Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jesień. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jesień. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 16 października 2025

Witraże liści...

 



Gdy patrzę przez witraże kolorowych liści

I w oczach mi się mieni od barwnych pryzmatów

To mocno chcę uwierzyć, że to mi się nie śni

A świat jest takim właśnie – najlepszym ze światów




Wszystko inne złuda, cała reszta – mary

I nie ma się co trapić – lecz sycić radością

Bo oto raj na ziemi, bo trwają w krąg czary

Ten moment jest prawdziwą, jedyną wiecznością





Tak myślę, kiedy słonko gładzi rzeczywistość

I znów jestem dziewczyną, co tanecznym krokiem

Lekka niby anioł zmierza w dobrą przyszłość

Bo ufa, że bezkresne szczęście jest za rogiem




Niech tylko te witraże migoczą bez końca

Niech niebo się rozjaśnia błękitnym uśmiechem

Bo tyle wszak zależy od tej mocy słońca

Wszystko z niej wypływa, żyje jej oddechem




Zdarzają się wciąż jeszcze te chwile zachwyceń

Choć coraz mniej ich dzisiaj, niż kiedyś przed laty

Tym bardziej je doceniam, na zapas się sycę

Gdy duszę rozświetlają tęczowe pryzmaty...






środa, 8 października 2025

Jesień, ciernie, blogowanie...

 




   Dziękuję za wszystkie Wasze serdeczne słowa pod moim poprzednim, wrześniowym postem. Jeśli chodzi o moje wychodzenie z choroby, to czuję się już znacznie lepiej a właściwie zupełnie dobrze. Niekiedy jeszcze pokasłuję, ale z tego co mówi lekarz może to trwać przez kilka następnych tygodni. W związku z tym staram się nie przemęczać i uważać na siebie.




   Toczy się u nas zwyczajne życie. Październik wkroczył na Pogórze ze znacznym ochłodzeniem i deszczami. Zatem w ogrodzie pomału wszystko już opada, zmienia barwy, szykuje się do zimowego snu. Póki tylko się da staramy się korzystać z każdej słonecznej i ciepłej chwili. Tak, jak motyle, których całe chmary obsiadają teraz kwiaty, opadłe owoce i pnie drzew w ogrodzie cieszymy się promieniami słońca. Spacerujemy po okolicach, wybieramy się na grzybobranie, z mieszaniną zachwytu i nostalgii przyglądamy się jesiennym przemianom w naturze. Wszystkim tym coraz bujniejszym złocistościom, amarantom, fioletom, czerwieniom i brązom. Psy także napawają się dobrą pogodą znajdując plamy słońca na upstrzonych opadłymi liśćmi trawnikach i wylegując się na nich albo wpadłszy w szalony, radosny nastrój biegając i bawiąc się niczym beztroskie szczeniaki. Także Jacuś – nestor psiego rodu - zachowuje się jakby odzyskał młodość i sprawność w niczym nie ustępując brykającym w pobliżu córeczkom: Hipci i Misi. Zauważamy, iż noce pieski zdecydowanie wolą już spędzać w domu pochrapując na swych legowiskach i kanapie. Nie w smak im październikowa rosa i przymrozki. W związku ze zbliżającą się zimą mają coraz większy apetyt. Zachłannie opróżniają miski nie zostawiając nic dla ewentualnych, tajemniczych, nocnych gości w naszym ogrodzie.





   Ze względu na zimne wieczory i poranki codziennie palimy w piecu C.O. i w kuchennym. Na szczęście drewna opałowego mamy w tym roku wyjątkowo dużo. Zgromadzone w kilku pomieszczeniach budynku gospodarczego wystarczy nam na długo. Może nawet na dwa sezony grzewcze. Dlatego nie śpieszymy się na razie z budowaniem wiaty. Na to przyjdzie czas najprawdopodobniej w przyszłym roku, gdyż owa budowa wiązać się będzie ze sporym i długotrwałym fizycznym wysiłkiem z naszej strony oraz, rzecz jasna, wydatkami.




   Powyższa spokojna i pogodna w tonie relacja jest jednak tylko jedną stroną medalu, najbardziej widoczną częścią mojej rzeczywistości. Tkwią bowiem we mnie różne nie dające się wyjąć ani zapomnieć ciernie, które znacząco wpływają na to, jak patrzę na wszystko, co czuję. Najbardziej rani mnie beznadziejny stan zdrowia mojego taty, który resztę swoich dni kompletnie bezradny i zdany na opiekę innych niby duże niemowlę, spędzi w łóżku dotknięty coraz bardziej postępującą demencją, nie potrafiąc już mówić i nie rozumiejąc prawie nic z tego, co się do niego mówi. Karmić można go tylko gładkimi papkami, niemowlęcymi zupkami i musami, bo nie umie już gryźć ani przełykać żadnych kawałków pożywienia. To dla mnie ogromnie szokujące i bolesne, bo jeszcze rok temu funkcjonował prawie normalnie, chodząc po domu, samodzielnie korzystając z toalety, przygotowując sobie ulubione posiłki, patrząc na telewizję. Owszem, miał już duże problemy z pamięcią, ale dało się z nim porozmawiać logicznie. A teraz? Roślina...




   Chcąc nie chcąc dostrzegam, iż niestety, źle się też dzieje na świecie. Widzimy to chyba wszyscy, lecz tkwimy w jakiejś niemocy i stuporze, nie wierząc już w to, że moglibyśmy mieć na te sprawy jakikolwiek wpływ. Ten stan trwa właściwie od ponad pięciu lat. Straszy się nas wirusem, klimatem, wojną i całą masą pomniejszych rzeczy. Kontroluje się coraz bardziej społeczeństwo, nakręca ludzi przeciw sobie, obezwładnia, doprowadzając niektórych do beznadziei, depresji czy nerwicy. I po co to wszystko? Wielu na takie pytanie odpowiada, że owładniętym strachem, ogłupionym i podzielonym narodem łatwiej się zarządza, łatwiej wprowadza się kolejne, absurdalne nieraz prawa i zarządzenia. A że z powodu owego zastraszania i wciskania coraz bardziej idiotycznych przepisów gospodarka kuleje a w wielu dziedzinach upada, że rośnie bezrobocie, niezadowolenie, złość i poczucie krzywdy, tego już politycy zdają się nie zauważać. Ciernie, ciernie...




   Z nutą gorzkiej ironii myślę sobie czasem, że chyba lepiej by dla nas było, gdybyśmy wszyscy, tak jak mój tata zachorowali na demencję i przestali rozumieć co się wokół nas dzieje. Uśmiechalibyśmy się tylko pogodnie i bezmyślnie pochłanialibyśmy kłamliwą, medialno-polityczną papkę, którą się nas od pięciu lat karmi.




   Jakoś odwykłam od pisania na blogu...Zazwyczaj tak to chyba jest, że im dłużej się nie pisze, tym trudniej do tego wrócić. Wypada się z tej wieloletniej rutyny. Trybiki blogowania zaczynają rdzewieć a nawet odmawiać posłuszeństwa. I pojawiają się pytania: czy właściwie blogowanie jest mi w ogóle jeszcze potrzebne ? Czy to blogowe pisanie ma szanse by zmienić coś na lepsze? Bo zdaje mi się coraz częściej, że pisanie dla samego pisania to za mało. Bo to zazwyczaj jałowe kręcenie się wokół podobnych, powtarzalnych tematów. Bezpieczne tkwienie w uwitym przez siebie gniazdku wzajemnych poklepywań po plecach i polubień. Blogowe pisanie to także, a może przede wszystkim ucieczka od tego na co nie ma się wpływu. Bo jakąś ucieczkę trzeba przecież mieć. Jednak w tym samym czasie tyle ważnych spraw leży odłogiem tchórzliwie zepchniętych w niebyt. Zwłaszcza tych prywatnych, związanych z trudną codziennością i z obawami o przyszłość, z dręczącymi troskami czy niepokojami o zdrowie i życie naszych bliskich. I tych rozpościerających się szerzej, bo dotyczących tego, co dzieje się w polityce i gospodarce naszego kraju oraz reszty świata...




   Mimo wszystkich powyższych wątpliwości, mimo tego, że coraz mniej chce mi się pisać znowu stukam w klawiaturę komputera. Siłą wieloletniego nawyku znów wysyłam kolejny tekst w świat. Niepewnie wkraczam do blogowej rzeczywistości nie wiedząc, czy dobrze robię... A za oknem jedne z ostatnich promieni październikowego słonka wołają mnie bym natychmiast wyszła z domu i ufnie wystawiła ku nim twarz...









niedziela, 3 listopada 2024

Staruszka…

 


 

   Spotkałam niedawno przypadkiem pewną staruszkę. Widziałam ją pierwszy i pewnie ostatni raz w życiu, ale kilka zadań, które wymieniłyśmy silnie zawibrowały w mojej duszy i obudziły mnóstwo uczuć i refleksji. A choć wokół trwał i wciąż trwa wspaniały, listopadowy spektakl wyrazistych barw, radosnych promieni i malowniczych przeistoczeń, to właśnie owo przypadkowe spotkanie najmocniej zapadło mi w serce. Jesienna rozmowa o samotności, przemijaniu, bezradności i nadziei…

 


   Pośród złocistości i oranżu brzozowo - dębowej alei zbliżała się do mnie maleńka, lekko przygarbiona postać. Najpierw pomyślałam, że to dziewczynka. Tak była drobna, chudziutka wręcz a przy tym o wiele ode mnie niższa. Ubrana w kremowy w odcieniu płaszcz i niebieską czapeczkę, spod której wystawały bialutkie i zwiewne, podobne do babiego lata kosmyki maszerowała powoli wystawiając twarz do słońca. Przyjrzałam się bliżej i dostrzegłam, że to jednak stara, poznaczona siatką zmarszczek i bruzd kobieta. Jednak oczy lśniły jej młodzieńczym nieledwie blaskiem. Dawno takiego blasku u nikogo nie widziałam. Wydało mi się nawet, iż mam przed sobą przebraną za staruszkę dziewczynkę.

- Och, jakie ładne psy! I dzień taki cudowny. Nie pamiętam tak słonecznego początku listopada!  – zagadnęła przystając obok. Psy i pogoda bywają wszak najczęstszym pretekstem do zamienienia kilku zdań z obcymi sobie ludźmi.

- A skąd się takie śliczne pieski bierze? – zapytała uśmiechając się z czułością do zajętych wąchaniem czegoś w trawie psów.

   Opowiedziałam jej pokrótce ich historię a ona słuchając uważnie kręciła głową z podziwem i wzruszeniem.

- Przydałaby mi się taka psinka, jakaś żywa istota w domu, bo nieraz ciężko tak samej… - westchnęła w końcu a jej pogodne dotąd spojrzenie zamgliło się falą niechcianych łez.

- Pieska zawsze można przecież wziąć… – szepnęłam pełna współczucia, domyślając się natychmiast, co mogło być przyczyną jej smutku. Widać było wyraźnie, że kobieta pragnie zamienić kilka słów. Mówić cokolwiek, byleby miała do kogo mówić. Wylać z siebie odrobinę uczuć, z którymi zmaga się na co dzień. Nie chciałam pytać o dzieci czy wnuki. Często jest to przecież drażliwy temat. Jeśli ta kobieta będzie chciała, to sama coś o nich wspomni.

- Za stara już jestem na psa. Mam osiemdziesiąt jeden lat. Serce nawala. Raz czuję się lepiej, raz gorzej. Bywają dni, że w ogóle nie mam siły ani ochoty zwlec się z łóżka. I niestety, nie mogłabym zagwarantować żywej, czującej istocie, że odpowiednio się nią zaopiekuję. Dzisiaj na ten przykład jest ze mną nieźle. Mam wrażenie, że mogłabym tak iść i iść bez końca. Ale gdy tylko wrócę do domu zmęczenie mnie powali i nic już więcej nie zrobię – westchnęła zrezygnowana.

- Pani jest bardzo szczuplutka. Pewnie nie ma pani ochoty do jedzenia? Przydałyby się jakieś witaminy, suplementy, środki na pobudzenie apetytu. Może wtedy udałoby się nabrać siły? – spojrzałam serdecznie w jej błękitne, otoczone siateczką drobnych zmarszczek oczy. A patrząc tak pojęłam, że kiedyś to musiała być naprawdę piękna kobieta. Dotąd jej rysy zachowały w sobie mnóstwo szlachetności i rzadkiej urody.

- Schudłam tak bardzo przez ostatnie cztery lata. Kiedyś byłam nawet przy kości a teraz ważę niecałe czterdzieści kilo.

- Nie chce mi się jeść odkąd zostałam sama. Odkąd umarł mój kochany mąż. Byliśmy razem ponad pięćdziesiąt lat… - zwierzyła się łamiącym głosem. Serce mi się ścisnęło. Cóż można powiedzieć w takiej chwili. Nie ma wszak słów, które mogłyby przynieść pocieszenie. Westchnęłam więc tylko i pogładziłam z troską jej ramię.

- Ale cały czas próbuję! – oświadczyła nagle sztucznie wesołym tonem.

- Gotuję tak, jak wtedy gdy on żył! Dzisiaj uwarzyłam ziemniaczki z koperkiem. Do tego rolada wołowa i czerwona kapusta. Pycha! A na deser cynamonowe ciasteczka! Pachniało na cały dom!

- To wspaniale! Na pewno wszystko było przepyszne! – uśmiechnęłam się z ulgą, że najgorsze w tej rozmowie już za nami, że staruszka potrafi jednak odnaleźć jeszcze w życiu jakieś blaski.

- Ale niewiele zjadłam… - odparła znów zgaszona.

- Znowu pewnie wszystko wyląduje w koszu – dodała i ni stąd ni zowąd zaczęła ściskać nerwowo czy może bezradnie swoje chudziutkie dłonie i palce.

- Po obiedzie jak zwykle wzięłam się za zmywanie naczyń.  I stało się coś strasznego. Ześlizgnęła mi się z palca obrączka i gdzieś przepadła. Jak mogłam być taka nieostrożna? Szukałam, szukałam jej wokół wszędzie i nie znalazłam. Przepadła jak kamień w wodę…  

- A może to znak od niego? Może zabierze mnie do siebie już niedługo? – kobieta szybko przeszła od rozpaczliwego smutku do nagłej, rozświetlającej ją od wewnątrz nadziei. Potem spojrzała gdzieś przed siebie, w jakąś odległą, lecz pełną upragnionych obietnic dal a  po jej policzku potoczyła się srebrzysta, lśniąca w świetle listopadowego popołudnia łza. A wreszcie ni stąd ni zowąd uśmiechnęła się promiennie.

- Cieszę się, że mogłyśmy się spotkać i porozmawiać chwilę. Od razu człowiekowi lepiej jak ma do kogo usta otworzyć! – oświadczyła.

- I już nie będę się martwić tą obrączką. Tak widocznie miało być… - stwierdziła spokojnie uniósłszy głowę i zerknąwszy mi głęboko w oczy. Błękitna czapeczka przekrzywiła jej się zawadiacko a w białe włosy staruszki zaplątało się raptem kilka złotych, brzozowych listków. Wyglądało to tak, jakby listopadowy wiatr chciał ozdobić ją tym, co miał najlepszego. Listeczki mieniły się złociście i drżały pośród jej kosmyków niczym najwspanialsze klejnoty.

- I ja się cieszę! – odrzekłam zgodnie z prawdą. Przepełniało mnie wzruszenie i uczucie wdzięczności, że dane mi było zajrzeć w duszę tej kobiety, prawie jakbym w swoją zaglądała. W przyszłość, która kiedyś i mnie dotknie po swojemu. Czas ma przecież swoje własne, tajemnicze plany, ale ich zapowiedzi i znaki spotyka się często wcześniej na swojej drodze.

- Nic nie dzieje się przypadkiem! – oświadczyłam spontanicznie a maleńka staruszka pokiwała głową a potem obdarzając mnie oraz psy pogodnym wejrzeniem pogładziła me dłonie i  zaskakująco dziarskim krokiem odeszła w przeciwnym kierunku znikając szybko pośród żółto-rudego deszczu opadającego zewsząd jesiennego listowia…



piątek, 18 października 2024

Znudzeni…

 



 

Są ludzie znudzeni wciąż wszystkim

Nie cieszą się listkiem złocistym

A gryząc miętowe cud - dropsy

Ach, nudzą się, nudzą jak mopsy

 

Zmęczeni są życiem od razu

W ich twarzy nie znajdziesz wyrazu

Najmniejszej choć ciekawości

Marudzą w duchowej nicości:

 

Na łące? Nic poza łąką

Raz znika, raz świeci tam słonko

Raz sucha, raz mokra jest ziemia

Poza tym nic się nie zmienia

 

A w lesie? Nic poza lasem

Są liście i nie ma ich czasem

Polana wyłania się z cienia

Poza tym nic się nie zmienia

 

A w górach? Są tylko góry

Uparcie się pną prosto w chmury

Raz cisza, raz szmer tam strumienia

Poza tym nic się nie zmienia

 

A ogród? Znów o tym ogrodzie!

To samo w nim widać wszak co dzień

Wciąż ogrom roboty, zmęczenia

Poza tym nic się nie zmienia

 

Nad morzem? Nic poza morzem

Raz w szarym, raz w burym kolorze

I po cóż te wiersze i  pienia?

Od dawna się nic tam nie zmienia

 

***

 

Zdarzają się tacy i będą

Co zawsze im jest wszystko jedno

Mgła nudy utkwiła w ich oku

I ślepi są na to, co wokół

 

Lecz marzą, że kiedyś w przestrzeni

Przygody ich świat opromieni

Ogarnie zabawa beztroska

A póki co – gryzą dropsa…




















czwartek, 26 września 2024

Jak gdyby nigdy nic…

 


 

…Dziękuję wszystkim Wam za przyjazne i wspierające słowa zamieszczone w komentarzach pod poprzednim postem. Bardzo dużo znaczyły one dla mnie, gdyż pokazały mi, że nie jestem sama a większość z nas myśli podobnie, że widzimy to, co dzieje się na świecie i mamy do tego zdecydowanie negatywny stosunek. Jest nas wielu – tak samo świadomych i oburzonych a jednocześnie bezradnych wobec politycznej rzeczywistości, w jakiej przyszło nam egzystować. Żadni z nas przecież bojownicy o słuszną sprawę ani bohaterowie z cokołów. Ot, po prostu jako zwyczajni, myślący ludzie dostrzegamy jak bardzo zmienia się nasza rzeczywistość i dzielimy się tymi spostrzeżeniami. Pragniemy zrozumieć te wszystkie przemiany i dociec w jakim kierunku nas prowadzą. Wiele z nich nas niepokoi a nawet przeraża. A przecież my po prostu chcemy czuć się bezpiecznie aby wieść spokojne, pracowite i uczciwe życie. Chcemy móc polegać na rozsądnym prawie i na sprawiedliwych zasadach w państwie, na którego obszarze przebywamy. Jednak coraz częściej stwierdzamy, że mocno się to wszystko psuje, gmatwa, zagraża naszej przyszłości, odbiera nam sprawczość oraz nadzieję na lepsze. Czy jednak naprawdę jesteśmy bezradni, czy może ktoś chce na nas ową bezradność i apatię wymusić, wtłoczyć w ciasne ramy i pilnować by nie wydostały się spoza nich żadne przejawy zdrowego rozsądku i wolnomyślicielstwa?



   A przecież jest nas więcej, niż tych tam, pochowanych po internetowych bagniskach potworów – cenzorów i ich oślizgłych pomagierów - klakierów. Czy sami damy sobie z nimi radę, czy może poczekamy aż objawi się jakiś współczesny wiedźmin Geralt i wysieka owe ohydne monstra swym czarodziejskim mieczem? Tu jednak pojawia się pytanie – jak rozpoznać spośród wielu uzurpatorów i fałszywych zbawców owego prawdziwego bohatera?  Jak nie dać się zwieść niby to pełnym zapału i szczerym słowom, które okazać się mogą tylko zimną grą, fałszywą obietnicą, obliczoną na zyski manipulacją? Myślę, że także w tym temacie musimy się dzielić swoimi spostrzeżeniami a nawet domysłami. Nie możemy pozwolić sobie zamykać ust. Cały czas przecież tak wiele się dzieje.



   Ot, podam tu przykład sprzed kilku dni. Otóż w ONZ przeważająca większość należących do tej organizacji państw podpisała „Pakt na rzecz przyszłości”, deklarację zobowiązującą do konkretnych działań na rzecz bezpieczniejszego, bardziej pokojowego, zrównoważonego i inkluzywnego (łączącego, przeznaczonego dla wszystkich) świata dla przyszłych pokoleń. Hmm…Jakże szlachetnie i szczytnie to brzmi, nieprawdaż? Kiedy jednak zagłębimy się w szczegóły owego paktu, to chcąc nie chcąc rodzą się wątpliwości, czy rzeczywiście ów pakt jest czymś dobrym dla ludzkości... Mowa tam jest bowiem m.in. o przyśpieszeniu działań w sprawie zmian klimatu (np. całkowite odejście od paliw kopalnych), o walce na rzecz integralności (ujednoliceniu – innymi słowy cenzurze) informacji w środkach masowego przekazu, o ochronie praw kobiet i mniejszości seksualnych, o zwiększonej roli cyfryzacji i wymiany danych. Wynika z tego, że cały niemalże świat dąży ku temu samemu. Ku osiągnięciu większej kontroli nad populacjami i ku wdrożeniu drogich oraz przeważnie nieefektywnych technologii w celu walki z ociepleniem klimatycznym. Najgorsze jednak co przebija z treści owego paktu to odczucie, iż jest on podwaliną pod budowę przyszłego rządu światowego…Więcej na ten temat przeczytać można np. tu: ( klik) i tu ( klik ).



   A więc jest się nad czym zastanawiać, jest o czym pisać…I po raz kolejny trzeba uświadomić sobie, że te monstra z bagnisk nasze milczenie biorą za przyzwolenie a nasz brak jakiejkolwiek aktywności tylko dodaje im sił. A przecież nie jesteśmy i powinniśmy być bezwolnym, potulnym stadem, choć oni tak właśnie nas traktują…



   Kontaktowanie się z innymi ludźmi, swobodna dyskusja na wszelkie tematy czy to w realu czy to w necie powinna być czymś naturalnym i niezbywalnym. Mówienie na głos o tym, co nas zastanawia i niepokoi pomaga oswoić swoje lęki, pomaga zrozumieć więcej. Dlatego mówmy, póki całkiem nie zalepiono nam ust taśmą klejącą. Mówmy, mimo smrodliwego oddechu czającego się w ciemnościach tajemniczego cenzora. Cenzurowanie jest wszak przejawem lęku o to by prawda nie dobyła się na powierzchnię i nie obaliła tej wszechobecnej mistyfikacji, kłamliwej narracji w jakiej tkwimy. I przychodzi mi na myśl, że owa mroczna siła usiłująca nas okiełznać i zdusić, owa podstępna maszkara z bagnisk to w istocie, tylko mała myszka, która się rozdęła do niebotycznych rozmiarów i udaje golema a da się ją przecież łatwo przekłuć szpilką dobrego humoru, celnej uwagi, wspólnego zdrowego rozsądku. To właśnie robimy razem w codziennych rozmowach pośród znajomych, tutaj na blogach czy też na innych platformach. I to robić powinniśmy, bo w kupie siła. A poza wszystkim zawsze tak jest, że cokolwiek by się nie zdarzyło, człowiek w końcu otrząsa się niby pies wyjęty z kąpieli i znów biegnie przed siebie rozglądając się na boki, obserwując świat, dostrzegając w nim strefy światła i cienia, a przede wszystkim znajdując jakieś oparcie w swojej codzienności, w bliskich, niezawodnych ludziach, w powtarzalnych czynnościach.



   I ze mną tak właśnie jest. Czeka na mnie w gospodarstwie jeszcze trochę jesiennej roboty takiej jak przygotowanie ziemi pod przesadzanie truskawek oraz wysadzanie cebuli i czosnku,  ostatnie w tym roku koszenie, codzienne grabienie liści, przycinanie krzewów malin…Mam też nadzieję, iż o ile pogoda i zdrowie pozwolą, to uda się nam z Cezarym wyruszyć na jakieś bliższe czy dalsze wycieczki. Znaleźć może w końcu trochę grzybów, zobaczyć coś ciekawego, zachwycić się nieznanymi jeszcze widokami, utrwalić je na fotografiach.



   Jesień coraz wyraźniej zaznacza swoją obecność.  Dookoła mnie i we mnie. Wszystko się ze sobą splata. Życie jak gdyby nigdy nic toczy się dalej.  A świat mimo wszelkich totalitarnych zakusów i otaczających nas bredni nadal pokazuje co dzień swoje urodziwe oblicze…




poniedziałek, 20 listopada 2023

Wczoraj i dziś…

 


Przedwczoraj jesień tańczyła

W ostatnich liściach i różach

Konfetti złotym kropiła

Brzóz szczyty, drogi i wzgórza

A potem z nagła przedzimie

O sobie wspomniało coś niebu

Biel wkoło, mgła z lasu płynie

I cicho cichością śniegu

 


(Tak właśnie zwykle zachodzi

Zmiana wystroju w teatrze

Coś znika, lecz nowe już rządzi

A ty możesz tylko patrzeć

I jeszcze dziękować swej doli

Że wolno ci zmian tych być świadkiem

Że ktoś ci nie zabrał twej roli

I światło nie zgasło przypadkiem

Gdyż mrowie jest takich przypadków

A świat się wciąż toczy gdzieś dalej

I nic to, że bez niej, bez ciebie

Wszak świata nie trapi to wcale

Ma przecież ważniejsze problemy

Niż to, że znów kogoś ubyło

Że nagle ktoś zniknął ze sceny

Tak, jakby go nigdy nie było)

 

Następne wczoraj i dzisiaj

Zamienia się szybko miejscami

Czy dzieło to dowcipnisia?

Czy maga co bawi się nami?

Przestawia ten ktoś dekoracje

Już spektakl w świeżutkim wystroju

Na nowe więc czas dziś owacje

Zapomnij o niepokoju

 


Za oknem ni jesień ni zima

Roztacza swe wizje i plany

Deszcz myśli, śniegi rozmywa

Bo czas znów na zmiany, zmiany…

 

środa, 25 października 2023

To, co dobre…

 


   To, co dobre jesienią to czas, który zaczyna zwalniać,  ochładzać się, napełniać wilgocią i pozwalać na zabranie się na to, za co latem nie było kiedy się zabrać. Na przykład na betonowanie. Cezary, betoniarz - samouk już wiele razy zalewał tu betonem różne powierzchnie. Zrobił np. murek wokół domu i schodki albo podłogę w budynku gospodarczym. Jednakże ilość rzeczy koniecznych w naszym gospodarstwie do załatania betonową zaprawą, poprawienia  albo zrobienia od nowa wcale przez to nie zmalała. Zwłaszcza tarasik przy budynku gospodarczym wprost woła o nową nawierzchnię.  Stara, zrobiona w latach 70-tych jeszcze przez poprzednich gospodarzy naszego siedliska popękała, wykruszyła się, podziurawiła, zarosła mchem. No i tegoroczne ulewy dobitnie pokazały nam, że bez nowego betonu przy budynku gospodarczym nie przetrwają dłużej wciąż podtapiane i zalewane psie budy. Jedna z nich niestety, już poszła tego lata  do rozbiórki. Trzeba zatem zrobić wszystko by druga ocalała.



   Marzy nam się też porządnie wyglądające miejsce do odpoczynku latem po robocie. Przy budynku gospodarczym byłoby w sam raz, ale koniecznie potrzeba tam nowej nawierzchni bo teraz nie ma nawet jak postawić tam stołu, ławy i krzeseł. Nieodwołalnie przyszła zatem pora na betonowanie. W pobliskim miasteczku zamówiliśmy, co trzeba i gdy góra piasku zaległa na podwórku a piramida worków cementu w budynku gospodarczym nie było już od kolejnej roboty odwrotu.  W pogodne dni październikowe nasze podwórko zamienia się odtąd w plac budowy. A w deszczowy czas odpoczywamy od roboty. Także dzisiaj pada. Jesteśmy w domu, psy śpią wokół nas pokotem i chrapią, aż miło. Zupa jarzynowa powoli pyrka na piecu. Mogę zatem w spokoju siąść i napisać co u nas słychać.



   No więc, betonowanie….Zawsze dotąd Cezary męczył się mieszając łopatą piasek z cementem i wodą bezpośrednio w taczkach. Tym razem postanowił nieco sobie pracę ułatwić i kupił małą, zgrabną betoniarkę. Na pewno nie raz się ona tu jeszcze przyda, o ile w przyszłości zdrowie i siły pozwolą mu na tego typu prace. Bo to niestety nadal wymagająca sporej krzepy robota. Ileż się trzeba piasku nanosić, ile ciężkich taczek nawozić albo naklęczeć przy wyklepywaniu i wyrównywaniu mokrego betonu, to wie tylko ten, kto już coś samodzielnie betonował.


  

   Rzecz jasna często ja jestem zatrudniona w charakterze pomocnika betoniarza. Wszystkie powierzchnie przed betonowaniem musiałam oczyścić, wyzamiatać, wytyczyć motyką równe granice. A że zabraliśmy się za betonowanie w porze spadania liści z drzew to robota ta nie ma końca. Wciąż łapać muszę za grabie i zbieram z trawnika figlarne, kolorowe listki, które tylko czekają by opaść na mokry beton. Czasem pomagam Cezaremu w kręceniu kołem od betoniarki, bo gdy jej bęben jest zbyt ciężki nie dałby sam rady przechylić go i wylać zawartości do taczek. Pod koniec dniówki natomiast musimy tak zabezpieczać świeżo wybetonowane miejsca by uniemożliwić wchodzenie tam psom albo by ochronić mokre nawierzchnie przed nadciągającym deszczem. Ale nie zawsze się to udaje. Wczoraj, gdy poszliśmy z Cezarym na chwilę do domu żeby przekąsić małe co nieco Jacuś natychmiast skorzystał z okazji, wbiegł na mokry beton i zostawił tam liczne ślady swego przestępstwa. To samo uczyniła ciekawska Hipcia a potem beztrosko przyleciała do domu odciskając na kafelkach i dywanikach jasnoszare pieczątki swych łap.



   No, ale poza pracą równie ważne są wszystkie inne zwyczajne radości i przyjemności. Przechadzki po okolicach z aparatem fotograficznym. Zabawy z psami w ogrodzie. Wyjadanie z krzaków ostatnich malin (i dzielenie się nimi z łakomą Hipcią). Wyczesywanie straszliwie liniejących teraz psiaków, co bardzo lubią i o co się namolnie dopraszają. Mam jednak wrażenie, iż owo wyczesywanie niewiele daje, bo po naszym domu fruwają wręcz kłęby jasnej sierści (sierść Misi wygląda zupełnie jak wata!). Nie nadążam z odkurzaniem i sprzątaniem. Powiewne kłaki wpadają do zupy, herbaty i do wnętrza szaf.  „Ozdabiają” wszystkie kanapy i fotele. Zalegają po kątach. Dolatują nawet na strych, gdzie psy nigdy nie chodzą. Ale pewnie, gdyby nie szczotkowanie w ogrodzie psiej czeredy, gdyby nie wyskubywanie ich kłaków z grzbietów i podgardla, byłoby jeszcze gorzej. Jedno, co mnie pociesza, to to, że linieją wszystkie trzy jednocześnie. A gdy wreszcie skończą i porosną nową sierścią, znowu zapanuje w domu jako taki ład. Akurat na zimę!:-)






   Cóż. Każdy ma swoje przyjemności. Nasza trzynastoletnia kotka na przykład uwielbia chodzić na strych, gdzie godzinami czatuje na muchy, biedronki, ptaszki a nawet nietoperze. Tak, niedawno udało jej się upolować tam malutkiego gacka oraz niewinną sikorkę, która pewnie wleciała tam za jakąś muszką. Od kiedy odkryłam mordercze instynkty słodkiej kiciuni zamknęłam wszystkie okna na strychu, żeby nie pozbawiła życia już żadnego niewinnego zwierzątka. Co innego, jeśli chodzi o myszy. Na nie niech kochana kicia poluje do woli, bo przed zimą te gryzonie pchają się do domu i do drewutni wszystkimi szparami. A jak już koteczce odechce się wchodzić na strych, bo będzie tam za zimno trzeba będzie rozstawić wszędzie pułapki i spodeczki z trutką. Żeby nie doszło do tego, co w zeszłym roku, gdy myszy bezczelnie dobrały się do zapasów psiej karmy, naszych kasz, makaronów i płatków śniadaniowych. Do dzisiaj otrząsam się na wspomnienie tamtych rozmiarów zniszczeń i tego charakterystycznego, mysiego zapachu!



   W deszczowe dni jest czas na palenie pod kuchennym piecem i przypiekanie w nim pysznych, jadalnych kasztanów (nareszcie obrodziły nam tej jesieni) albo orzechów włoskich. Na zaparzanie gorącej herbaty z pigwą i sokiem malinowym a potem nieśpieszne delektowanie się nią. Na wymyślanie nowych potraw z tego, co natura dała i co trzeba wykorzystać by się nie zmarnowało. Jak np. makaronu z domowym pesto ze smażoną dynią i parówkami. A propos pesto. Nareszcie wpadłam na to, że mogę je robić i że to wspaniały dodatek do różnych dań., Nie wiadomo dlaczego zawsze wydawało mi się, iż to coś skomplikowanego i drogiego. Fanaberia. A tymczasem okazało się, że można je bardzo prosto przygotować, o ile ma się dużo natki pietruszki i czosnku, bo to jest właśnie podstawa tej zielonej pasty.



   Podzielę się przepisem na to moje pesto, bo ono jest na pewno trochę inne od tego znanego wszystkim, klasycznego pesto. A pokochałam je ogromnie i łakomie raczę się nim, póki mam do niego wszystkie konieczne składniki.



  Zrywam w ogródku ogromny pęk natki pietruszki ( a pietruszka nadal ładnie rośnie i o ile zima nie będzie zbyt surowa, to przetrwa ją, a poza pokrzywą  będzie pierwszą dostępną wiosenną zieleniną).Do tego dokładam kilka gałązek lubczyku. W domu wszystko porządnie myję, siekam i blenduję z kilkoma (lub nawet kilkunastoma!) ząbkami czosnku, z łyżeczką soli kamiennej (sól ma właściwości konserwujące i dzięki niej pesto może długo stać w lodówce), z połową kostki masła, z łyżką oliwy z oliwek, z łyżką sosu sojowego, z dużą garścią wyłuskanych ziaren dyni i drugą garścią słonecznika.

   Do czego można używać takiego pesto? Np., do smarowania chleba. I już nie trzeba nic więcej. To pyszne, proste jedzonko. Dobre na zimno i na gorąco, gdy się taki chlebek albo bułkę zapiecze w piekarniku. Można posmarować tą wonną, zieloną pastą jajko na twardo, plaster białego sera albo mięsa, czy też ziemniaczanego placka i zjadać sobie jak człowieka nagły głód dopadnie. Pesto nada się świetnie jako dodatek do gotowanych ziemniaków, pieczonej dyni albo cukinii, do fasoli typu „Jasiek”, do spaghetti, do pierogów i klusek…Pasuje prawie do wszystkiego, o ile oczywiście lubi się smak i zapach czosnku z pietruszką. Mniam!



   Nie brak też mi rzecz jasna bardziej duchowych przyjemności i rozrywek. Słucham kojącej duszę muzyki, czytam sporo ciekawych książek, oglądam niezłe filmy. Aż chciałoby się o niektórych z nich napisać. Ale na razie to musi poczekać na bardziej dogodną porę. Bo gdy tylko wychodzi słonko – betonujemy, działamy wspólnie przy ostatnich, niezbędnych pracach ogrodowych albo polowych. 



  A gdy deszcz rosi ziemię tyle jest do zrobienia w domu, że nie starcza czasu na wszystko. Tak czy siak, jesień czy to słoneczna, czy zachmurzona i deszczowa dobra jest dla nas, dla natury, dla życia w ogóle. Nadaje właściwy rytm dniom. Wszystko układa na swoim miejscu. I niech tak będzie nadal…






Etykiety

Aborygeni absurd afirmacja życia agrest apel apel o pomoc asymilacja Australia autoanaliza bajka bal ballada baśń Beksińscy Bieszczady blackout bliskość blog blogi bór cenzura Cesarzowa Ki Cezary chleb choroba ciastka ciepło cywilizacja czarny bez czarny humor czas czekolada czerwiec człowieczeństwo człowiek czułość Dersu Uzała deszcz dieta dobro dom dorosłość drama drama koreańska drewno droga drzewa trawiaste Dubiecko Dwernik Kamień dwudziestolecie międzywojenne dystopia dzieciństwo dzikie bzy ekologia elektryczność erotyk eutanazja fajka fantazja film flash mob fotografie fotoreportaż glebogryzarka głodówka głód gospodarstwo goście góry Góry Flindersa grass tree grill grudzień grzyby Gwiazdka historia historie wędrujące horror humor humoreska idealizm ideologia II wojna światowa informacja inność inspiracja internet jabłka jabłoń Jacuś Jacuś. gospodarstwo Jacuś. lato jajka Jane Eyre Japonia Jawornik Polski jesień jesień życia kalina Kanada kanały kangury kastracja kiełbasa klimat klimatyzm koala kobieta koguty kolęda kolędy komputer komunikacja konfitury konflikt koniec świata konkurs konstrukcja kosmos koszenie kot koziołek kozy Kraków Kresy kryminał kryzys książka kuchnia kulinaria kury kwiaty kwiecień las lato legenda lektura lęk lipa lipiec lis listopad literatura los ludzie luty łąka maciejka macierzyństwo magia maj malarstwo maliny mantry marzenie maska metafora mgła miasteczko odnalezionych myśli Michael Jackson Mikołaj miłość Misia mit młodość moda mróz mróż muzyka muzyka filmowa nadzieja nalewki nałóg natura niebezpieczeństwo niezapominajki noc nowoczesność Nowy Rok obyczaje ocean odchudzanie odpowiedzialność odrodzenie ogrody ogród ojczyzna opowiadanie opowiastka opowieść Orzeszkowa osa Osiecka owoce pamięć pandemia Panna Róża park pasja patriotyzm pejzaż pierniki pies pieski pieśni pieśń piękno piosenka piosenki pisanie płot początek podróż poezja pogoda Pogórze Dynowskie polityka Polska pomidory pomysł poprawność polityczna porady postęp pożar praca prawda prezent protest protesty przedwiośnie przedzimie przemijanie Przemyśl przepis przetrwanie przetwory przeznaczenie przygoda przyjaźń przyroda psy psychologia ptaki radość rak recenzja refleksja relatywizm remont repatriacja reportaż rezerwat Riverland rodzina rok rośliny rower rozmowa rozrywka rozum róże rymowanka rzeka samopoczucie samotność San sarny sąsiedzi sens życia siano sierpień silna wola siła skróty słodycze słońce słowa słowa piosenki słowianie smutek solidarność South Australia spacer spiżarnia spokój społeczeństwo spontaniczność spotkanie stado Star starość strych susza susza. upał szadź szczerość szczęście szerszeń śmiech śmierć śnieg śpiew środowisko świat światło świeta święta świt tajemnica tekst piosenki teksty piosenek tęsknota toaleta tragikomedia trauma troska truskawki uczucia Ukraina upał urodziny uśmiech warzywnik wędrówka wędrówki węgiel wiadomości wiadomość wiatr wierność wiersz wierszyk wieś wieża wigilia Wilsons Promontory wino wiosna wiosnaekologia wirus woda wojna wolność Wołyń wrażliwość wrotycz wrzesień wschód słońca wspomnienia wspomnienie współczesność Wszechświat wybory wychowanie wycieczka wygląd wypadki wypalanie traw wzruszenie zabawa zabawa blogowa zachód słońca zapasy zaproszenie zbiory zdjęcia zdrowie zielarstwo zielononóżki zielononóżki kuropatwiane zima zioła zmiany zupa Zuzia zwierzęta zwyczaje żałoba żart życie życzenia Żydzi żywokost