ich do tych czynności specjalnie zachęcać czy zmuszać. Oczywiste jest dla nich, że w rodzinie trzeba sobie wzajemnie pomagać, albowiem wszystko, co robią jeszcze bardziej ich łączy a nie dzieli. Ilekroć to widzę jestem pełna zachwytu i wzruszenia. Niewiele jest przecież w naszych czasach podobnej młodzieży. Tak pełnej pozytywnych uczuć i ochoty do działania na rzecz innych. Myślę, iż kluczową rolę w jej wychowaniu stanowiły wartości chrześcijańskie, umiłowanie tradycji, szacunek dla ziemi i związanej z nią pracy oraz zrozumienie dla swych potrzeb i oczekiwań, a przede wszystkim mądrość i ogrom pozytywnych uczuć płynących zawsze ze strony Wandzi i Władysia. 


   Jedyną wadą naszych sąsiadów jest ich honorowość oraz nadmierna skromność. Nigdy o nic nie proszą, starając się wszystkiemu podołać we własnym zakresie oraz być samowystarczalnymi. A ilekroć proponowaliśmy jakąś formę pomocy przeważnie grzecznie odmawiali. Bo też prawdę mówiąc trudno być przydatnym osobom, które są tak zgrane ze sobą jak śrubki w najlepszym, szwajcarskim zegarku, a do tego wszystko potrafią i we wszelkich pracach gospodarskich mają takie doświadczenie, że nigdy nie będziemy umieć nawet jednej dziesiątej tego, co oni. A my bardzo chcielibyśmy móc się w czymkolwiek zrewanżować za ich uczynność. Na szczęście jakiś czas temu ku mojej wielkiej radości pojawiła się taka maleńka możliwość. Otóż okazało się, iż o dziwo, ma umiejętność rymowania może się naszym sąsiadom przydać. Wandzia i Władyś są osobami niezwykle rozchwytywanymi towarzysko. Uczestniczą w wielu imprezach typu wesela i imieniny. I tutaj właśnie znaleźli pole do popisu dla skromnej Oleńki. Zamawiają czasem u mnie napisanie wierszyka okolicznościowego a ja staram się zawsze jak najlepiej wywiązać z powierzonego mi zadania. Potem sąsiedzi idą w gości z odpowiednim prezentem materialnym oraz karteczką i napisaną na niej kilkunasto wersową, pogodną rymowanką jako oryginalnym dodatkiem.

   W przeszłe lata cały tłumek bliskich pracował zawsze na wykopkach ziemniaków u Wandzi i Władysia. W tym roku jednak czas wykopków mocno był przez upały spóźniony. Rodzina sąsiadów zdążyła się, niestety, porozjeżdżać po świecie i nasi przyjaciele byli pewni, iż wyjątkowo będą musieli poradzić sobie jakoś sami.  Dlatego widząc jak uwijają się pracowicie na polu bez namysłu dołączyliśmy do nich. A potem przez kilka godzin pracowaliśmy ramię w ramię walcząc z porywistym wiatrem i własnym zmęczeniem. Jednak w serdecznym towarzystwie takie rzeczy nie mają znaczenia. Panuje zgoda i harmonia. Ciężka robota okraszona uśmiechem, pogawędką, zwierzeniem, wspomnieniem, wspólnym odpoczynkiem na workach ziemniaków robi się jakby sama, mimochodem. Czas leci jak z bicza strzelił. Słońce niepostrzeżenie zniża się coraz bardziej. A rozkopane pole odsłania coraz szersze swe połaci. Człowiek posuwa się naprzód powoli. Kuca, przysiada, schyla się, podnosi, pot ociera z czoła, wzdycha, uśmiecha się do towarzyszy i wciąż zbiera i zbiera duże, średnie oraz zupełnie małe ziemniaczki, oddzielając je do różnych koszy. Te będą do jedzenia dla ludzi, te dla zwierząt a tamte na przyszłoroczne sadzenie. Ziemia pachnie spełnieniem i sytością. Wiatr zaczepnie szarpie włosami i połami koszul.
   A my uparcie robimy swoje. Między nami spacerują ciekawskie kury. Koty ocierają się o kolana. Pokładają się bezczelnie w koszach i domagają porcji pieszczot. Pies sąsiadów poszczekuje w odpowiedzi na pobliskie szczekania naszych psów, zamkniętych teraz na terenie naszego obejścia. Chwilę przedtem odprowadzić musiałam gagatków do domu. Nierozważnie bowiem wzięliśmy ze sobą na wykopki Zuzię i Jacusia. I o ile Zuzia zachowywała się bez zarzutu, to Jacuś znowu się „popisał” i w chwili nieuwagi dopadł kurę naszych przyjaciół z miejsca uszkadzając jej kręgosłup. Biedna kurka tego samego wieczoru musiała dokonać żywota, będąc zaciętą przez Wandzię, gdy jej szanse na wykaraskanie się po ataku psiego łowcy zmalały do zera. Chciałam w zamian dać Wandzi jedną z moich zielononóżek, ale wytłumaczyła mi, że ta kura i tak w tym roku poszłaby na rosół. Po prostu stało się to nieco wcześniej…

   Po skończonych wykopkach i po zwiezieniu kartofli do Władysiowej piwnicy otrzymaliśmy kilka worków drobniejszych ziemniaków paszowych dla naszych kur. Przyjęliśmy je z wdzięcznością, ale i z zawstydzeniem, bo przecież nie pracowaliśmy dla jakiejkolwiek zapłaty, ale dla chęci bezinteresownej pomocy i chociaż częściowego odwdzięczenia się za ogrom dobra, które wciąż od sąsiadów dostajemy.

   Na koniec dnia Wandzia i Władyś zaprosili nas do swej ciepłej kuchni, gdzie spałaszowaliśmy razem pyszną kolację a potem pożegnaliśmy się śmiejąc, że pewnie na drugi dzień ciężko będzie z łóżka wstać przez bóle spracowanych mięśni.

     - Czarek! Koniecznie posmaruj Olę maścią rozgrzewającą! I ty Oluniu jego też porządnie posmaruj. Mnie zaraz po kąpieli Władyś posmaruje. Połączymy przyjemne z pożytecznym i jakoś to będzie! – śmiała się Wandzia ściskając nas na pożegnanie, widząc jak niczym staruszkowie wzięliśmy się pod ramię i stękając odchodzimy w cykającą ostatnimi świerszczami chłodną ciemność wrześniowego wieczoru.
   - I dziękujemy wam serdecznie za pomoc! – zawołali jeszcze oboje a my westchnęliśmy i uśmiechnęliśmy się do siebie nic przy tym nie mówiąc. Chwilę potem doczłapaliśmy jakoś do swego obejścia i otwieraliśmy naszą skrzypiącą furtkę witając się ze stęsknionymi psami, skaczącymi na nas bezlitośnie niczym wielkie piłki lekarskie…


P.S.1
Większość imion została w tej opowieści zmieniona.
P.S.2
Wandzia i Władyś od niedawna mają Internet i podczytują niekiedy naszego bloga. Ten tekst ma być dla nich niespodzianką. Mamy nadzieję, że miłą!:-))

wtorek, 18 listopada 2014

Prawdziwy smak życia, czyli nasze spotkania z Eulalią i Wojtkiem...





   Z Wojtkiem i Eulalią poznaliśmy się kiedyś przypadkiem. Dzięki papierosom. I był to, co muszę przyznać Cezaremu, jeden z wielu ważnych i pozytywnych faktów w naszym życiu, które nie zaistniałyby gdyby nie owe nieszczęsne papierosy. Czemu nieszczęsne? Ano, bo stale obecne. We władzy absolutnej mego małżonka trzymające. Z kasy nas nieustannie dojące. Jednak dla marnego pocieszenia dodam, tak dziwnie się jakoś składa, że większość przesympatycznych ludzi, których znamy i wciąż poznajemy jest namiętnymi palaczami. Zazwyczaj ja w ich gronie trwam samotnie niby dziwaczna jakaś persona z innego świata. Zupełnie obojętna wobec uroków dymka! Wdychająca mimochodem szare opary nikotyny, ale nie wytwarzająca ich w kole wzajemnego zrozumienia i adoracji. Może więc w końcu powinnam i ja zasmakować w tymże niezrozumiałym zupełnie nałogu aby zbliżyć się bardziej do moich interlokutorów i przyjaciół? Ech, na szczęście zdarzają się jeszcze rodzynki, które nie palą a poza tym chyba finansowo byśmy tego podwójnego kurzenia nie wytrzymali…Prawda, Czaruś? Wobec tego pozostanę chyba przy moich niewinnych słabostkach, albowiem, jak prawie każdy, nie jestem wszak od nich wolna. Chociaż tutaj, w blogowych kręgach, większość z nas wydaje się być posągowa i niepokalana. Lekko odrealniona i bez wad. Będąca ponad wszelkie zgubne nałogi i obsesje. Ach! Swoją drogą, jakże łatwo wykreować swój wizerunek w internetowej przestrzeni lub też niechcący popaść w jakiś schemat czy konwencję. Oddalić się od zwykłego życia. Ale potem bardzo za nim zatęsknić, albowiem nie masz to jak serdeczny dotyk, szczere spojrzenie, ciepły uścisk, swojski zapach, wspólny śmiech i łzy. Zupełnie zawierzenie i otwarcie, gdy na wprost stoi zwyczajny i jakże bliski człowiek z krwi i kości. Tak, najważniejsza jest prawda naszych codziennych słabości, wielkich porażek i małych zwycięstw…Akceptacja tego wszystkiego. I smak prawdziwego życia! (Och te moje przydługawe wstępy i dygresje! Niech mnie koza bodnie! Czasem tak się w tych wtrętach rozpędzę, że aż zapominam, o czym to ja mianowicie chciałam napisać…).

   Był to środek zimy. Pierwszej zimy po naszym zamieszkaniu na Pogórzu. Zasypało nas wówczas śniegiem tak dokumentnie, że do najbliższego, odległego ok. 4-5 km sklepu nie dało rady dotrzeć samochodem. Wracając do domu z wyprawy do posiadającej sklepik spożywczy wioski dzielnie wydeptywaliśmy między zaspami wąskie ścieżynki. Zdobni w krwistoczerwone rumieńce brnęliśmy uparcie po wzgórzach i dolinach, po zlodowaciałych i zasypanych białymi pierzynami leśnych dróżkach, na plecach niosąc wyładowane wiktuałami plecaki a u boku mając radosną, pełną niezmordowanej energii, kilkumiesięczną Zuzię.

   Ledwo zaczęliśmy się wspinać pod górę, będącą ostatnim etapem naszej drogi, gdy zdyszanemu Cezaremu strasznie zachciało się dymka (a były to jeszcze czasy, kiedy usiłując jakoś zmniejszyć ilości wypalanych papierosów starał się nie zabierać ich ze sobą na żadne spacery ani wyprawy). Jednak wówczas tak się zmęczył, tak zziajał, że nagle naszła go ogromna, przemożna wręcz potrzeba palenia, tak jak spragnionego wędrowca na pustyni nachodzi moment, gdy bez kropli wody ani rusz! Wówczas jakimś szóstym zmysłem wyczuł w pobliżu błogi zapach smolistych wyziewów i zapominając zupełnie o zmęczeniu niczym rączy konik pognał w stronę ostatniej przed bukowym lasem chaty. Tam napotkał szczuplutkiego, ubranego w ciepłą kufajkę, nieznajomego, starszego mężczyznę raczącego się właśnie na stronie nikotynowym źródłem rozkoszy. Cezary, nie bacząc na moje sarkanie oraz nie bawiąc się w żadne ceregiele wyżebrał natychmiast od owego człowieka wytęsknionego papieroska. Następnie, jak na ceniącego bezpośredniość Australijczyka przystało w try miga przeszedł z owym mężczyzną na „ty”. I w ten właśnie sposób poznaliśmy naszego kochanego acz wielce skromnego Wojciecha. Chwilę potem, słysząc wesołe pogwarki i obce głosy z chaty wychyliła się przemiła gospodyni – maleńka, korpulentna, jasnowłosa Eulalia. Uśmiechając się od ucha do ucha oraz głaszcząc namolnie domagającą się pieszczot Zuzię z ciekawością i humorem wypytywała nas o to, kim jesteśmy, gdzie mieszkamy i dlaczego po idylli w upalnej Australii zdecydowaliśmy się osiąść na tym prawie syberyjskim końcu świata!

   Chociaż gorąco zapraszała nas do siebie na herbatę, to nie zdecydowaliśmy się wówczas wejść w jej gościnne progi, wiedząc, że jeszcze trochę wspinaczki przed nami a zimowy dzień właśnie dobiegał końca i zamglone słońce szybko chowało się za najbliższym wzgórzem. Serdecznie więc pożegnaliśmy się z nowopoznanymi sąsiadami i zapraszając ich w nasze progi zniknęliśmy w głębi lasu unosząc ciężkie plecaki oraz dzieląc się entuzjastycznymi uwagami na temat Eulalii i Wojtka. Oboje byli od nas dużo starsi, ale pełni młodzieńczej energii, szczerego uśmiechu i życzliwości. Kilkanaście lat temu przeprowadzili się z miasta na wieś i teraz wiedli pod lasem prosty, pracowity żywot, mając swoje radości i troski. Spodobali się nam ogromnie! Tak dobrze im z oczu patrzyło! Tak niepowtarzalnym ciepłem emanowali! A czując, iż ta sympatia jest obustronna ciekawi byliśmy, jak też w przyszłości rozwinie się nasza znajomość.

   Rozwinęła się i to bardzo! Od tamtej pory zaprzyjaźniliśmy się prawdziwie. Odwiedzamy się wzajemnie o każdej porze roku, pomagając sobie w wielu sprawach oraz spędzając razem dobry, nieśpieszny czas. Obdarowujemy się plonami naszych ogródków i pól, dzielimy przepisami na ulubione potrawy i napoje, ufamy sobie i zwierzamy z naszych zmartwień. To wszystko pogłębia się i wzbogaca z każdym kolejnym spotkaniem. Niedawno znowu u nich byliśmy. Wpadliśmy na parę chwil a posiedzieliśmy kilka godzin, zaczarowani ich ciepłem, gościnnością i bezpośredniością. Daliśmy im w prezencie słój mrożonego lubczyku z naszego warzywnika a oni piękny, wiklinowy koszyk i wielką butlę swojskiego wina z malin. Pomogliśmy im zresztą w cedzeniu i przelewaniu z wielkiego baniaka do butelek tegoż amarantowego, aromatycznego napoju. Ileż przy tej okazji było przekomarzań, opowiadania dowcipów i dykteryjek, radosnej degustacji, wesołych spojrzeń, wariackiego śmiechu!

   Eulalia, chorująca na płuca pokasływała od czasu do czasu, ocierając przy tym łzy szczerego rozbawienia. Jej mąż, mający problemy z sercem, niekiedy oddychał ciężko i na moment zasępiał się, spoglądając z troską na ukochaną żonę…

 Cezary i Wojtek nie bacząc na porywisty wiatr i mglistą wilgoć panującą na dworze kilka razy wychodzili z ciepłej izby pod pretekstem mycia butli po winie, jednak głównie po to, aby zażyć rozkoszy wspólnego palenia. W tym czasie obie z Eulalią sączyłyśmy z przyjemnością malinowy napitek, pogryzałyśmy kruche ciastka z marmoladą i narzekałyśmy na paskudny nałóg naszych mężów zapewne bardzo skracający im życie.

- Nie mam już do niego siły! Tyle razy prosiłam! Tyle obiecywał! I co? I dalej kurzy, jak kurzył! A tabletek na serce coraz więcej łyka! – utyskiwała, dorzucając drew do pieca i nasłuchując przy tym dochodzącego z sieni kaszlu Cezarego połączonego z głośnym śmiechem i chorobliwym pochrząkiwaniem Wojciecha.

- To samo mam z Cezarym! – dopowiadałam – Już straciłam nadzieję, że kiedykolwiek zdoła te okropne papierosiska rzucić. Ale wiesz, co kochana Eulalko?
 -Wiesz, do czego doszłam w końcu? – zapytałam, przysunąwszy stołeczek do przyjaciółki i ucałowawszy ją siarczyście w gorący policzek.
- Do czego, moja Oluniu? – uśmiechnęła się kobieta a tuląc mnie jak córkę podsunęła mi bliżej talerz z ciastkami i dolała do mego kieliszka jeszcze trochę wina.
- Ach, nie martwmy się tymi papierosiskami dzisiaj, bo przecież nie można się cały czas stresować czymś, na co i tak nie ma się wpływu. A przecież poza zdrowiem liczy się też smak życia. Swoboda i beztroska radość…„Tak szybko mija życie, jak potok płynie czas” – zanuciłam spontanicznie a ona potakując mi dopowiedziała dalej chrypliwym, lecz mocnym głosem:
- „Za rok, za dzień, za chwilę razem nie będzie nas…”

- A wy, co tak sobie tu śpiewacie? – z łobuzerskim uśmiechem chłopca, który właśnie coś przeskrobał, ale udaje niewinnego baranka zapytał Cezary wkraczając wówczas do izby z zarumienionym od zimna Wojciechem. Tupiąc rozgłośnie roztaczali wokół intensywny zapach nikotyny a stawiając na podłodze porządnie wypłukany z osadów kolejny baniak po winie na nasz widok zgodnie zawołali: 
- Ale Wam dobrze, dziewczyny!

- A pewnie, że dobrze! – odrzekłyśmy chichotliwie i patrząc na siebie porozumiewawczo stuknęłyśmy się kieliszkami, na których dnie błyszczało jeszcze trochę magicznego napoju…
































sobota, 13 września 2014

O rety! Krowa się cieli! Czyście to ludzie widzieli?!



   
    Kilka dni temu wczesnym rankiem jedna z sąsiadek zza góry zadzwoniła do Cezarego z gorącą prośbą by przyszedł jak najszybciej i pomógł w przyjściu na świat cielaka. Jej krowa męczyła się już kilka godzin a strudzony weterynarz i ochotnicy-pomocnicy, mimo iż dawali z siebie wszystko nie mogli z sukcesem zakończyć dzieła. Wprawdzie mój mąż nie posiada żadnego doświadczenia w tej kwestii a także należy do osobników słabnących na widok krwi, kiedy jednak trzeba staje na wysokości zadania i robi, co w jego mocy. A więc zgodził się natychmiast i postawiony na równe nogi ubrał się w try miga i był gotów do wyjścia z domu. A wówczas chodziło po prostu o to, by wraz z innymi krzepkimi chłopami pomógł wyciągać cielaka z cierpiącej krowy. Bezradne „maleństwo” uwięzło w niej, źle się ułożywszy a jego wielkość dodatkowo utrudniała poród. Ponieważ nigdy jeszcze nie widziałam na żywo czegoś takiego nie omieszkałam jechać tam z Cezarym, uzbroiwszy się pierwej w aparat fotograficzny. Po drodze zabraliśmy do naszego czarnego rumaka jeszcze jednego, bardziej obznajomionego ze sprawami gospodarskimi sąsiada i już po kilku minutach wkraczaliśmy do obory pełnej ludzi, ryczącej rozpaczliwie krowy zwanej Krasą, skaczących po żłobach, przerażonych tym zamieszaniem kóz i rozgdakanych panicznie kur.



- Tutaj chwyćcie ludzie! Ale mocno! I na mój znak ciągnijcie, ile sił! – dyrygował wszystkimi zlany potem, ubrany w zielony fartuch miejscowy weterynarz.

- Wyślizguje się! Cofa! Nie popuszczać! – krzyczał i uklęknąwszy przy cierpiącej krowinie zanurzył w niej ręce aż po pachy obracając wewnątrz cielaka. Cały umazany w śluzowatych, różowo-czerwonych substancjach przytykał głowę do zadu zwierzęcia i gmerając w nim dokonywał nadludzkich wysiłków by zmniejszyć jego mękę i układać zwierzaka tak, by ułatwić mu wyjście.

   Na razie na zewnątrz sterczały dwie, przywiązane do mocnego powroza różowe raciczki, które raz po raz wysuwały się i wsuwały w głąb ciała stękającej z wysileniem matki. Tłum mężczyzn wianuszkiem otaczał krowę ciągnąc za grube kije, do których umocowany był ów powróz.  Inni z kolei ciągnęli za łańcuch, owinięty wokół szyi niewidocznej wciąż głowy cielaka. Niewiele jednak z tego widziałam a nie chciałam się tam wpychać by nie przeszkadzać. Przejęta i wzruszona stałam z tyłu usiłując dojrzeć jak najwięcej między ramionami i nogami pomagających w narodzinach ludzi. A choć starałam się być jak najmniej widoczna, to i tak zostałam dwukrotnie zbesztana przez zdenerwowanego weterynarza, że lampą błyskową oślepiam go i dekoncentruję. Przeprosiłam więc natychmiast i cichutko wycofałam się w kącik obserwując pilnie rozgrywającą się przede mną, pełną emocji scenę oraz nadal robiąc zdjęcia, tym razem już oczywiście bez lampy.



-Mam go! I teraz chwyćcie sznury mocno i ciągnijcie! W końcu powinno się udać! – wydyszał w końcu lekarz a zebrani w oborze mężczyźni spięli się i jęcząc z ogromnego wysiłku prawie padli na mokre od wód płodowych siano, wyszarpnąwszy wreszcie ogromnego cielaka na zewnątrz.

- Patrzcie, jakiż wielki! Chyba waży ponad sześćdziesiąt kilo. Takiego wielkiego cielaka to pierwszy raz przyjmuję! Dwumiesięczne czasem tyle nie ważą! Ale nie dziwota! Wszak to byczek. A z tego co pamiętam, to jego ojciec też do ułomków nie należał!– oznajmił podekscytowany weterynarz energicznie wycierając ogromnego malucha suchym sianem. Uśmiechał się rozradowany, popatrując na zebranych z satysfakcją i ulgą.



- Weźcie go chłopy za nogi i podetkajcie pod pysk matki! Ona musi go teraz obwąchać i wylizać! – zakomenderował po chwili i ciężko dyszący sąsiedzi unieśli cielaczka i położyli go tuż przy ogromnej głowie porykującej niecierpliwie krowy. Ta najpierw oparła łeb na drżącym ciele synka a potem wielkim, różowym jęzorem polizała z głośnym mlaśnięciem swego dzieciaka i popatrzyła na weterynarza z takim wyrazem w błyszczących z zadowolenia oczach, jak gdyby dziękowała mu za pomoc. Ten poklepał ją czule po boku a wstając z kolan zawołał gospodynię by szybko przyniosła krowinie coś do picia, bo strasznie się zwierzę zmęczyło i odwodniło w trakcie tego wielogodzinnego porodu. Przechodząc obok mnie uśmiechnął się i przeprosił za ostre słowa pod moim adresem.



- Wie pani, ja strasznie skupiony muszę być w takich chwilach i byle co mnie irytuje. To tylko dlatego tak na panią pokrzyczałem. A taki już jestem zmęczony, że ledwo na nogach się trzymam. Mam nadzieję, że się pani nie gniewa?

 - A gdzieżbym się tam gniewała! To ja pana bardzo przepraszam, że przeszkadzałam! Po prostu nigdy jeszcze nie miałam okazji widzieć porodu cielaka na żywo i byłam jak dziecko bardzo ciekawa! Zresztą muszę wiedzieć, co i jak, bo na wiosnę na pewno moje kozy będą rodzić – zawołałam patrząc z podziwem na tego niewysokiego, lecz pełnego krzepy, sympatycznego mężczyznę.

- Do kóz w razie czego proszę wołać moją żonę. Ona jest specjalistką w tej dziedzinie. Ale o kozy nie ma co się martwić. One przeważnie rodzą bez problemu – odrzekł tamten pakując do torby swoje lekarskie instrumenty a potem zmierzając z lekka chwiejnym krokiem w stronę swego auta.

   Po chwili wszyscy zebrani wyszli na zewnątrz aby odpoczywając na świeżym powietrzu i kurząc papierosy komentować na świeżo niedawne wydarzenie. Podniecona tym wszystkim Zuzia ciekawsko zaglądała do obory a potem dopominając się o pieszczoty bezceremonialnie podtykała łeb zaprzyjaźnionym sąsiadom. Najczulej klepał ją weterynarz, który ilekroć ma z nią do czynienia nie omieszka powiedzieć nam o niej kilku miłych słów. A że jest wyjątkowo ładną i miłą psiną. A że przydałby się jej równie przystojny kawaler…Wdzięczni jesteśmy zawsze z Cezarym za tę serdeczność dla naszej suczki i lubimy ucinać sobie z tym pełnej sympatycznej bezpośredniości i szerokiej wiedzy lekarzem pogawędki na różne, interesujące nas tematy. Wtedy jednak weterynarz był zbyt strudzony, byśmy śmieli go jeszcze o coś zagadywać. Pożegnał się ze zgromadzonymi serdecznie i szybko odjechał swym jeepem wzniecając tuman kurzu na polnej drodze.


   Gospodyni tymczasem przyniosła do obory pełne wiadro wody zmieszanej z gotowanymi ziemniakami – ulubionym napojem jej Krasej. A potem przemawiając do niej serdecznie kucnęła przy cielaku i ocierając oczy wzruszona podziwiała nowego, łaciatego mieszkańca obory za górą…

Etykiety

Aborygeni absurd afirmacja życia agrest apel apel o pomoc asymilacja Australia autoanaliza bajka bal ballada baśń Beksińscy Bieszczady blackout bliskość blog blogi bór cenzura Cesarzowa Ki Cezary chleb choroba ciastka ciepło cywilizacja czarny bez czarny humor czas czekolada czerwiec człowieczeństwo człowiek czułość Dersu Uzała deszcz dieta dobro dom dorosłość drama drama koreańska drewno droga drzewa trawiaste Dubiecko Dwernik Kamień dwudziestolecie międzywojenne dystopia dzieciństwo dzikie bzy ekologia elektryczność erotyk eutanazja fajka fantazja film flash mob fotografie fotoreportaż glebogryzarka głodówka głód gospodarstwo goście góry Góry Flindersa grass tree grill grudzień grzyby Gwiazdka historia historie wędrujące horror humor humoreska idealizm ideologia II wojna światowa informacja inność inspiracja internet jabłka jabłoń Jacuś Jacuś. gospodarstwo Jacuś. lato jajka Jane Eyre Japonia Jawornik Polski jesień jesień życia kalina Kanada kanały kangury kastracja kiełbasa klimat klimatyzm koala kobieta koguty kolęda kolędy komputer komunikacja konfitury konflikt koniec świata konkurs konstrukcja kosmos koszenie kot koziołek kozy Kraków Kresy kryminał kryzys książka kuchnia kulinaria kury kwiaty kwiecień las lato legenda lektura lęk lipa lipiec lis listopad literatura los ludzie luty łąka maciejka macierzyństwo magia maj malarstwo maliny mantry marzenie maska metafora mgła miasteczko odnalezionych myśli Michael Jackson Mikołaj miłość Misia mit młodość moda mróz mróż muzyka muzyka filmowa nadzieja nalewki nałóg natura niebezpieczeństwo niezapominajki noc nowoczesność Nowy Rok obyczaje ocean odchudzanie odpowiedzialność odrodzenie ogrody ogród ojczyzna opowiadanie opowiastka opowieść Orzeszkowa osa Osiecka owoce pamięć pandemia Panna Róża park pasja patriotyzm pejzaż pierniki pies pieski pieśni pieśń piękno piosenka piosenki pisanie płot początek podróż poezja pogoda Pogórze Dynowskie polityka Polska pomidory pomysł poprawność polityczna porady postęp pożar praca prawda prezent protest protesty przedwiośnie przedzimie przemijanie Przemyśl przepis przetrwanie przetwory przeznaczenie przygoda przyjaźń przyroda psy psychologia ptaki radość rak recenzja refleksja relatywizm remont repatriacja reportaż rezerwat Riverland rodzina rok rośliny rower rozmowa rozrywka rozum róże rymowanka rzeka samopoczucie samotność San sarny sąsiedzi sens życia siano sierpień silna wola siła skróty słodycze słońce słowa słowa piosenki słowianie smutek solidarność South Australia spacer spiżarnia spokój społeczeństwo spontaniczność spotkanie stado Star starość strych susza susza. upał szadź szczerość szczęście szerszeń śmiech śmierć śnieg śpiew środowisko świat światło świeta święta świt tajemnica tekst piosenki teksty piosenek tęsknota toaleta tragikomedia trauma troska truskawki uczucia Ukraina upał urodziny uśmiech warzywnik wędrówka wędrówki węgiel wiadomości wiadomość wiatr wierność wiersz wierszyk wieś wieża wigilia Wilsons Promontory wino wiosna wiosnaekologia wirus woda wojna wolność Wołyń wrażliwość wrotycz wrzesień wschód słońca wspomnienia wspomnienie współczesność Wszechświat wybory wychowanie wycieczka wygląd wypadki wypalanie traw wzruszenie zabawa zabawa blogowa zachód słońca zapasy zaproszenie zbiory zdjęcia zdrowie zielarstwo zielononóżki zielononóżki kuropatwiane zima zioła zmiany zupa Zuzia zwierzęta zwyczaje żałoba żart życie życzenia Żydzi żywokost