Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wieś. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wieś. Pokaż wszystkie posty

środa, 19 kwietnia 2023

Fragment kwietniowego życia...

 


 


   Kwiecień. Godziny przedpołudniowe.  Błotnista łąka pod lasem. Jakaś korpulentna i rozczochrana od wiatru istota ubrana w dresowe spodnie, stary sweter oraz zielone gumiaki biega w tę i we w tę. Znosi naręcza suchych gałęzi do ogniska.(*) Dorzuca je i migiem rusza po następne. Z błyskiem w oczach, z bojową pieśnią na ustach. Jej piegowatą twarz zdobią liczne, rozmazane sadze a rozwiana grzywka zdążyła się od bliskości ognia nadpalić tu i ówdzie. Ale nic to. Ruchliwa owa istota niestrudzenie, bez żadnego marudzenia nadal taszczy kolejne stosy gałęzi. I tak przez kilka godzin. Pod koniec roboty czuje wyraźnie, że kończy się jej już zapas energii. Bolą nogi i kręgosłup. Pot leje się po plecach. Zwalnia więc i przystaje częściej. Zamyśla się. W niebo albo w ziemię na chwilę zapatrza.  Tam zawsze przecież coś ciekawego można zobaczyć. A to śliczny kawałek błękitu jaśniejący pośród gęstych chmur a to jakąś młodą roślinkę przebijającą się dzielnie spośród twardych grud gliniastej ziemi. Uśmiecha się na ten widok, cieknący nos rękawem ociera i znowu do roboty rusza. Trzeba wszak skończyć to, co się zaczęło. Przy całym tym utrudzeniu jest zadowolona z siebie, bo zrobiła to, co sobie założyła. A tak właśnie lubi – coś zacząć i skończyć za jednym zamachem a nie rozwlekać się z robotą przez kilka dni. Wszak jutro czekają kolejne wyzwania, do których też będzie potrzebować nowego zapasu energii.



   Dopiero po powrocie do domu czuje jak jest zmęczona. Drżącymi dłońmi wyjmuje z szafki szklankę i łapczywie wypija sporo zimnej wody z kranu. Strasznie jej gorąco, wiec rozbiera się do podkoszulka. Siada przy kuchennym stole i raptem nie ma już siły na nic. Jakby ktoś wyłączył jej wtyczkę z kontaktu. Odpoczywa, próbując znaleźć dla siebie jakąś wygodną pozycję, co nie jest łatwe, bo w każdej coś ją boli albo uwiera. Mogłaby się położyć, ale wie, że gdy to zrobi, to nie da rady już dziś wstać. Rozleniwi się całkiem, rozbije na kawałki a obolałe mięśnie i stawy gwałtownie zaprotestują, gdy będzie zmuszała je do jakiejkolwiek aktywności. Siedzi więc, cierpliwie ładuje swoją wewnętrzną baterię i tępo spogląda przed siebie, lewą ręką podpierając głowę a drugą machinalnie głaszcząc ufnie podtykającego swój grzbiet białego psa.  Ledwo przestanie głaskać już czuje łapę psa namolnie przypominającą jej o pożądanej pieszczocie. Jaskrawozielone, kupione onegdaj na ciuchach dresowe spodnie upstrzone są w malownicze, błotniste plamy a brudna psia łapa jeszcze dopełnia dzieła zostawiając na nich kolejne bure smugi. Przychodzi drugi pies. I trzeci. Wciskają się pod stół i zazdrośnie odpychają tamtego. Teraz już dwie ręce mają zajęcie, bo przecież całej trójce tak samo należą się pieszczoty. W końcu usatysfakcjonowane psiska pokotem pokładają się wokół i zapadają w sen. Także ją ogarnia coś w rodzaju chwilowej drzemki. Opada jej głowa, więc budzi się gwałtownie i spogląda wokół nie bardzo wiedząc czy to nadal sen, czy już jawa.  Przeczesuje palcami sztywne, posklejane od potu i nadpalenia włosy.



- Ależ ja muszę wyglądać! – parska śmiechem i mimowolnie zerka w stronę stojącego naprzeciw na kuchennym blacie lusterka. Dostrzega w nim fragment swojego odbicia. Spogląda stamtąd pogodna, rumiana jak jabłuszko krótkowłosa i siwowłosa istota w nieokreślonym wieku. Wokół ust ma siateczkę zmarszczek a po nosem i na policzku ciemne smugi od popiołu z ogniska. Zaparowane okulary nie pokazują wyraźnie innych szczegółów.



- Może to i dobrze.  Wszak w pewnym wieku ważniejsza jest uroda duszy, niż ciała! – pociesza samą siebie a potem poczuwszy, że już jej lepiej wstaje z głośnym stęknięciem i rozpalanie w piecu kuchennym a zaraz potem za obieranie ziemniaków się bierze. Wszak najwyższa pora jakiś obiad uwarzyć!

 


 (* )( A skąd te gałęzie? Z wycinki, której dokonał jesienią ubiegłego roku okoliczny tartak. Zatrudnieni tam drwale przez ponad miesiąc wycinali w pobliskim lesie ogromne ilości srebrzystych buków a potem na owej łące obrabiali je, obcinając gałęzie a w końcu cięli pnie na metrowe kawałki,  żeby zabrać do tartaku tylko gołe, gotowe do sprzedaży albo dalszego przerobu drewno. I właśnie po ich robocie na owej straszliwie zrytej przez ich traktory i ciężarówki łące zostało mnóstwo niepotrzebnych im gałęzi.  Grubych, średnich i całkiem cienkich. Zalegało to wszystko w ogromnych stosach a robotnicy odjechali nie troszcząc się o to, co się dalej z nimi stanie a pewnie licząc na to, że z czasem gałęzie owe  zbutwieją, rozpadną się albo zarosną chaszczami. A tymczasem sporo z owych gałęzi nadawało się jeszcze do użytku, więc szkoda było je tak zostawić na zmarnowanie. Wymagały tylko przesortowania, poodcinania z nich najcieńszych gałązek a potem zwiezienia na podwórze i przy pomocy piły stołowej pocięcia ich na zgrabne, nadające się do pieca kawałki.)

sobota, 9 kwietnia 2022

Z życia wiejskiego…

 



 

   Ludkowie roztomili! Między falą deszczu a śniegu, między przekopywaniem ogródka, sadzeniem krzewów róż i malowaniem pergoli a stawianiem nowych płotków wokół warzywnika, dwie dające do myślenia historyjki z życia wiejskiego wzięte w ucho mi wpadły. A że zdało mi się, iż warte są one opowiedzenia, to i Wam je tu teraz opowiadam…

   Oj, nie zawsze wieś bywa tak pogodna, idylliczna i bezpieczna jakby nam się chciało, jakby nam się wyobrażało…Bo wszędzie są ludzie i ludziska. Pisałam ostatnio o nagminnym wypalaniu pól i o tym, że pewnikiem ci sami ludzie są tego zwolennikami co i procederu kłusowania oraz śmieci po lasach wyrzucania. Teraz doszła do mojej wiadomości kolejna forma działalności tychże osobników, która wręcz kwitnie na polskich wsiach i tak samo trudne, czy wręcz niemożliwe jest jej wyplenienie…

 

***

   Zdarzyło się, że dwaj okazjonalni drwale, najęci przez sąsiada (nazwijmy go pan A) – właściciela brzozowego lasu zjawili się pewnego dnia pod płotem innego sąsiada (nazwijmy go pan B), oferując po przystępnej cenie sprzedaż dwóch kubików świeżo ściętego drewna. Na pytanie – czyje to drewno – zarzekali się, że ichnie, znaczy z ich własnego lasu pochodzące. A że znani są sąsiadowi B jako naciągacze i pijacy, toteż z miejsca wielce podejrzanym się ich oferta człeku owemu wydała. Tym bardziej, że od kilku dni cięli oni przecież nie w swoim a w sąsiada A lesie, o czym pół wsi wiedziało, gdyż na wsi wszyscy o wszystkim prędzej czy później się dowiadują. Do tego krętacze ci proponowali sprzedaż tylko i wyłącznie dwóch kubików. Ani mniej ani więcej, choć sąsiad B gotów byłby kupić i 10 razy tyle, jakby cena była dobra. A wszak na zarobku ludziom tego pokroju powinno zależeć, tym bardziej, że ich rodziny od lat biedę klepały. Porządny zastrzyk gotówki byłby zatem dla nich zbawienny. Inna sprawa, że wątpliwe było, iż by owa gotówka w ręce owych rodzin trafiła. Raczej już wzbogaciłby się, jak zwykle, właściciel sklepiku wiejskiego, który na półkach miał spory wybór najgorszej jakości win i piw – mrocznych przedmiotów pożądania miejscowych meneli. Wnikliwa indagacja owych typów dała sąsiadowi B asumpt do wykonania rozmowy telefonicznej z właścicielem brzozowego lasu, sąsiadem A, gdyż nawiasem mówiąc obaj ci mężczyźni dobrze się ze sobą znali i sympatią wzajemną od lat obdarzali. I cóż! Od razu na jaw wyszło, że owi pijaczkowie cudzym drewnem pragnęli zahandlować, myśląc pewnie, iż sąsiad A straty nie zauważy a sąsiad B nie skojarzy, iż coś w tej transakcji może być nieuczciwego. Pewnikiem mózgi gorzałką mając przeżarte nie potrafili przewidzieć prostego skojarzenia faktów. Może też jakimś wcześniejszym razem dokonali podobnego interesu i ktoś dał się nań skusić a oni sądzili, że znowu da się oszukać kolejnych naiwniaków. Co gorsza, jak dowiedział się sąsiad B od zgnębionego przykrą wieścią sąsiada A drwale ci mieli naprawdę sowicie płacone za godzinę pracy, a więc nie powinno im nawet w głowie postać by okradać swego zleceniodawcę. A jednak postało i w ramach „wdzięczności” tak sprytnie chcieli odpłacić się swemu szczodremu pracodawcy…

 

***

 

   W drugiej wsi pod lasem żyła-była sobie osiemdziesięcioletnia, lecz całkiem krzepka jeszcze wdowa. Nazwijmy ją pani C. Ogródek warzywny miała jeszcze siłę uprawiać. Ziemniaki sadzić. Drewno bukowe przez zięcia na bale pocięte siekierką sobie na pniu połupać.  Czasem wprawdzie nałupanie jednych taczek drewna cały boży dzień jej zajmowało, bo to i nogi puchły od stania i serce po dwóch zawałach współpracy odmawiało, tym niemniej radziła sobie jakoś i wolała w swej lichej chałupince żywot skromny i samotny pędzić, niż do miasta, do córek spanionych się przeprowadzać.  Po śmierci męża z kilkoma miejscowymi tylko sporadyczne kontakty utrzymywała. Ot, chorej psychicznie sąsiadce czasem kozy z pastwiska pomagała zaganiać a najbliższego sąsiada – pijaka z dobrego serca na obiad zapraszała, kurami się jego opiekowała, gdy tenże zległ w ciężkim ataku delirki i nieraz gotówkę mu pożyczała, gdy na kolanach błagał ją o wspomożenie. Za to raz czy dwa płot jej naprawił i zakupy z miasteczka przywiózł. Przeważnie jednak w pijackim widzie do żadnej roboty się nie nadawał. Za to naprzykrzał się jej coraz częściej, w okienko co i rusz stukał  a nawet zapowiadał, że jak mu paru złotych nie da, to jej dom spali albo namawiał do wyjazdu do córek w mieście, żeby on mógł jawnie z jej lasu drzewa sobie wycinać. Jednak choćby nie wiem jak ją denerwował, to staruszka machała ręką na jego pijackie gadki, za głupie żarty je biorąc i nic sobie z nich nie robiąc. Pewnikiem przywykła do jego namolnej obecności a może też wolała ją niż całkowitą samotność? Uważała go za niegroźnego w gruncie rzeczy pijusa. Sąsiada, któremu winna jest życzliwość, szacunek oraz cierpliwość. Zawsze ludzi w ten sposób traktowała i inaczej nie potrafiła. Niestety, ostatnimi czasy życie pokazało jej, że nie wszyscy potrafią odpłacić się pięknym za nadobne! Oto, gdy pewnego dnia weszła do komórki, w której składowała drewno z przykrym zaskoczeniem odkryła, że co najmniej jego połowy brakuje. Gdzie się mogło podziać? Przecież oszczędzała je na przyszłe, zimowe czasy, sama paląc na co dzień pod piecem suchymi gałęziami i chrustem. Kto mógł je zabrać i kiedy, skoro ona nigdzie się z obejścia do tygodni nie ruszała? Nigdzie nie mogła też znaleźć porządnych, parcianych worków, które w drewutni leżały na czas wykopków ziemniaków czekając. Komu i na co mogły się one przydać?  I oto przypomniało jej się zaraz, że parę nocy temu jej kot dziwnie w nocy pomiałkiwał na oknie kuchennym siedząc i w mrok fosforyzującymi ślepiami się wpatrując.  I zdało jej się wówczas, że jakiś cień po podwórku przemykał, ale za zwidy i mary senne go tylko wzięła. A jeszcze skojarzyła, że niedawno była u sąsiadki – schizofreniczki, co to żyła w brudzie i smrodzie stado kóz w drugiej izbie hodując. Wdowa - staruszka została przez tamtą pilnie zawezwana, gdyż chorej psychicznie w piecu rozpalić się nie udawało, bo zamiast pod palenisko drewno kłaść do popielnika je wrzucała.  Przy tej okazji pani C kilka wyładowanych po brzegi parcianych worów z drewnem w kuchni tamtej spostrzegła. I zdziwiwszy się, skąd u niej tyle opału zapytała od kogo je nabyła. Schizofreniczka całkiem przytomnie odrzekła, że nie dalej jak wczoraj ów sąsiad – pijus zaproponował jej kupno. Bo na zbyciu je miał a na wódkę pilnie potrzebował, więc nawet się nie targował. Schizofreniczki nic nie obchodziło, skąd owo drewno wziął. Ot cieszyła się i przechwalała przed wdową, jakie to ma szczęście. I że teraz, gdy posiada tak wspaniałe, bukowe drewno ani jej ani kozom zimno na pewno już nie będzie… Wdowa przypomniawszy sobie teraz tą sytuację głowę nisko pochyliła a  łzy zakręciły się w jej oczach. Przez długi czas zupełnie nieruchomo na ławie siedziała myśli próbując w biednej głowinie pozbierać. Upewnić się, że jej podejrzenia nie są bezpodstawne. A jak się w końcu ocknęła, za telefon złapała i na policję zadzwoniła. Bo w końcu doszło do niej, że stanowczo zbyt długo była dobra i wyrozumiała. I że chyba nie istnieje coś takiego jak ludzka wdzięczność…

 


   Jakie można wysnuć wnioski po zapoznaniu się z powyższymi historyjkami? Cóż, każdy pewnie wysnuje inne. Dużo tu zależy od jego osobistych doświadczeń i przemyśleń. Oczywiste jednak zdaje się, że naprawdę nie ma co liczyć na życzliwą ludzką wzajemność oraz wdzięczność.  A dobroć nie zawsze odpłacana jest dobrocią. Nie wszyscy przecież z tej samej gliny są ulepieni. Często, niestety, zdarza się, iż ci co to innym w dobrej wierze pomagają i ufnością swoją obdarzają, za frajerów i naiwniaków są przez tamtych uważani, których przy pierwszej nadarzającej się okazji należy wykorzystać, bo na nic innego nie zasługują. Mnie samej także zdarzyło się być dawno temu w podobny sposób oszukaną, okradzioną, dlatego potrafię wyobrazić sobie dokładnie, co czuła wdowa C, co czuł sąsiad A. Cudza nieuczciwość i niewdzięczność boli. Podważa wiarę w człowieka. Na jakiś czas skutecznie do bliźnich zniechęca.  Jednak czy z uwagi na ludzką podłość, która pleni się po świecie niczym najgorsze chwasty nie warto uprawiać w swych ogródkach kolorowych, niewinnych kwiatów dobra? Na to każdy sam powinien sobie odpowiedzieć…

 

poniedziałek, 28 marca 2022

Wypalanie pól…

 



 

   Wczoraj po ósmej wieczorem, gdy było już kompletnie ciemno a my z Cezarym spokojnie  szykowaliśmy się do  odpoczynku nagle gdzieś blisko usłyszeliśmy przejmujący dźwięk syren strażackich.  Wyjrzeliśmy za okno i przerażeni dostrzegliśmy ogromny pożar płonący i rozprzestrzeniający się w szybkim tempie mniej więcej dwieście metrów od naszego domu. Na miejsce przyjechał oddział straży pożarnej i od razu sprawnie zabrał się za gaszenie. Po nim zaraz pojawił się drugi. Jednak łuna pożogi długo jeszcze czerwieniła się i złociła na nocnym niebie. A wiatr przynosił do nas stamtąd gryzący zapach dymu. Psy, wypuszczone do ogródka strwożone tym widokiem i nieznanymi dźwiękami już po chwili dobijały się by wpuścić je do domu. Przez jakiś czas staliśmy z Cezarym przy oknie i spoglądaliśmy na gasnące pogorzelisko, rozmawiając o tym, że gdyby straż pożarna nie przyjechała tak szybko, to pewnie ogień w try miga pochłonął by kapliczkę z lat trzydziestych ubiegłego wieku, następnie spłonęłaby łąka i karczowisko na naszej górce a na końcu ogień przeskoczyłby przez drogę i mógłby bez przeszkód zaatakować nasz dom. 


 

   Nie był to niestety pierwszy taki przypadek celowego podpalania traw przez rolników. Od kilku dni co i rusz w naszych okolicach ktoś wypala trawy na polach, łąkach i nieużytkach. Co roku o tej porze jest z tym problem, co roku czyta się i mówi o niebezpieczeństwie takiego wypalania, ale do niektórych nie trafiają żadne argumenty i wciąż robią  swoje, wierząc, że to najszybszy i tani sposób oczyszczenia pola z chwastów i szkodników a także jego użyźnienia. Obserwujemy takie pożary od lat, jednak nigdy jeszcze nie było ich tak dużo jak w tym roku. Najprawdopodobniej w związku ze zbliżającym się kryzysem żywnościowym (brak dostaw pszenicy i paszy dla zwierząt z Ukrainy i Rosji) miejscowi rolnicy postanowili spożytkować od dawna stojące odłogiem ugory, co samo w sobie jest słuszne i rozsądne, jednak metody, jakimi się za to zabrali absolutnie nie są chwalebne.


 

   Dzisiaj rano postanowiłam wyjść z domu i zobaczyć miejsce po wczorajszym pożarze. Wypalone pole według moich szacunków zajmuje około pół hektara. Na pogorzelisku czernieją resztki traw i badyli. Mocno cuchnie tam dymem. Tuż obok owego pola przebiega droga wiodąca do transformatora napięcia elektrycznego. Sam transformator o włos uniknął kontaktu z ogniem.  Paliło się naprawdę blisko nas a od starej kapliczki dzieliło go może dwa, trzy metry. W pobliżu jest kilka domostw i budynków gospodarczych. Dobrze, że im się nic nie stało. Mam nadzieję, że winni pożaru zostaną pociągnięci do odpowiedzialności i ukarani jeśli nie więzieniem, to przynajmniej grzywną. Ale pewnie naiwna to nadzieja, bo gdyby do tej pory kogoś za takie czyny dotkliwie karano, to by tych pożarów tyle od lat nie było. Na dodatek chodzą słuchy, że podobno nawet samej straży pożarnej takie pożary się opłacają, bo strażacy mają dodatkowo płacone za każdorazowe gaszenie. Może być więc tak, że cała sprawa jak zwykle zostanie zamieciona pod dywan.



 



   Na szczęście nocne płomienie zostały w porę ugaszone. Na szczęście tuż obok pogorzeliska wiosenne krzewy i drzewa żyją i jak gdyby nigdy nic pokrywają się srebrzystymi baziami i żółtymi kwiatami. Oby wiosna bez przeszkód mogła nadal robić swoje i oby wczorajszy pożar był ostatnim w naszej okolicy w tym roku…


 

Etykiety

Aborygeni absurd afirmacja życia agrest apel apel o pomoc asymilacja Australia autoanaliza bajka bal ballada baśń Beksińscy Bieszczady blackout bliskość blog blogi bór cenzura Cesarzowa Ki Cezary chleb choroba ciastka ciepło cywilizacja czarny bez czarny humor czas czekolada czerwiec człowieczeństwo człowiek czułość Dersu Uzała deszcz dieta dobro dom dorosłość drama drama koreańska drewno droga drzewa trawiaste Dubiecko Dwernik Kamień dwudziestolecie międzywojenne dystopia dzieciństwo dzikie bzy ekologia elektryczność erotyk eutanazja fajka fantazja film flash mob fotografie fotoreportaż glebogryzarka głodówka głód gospodarstwo goście góry Góry Flindersa grass tree grill grudzień grzyby Gwiazdka historia historie wędrujące horror humor humoreska idealizm ideologia II wojna światowa informacja inność inspiracja internet jabłka jabłoń Jacuś Jacuś. gospodarstwo Jacuś. lato jajka Jane Eyre Japonia Jawornik Polski jesień jesień życia kalina Kanada kanały kangury kastracja kiełbasa klimat klimatyzm koala kobieta koguty kolęda kolędy komputer komunikacja konfitury konflikt koniec świata konkurs konstrukcja kosmos koszenie kot koziołek kozy Kraków Kresy kryminał kryzys książka kuchnia kulinaria kury kwiaty kwiecień las lato legenda lektura lęk lipa lipiec lis listopad literatura los ludzie luty łąka maciejka macierzyństwo magia maj malarstwo maliny mantry marzenie maska metafora mgła miasteczko odnalezionych myśli Michael Jackson Mikołaj miłość Misia mit młodość moda mróz mróż muzyka muzyka filmowa nadzieja nalewki nałóg natura niebezpieczeństwo niezapominajki noc nowoczesność Nowy Rok obyczaje ocean odchudzanie odpowiedzialność odrodzenie ogrody ogród ojczyzna opowiadanie opowiastka opowieść Orzeszkowa osa Osiecka owoce pamięć pandemia Panna Róża park pasja patriotyzm pejzaż pierniki pies pieski pieśni pieśń piękno piosenka piosenki pisanie płot początek podróż poezja pogoda Pogórze Dynowskie polityka Polska pomidory pomysł poprawność polityczna porady postęp pożar praca prawda prezent protest protesty przedwiośnie przedzimie przemijanie Przemyśl przepis przetrwanie przetwory przeznaczenie przygoda przyjaźń przyroda psy psychologia ptaki radość rak recenzja refleksja relatywizm remont repatriacja reportaż rezerwat Riverland rodzina rok rośliny rower rozmowa rozrywka rozum róże rymowanka rzeka samopoczucie samotność San sarny sąsiedzi sens życia siano sierpień silna wola siła skróty słodycze słońce słowa słowa piosenki słowianie smutek solidarność South Australia spacer spiżarnia spokój społeczeństwo spontaniczność spotkanie stado Star starość strych susza susza. upał szadź szczerość szczęście szerszeń śmiech śmierć śnieg śpiew środowisko świat światło świeta święta świt tajemnica tekst piosenki teksty piosenek tęsknota toaleta tragikomedia trauma troska truskawki uczucia Ukraina upał urodziny uśmiech warzywnik wędrówka wędrówki węgiel wiadomości wiadomość wiatr wierność wiersz wierszyk wieś wieża wigilia Wilsons Promontory wino wiosna wiosnaekologia wirus woda wojna wolność Wołyń wrażliwość wrotycz wrzesień wschód słońca wspomnienia wspomnienie współczesność Wszechświat wybory wychowanie wycieczka wygląd wypadki wypalanie traw wzruszenie zabawa zabawa blogowa zachód słońca zapasy zaproszenie zbiory zdjęcia zdrowie zielarstwo zielononóżki zielononóżki kuropatwiane zima zioła zmiany zupa Zuzia zwierzęta zwyczaje żałoba żart życie życzenia Żydzi żywokost