Dziękuję za wszystkie Wasze
serdeczne słowa pod moim poprzednim, wrześniowym postem. Jeśli
chodzi o moje wychodzenie z choroby, to czuję się już znacznie
lepiej a właściwie zupełnie dobrze. Niekiedy jeszcze pokasłuję,
ale z tego co mówi lekarz może to trwać przez kilka następnych
tygodni. W związku z tym staram się nie przemęczać i uważać na
siebie.
Toczy się u nas zwyczajne życie.
Październik wkroczył na Pogórze ze znacznym ochłodzeniem i
deszczami. Zatem w ogrodzie pomału wszystko już opada, zmienia
barwy, szykuje się do zimowego snu. Póki tylko się da staramy się
korzystać z każdej słonecznej i ciepłej chwili. Tak, jak motyle,
których całe chmary obsiadają teraz kwiaty, opadłe owoce i pnie
drzew w ogrodzie cieszymy się promieniami słońca. Spacerujemy po
okolicach, wybieramy się na grzybobranie, z mieszaniną zachwytu i
nostalgii przyglądamy się jesiennym przemianom w naturze. Wszystkim
tym coraz bujniejszym złocistościom, amarantom, fioletom,
czerwieniom i brązom. Psy także napawają się dobrą pogodą
znajdując plamy słońca na upstrzonych opadłymi liśćmi
trawnikach i wylegując się na nich albo wpadłszy w szalony,
radosny nastrój biegając i bawiąc się niczym beztroskie
szczeniaki. Także Jacuś – nestor psiego rodu - zachowuje się
jakby odzyskał młodość i sprawność w niczym nie ustępując
brykającym w pobliżu córeczkom: Hipci i Misi. Zauważamy, iż noce
pieski zdecydowanie wolą już spędzać w domu pochrapując na swych
legowiskach i kanapie. Nie w smak im październikowa rosa i
przymrozki. W związku ze zbliżającą się zimą mają coraz
większy apetyt. Zachłannie opróżniają miski nie zostawiając nic
dla ewentualnych, tajemniczych, nocnych gości w naszym ogrodzie.
Ze względu na zimne wieczory i
poranki codziennie palimy w piecu C.O. i w kuchennym. Na szczęście
drewna opałowego mamy w tym roku wyjątkowo dużo. Zgromadzone w
kilku pomieszczeniach budynku gospodarczego wystarczy nam na długo.
Może nawet na dwa sezony grzewcze. Dlatego nie śpieszymy się na
razie z budowaniem wiaty. Na to przyjdzie czas najprawdopodobniej w
przyszłym roku, gdyż owa budowa wiązać się będzie ze sporym i
długotrwałym fizycznym wysiłkiem z naszej strony oraz, rzecz
jasna, wydatkami.
Powyższa spokojna i pogodna w tonie
relacja jest jednak tylko jedną stroną medalu, najbardziej widoczną
częścią mojej rzeczywistości. Tkwią bowiem we mnie różne nie
dające się wyjąć ani zapomnieć ciernie, które znacząco
wpływają na to, jak patrzę na wszystko, co czuję. Najbardziej
rani mnie beznadziejny stan zdrowia mojego taty, który resztę
swoich dni kompletnie bezradny i zdany na opiekę innych niby duże
niemowlę, spędzi w łóżku dotknięty coraz bardziej postępującą
demencją, nie potrafiąc już mówić i nie rozumiejąc prawie nic z
tego, co się do niego mówi. Karmić można go tylko gładkimi
papkami, niemowlęcymi zupkami i musami, bo nie umie już gryźć ani
przełykać żadnych kawałków pożywienia. To dla mnie ogromnie
szokujące i bolesne, bo jeszcze rok temu funkcjonował prawie
normalnie, chodząc po domu, samodzielnie korzystając z toalety,
przygotowując sobie ulubione posiłki, patrząc na telewizję.
Owszem, miał już duże problemy z pamięcią, ale dało się z nim
porozmawiać logicznie. A teraz? Roślina...
Chcąc nie chcąc dostrzegam, iż
niestety, źle się też dzieje na świecie. Widzimy to chyba
wszyscy, lecz tkwimy w jakiejś niemocy i stuporze, nie wierząc już
w to, że moglibyśmy mieć na te sprawy jakikolwiek wpływ. Ten stan
trwa właściwie od ponad pięciu lat. Straszy się nas wirusem,
klimatem, wojną i całą masą pomniejszych rzeczy. Kontroluje się
coraz bardziej społeczeństwo, nakręca ludzi przeciw sobie,
obezwładnia, doprowadzając niektórych do beznadziei, depresji czy
nerwicy. I po co to wszystko? Wielu na takie pytanie odpowiada, że
owładniętym strachem, ogłupionym i podzielonym narodem łatwiej
się zarządza, łatwiej wprowadza się kolejne, absurdalne nieraz
prawa i zarządzenia. A że z powodu owego zastraszania i wciskania
coraz bardziej idiotycznych przepisów gospodarka kuleje a w wielu
dziedzinach upada, że rośnie bezrobocie, niezadowolenie, złość i
poczucie krzywdy, tego już politycy zdają się nie zauważać. Ciernie, ciernie...
Z nutą gorzkiej ironii myślę
sobie czasem, że chyba lepiej by dla nas było, gdybyśmy wszyscy,
tak jak mój tata zachorowali na demencję i przestali rozumieć co
się wokół nas dzieje. Uśmiechalibyśmy się tylko pogodnie i
bezmyślnie pochłanialibyśmy kłamliwą, medialno-polityczną
papkę, którą się nas od pięciu lat karmi.
Jakoś odwykłam od pisania na
blogu...Zazwyczaj tak to chyba jest, że im dłużej się nie pisze,
tym trudniej do tego wrócić. Wypada się z tej wieloletniej rutyny.
Trybiki blogowania zaczynają rdzewieć a nawet odmawiać
posłuszeństwa. I pojawiają się pytania: czy właściwie
blogowanie jest mi w ogóle jeszcze potrzebne ? Czy to blogowe
pisanie ma szanse by zmienić coś na lepsze? Bo zdaje mi się coraz
częściej, że pisanie dla samego pisania to za mało. Bo to
zazwyczaj jałowe kręcenie się wokół podobnych, powtarzalnych
tematów. Bezpieczne tkwienie w uwitym przez siebie gniazdku
wzajemnych poklepywań po plecach i polubień. Blogowe pisanie to
także, a może przede wszystkim ucieczka od tego na co nie ma się
wpływu. Bo jakąś ucieczkę trzeba przecież mieć. Jednak w tym
samym czasie tyle ważnych spraw leży odłogiem tchórzliwie
zepchniętych w niebyt. Zwłaszcza tych prywatnych, związanych z
trudną codziennością i z obawami o przyszłość, z dręczącymi
troskami czy niepokojami o zdrowie i życie naszych bliskich. I tych
rozpościerających się szerzej, bo dotyczących tego, co dzieje się
w polityce i gospodarce naszego kraju oraz reszty świata...
Mimo wszystkich powyższych
wątpliwości, mimo tego, że coraz mniej chce mi się pisać znowu
stukam w klawiaturę komputera. Siłą wieloletniego nawyku znów
wysyłam kolejny tekst w świat. Niepewnie wkraczam do blogowej
rzeczywistości nie wiedząc, czy dobrze robię... A za oknem jedne
z ostatnich promieni październikowego słonka wołają mnie bym
natychmiast wyszła z domu i ufnie wystawiła ku nim twarz...
Spotkałam
niedawno przypadkiem pewną staruszkę. Widziałam ją pierwszy i pewnie ostatni
raz w życiu, ale kilka zadań, które wymieniłyśmy silnie zawibrowały w mojej
duszy i obudziły mnóstwo uczuć i refleksji. A choć wokół trwał i wciąż trwa
wspaniały, listopadowy spektakl wyrazistych barw, radosnych promieni i
malowniczych przeistoczeń, to właśnie owo przypadkowe spotkanie najmocniej
zapadło mi w serce. Jesienna rozmowa o samotności, przemijaniu, bezradności i
nadziei…
Pośród złocistości
i oranżu brzozowo - dębowej alei zbliżała się do mnie maleńka, lekko przygarbiona
postać. Najpierw pomyślałam, że to dziewczynka. Tak była drobna, chudziutka
wręcz a przy tym o wiele ode mnie niższa. Ubrana w kremowy w odcieniu płaszcz i
niebieską czapeczkę, spod której wystawały bialutkie i zwiewne, podobne do
babiego lata kosmyki maszerowała powoli wystawiając twarz do słońca. Przyjrzałam
się bliżej i dostrzegłam, że to jednak stara, poznaczona siatką zmarszczek i
bruzd kobieta. Jednak oczy lśniły jej młodzieńczym nieledwie blaskiem. Dawno
takiego blasku u nikogo nie widziałam. Wydało mi się nawet, iż mam przed sobą
przebraną za staruszkę dziewczynkę.
- Och, jakie ładne psy! I dzień taki cudowny. Nie
pamiętam tak słonecznego początku listopada! – zagadnęła przystając obok. Psy i pogoda bywają
wszak najczęstszym pretekstem do zamienienia kilku zdań z obcymi sobie ludźmi.
- A skąd się takie śliczne pieski bierze? – zapytała uśmiechając
się z czułością do zajętych wąchaniem czegoś w trawie psów.
Opowiedziałam
jej pokrótce ich historię a ona słuchając uważnie kręciła głową z podziwem i
wzruszeniem.
- Przydałaby mi się taka psinka, jakaś żywa istota w
domu, bo nieraz ciężko tak samej… - westchnęła w końcu a jej pogodne dotąd
spojrzenie zamgliło się falą niechcianych łez.
- Pieska zawsze można przecież wziąć… – szepnęłam pełna
współczucia, domyślając się natychmiast, co mogło być przyczyną jej smutku.
Widać było wyraźnie, że kobieta pragnie zamienić kilka słów. Mówić cokolwiek,
byleby miała do kogo mówić. Wylać z siebie odrobinę uczuć, z którymi zmaga się na
co dzień. Nie chciałam pytać o dzieci czy wnuki. Często jest to przecież
drażliwy temat. Jeśli ta kobieta będzie chciała, to sama coś o nich wspomni.
- Za stara już jestem na psa. Mam osiemdziesiąt jeden
lat. Serce nawala. Raz czuję się lepiej, raz gorzej. Bywają dni, że w ogóle nie
mam siły ani ochoty zwlec się z łóżka. I niestety, nie mogłabym zagwarantować
żywej, czującej istocie, że odpowiednio się nią zaopiekuję. Dzisiaj na ten przykład
jest ze mną nieźle. Mam wrażenie, że mogłabym tak iść i iść bez końca. Ale gdy
tylko wrócę do domu zmęczenie mnie powali i nic już więcej nie zrobię –
westchnęła zrezygnowana.
- Pani jest bardzo szczuplutka. Pewnie nie ma pani ochoty
do jedzenia? Przydałyby się jakieś witaminy, suplementy, środki na pobudzenie
apetytu. Może wtedy udałoby się nabrać siły? – spojrzałam serdecznie w jej błękitne,
otoczone siateczką drobnych zmarszczek oczy. A patrząc tak pojęłam, że kiedyś
to musiała być naprawdę piękna kobieta. Dotąd jej rysy zachowały w sobie
mnóstwo szlachetności i rzadkiej urody.
- Schudłam tak bardzo przez ostatnie cztery lata. Kiedyś
byłam nawet przy kości a teraz ważę niecałe czterdzieści kilo.
- Nie chce mi się jeść odkąd zostałam sama. Odkąd umarł
mój kochany mąż. Byliśmy razem ponad pięćdziesiąt lat… - zwierzyła się łamiącym
głosem. Serce mi się ścisnęło. Cóż można powiedzieć w takiej chwili. Nie ma
wszak słów, które mogłyby przynieść pocieszenie. Westchnęłam więc tylko i
pogładziłam z troską jej ramię.
- Ale cały czas próbuję! – oświadczyła nagle sztucznie
wesołym tonem.
- Gotuję tak, jak wtedy gdy on żył! Dzisiaj uwarzyłam
ziemniaczki z koperkiem. Do tego rolada wołowa i czerwona kapusta. Pycha! A na
deser cynamonowe ciasteczka! Pachniało na cały dom!
- To wspaniale! Na pewno wszystko było przepyszne! –
uśmiechnęłam się z ulgą, że najgorsze w tej rozmowie już za nami, że staruszka
potrafi jednak odnaleźć jeszcze w życiu jakieś blaski.
- Ale niewiele zjadłam… - odparła znów zgaszona.
- Znowu pewnie wszystko wyląduje w koszu – dodała i ni
stąd ni zowąd zaczęła ściskać nerwowo czy może bezradnie swoje chudziutkie
dłonie i palce.
- Po obiedzie jak zwykle wzięłam się za zmywanie naczyń. I stało się coś strasznego. Ześlizgnęła mi się
z palca obrączka i gdzieś przepadła. Jak mogłam być taka nieostrożna? Szukałam,
szukałam jej wokół wszędzie i nie znalazłam. Przepadła jak kamień w wodę…
- A może to znak od niego? Może zabierze mnie do siebie
już niedługo? – kobieta szybko przeszła od rozpaczliwego smutku do nagłej,
rozświetlającej ją od wewnątrz nadziei. Potem spojrzała gdzieś przed siebie, w
jakąś odległą, lecz pełną upragnionych obietnic dal apo jej policzku potoczyła się srebrzysta,
lśniąca w świetle listopadowego popołudnia łza. A wreszcie ni stąd ni zowąd
uśmiechnęła się promiennie.
- Cieszę się, że mogłyśmy się spotkać i porozmawiać
chwilę. Od razu człowiekowi lepiej jak ma do kogo usta otworzyć! – oświadczyła.
- I już nie będę się martwić tą obrączką. Tak widocznie
miało być… - stwierdziła spokojnie uniósłszy głowę i zerknąwszy mi głęboko w
oczy. Błękitna czapeczka przekrzywiła jej się zawadiacko a w białe włosy staruszki
zaplątało się raptem kilka złotych, brzozowych listków. Wyglądało to tak, jakby
listopadowy wiatr chciał ozdobić ją tym, co miał najlepszego. Listeczki mieniły
się złociście i drżały pośród jej kosmyków niczym najwspanialsze klejnoty.
- I ja się cieszę! – odrzekłam zgodnie z prawdą. Przepełniało
mnie wzruszenie i uczucie wdzięczności, że dane mi było zajrzeć w duszę tej
kobiety, prawie jakbym w swoją zaglądała. W przyszłość, która kiedyś i mnie
dotknie po swojemu. Czas ma przecież swoje własne, tajemnicze plany, ale ich
zapowiedzi i znaki spotyka się często wcześniej na swojej drodze.
- Nic nie dzieje się przypadkiem! – oświadczyłam spontanicznie
a maleńka staruszka pokiwała głową a potem obdarzając mnie oraz psy pogodnym wejrzeniem
pogładziła me dłonie i zaskakująco dziarskim
krokiem odeszła w przeciwnym kierunku znikając szybko pośród żółto-rudego deszczu
opadającego zewsząd jesiennego listowia…
…Dziękuję wszystkim Wam za przyjazne i wspierające słowa
zamieszczone w komentarzach pod poprzednim postem. Bardzo dużo znaczyły one dla
mnie, gdyż pokazały mi, że nie jestem sama a większość z nas myśli podobnie, że
widzimy to, co dzieje się na świecie i mamy do tego zdecydowanie negatywny
stosunek. Jest nas wielu – tak samo świadomych i oburzonych a jednocześnie
bezradnych wobec politycznej rzeczywistości, w jakiej przyszło nam egzystować. Żadni
z nas przecież bojownicy o słuszną sprawę ani bohaterowie z cokołów. Ot, po
prostu jako zwyczajni, myślący ludzie dostrzegamy jak bardzo zmienia się nasza
rzeczywistość i dzielimy się tymi spostrzeżeniami. Pragniemy zrozumieć te
wszystkie przemiany i dociec w jakim kierunku nas prowadzą. Wiele z nich nas
niepokoi a nawet przeraża. A przecież my po prostu chcemy czuć się bezpiecznie
aby wieść spokojne, pracowite i uczciwe życie. Chcemy móc polegać na rozsądnym prawie
i na sprawiedliwych zasadach w państwie, na którego obszarze przebywamy. Jednak
coraz częściej stwierdzamy, że mocno się to wszystko psuje, gmatwa, zagraża
naszej przyszłości, odbiera nam sprawczość oraz nadzieję na lepsze. Czy jednak
naprawdę jesteśmy bezradni, czy może ktoś chce na nas ową bezradność i apatię
wymusić, wtłoczyć w ciasne ramy i pilnować by nie wydostały się spoza nich żadne przejawy zdrowego rozsądku i wolnomyślicielstwa?
A przecież jest nas
więcej, niż tych tam, pochowanych po internetowych bagniskach potworów –
cenzorów i ich oślizgłych pomagierów - klakierów. Czy sami damy sobie z nimi
radę, czy może poczekamy aż objawi się jakiś współczesny wiedźmin Geralt i
wysieka owe ohydne monstra swym czarodziejskim mieczem? Tu jednak pojawia się
pytanie – jak rozpoznać spośród wielu uzurpatorów i fałszywych zbawców owego
prawdziwego bohatera?Jak nie dać się
zwieść niby to pełnym zapału i szczerym słowom, które okazać się mogą tylko
zimną grą, fałszywą obietnicą, obliczoną na zyski manipulacją? Myślę, że także
w tym temacie musimy się dzielić swoimi spostrzeżeniami a nawet domysłami. Nie możemy
pozwolić sobie zamykać ust. Cały czas przecież tak wiele się dzieje.
Ot, podam tu
przykład sprzed kilku dni. Otóż w ONZ przeważająca większość należących do tej
organizacji państw podpisała „Pakt na
rzecz przyszłości”, deklarację zobowiązującą do konkretnych działań na
rzecz bezpieczniejszego, bardziej pokojowego, zrównoważonego i inkluzywnego
(łączącego, przeznaczonego dla wszystkich) świata dla przyszłych pokoleń. Hmm…Jakże
szlachetnie i szczytnie to brzmi, nieprawdaż? Kiedy jednak zagłębimy się w
szczegóły owego paktu, to chcąc nie chcąc rodzą się wątpliwości, czy
rzeczywiście ów pakt jest czymś dobrym dla ludzkości... Mowa tam jest bowiem m.in.
o przyśpieszeniu działań w sprawie zmian klimatu (np. całkowite odejście od
paliw kopalnych), o walce na rzecz integralności (ujednoliceniu – innymi słowy cenzurze)
informacji w środkach masowego przekazu, o ochronie praw kobiet i mniejszości
seksualnych, o zwiększonej roli cyfryzacji i wymiany danych. Wynika z tego, że
cały niemalże świat dąży ku temu samemu. Ku osiągnięciu większej kontroli nad
populacjami i ku wdrożeniu drogich oraz przeważnie nieefektywnych technologii w
celu walki z ociepleniem klimatycznym. Najgorsze jednak co przebija z treści
owego paktu to odczucie, iż jest on podwaliną pod budowę przyszłego rządu
światowego…Więcej na ten temat przeczytać można np. tu: ( klik) i tu ( klik ).
A więc jest się nad czym zastanawiać, jest o
czym pisać…I po raz kolejny trzeba uświadomić sobie, że te monstra z bagnisk
nasze milczenie biorą za przyzwolenie a nasz brak jakiejkolwiek aktywności
tylko dodaje im sił. A przecież nie jesteśmy i powinniśmy być bezwolnym,
potulnym stadem, choć oni tak właśnie nas traktują…
Kontaktowanie się
z innymi ludźmi, swobodna dyskusja na wszelkie tematy czy to w realu czy to w
necie powinna być czymś naturalnym i niezbywalnym. Mówienie na głos o tym, co
nas zastanawia i niepokoi pomaga oswoić swoje lęki, pomaga zrozumieć więcej.
Dlatego mówmy, póki całkiem nie zalepiono nam ust taśmą klejącą. Mówmy, mimo
smrodliwego oddechu czającego się w ciemnościach tajemniczego cenzora. Cenzurowanie
jest wszak przejawem lęku o to by prawda nie dobyła się na powierzchnię i nie
obaliła tej wszechobecnej mistyfikacji, kłamliwej narracji w jakiej tkwimy. I
przychodzi mi na myśl, że owa mroczna siła usiłująca nas okiełznać i zdusić,
owa podstępna maszkara z bagnisk to w istocie, tylko mała myszka, która się
rozdęła do niebotycznych rozmiarów i udaje golema a da się ją przecież łatwo
przekłuć szpilką dobrego humoru, celnej uwagi, wspólnego zdrowego rozsądku. To
właśnie robimy razem w codziennych rozmowach pośród znajomych, tutaj na blogach
czy też na innych platformach. I to robić powinniśmy, bo w kupie siła. A poza
wszystkim zawsze tak jest, że cokolwiek by się nie zdarzyło, człowiek w końcu
otrząsa się niby pies wyjęty z kąpieli i znów biegnie przed siebie rozglądając
się na boki, obserwując świat, dostrzegając w nim strefy światła i cienia, a
przede wszystkim znajdując jakieś oparcie w swojej codzienności, w bliskich,
niezawodnych ludziach, w powtarzalnych czynnościach.
I ze mną tak
właśnie jest. Czeka na mnie w gospodarstwie jeszcze trochę jesiennej roboty
takiej jak przygotowanie ziemi pod przesadzanie truskawek oraz wysadzanie
cebuli i czosnku, ostatnie w tym roku
koszenie, codzienne grabienie liści, przycinanie krzewów malin…Mam też
nadzieję, iż o ile pogoda i zdrowie pozwolą, to uda się nam z Cezarym wyruszyć
na jakieś bliższe czy dalsze wycieczki. Znaleźć może w końcu trochę grzybów, zobaczyć
coś ciekawego, zachwycić się nieznanymi jeszcze widokami, utrwalić je na
fotografiach.
Jesień coraz
wyraźniej zaznacza swoją obecność.Dookoła mnie i we mnie. Wszystko się ze sobą splata. Życie jak gdyby
nigdy nic toczy się dalej.A świat mimo
wszelkich totalitarnych zakusów i otaczających nas bredni nadal pokazuje co
dzień swoje urodziwe oblicze…
To, co dobre
jesienią to czas, który zaczyna zwalniać, ochładzać się, napełniać wilgocią i pozwalać na zabranie się na to, za co latem nie było kiedy się zabrać. Na przykład na betonowanie. Cezary,
betoniarz - samouk już wiele razy zalewał tu betonem różne powierzchnie. Zrobił
np. murek wokół domu i schodki albo podłogę w budynku gospodarczym. Jednakże
ilość rzeczy koniecznych w naszym gospodarstwie do załatania betonową zaprawą,
poprawienia albo zrobienia od nowa wcale
przez to nie zmalała. Zwłaszcza tarasik przy budynku gospodarczym wprost woła o
nową nawierzchnię. Stara, zrobiona w
latach 70-tych jeszcze przez poprzednich gospodarzy naszego siedliska popękała,
wykruszyła się, podziurawiła, zarosła mchem. No i tegoroczne ulewy dobitnie
pokazały nam, że bez nowego betonu przy budynku gospodarczym nie przetrwają dłużej
wciąż podtapiane i zalewane psie budy. Jedna z nich niestety, już poszła tego
latado rozbiórki. Trzeba zatem zrobić
wszystko by druga ocalała.
Marzy nam się też porządnie wyglądające miejsce
do odpoczynku latem po robocie. Przy budynku gospodarczym byłoby w sam raz, ale
koniecznie potrzeba tam nowej nawierzchni bo teraz nie ma nawet jak postawić
tam stołu, ławy i krzeseł. Nieodwołalnie przyszła zatem pora na betonowanie. W
pobliskim miasteczku zamówiliśmy, co trzeba i gdy góra piasku zaległa na
podwórku a piramida worków cementu w budynku gospodarczym nie było już od
kolejnej roboty odwrotu. W pogodne dni
październikowe nasze podwórko zamienia się odtąd w plac budowy. A w deszczowy
czas odpoczywamy od roboty. Także dzisiaj pada. Jesteśmy w domu, psy śpią wokół
nas pokotem i chrapią, aż miło. Zupa jarzynowa powoli pyrka na piecu. Mogę
zatem w spokoju siąść i napisać co u nas słychać.
No więc, betonowanie….Zawsze
dotąd Cezary męczył się mieszając łopatą piasek z cementem i wodą bezpośrednio
w taczkach. Tym razem postanowił nieco sobie pracę ułatwić i kupił małą,
zgrabną betoniarkę. Na pewno nie raz się ona tu jeszcze przyda, o ile w
przyszłości zdrowie i siły pozwolą mu na tego typu prace. Bo to niestety nadal
wymagająca sporej krzepy robota. Ileż się trzeba piasku nanosić, ile ciężkich taczek
nawozić albo naklęczeć przy wyklepywaniu i wyrównywaniu mokrego betonu, to wie
tylko ten, kto już coś samodzielnie betonował.
Rzecz jasna
często ja jestem zatrudniona w charakterze pomocnika betoniarza. Wszystkie
powierzchnie przed betonowaniem musiałam oczyścić, wyzamiatać, wytyczyć motyką równe
granice. A że zabraliśmy się za betonowanie w porze spadania liści z drzew to
robota ta nie ma końca. Wciąż łapać muszę za grabie i zbieram z trawnika
figlarne, kolorowe listki, które tylko czekają by opaść na mokry beton. Czasem
pomagam Cezaremu w kręceniu kołem od betoniarki, bo gdy jej bęben jest zbyt ciężki
nie dałby sam rady przechylić go i wylać zawartości do taczek. Pod koniec
dniówki natomiast musimy tak zabezpieczać świeżo wybetonowane miejsca by uniemożliwić
wchodzenie tam psom albo by ochronić mokre nawierzchnie przed nadciągającym deszczem.
Ale nie zawsze się to udaje. Wczoraj, gdy poszliśmy z Cezarym na chwilę do domu żeby
przekąsić małe co nieco Jacuś natychmiast skorzystał z okazji, wbiegł na mokry
beton i zostawił tam liczne ślady swego przestępstwa. To samo uczyniła
ciekawska Hipcia a potem beztrosko przyleciała do domu odciskając na kafelkach
i dywanikach jasnoszare pieczątki swych łap.
No, ale poza
pracą równie ważne są wszystkie inne zwyczajne radości i przyjemności. Przechadzki
po okolicach z aparatem fotograficznym. Zabawy z psami w ogrodzie. Wyjadanie z
krzaków ostatnich malin (i dzielenie się nimi z łakomą Hipcią). Wyczesywanie
straszliwie liniejących teraz psiaków, co bardzo lubią i o co się namolnie
dopraszają. Mam jednak wrażenie, iż owo wyczesywanie niewiele daje, bo po
naszym domu fruwają wręcz kłęby jasnej sierści (sierść Misi wygląda zupełnie jak wata!). Nie nadążam z odkurzaniem i
sprzątaniem. Powiewne kłaki wpadają do zupy, herbaty i do wnętrza szaf. „Ozdabiają” wszystkie kanapy i fotele. Zalegają
po kątach. Dolatują nawet na strych, gdzie psy nigdy nie chodzą. Ale pewnie,
gdyby nie szczotkowanie w ogrodzie psiej czeredy, gdyby nie wyskubywanie ich
kłaków z grzbietów i podgardla, byłoby jeszcze gorzej. Jedno, co mnie pociesza,
to to, że linieją wszystkie trzy jednocześnie. A gdy wreszcie skończą i porosną
nową sierścią, znowu zapanuje w domu jako taki ład. Akurat na zimę!:-)
Cóż. Każdy ma
swoje przyjemności. Nasza trzynastoletnia kotka na przykład uwielbia chodzić na
strych, gdzie godzinami czatuje na muchy, biedronki, ptaszki a nawet
nietoperze. Tak, niedawno udało jej się upolować tam malutkiego gacka oraz
niewinną sikorkę, która pewnie wleciała tam za jakąś muszką. Od kiedy odkryłam
mordercze instynkty słodkiej kiciuni zamknęłam wszystkie okna na strychu, żeby
nie pozbawiła życia już żadnego niewinnego zwierzątka. Co innego, jeśli chodzi
o myszy. Na nie niech kochana kicia poluje do woli, bo przed zimą te gryzonie
pchają się do domu i do drewutni wszystkimi szparami. A jak już koteczce
odechce się wchodzić na strych, bo będzie tam za zimno trzeba będzie rozstawić
wszędzie pułapki i spodeczki z trutką. Żeby nie doszło do tego, co w zeszłym
roku, gdy myszy bezczelnie dobrały się do zapasów psiej karmy, naszych kasz,
makaronów i płatków śniadaniowych. Do dzisiaj otrząsam się na wspomnienie tamtych
rozmiarów zniszczeń i tego charakterystycznego, mysiego zapachu!
W deszczowe dni jest
czas na palenie pod kuchennym piecem i przypiekanie w nim pysznych, jadalnych kasztanów
(nareszcie obrodziły nam tej jesieni) albo orzechów włoskich. Na zaparzanie
gorącej herbaty z pigwą i sokiem malinowym a potem nieśpieszne delektowanie się
nią. Na wymyślanie nowych potraw z tego, co natura dała i co trzeba wykorzystać
by się nie zmarnowało. Jak np. makaronu z domowym pesto ze smażoną dynią i
parówkami. A propos pesto. Nareszcie wpadłam na to, że mogę je robić i że to
wspaniały dodatek do różnych dań., Nie wiadomo dlaczego zawsze wydawało mi się,
iż to coś skomplikowanego i drogiego. Fanaberia. A tymczasem
okazało się, że można je bardzo prosto przygotować, o ile ma się dużo natki
pietruszki i czosnku, bo to jest właśnie podstawa tej zielonej pasty.
Podzielę się
przepisem na to moje pesto, bo ono jest na pewno trochę inne od tego znanego
wszystkim, klasycznego pesto. A pokochałam je ogromnie i łakomie raczę się nim,
póki mam do niego wszystkie konieczne składniki.
Zrywam w ogródku
ogromny pęk natki pietruszki ( a pietruszka nadal ładnie rośnie i o ile zima
nie będzie zbyt surowa, to przetrwa ją, a poza pokrzywą będzie pierwszą dostępną wiosenną zieleniną).Do tego dokładam kilka gałązek lubczyku. W domu wszystko
porządnie myję, siekam i blenduję z kilkoma (lub nawet kilkunastoma!) ząbkami
czosnku, z łyżeczką soli kamiennej (sól ma właściwości konserwujące i dzięki niej
pesto może długo stać w lodówce), z połową kostki masła, z łyżką oliwy z
oliwek, z łyżką sosu sojowego, z dużą garścią wyłuskanych ziaren dyni i drugą
garścią słonecznika.
Do czego można
używać takiego pesto? Np., do smarowania chleba. I już nie trzeba nic więcej. To
pyszne, proste jedzonko. Dobre na zimno i na gorąco, gdy się taki chlebek albo
bułkę zapiecze w piekarniku. Można posmarować tą wonną, zieloną pastą jajko na
twardo, plaster białego sera albo mięsa, czy też ziemniaczanego placka i zjadać sobie
jak człowieka nagły głód dopadnie. Pesto nada się świetnie jako dodatek do
gotowanych ziemniaków, pieczonej dyni albo cukinii, do fasoli typu „Jasiek”, do
spaghetti, do pierogów i klusek…Pasuje prawie do wszystkiego, o ile oczywiście lubi
się smak i zapach czosnku z pietruszką. Mniam!
Nie brak też mi
rzecz jasna bardziej duchowych przyjemności i rozrywek. Słucham kojącej duszę muzyki,
czytam sporo ciekawych książek, oglądam niezłe filmy. Aż chciałoby się o
niektórych z nich napisać. Ale na razie to musi poczekać na bardziej dogodną
porę. Bo gdy tylko wychodzi słonko – betonujemy, działamy wspólnie przy
ostatnich, niezbędnych pracach ogrodowych albo polowych.
A gdy deszcz rosi
ziemię tyle jest do zrobienia w domu, że nie starcza czasu na wszystko. Tak czy
siak, jesień czy to słoneczna, czy zachmurzona i deszczowa dobra jest dla nas,
dla natury, dla życia w ogóle. Nadaje właściwy rytm dniom. Wszystko układa na
swoim miejscu. I niech tak będzie nadal…