Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wojna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wojna. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 22 czerwca 2025

Rozdwojenie...

 




   Niedziela...Poranek. Cudowny bo słoneczny, ale jeszcze nie gorący. Pogodny, uśmiechnięty i optymistyczny bo letni, kolorowy i pachnący. Człowiek wstaje i się cieszy, że tak pięknie jest na świecie. Trwa pełnia kwitnienia krzewów białego jak śnieg żylistka, żółtych jak słoneczka wiesiołków, puszystych, różowych tawuł. I chciałby by trwało to zawsze. Ten nastrój, to piękno, ta błogość i harmonia wnętrza z zewnętrzem. Ten zapach popijanej powoli kawy łączący się delikatnie z aromatem skoszonej wczoraj trawy, smakiem zrywanych spod płotu dojrzałych poziomek, z wonią wciąż kwitnącego ligustru i róż...






   Niestety, wkrótce uśmiech rzednie a serce zaczyna trzepotać z niepokoju. Wystarczyło włączyć wiadomości w necie, by dowiedzieć się, że nie tylko, iż nadal źle się dzieje na świecie, ale to zło nabiera dodatkowego rozmachu i przyśpieszenia. W oczy biją ogromne nagłówki na wszystkich portalach informacyjnych. Ameryka zaatakowała Iran. Do wczoraj była jeszcze nadzieja, że to się nie stanie.




   Ale się stało i nikt nie jest w stanie przewidzieć, co będzie działo się dalej. Czy ta wojna eskaluje w stronę totalnej wojny, czy jakimś cudem wszystko się zredukuje i wyciszy? Kto jeszcze włączy się do tego konfliktu? I co z tego wyniknie?




   Powinnam się już przyzwyczaić do złych wiadomości. Powinnam nie przejmować się tym wszystkim a po prostu cieszyć swoim małym, póki co spokojnym jeszcze światem. Nie powinnam myśleć o tym, co tam, ale wręcz przeciwnie – o tym, co tu. I staram się. I nawet mi to nieźle wychodzi, gdy robię śniadanie, spaceruję po ogrodzie, gdy wącham kwiaty, gdy głaszczę podskakujące mi do rąk psy. A jednak w sercu wciąż czai się cierń. Przypomnienie, że gdzieś tam w dalekim Iranie ludzie nie mogą cieszyć się pięknem swoich ogrodów. Że przepadły gdzieś ich błogie, radosne poranki z niespiesznie pitą kawą, ze zwyczajnymi pogawędkami o pogodzie. I nie wiadomo, jak wiele z tych zielonych, perskich rajów przetrwa ten czas chaosu i zniszczenia. Ile ludzi ocaleje...Ludzi takich jak ja, Ty, my...





   Mógłby ktoś zapytać – czemu tak bardzo obchodzi mnie ten Iran? Czy nie przesadzam? Czy niepotrzebnie nie dramatyzuję? Przecież to tak daleko od nas. Przecież ta wojna nie ma i na pewno nie będzie mieć z nami nic wspólnego. A mnie obchodzi, bo to ludzie tacy jak my. I oni i ci w Strefie Gazy. Cierpią, boją się, giną, nie wiedzą co będzie jutro, czy w ogóle jakieś jutro nastanie. A co u nas? Cóż, wcale nie jest pewne, że ta wojna i nas nie zacznie dotyczyć. Podobnie myśleli przecież ludzie w sierpniu 1939 roku. A i lato było wówczas przepiękne, a kina wprost pękały w szwach...Ludzie spragnieni byli rozrywki, zwyczajności i ...zapomnienia.




   A wracając do chwili obecnej. Z jednej strony mamy konflikt na Ukrainie, do którego większość z nas zdążyła się już przyzwyczaić a nawet znieczulić na niego. Z drugiej mamy bezwzględnie niszczoną Strefę Gazy i Iran. Czy i do tego się przyzwyczaimy? Być może żeby nie oszaleć i nie dać sobie zabrać odrobiny normalności rzeczywiście odwrócimy się od złych wiadomości i będziemy żyć swoim zwyczajnym życiem. Bo tak, każda chwila jest bezcenna. Bo jedno mamy życie i trzeba się cieszyć tym, co jest, póki jest. A tamtym i tak nie pomożemy...I może najlepiej odciąć się od Internetu, telewizji, gazet, rozmów na polityczne tematy...Skupić się na tym co dobre, beztroskie i niezmienne. I przez moment może się to nam nawet uda. Jest czym zająć myśli i ciało. Jest się czym podniecać. Jest na co czekać. Wszak to dla nas tyle wspaniałych filmów na platformach streamingowych, koncertów plenerowych, lokalnych atrakcji wyrastających jak grzyby po deszczu. Buduje się kolejne, monstrualne wręcz parki rozrywki. W lokalnej polityce wybuchają nowe, wesołe wojenki i śmieszne spory. A młode ziemniaki z koperkiem są takie pyszne...




   Trwać będzie dziwne rozdwojenie. Tutaj cudowne lato, bujne zielenie, tętniące życiem pola i łąki, wokół  wszystkie barwy tęczy. Tutaj kawałek prostego szczęścia...A tam, w tym samym czasie smutek, rozpacz, zło, lęk...I wszystko to jednocześnie w dziwnym zespoleniu i rozdwojeniu jednocześnie...W słodko-gorzkim smaku. Wszak zawsze tak było, tak jest i będzie. Na cóż więc wielkie słowa...?






   I jeszcze jedno przychodzi mi do głowy...Przecież wcale nie musi się toczyć żadna straszna wojna na świecie, by w danym czasie nie dotykały nas osobiste dramaty. Nasze własne, domowe konflikty i odzywające się stale problemy. Nasze choroby i śmierci. Nasze noce pełne strachu i bólu o los naszych bliskich. Codzienne, prywatne początki i końce świata...




   A życie toczy się dalej. Wszystko dookoła trwa w zwyczajnej jak na tą porę kolorystyce. Lato, lato wszędzie. No i róże kwitną jak gdyby nigdy nic...


P.S.

Od kilku lat oglądam i słucham na YT pewnego młodego Irańczyka, który osiem lat temu przeprowadził sie do Polski, pokochał nasz kraj i świetnie nauczył się j.polskiego. Opowiada on tam m.in. o życiu w Iranie, a takze o tym, co dzieje sie tam teraz. Mówi m.in o irańskim reżimie i o tym, że to sami Irańczycy powinni go zmieniać. Nikt z zewnatrz nie ma i nie powinien mieć do tego prawa. Warto zajrzeć i posłuchać tutaj:  Irańczyk w Polsce

niedziela, 1 grudnia 2024

Dookoła mgła…

 


   Grudzień zaczął się na Pogórzu mgłą tak gęstą, że patrząc przez okno nie można było dostrzec ani drogi obok ani tym bardziej położonego kilkadziesiąt metrów dalej lasu. Jednak fakt, że niczego nie widać, nie znaczy przecież, iż tego gdzieś tam nie ma. Jest i wkrótce wyłoni się w całej okazałości. I droga i las i łąka i wzgórza i domy…Bo żaden stan nie trwa przecież wiecznie. To stwierdzenie w zależności od kontekstu może budzić smutek, ale i nadzieję. Jednak dzisiaj wszystkim nam chyba bardziej potrzeba owej nadziei, dlatego właśnie jej wyglądam spoza owej gęstej mgły…Tym bardziej, iż o poranku, dominującym w owym białym oparze dźwiękiem nadal bywa warkot samolotów i śmigłowców wojskowych od czasu do czasu przelatujących niewidzialnie nad naszym siedliskiem. Gdzie i po co tak lecą? Jak długo to jeszcze potrwa? Do czego doprowadzi? Niestety, spowijająca rzeczywistość nieprzejrzysta zasłona nie daje odpowiedzi na żadne z tych pytań…



  W ogóle mam wrażenie, iż od kilku lat żyjemy w jakimś totalnym omotaniu mgłą propagandy i manipulacji, służącej zastraszaniu i ogłupianiu ludzkości. Problemy się mnożą i nawarstwiają bez końca. Najpierw dziwna pandemia, potem wojna, narastający coraz bardziej problem z migrantami, do tego promowana w Europie ideologia klimatyzmu i wynikająca z niej coraz większa drożyzna oraz zagrożenie blackoutami… Jeszcze nie wiemy czemu to wszystko służy, ale pewnego dnia ów sens stanie się jasny i wówczas zrozumiemy na jakim świecie żyjemy i jakimi interesami kierują się rządzący oraz podległe im media. Albo i nie zrozumiemy, bo jak mówi mądre przysłowie „Polak przed szkodą i po szkodzie głupi”…



   Ot, przykład z wczoraj. Natknęłam się na Interii na recenzję nowej wersji „Pretty women”. Jak się bowiem okazuje jakiś reżyser zapragnął raz jeszcze nakręcić film o pięknej i wrażliwej prostytutce oraz szlachetnym i zakochanym w niej bogaczu. Chętnie zobaczę kiedyś to dzieło, choć obawiam się, że trudno będzie dzisiejszym aktorom dorównać poziomem gry Julii Roberts i Richardowi Gere. Lecz nie to jest tu najważniejsze. Otóż w osłupieniu przeczytałam końcowe akapity owej recenzji filmowej. Jej autorka ma za złe reżyserowi, iż śmiał do ról Rosjan zatrudnić właśnie rodowitych Rosjan. A przecież, jak nadmienia ta pani z oburzeniem, jest tak dużo innych, zdecydowanie lepszych aktorów a tamci będąc Rosjanami bez wątpliwości służą reżimowi Putina…

   Ręce mi opadły. No po prostu wierzyć się nie chciało, że ktoś we współczesnych czasach operuje tak toporną, tak nic nie mającą wspólnego z uczciwą krytyką, tępą propagandą. Lecz czemu się właściwie dziwię? Przecież wszędzie widać tę natrętną rusofobię. To nachalne i głupie krytykowanie oraz potępianie wszystkiego, co rosyjskie. Sportowców, aktorów, książek, filmów, piosenek, pisarzy, naukowców, stylu życia…Ja rozumiem, że agresywna polityka prezydenta Rosji może budzić sprzeciw i strach, że powinniśmy współczuć oraz do pewnego stopnia pomagać broniącym się Ukraińcom, ale co ma do tego wyszydzanie i obrzydzanie wszystkiego, co rosyjskie? Po co właściwie ta sztucznie podsycana wrogość? Po co ta ideologiczna zaciętość? Przypomina mi to czasy siermiężnego socjalizmu z lat pięćdziesiątych ubiegłego stulecia i piętnowanie wszystkiego, co kojarzyło się z kapitalizmem czy „zgniłym zachodem”. A sięgając do czasów wcześniejszych widzę podobieństwa do propagandy Goebbelsa, która kazała obśmiewać i tępić wszystko, co żydowskie…Wiele jest niestety takich przykładów w historii i nie rokuje to dobrze na przyszłość.

   Obawiam się, iż obecna rusofobia służy zbudowaniu w naszym narodzie niechęci a nawet nienawiści, które to uczucia mogłyby stać się w przyszłości motorem walki, wystarczającym powodem do wypchnięcia Polaków na wojnę. Tak przecież od zawsze lepiło się ludzkość. A ona czy chciała czy nie chciała dawała się zaganiać do boju a potem ginąć w imię cudzych interesów.

   No tak, ale co zrobimy z tą rozdętą rusofobią, gdy nie dojdzie do żadnego rozszerzenia obecnej wojny rosyjsko-ukraińskiej, a przeciwnie skończy się ona i znowu trzeba będzie budować jakieś poprawne stosunki z sąsiadem ze Wschodu? Bo warto zauważyć, że ta obecna antyrosyjskość nie w każdym kraju jest równie silna, co w Polsce. Słowacja i Węgry potrafią prowadzić znacznie rozważniejszą politykę. Także przywódcy Niemiec, Francji czy Włoch wydają się nieco bardziej stonowani w swej dyplomacji oraz w używanym przez siebie słownictwie. Tak więc oni raczej płynnie przejdą do nowej rzeczywistości i bez większych problemów ułożą sobie na nowo stosunki z rosyjskim mocarstwem. A my? Pewnie jak zwykle zostaniemy sami, wykorzystani, przegrani i ośmieszeni,  nie umiejąc pojąć jak mogło do tego wszystkiego dojść.



   Na myśl przychodzą mi przy tej okazji czasy, gdy  uczyłam się w szkole języka angielskiego w Australii. Otóż miałam tam do czynienia z kobietami pochodzącymi z wielu krajów. Z niegasnącą sympatią wspominam do dzisiaj poznane tam Rosjanki i Białorusinki. Zwyczajne, pełne uczuć, marzeń i wspomnień kobiety. Tak podobne mentalnie do mnie, tak swojskie i bliskie kulturowo oraz obyczajowo. Ileż godzin przegadałyśmy razem! Ileż się naśmiałyśmy albo napłakałyśmy opowiadając sobie o tęsknocie za swoimi ojczyznami. To wszystko było wówczas takie normalne, swobodne i naturalne. Ale zastanawiam się, czy w czasach królowania dzisiejszej , wrogiej propagandy także zachowywałybyśmy się podobnie? Czy jednak dałybyśmy się otumanić, nastawić przeciwko sobie? Czy patrzyłybyśmy na siebie wilkiem i nie chciałybyśmy mieć ze sobą nic wspólnego? Mimo wszystko mam nadzieję, iż tak źle by nie było, że umiałybyśmy wznieść się ponad te niskie uczucia, że zwyciężyłyby jednak rozsądek, uczciwość i wzajemne zrozumienie. I tamta Nadia, Wiera, Ala, Swietłana czy Dasza nadal uśmiechałyby się na mój widok tak samo, jak ja uśmiechałabym się na ich powitanie.  Jak przyjaźnie nastawiona kobieta do drugiej kobiety. Jak dobry człowiek do drugiego dobrego człowieka. A co jeśliby tak nie było? Jeśli zwyciężyłyby uprzedzenia, resentymenty i wtłaczane nam do głów stereotypy? Aż strach o tym pomyśleć…

   I uświadamiam sobie jeszcze, że wówczas między uczennicami owej szkoły była także młoda Ukrainka, Olga. Pełna marzeń i planów na przyszłość. Opowiadała nam, iż ona wraz z matką wyjechały z Ukrainy z powodu szalejącej tam korupcji oraz braku szans na zdobycie w uczciwy sposób wymarzonego przez nią zawodu doktora medycyny. Na Ukrainie wraz z jej ojczymem został młodszy brat Mykoła, który z powodu wieku poborowego, w który właśnie wkraczał nie dostał zgody na wyjazd. Bardzo się o niego martwiła, choć nie był to jeszcze czas wojenny. Ponieważ Oldze ogromnie zależało na rychłym wstąpieniu na uniwersytet w Melbourne zachłannie uczyła się angielskiego. Pochłaniała wręcz angielskie słówka. Cechowała ją duża ambicja, lecz widać też było, iż nauka sprawia jej prawdziwą przyjemność. Nie dziwota zatem, iż była z nas wszystkich najlepsza. Ale cały czas zachowywała przy tym skromność, poczucie humoru, pogodę ducha i chęć pomocy innym. Na lekcjach zgodnie siedziała w otoczeniu koleżanek z Rosji. W czasie przerw wychodziły ze Swietłaną na lody a potem wracały zaśmiewając się beztrosko i opowiadając coś sobie po rosyjsku. A co byłoby z nimi teraz? Czy nadal chciałyby uśmiechać się do siebie, czy w ogóle umiałyby jeszcze ze sobą rozmawiać?

   Nie mam pojęcia jak później potoczyły się losy Olgi oraz jej brata Mykoły.  Jednakże myślę nieraz o nich, wspominam i zdumiewam się jak bardzo zmieniło się wszystko przez te kilkanaście lat od kiedy wyjechałam z Australii. Tyle złego się zdarzyło. Tyle strasznych czynów i słów między ludźmi tworzących bariery prawie nie do przejścia. Nie uwierzyłabym w to kiedyś, nie uwierzyła…

   I cóż - niestety jest, co jest. Nikt z nas nie jest w stanie przewidzieć jak rozwiną się sprawy na świecie. Czy ten destrukcyjny pęd do wojny przekształci się w coś realnego, zagrażającego nam wszystkim i pchającego nas do ostateczności?  Pewnie jestem naiwna, ale mam nadzieję, że nie dojdzie do najgorszego. Chcę wierzyć, iż to szaleństwo minie tak nagle, jak nagle się rozpoczęło i znowu będzie można pisać i mówić  o wszystkim bez obaw przed cenzurą czy przez oskarżeniem o bycie ruską onucą, oszołomem czy teoretykiem spiskowym. I minie, rozwieje się ta mgła dookoła zupełnie tak, jakby jej nigdy nie było. Potem wyłoni się spoza niej zwyczajny, piękny świat, gdzie zatrudnianie rosyjskich aktorów w amerykańskich filmach nie będzie przez nikogo piętnowane. A Olga, pochodząca z Ukrainy, szanowana lekarka w Melbourne  życzliwie przyjmie w swym gabinecie swą dawną koleżankę Swietłanę…



sobota, 2 września 2023

Wrześniowe refleksje…

 


   Początek września od zawsze kojarzył mi się z dwoma tematami: rozpoczęciem roku szkolnego oraz wybuchem drugiej wojny światowej. Oba skojarzenia przykre, ale rzecz jasna owa przykrość posiada zupełnie inny ciężar gatunkowy. Jednakże oba te tematy łączy jedna cecha: drastyczny koniec wolności. Lecz o ile obowiązek pójścia do nielubianej szkoły dało się jakoś znieść a nawet przez lata do niego przyzwyczaić, to już przymus wzięcia udziału w wojnie, niósł i niesie ze sobą zapowiedź grozy, bólu dojmującej tęsknoty za zwyczajnym, normalnym życiem oraz przede wszystkim wysokiego ryzyka śmierci.

   Nie bez powodu łączę tu kwestie związane ze szkołą oraz wojną. Zamierzam bowiem podejść do tego drugiego tematu w sposób właściwy dzieciom, czyli bardzo prosto.

   A podejmuję go z uwagi na przeczytaną ostatnio powieść autorstwa Johna Boyne pt. „Zostań a potem walcz”. Książka ta opowiada o losach angielskiego chłopca i jego rodziny w czasach pierwszej wojny światowej. Wojny, która spadła jak grom z jasnego nieba na tak wydawałoby się spokojny i cywilizowany świat tamtych czasów  by w jednej chwili wywrócić go do góry nogami. Nigdy wcześniej wojna nie była tak okrutna, prowadzona tak wieloma, bezwzględnymi środkami militarnymi (np. przy użyciu gazów bojowych). Nigdy jeszcze żadna nie pochłonęła też tak wielu ofiar. Alfie Summerfield, dziewięcioletni Anglik musi zmierzyć się z jej grozą, widząc jak zmienia się znana mu dotąd i bezpieczna rzeczywistość, jak ogromnie zmieniają się ludzie wokół niego, jak zmienił się jego własny ojciec, straszliwie okaleczony przez wojnę psychicznie.  To książka o miłości rodzinnej, która wszystko przezwycięża, ale i o bezsensie wojny, o czynnym sprzeciwie wobec niej, który przez nielicznych postrzegany jest jako najwyższy wymiar odwagi i bohaterstwa, ale przez jeszcze innych (i tych jest, niestety większość) jako ze wszech miar godne potępienia tchórzostwo.  

   A skąd taki tytuł książki? Otóż wojna pozycyjna polegała wówczas na tym, że zgromadzeni w okopach żołnierze czekając na swoją kolej wzięcia udziału w toczącej się nieopodal walce, tkwili w kolejnych, następujących po sobie rzędach. I tym w dalszych rzędach nakazywano właśnie aby najpierw czekali poniżej na swoją kolej a potem szli przed siebie i walczyli. I gdy tylko jedni pobiegli przed siebie z karabinami i bagnetami, kiedy ledwo co zniknęli we wszechogarniającym kurzu oraz w przerażającym hałasie strzałów, wybuchów i wrogich okrzyków, już do wyjścia z okopu szykowali się następni. I znowu następni. Nieskończona, posłuszna masa ludzka ogarnięta szałem zabijania, przepojona determinacją a przede wszystkim przenikającym każdą komórkę ich ciała i umysłu strachem. Masa istot ludzkich depcząca po innych, poległych wcześniej istotach ludzkich. A w okopach, tych potwornych dołach śmierci wciąż narastał jęk rannych, smród krwi i zgnilizny, pisk wszędobylskich szczurów. Horror i znieczulica.  Koszmar na jawie. Coś, co nigdy nie powinno się zdarzyć, ale się zdarzyło. A gdzieś tam, w zupełnie innym, coraz mniej realnym świecie rodzina, dom, zwyczajne życie i nudna, lecz zarazem dająca poczucie spokoju i bezpieczeństwa codzienność.. Czy da się do tego ot tak wrócić? Czy wojenna krzywda wyrządzona innym i sobie samemu nie położy się cieniem na przyszłym życiu? I czy w ogóle będzie jakieś przyszłe życie…?

 I tu przypomina mi się inna, przeczytana jakiś czas temu książka pt. „Johnny poszedł na wojnę” autorstwa Daltona Trumbo. Rzecz traktująca o żołnierzu amerykańskim tak potwornie okaleczonym fizycznie, że wręcz nie zdolnym do kontaktu z otoczeniem a cały czas przy tym rozumującym logicznie i zmagającym się z wewnętrzną traumą i beznadzieją.  Jest na YT do obejrzenia film nakręcony na podstawie tego utworu. Widać tam bezkształtną, owiniętą w bandaże, pozbawioną kończyn nieszczęsną istotę ludzka, która z powodu zmasakrowanej twarzy nie może mówić, ale może niestety cały czas myśleć i bezgłośnie błagać o kres swego niewyobrażalnego cierpienia, o upragnioną śmierć a nie doczekawszy się tego po raz nie wiadomo który pytać siebie, w imię czego stało się z nią to, co się stało i czy jej ofiara ma jakikolwiek sens? Nikt jej na te pytania nie odpowie. Lekarze i pielęgniarki nie traktują tego ludzkiego strzępu jak człowieka. Omijają go obojętnie. Mają wszak tyle pracy z innymi, rokującymi lepiej rannymi…

    Najpierw pierwsza wojna, potem druga…A teraz za naszymi granicami trzecia, jeszcze lokalna, lecz co do której wciąż istnieją obawy by nie przeistoczyła się w następną światową. Bo mimo kilkudziesięciu lat błogiego spokoju w Europie okazuje się, że w ludziach tkwi nadal to samo ziarno szaleństwa. I z dnia na dzień spokojne, czy nawet nudne życie przekształcić się może w koszmar na jawie. A wszyscy tak bardzo przyzwyczailiśmy się do tego spokoju. Myśleliśmy naiwnie, że będzie trwał wiecznie, że ludzkość osiągnęła już taki poziom rozwoju cywilizacyjnego, że nie grozi nam destrukcyjna wrogość i towarzyszące jej wzajemne wyrzynanie. Ale nie. To się powtarza wciąż i wciąż. I chyba będzie powtarzać, bo natura ludzka się nie zmienia i zawsze znajdzie się powód by rozpalić na nowo świat, by zniszczyć to, co przez lata budowało się w pokoju i ufności, iż to ma sens. Lecz stare sensy rozpadają się nagle i zastępowane są przez nowe. I tylko nam, prostym, zwyczajnym ludziom trudno się z tym pogodzić, pojąć to.

   Takoż i dzieci nie mając  jeszcze życiowego doświadczenia ani wiedzy na wiele spraw patrzą w zupełnie inny sposób, niż dorośli. Wiele z tych spraw nie rozumieją a wobec tego tłumaczą je sobie po swojemu.  Ich spojrzenie na świat jest świeże, szczere, niezmącone jeszcze przymusem poprawności politycznej, bez lęku przed śmiesznością i szyderstwem. Wolno im tak patrzeć. Wolno zadawać naiwne pytania. Pytać o sens takich spraw, o które dorośli dawno już przestali pytać, bo im nie wypada albo po prostu dlatego, iż wiedzą, że nie ma na nie racjonalnej odpowiedzi.

   - Po co w ogóle są wojny?  -  pytają dzieci. Dlaczego ludzie z taką łatwością zabijają innych, zupełnie obcych, lecz przecież takich samych jak oni, ludzi? Dlaczego wszyscy nie zbuntują się przeciw temu zabijaniu i po prostu nie podadzą sobie rąk? Przecież zabijanie jest grzechem. Dlaczego nagle nim być przestaje? Dlaczego namawia się ludzi do zadawania śmierci innym? Czyż życie nie jest najwyższą wartością? Czy nie lepiej żyć z innymi w zgodzie i pokoju?

   „Zawsze niech będzie słońce, zawsze niech będzie niebo, zawsze niech będzie mama, zawsze niech będę ja…” Wszyscy nucili kiedyś tę znaną, rosyjską, dziecięcą piosenkę. Dziś nikt już jej chyba u nas nie nuci, bo po pierwsze jest rosyjska(a dzisiaj wszystko co rosyjskie jest złe) a po drugie zupełnie inne spojrzenie na świat wydaje się dzisiaj obowiązujące. „Chcesz pokoju, szykuj się do wojny” – oznajmiają politycy różnej maści. I wydają miliardy na zbrojenia zadłużając się na lata i wtrącając społeczeństwa w spirale inflacji i biedy. Powołują do wojska kolejnych mężczyzn, bo wciąż mało im świeżego mięsa armatniego. A młodzi ludzie nie chcąc być owym mięsem robią, co tylko mogą by uciec przed tym strasznym obowiązkiem wojennym.  Nie dziwię się wcale Ukraińcom, którzy wyjechali lub starają się wyjechać ze swojego kraju. Nie dziwię się, choć wielu irytuje na naszych ulicach widok tych krzepkich młodzieńców, którzy zamiast walczyć za swoją ojczyznę, bezpiecznie dekują się u nas i miło spędzają czas. A dla nich po prostu najważniejszy jest pokój i spokojne życie. I tak naprawdę nie ma znaczenia, kto rządzi, jaki język słychać na ulicach, w granicach jakiego państwa się znajdują. Nie pociąga ich nacjonalistyczna ani żadna inna ideologia.  A przede wszystkim nie chcą ginąć bezsensownie, nie chcą zabijać Rosjan ani nikogo innego w imię cudzych interesów. Bo przecież niektórzy naprawdę przy okazji robią kokosowe interesy. Politycy i biznesmeni zarabiają na łapówkach, na zbrojeniach, na szemranych transakcjach, na politycznych układach i gierkach.  Zresztą tak samo działo się w czasach pandemii (pamiętacie o handlarzu respiratorami?).

   Ech! Zawsze ktoś wszystko traci a ktoś inny wiele zyskuje w czasach chaosu, zagrożenia i upadku norm moralnych.  Coraz częściej słyszy się o  przerażającym poziomie korupcji na ogarniętej wojną Ukrainie.  Militarna czy finansowa pomoc zachodnich państw wpada tam niczym w dziurawy worek. Wciąż jest jej mało, wciąż są prośby o więcej a w tym samym czasie tamtejsi oligarchowie bogacą się coraz bardziej, spędzają urlopy na prywatnych jachtach, wykupują luksusowe rezydencje w ciepłych krajach, korzystnie inwestują pieniądze w zagranicznych firmach, posyłają swoje dzieci na prywatne, najlepsze uniwersytety itp.

   No tak…A co z żołnierzami przymusowo czy ochotniczo wysłanymi na front? Co z tymi, którzy jednak cały czas walczą i giną, wierząc, iż robią to w słusznej sprawie? Czy są bohaterami czy …naiwnymi głupcami? Nie potrafię sobie odpowiedzieć na to pytanie. Tak samo jak np. nie potrafię jednoznacznie określić, czy godnym podziwu patriotycznym heroizmem, czy wręcz przeciwnie bezsensownym marnowaniem młodego życia było uczestnictwo w Powstaniu Warszawskim albo walka nastolatków w Szarych Szeregach?

   Nie rozumiem i nie chcę rozumieć sensu prowadzenia wojen, sensu zabijania innych ludzi. Przecież, choć mówimy różnymi językami tak naprawdę wszyscy jesteśmy tacy sami. I gdyby wszyscy zwyczajni ludzie na świecie zbuntowali się powiedzieli „Nie!” wszelkiej walce, wszelkiej wojnie, czy nie byłoby lepiej?  Czy nie da się po prostu ze sobą dogadać? Zawrzeć korzystnego dla wszystkich kompromisu? Porzucić broń i zabijanie a potem zbratać się tak, jak niegdyś zbratali się na chwilę francuscy, angielscy i niemieccy żołnierze podczas świąt Bożego Narodzenia  w 1914 roku? No tak, wiem, to bardzo naiwne  i nierealne pragnienie. I tylko dzieci mają jeszcze prawo do takich marzeń, a nawet do wypowiadania ich na głos…Jednak świat cały czas, mimo wszystko jest przecież taki piękny a wszystkie dzieci powinny mieć możność pójść we wrześniu do szkoły. Nawet, gdy bardzo tej szkoły nie lubią…

  I jeszcze na koniec fragment artykułu zamieszczonego w dzisiejszej „Rzeczpospolitej” zatytułowanego. „Miała to być inna wojna, nowoczesna. A jest gorzej niż w czasie I wojny światowej” – „Jeszcze zimą dowódcy skarżyli się na nowych żołnierzy z mobilizacji, że zbyt łatwo wpadają w panikę, i domagali się tych, „co chcą walczyć, a nie tych, co muszą”. Ale ochotników już nie ma, kto chciał się zgłosić do wojska, zrobił to wcześniej. Teraz żołnierze są już tylko z poboru"

  


czwartek, 24 listopada 2022

Zły wilk…

 



   Przestraszyłam się ostatnio. Mocno przestraszyłam…Akurat położyłam się po obiedzie w zaciszu sypialni. Psy wygrzewały się w ogrodzie w przyjaznych promieniach listopadowego słońca. Kot mrucząc rozkosznie właśnie zaczął skwapliwie mościć się na mych piersiach a Cezary siedząc w fotelu obok chrupiąc ze smakiem jabłko poszukiwał w odmętach Internetu jakiegoś filmu do oglądania dla nas. Wtem rozległ się złowróżbny i zbliżający się nie wiadomo skąd huk. Ni z tego ni z owego w nasze zwyczajne, słoneczne popołudnie wdarł się straszliwy, niesłyszany nigdy wcześniej metaliczny, chrzęszcząco - łoskoczący, wszechogarniający dźwięk.  Miało się wrażenie jakby zbliżała się do nas jakaś upiorna a niewidzialna maszyna rodem z horrorów albo filmów science-fiction. Jakby coś zaraz miało spaść na nasze siedlisko. Oboje z mężem zerwaliśmy się na równe nogi i przypadliśmy do okna. Przerażony kot natychmiast schował się pod łóżkiem. Okropny huk umilkł na moment a potem znowu nasilił się. Wreszcie tuż nad naszym domem przemknął superszybki, ponaddźwiękowy myśliwiec. Ledwo co zdołaliśmy dostrzec jego srebrną, przypominającą rekina złowrogą sylwetkę, gdy przeleciawszy nad pobliską wieżą przekaźnikową zniknął tak samo szybko jak się pojawił. Strwożeni i pobladli spojrzeliśmy na siebie nie wiedząc co o tym zdarzeniu myśleć?

 

                              dawno temu sfotografowany na naszym niebie zwyczajny, niegroźny samolot

 - Może trzeba by włączyć wiadomości w TV?  Albo zobaczyć, czy w necie nie piszą o jakimś nowym ataku? – szepnęłam a Cezary wziąwszy pilota zaraz zaczął skakać po kanałach, by zobaczyć, co się dzieje. Ale na szczęście niczego nadzwyczajnego nie znalazł. Wszędzie gadali tylko o korupcyjnych skandalach na mistrzostwach w Katarze, o powtarzających się potyczkach słownych Kaczyńskiego i Tuska, o spodziewanej nowej fali uchodźców, o rosnącej wśród dzieci liczbie przypadków wszawicy, świerzba, krztuśca i świnki a wśród dorosłych Hiv oraz gruźlicy, o zwycięskim pochodzie bohaterskiej armii ukraińskiej oraz o ogromnych stratach amoralnego a do tego opętanego kłamliwą propagandą wojska rosyjskiego, o horrendalnie drogim murze na granicy z Białorusią, o protestach ulicznych i samosądach w Iranie, o coraz liczniejszych kradzieżach i napadach na prywatne mieszkania albo o upadkach licznych przedsiębiorstw i o szalejącej inflacji w Polsce. Tematy jak co dzień. Nuda, panie, nuda i niestety, normalność naszych dziwacznych czasów…Ta konstatacja pozwoliła nam odetchnąć odrobinę. Jednak tylko odrobinę, bo nadal nie rozumieliśmy dlaczego ten huczący samolot bojowy przeleciał tak blisko i tak nisko( mniej niż 300 m nad nami). Dokąd leciał i po co?

 


- Czarek! Idź i zawołaj psy do domu! – zawołałam nieswoim, zduszonym przez emocje głosem łowiąc na ręce spanikowanego kota, który boleśnie wpił się w moje ramiona i spoglądając dzikim wzrokiem w stronę okna najchętniej znowu uciekłby pod łóżko. Zwierzaki najmocniej zawsze reagują na takie niespodziewane, mrożące krew w żyłach hałasy.

   Jeszcze od czasu, gdy w pobliskim lesie ekipy poszukujące gazu ziemnego dokonywały odwiertów wiedziałam, że nasze psy boją się takich huków, że przeraża je byle burza, byle grzmot, więc i teraz na pewno dygoczą ze strachu usiłując dostać się do domu. I ja także poczułam przestrach, choć niby powinnam być już przyzwyczajona do tego typu odgłosów. Przecież wojna na pobliskiej Ukrainie toczy się od prawie roku. I można się spodziewać takich czy innych niepokojących dźwięków a nawet się z nimi oswoić, znieczulić na nie. Wszak człowiek to dziwna istota. Potrafi przywyknąć do wszystkiego. Do najlepszych, ale i do najgorszych warunków. Przywyknąć i …stępieć. Przestać na pewne rzeczy zwracać uwagę. Dostosować się i umościć jak tylko potrafi w tym, co jest. Byleby ocalić odrobinę spokoju a może i szczęścia w duszy. Byleby przeszedł kolejny dzień. Bo życie trwa jak gdyby nigdy nic wraz ze wszystkimi jego rytuałami i obowiązkami, z radościami, troskami, pogodami i niepogodami. Bo instynkt każe przetrwać i cieszyć się każdą zwyczajną chwilą  A w końcu ileż można się przejmować, denerwować czymś na co i tak nie ma się wpływu?

   Człowiek, czyli w tym przypadku ja, ukokosił się w swym domku pod lasem na Pogórzu Dynowskim i wydawało mu się, że znalazł się w najlepszym do życia miejscu. Bo to od miast i cywilizacji daleko, powietrze krystaliczne, błoga cisza, dzika natura wkoło a i przyjaznych sąsiadów nie brak. Tak miało być i trwać wiecznie. Jednak co innego założenia i wyobrażenia a co innego rzeczywistość. Ona ma swoje plany, których następstwami są zazwyczaj trudne do przewidzenia oraz uniknięcia ruchy tektoniczne. I nagle okazuje się, że nie ma nic pewnego. I wszędzie bez ostrzeżenia wedrzeć się może ZMIANA, która powoduje zaburzające spokój zakłócenia nawet w tak wydawałoby się bezpiecznym i oddalonym od świata zakątku.


 

   Pierwszym sygnałem, że także w tej  naszej pogórzańskiej baśni musi pojawić się w końcu zły wilk był właśnie ów wspomniany wyżej ubiegłoroczny najazd ogromnych maszyn wiertniczych usiłujących zlokalizować w okolicy złoża gazu ziemnego. Powtarzające się w obrębie kilku miesięcy przerażające huki i trzęsienia ziemi, które dobywały się z pobliskich lasów, gdzie dokonywano owych poszukiwań umarłego mogłyby obudzić. Drżał kuchenny stół i stojące na nim szklanki. Silne drganie przebiegało po posadzce. Od złowrogiego huczenia zatykały się uszy. Najbardziej jednak owe piekielne hałasy i dygoty przeżywały nasze psy. Nie wiedziały co ze sobą począć, gdzie się schować. Tuliły się do naszych nóg i rąk szukając ochrony i pociechy. A co w tym czasie musiały przeżywać zwierzęta leśne? Wprost trudno sobie wyobrazić. W końcu ku naszej wielkiej uldze gazowi poszukiwacze zwinęli manele i odjechali, pozostawiając po sobie niestety zniszczone drogi leśne, powtykane tu i ówdzie tajemnicze, jaskrawo pomalowane oznaczniki oraz uszkodzoną na wielu obszarach grzybnię ( w zeszłym roku w naszych tak zazwyczaj obfitujących w grzyby lasach właściwie nie sposób znaleźć było jakiegokolwiek grzyba, nawet trujaka).

   Drugim sygnałem, że kolorowa bańka mydlana, w której staramy się żyć pęka i niestety nie daje żadnej ochrony przez światem było rzecz jasna lutowe rozpoczęcie wojny na Ukrainie. Powtarzające się przez kilkanaście tygodni, zarówno nocami jak i dniami, nieprzyjemne warkoty i huki przelatujących nad nami samolotów oraz transportowców nie pozwalały zapomnieć o tym, co dzieje się za pobliską granicą naszego kraju, zaburzały kruche uczucie bezpieczeństwa. Ale w końcu, nie wiedzieć czemu, owe przeloty ustały tak samo nagle jak się pojawiły i znowu kruchy spokój zapanował w naszym ustroniu. I na powrót dało się normalnie pracować w ogrodzie. Cieszyć się zwyczajną, pogórzańską, wielobarwną rzeczywistością. Zapomnieć o uczuciu zagrożenia.

   Jednak parę dni temu raptem w błogą ciszę nocnego odpoczynku wdarł się głośny sygnał telefonu. Cezarego nie obudził, ale ja, która zawsze śpię czujnie niby zając pod miedzą zerwałam się na równe nogi i pobiegłam do kuchni, gdzie zawsze leży na stole nasz telefon. Przecierając zaspane oczy wpatrzyłam się w lśniącą taflę komórki. Okazało się, że pilnej wiadomości od nas dopomina się rodzina z Australii, która dzwoni obawiając się, że blisko nas leży Przewodów, na który spadł zestrzelony przez Ukrainę pocisk. Z ich punktu widzenia bowiem Lubelszczyzna wydaje się być tuż za naszym płotem. Szybko wysłałam na Antypody uspokajającą wiadomość, że u nas cisza i nic złego się nie dzieje. Wróciłam do łózka, ale do rana nie dałam już rady usnąć. Wciąż rozpamiętywałam, co rzeczywiście mogło stać się w owym Przewodowie i do czego owo zdarzenie może doprowadzić…  W ciągu następnych godzin i dni na szczęście okazało się, że choć sytuacja na świecie była bliska rozpętania trzeciej wojny światowej, to jednak o włos udało się jej uniknąć. I znowu nasze tutejsze życie mogło toczyć się zwyczajnie. Zima jak gdyby nigdy nic mogła malować swoje zachwycające, śnieżno-mroźne pejzaże a ja mogłam wybiegać na dwór by utrwalać to zimowe piękno moim aparatem fotograficznym. 


 

   Jednak ten przedwczorajszy, dziwaczny huk rozlegający się alarmująco  na  pogodnym, listopadowym niebie znowu wytrącił mnie z jakże drogocennego poczucia, że jesteśmy zupełnie bezpieczni tu, na naszym podkarpackim, tak na pozór sielskim końcu świata. Coś się niestety wciąż gdzieś toczy i przetacza. Coś się raz bliżej, raz dalej przewala i złowieszczo kotłuje groźnie powarkując i dysząc smrodliwie. Nagle przypomniały mi się apokaliptyczne sceny z Akademii Pana Kleksa. Te, gdzie nocą do pastelowej krainy baśni wkraczają wygłodniałe watahy wilczych monstrów aby niszczyć bajkowy świat, by zostawiać po sobie coraz większe połaci chaosu, pożogi i zgliszczy… W czyim interesie jest ta zgroza, która czarnym cieniem kładzie się na ludzkich sercach i sprawia, iż coraz mniej jest dobrych, beztroskich chwil, coraz mniej stałości a coraz więcej stresu, lęku, nieufności? Dlaczego osobniki w stylu golarza Filipa czy bezdusznych ludzkich robotów, takich jak zrobiona przez Kleksa lalka Adolf mają się coraz lepiej i nic nie zapowiada aby w najbliższej przyszłości jakaś dobra wróżka miała w naszej opowieści zdjąć z nich zły czar i  tym samym przywrócić światu upragniony spokój, normalność i dobro? 


 

  O tym wszystkim rozmyślałam ostatnio czekając na powrót Cezarego do sypialni. Odetchnęłam, gdy psy wreszcie ułożyły się wygodnie na swoich bezpiecznych legowiskach i zapadły w sen, gdy kot znowu zaczął mruczeć cichutko w mych ramionach i gdy Cezary chrupiąc napoczęte wcześniej jabłko wreszcie znalazł jakiś stary western nadający się do naszego wspólnego oglądania. Popatrzyłam na pogodne znowu niebo za oknem i nie dostrzegając na nim niczego podejrzanego przekręciłam się wygodnie na drugi bok. Potem westchnąwszy głęboko i okrywszy się szczelnie kocem starałam się śledzić pogoń za brodatym rewolwerowcem na dzikim zachodzie. Jednak usiłując wciągnąć się w tę opowieść ni stąd ni zowąd zapadłam w drzemkę i o dziwo, nie śnił mi się żaden zły wilk…


 

poniedziałek, 4 kwietnia 2022

„Mamo, tyś płakała” - muzyczne wzruszenie…

 

sanah i Igor Herbut „Mamo tyś płakała” - YouTube

   W powodzi złych zdarzeń, wieści i przeczuć wydaje się, iż coraz mniej już człowieka wzrusza, przejmuje, dotyka. Pozornie jednak. Po prostu po jakimś czasie następuje stępienie, przyzwyczajenie, odseparowanie się od tego, co go niepokoi, odcięcie się od emocji i schowanie ich w sobie. Bo przecież aby nie oszaleć w tym wszystkim i się nie załamać człowiek potrzebuje jakiejś obrony przed bombardującymi go zewsząd zmartwieniami, lękami, wiadomościami. Na większość z nich a właściwie na żadne nie ma wpływu, co samo w sobie jest także przygnębiające. A tymczasem życie biegnie naprzód niepomne na całe zło tego świata. I każdy ma w tym życiu coś do zrobienia. To rzeczy ważne i nieważne zarazem, jeśli weźmie się pod uwagę na jak cienkiej linie zawieszona jest nasza zwyczajna rzeczywistość i jak niewiele potrzeba by to, co jest naszą codziennością prysło niczym bańka mydlana. Jednak gdyby człowiek stale się bał i zamartwiał jego życie przestałoby mieć sens i blask. I równie dobrze zamiast wykonywać swe zwykłe, w jakiejś mierze porządkujące prywatny świat czynności, mógłby już teraz, zaraz skończyć ze wszystkim. Bo po co się dalej męczyć, skoro jest tak źle a wszystko wskazuje na to, że będzie jeszcze gorzej?  Niestety wielu ludzi dochodząc do powyższych wniosków popada w odrętwienie czy depresję a nawet w poczuciu beznadziejności targa się na siebie samego…Inni wybierają świadomie lub nie drogę zobojętnienia, zagłuszenia, bagatelizowania oraz oddalenia się od źródła niepokoju, wycofania w inne rejony dziania i myślenia, bo jeśli chce się nadal istnieć, nie da się stale niczego mocno przeżywać, wciąż tak samo mocno szarpać strun głębokich emocji i nerwów, bo trzeba cenić to, co jest, póki jest.

   I wszystko wydaje się w porządku. Dom, praca, prozaiczne czynności, małe i większe radości, wzruszenia, olśnienia, jakieś troski, rozmowy, plany. Ale to pozorne zobojętnienie, bo gdzieś tam pod spodem ukryte bardzo głęboko nadal żyją i kwilą cichutko zmartwienia o to, co jest i będzie. A ponieważ nie wolno im wystawić głowy na powierzchnię jawy, zatem ukazują się w snach jako dziwne, koszmarne sceny będące pomieszaniem traumatycznych wspomnień, pokoleniowych traum, lęków przed powtórką grozy i bezradności. Bywa też, że owe powstrzymywane emocje wybuchają z byle powodu, zazwyczaj zupełnie nieadekwatnego do sytuacji. W jakiejś kłótni rodzinnej, w sporze o byle co, który przeradza się w istną furię, w silnym drżeniu dłoni, gdy podnosi się szklankę z herbatą, w histerycznym, trudnym do powstrzymania chichocie aż do szlochu…Biedne, ukrywane i przyduszane emocje, którym wystarczy jakiś silny impuls by odezwały się głośniej, by zapłakały jawnie, by zamrożony siłą woli potok czucia znów potoczył się kaskadą…A ta kaskada, choć wstrząsająca całym jestestwem, choć bolesna sama w sobie, to jednak zdaje się też oczyszczająca i wyzwalająca ukryte w człowieku uczucia. Myślę, że czasem trzeba pozwolić sobie na uwolnienie swoich wewnętrznych przeżyć. Koniecznie nawet trzeba. Nie wstydzić się ich i nie spychać w niebyt. Stanąć przed nimi niczym przed lustrem i wejść w nie, choć po tamtej stronie czeka nagi ból…

 

   Piosenka Sanah i Igora Herbuta pt. „Mamo, tyś płakała” mocno coś we mnie dotknęła. Trąciła tę strunę, która starała się milczeć głucho, która myślała, że pękła…A jednak nie. Zadrżała, zabrzmiała i zapłakała głosem bezradnego dziecka, które widzi cierpienie swej matki,  głosem matki, która nie może chronić swego dziecka, głosem ojca, który chce uchronić swych bliskich przed grozą, jednak jego serce ściska gniew i rozpacz i taka sama bezradność.  

   Wszystkie dochody z tej piosenki przeznaczone zostały na pomoc Ukrainie a zwłaszcza ukraińskim dzieciom. „Zapraszam Was do swojego stołu – tym razem nie tylko po to, aby dzielić się muzyką, ale przede wszystkim sercem. Przed Wami utwór „Mamo tyś płakała”, do którego inspiracją była kompozycja S. Moniuszki „Prząśniczka”. Igor, dziękuję Ci, że zechciałeś być jego częścią – napisała Sanah w opisie piosenki.

   Wysłuchałam tego utworu po wielekroć, odkrywając przy okazji, że nie tylko na mnie wywarł on podobne wrażenie. Polacy, Ukraińcy, Szwedzi, Filipińczycy, Amerykanie zareagowali na nią równie mocno. Na YT znaleźć można wiele emocjonalnych komentarzy na jej temat. Tekst i melodia niezwykle trafiają do serca. Trudno też pozostać obojętnym, gdy słyszy się śpiewających w przejmujący sposób Igora Herbuta (z pochodzenia Łemka) oraz pełnej niezwykłej wrażliwości Sanah. Mam wrażenie, że takie jak ten utwory ożywiają w ludziach większe pokłady empatii, współczucia oraz chęci pomocy niż wszystkie wiadomości telewizyjne, szokujące artykuły prasowe, drastyczne zdjęcia z Internetu. Budzą w człowieku człowieka…

Jeśli nie znacie jeszcze tej piosenki, posłuchajcie jej proszę. Wsłuchajcie się w słowa, melodię i w samych siebie. Stańcie przed jej lustrem aby odkryć po drugiej stronie…

 


 

Mamo tyś płakała
Oczy tyś miała
Szerokie,
czy cię znowu skrzywdził ktoś
Oni cios zadali
Ludzie ze stali
Patrzą ci w oczy
Gdy mówisz dość

Otul, otul me oczy jasne
Czekają aż zasnę
Wołaj, wołaj
Wołaj do nieba
Cudu potrzeba

Weź co chcesz
Co, co, co tam chcesz
Wszystko bierz
Bierz, bierz i idź precz
I ten stres
I ten cały stres
Sobie weź
Dosyć już mam łez

Mamo tyś płakała
Oczy tyś miała szerokie,
czy cię znowu skrzywdził ktoś
Oni cios zadali
Ludzie ze stali
Patrzą ci w oczy
Gdy mówisz dość

Jak ja cię obronię
i po czyjej stronie
Stanąć mam dziś
gdy oczu wrogich sto
Krzyk mój to za mało
Zabierz mnie mamo
Gdzieś tam daleko
Daleko stąd

Tęsknię, tęsknię
Za latami
Gdy podpowiadali
Dzisiaj, dzisiaj
Chcę krzyczeć z dala
A głos nie działa

Weź co chcesz
Co, co, co tam chcesz
Wszystko bierz
Bierz, bierz i idź precz
I ten stres
I ten cały stres
Sobie weź
Dosyć już mam łez

Mamo tyś płakała
Oczy tyś miała
Szerokie, czy cię znowu skrzywdził kto
Oni cios zadali
Ludzie ze stali
Patrzą ci w oczy
Gdy mówisz dość

Jak ja cię obronię
i po czyjej stronie
Stanąć mam dziś
gdy oczu wrogich sto
Krzyk mój to za mało
Zabierz mnie mamo
Gdzieś tam daleko
Daleko stąd

 

Poniżej kilka reakcji zagranicznych youtuberów na utwór "Mamo, tyś płakała"


 



Etykiety

Aborygeni absurd afirmacja życia agrest apel apel o pomoc asymilacja Australia autoanaliza bajka bal ballada baśń Beksińscy Bieszczady blackout bliskość blog blogi bór cenzura Cesarzowa Ki Cezary chleb choroba ciastka ciepło cywilizacja czarny bez czarny humor czas czekolada czerwiec człowieczeństwo człowiek czułość Dersu Uzała deszcz dieta dobro dom dorosłość drama drama koreańska drewno droga drzewa trawiaste Dubiecko Dwernik Kamień dwudziestolecie międzywojenne dystopia dzieciństwo dzikie bzy ekologia elektryczność erotyk eutanazja fajka fantazja film flash mob fotografie fotoreportaż glebogryzarka głodówka głód gospodarstwo goście góry Góry Flindersa grass tree grill grudzień grzyby Gwiazdka historia historie wędrujące horror humor humoreska idealizm ideologia II wojna światowa informacja inność inspiracja internet jabłka jabłoń Jacuś Jacuś. gospodarstwo Jacuś. lato jajka Jane Eyre Japonia Jawornik Polski jesień jesień życia kalina Kanada kanały kangury kastracja kiełbasa klimat klimatyzm koala kobieta koguty kolęda kolędy komputer komunikacja konfitury konflikt koniec świata konkurs konstrukcja kosmos koszenie kot koziołek kozy Kraków Kresy kryminał kryzys książka kuchnia kulinaria kury kwiaty kwiecień las lato legenda lektura lęk lipa lipiec lis listopad literatura los ludzie luty łąka maciejka macierzyństwo magia maj malarstwo maliny mantry marzenie maska metafora mgła miasteczko odnalezionych myśli Michael Jackson Mikołaj miłość Misia mit młodość moda mróz mróż muzyka muzyka filmowa nadzieja nalewki nałóg natura niebezpieczeństwo niezapominajki noc nowoczesność Nowy Rok obyczaje ocean odchudzanie odpowiedzialność odrodzenie ogrody ogród ojczyzna opowiadanie opowiastka opowieść Orzeszkowa osa Osiecka owoce pamięć pandemia Panna Róża park pasja patriotyzm pejzaż pierniki pies pieski pieśni pieśń piękno piosenka piosenki pisanie płot początek podróż poezja pogoda Pogórze Dynowskie polityka Polska pomidory pomysł poprawność polityczna porady postęp pożar praca prawda prezent protest protesty przedwiośnie przedzimie przemijanie Przemyśl przepis przetrwanie przetwory przeznaczenie przygoda przyjaźń przyroda psy psychologia ptaki radość rak recenzja refleksja relatywizm remont repatriacja reportaż rezerwat Riverland rodzina rok rośliny rower rozmowa rozrywka rozum róże rymowanka rzeka samopoczucie samotność San sarny sąsiedzi sens życia siano sierpień silna wola siła skróty słodycze słońce słowa słowa piosenki słowianie smutek solidarność South Australia spacer spiżarnia spokój społeczeństwo spontaniczność spotkanie stado Star starość strych susza susza. upał szadź szczerość szczęście szerszeń śmiech śmierć śnieg śpiew środowisko świat światło świeta święta świt tajemnica tekst piosenki teksty piosenek tęsknota toaleta tragikomedia trauma troska truskawki uczucia Ukraina upał urodziny uśmiech warzywnik wędrówka wędrówki węgiel wiadomości wiadomość wiatr wierność wiersz wierszyk wieś wieża wigilia Wilsons Promontory wino wiosna wiosnaekologia wirus woda wojna wolność Wołyń wrażliwość wrotycz wrzesień wschód słońca wspomnienia wspomnienie współczesność Wszechświat wybory wychowanie wycieczka wygląd wypadki wypalanie traw wzruszenie zabawa zabawa blogowa zachód słońca zapasy zaproszenie zbiory zdjęcia zdrowie zielarstwo zielononóżki zielononóżki kuropatwiane zima zioła zmiany zupa Zuzia zwierzęta zwyczaje żałoba żart życie życzenia Żydzi żywokost