Pokazywanie postów oznaczonych etykietą koala. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą koala. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 25 kwietnia 2017

Spotkania z misiami koala...





   W związku z poprzednim tekstem o Australii zostałam zapytana przez Maksiuputkową o misie koala i obiecałam, że napiszę o nich kolejny tekst. Cezary wyszukał w naszym komputerowym archiwum mnóstwo zdjęć koali i na ich podstawie zaczęliśmy sobie przypominać najciekawsze nasze spotkania z tymi słodko wyglądającymi torbaczami. 


   Wcale nie tak łatwo jest je zobaczyć w naturze, bowiem stworzenia te prowadzą raczej nocny tryb życia(potrafią w ciągu doby przespać nawet 20 godzin!) a resztę czasu przeznaczają na poszukiwanie najsmaczniejszych liści eukaliptusa i na ich łakome pożeranie (koale potrafią zjeść dziennie nawet do kilograma tych specjałów). To niezbyt duże zwierzaki. Osiągają najwyżej do osiemdziesięciu cm długości a ważą do piętnastu kilogramów. Zazwyczaj preferują samotny tryb życia, dlatego ciężko dostrzec na raz kilka tych osobników, no chyba że jest się w zoo albo rezerwacie, gdzie na małej przestrzeni przebywa ich więcej.


   Koale żyją tylko na wschodnim wybrzeżu Australii, w stanach: Queensland, News South Wales i w Victorii. Pierwszy raz zobaczyłam na żywo te miśkopodobne futrzaki na Phillip Island – wyspie leżącej ok. 140 km od stolicy Victorii, Melbourne. Mieści się tam park dzikiej natury, który zwiedzać można przez wiele godzin oglądając w naturalnym środowisku żyjące na wolności koale, walabie, oposy i kolczatki. Niestety, jak dla mnie, stanowczo za dużo było w tym parku ludzi. Spacerowanie w rozgadanym tłumie i gromadne wypatrywanie między gęstymi liśćmi eukaliptusów szarych figurek koali było dość frustrujące. Nie dało się skupić na samych koalach, bo wszyscy tam chcieli sobie z nimi pstrykać zdjęcia i śmiejąc się oraz nawołując głośno przepychali się ku upatrzonym drzewom, na których tkwiły znudzone i senne misie za nic mające zafascynowane ich widokiem hałaśliwe, dwunożne stworzenia biegające w dole. Takoż i my z Cezarym przecisnąwszy się przez ciżbę ludzką sfotografowaliśmy kilka tych nieruchawych osobników a na koniec uwieczniliśmy mnie w objęciach wielkiej figury koali tkwiącej przy wejściu do parku. Niezbyt byłam wówczas usatysfakcjonowana tym pierwszym spotkaniem z koalami. Łaknęłam zobaczenia ich w prawdziwym, dzikim buszu, w naturalnym środowisku, z dala od tłumu turystów i ich natrętnych fleszy. 





   Wkrótce potem udało mi się wypatrzeć jednego jedynego koalę w Point Leo, miejscowości leżącej na półwyspie Mornington, gdzie bywaliśmy dość często i za każdym razem udawało się nam zobaczyć coś ciekawego. A to prześliczne, wielobarwne muszle, a to młodziutką fokę na skale, a to rzadkie gatunki ptaków a to piękny zachód słońca. Koala żył tam absolutnie w pojedynkę. Siedział zawsze nieruchomo na jednym z kilku wielkich eukaliptusów.  Ilekroć go spotykałam zawsze współczułam mu, że tak nudny i samotny żywot wiedzie. Ale może było mu tak zupełnie dobrze? Był przecież niepodzielnym władcą niezbyt gęstego w tamtej okolicy eukaliptusowego buszu. Nie niepokojonym przez swych pobratymców. Skupionym wyłącznie na tym, co sprawiało mu największą przyjemność – czyli na spaniu i jedzeniu. Ot, taki był z niego pogodzony z losem pustelnik, spoglądający na zabiegany ludzki świat z jakże spokojnym dystansem a może nawet i ironią…?





   Większą ilość tych wspaniałych torbaczy mogliśmy spotkać, gdy podróżując Great Ocean Road i zwiedzając przyległe do niej miejscowości wędrowaliśmy po porośniętych bujnie wieloma gatunkami eukaliptusów górach Otway, w których w tamtym czasie żyło tysiące tych unikalnych zwierząt. Wystarczyło wejść głębiej w busz i zobaczyć je przytulone do pni eukaliptusów albo wędrujące powoli wysoko w gęstwinie liści. Niektóre trwały w koronach drzew uczepione gałęzi. Inne wspinały się tuż nad nami. A jeden z koali ni stąd ni zowąd tuż przy nas przebiegł szybko po ziemi i zanim zdążyliśmy zrobić mu zdjęcie wlazł na najbliżej rosnący eukaliptus i olewając nas zupełnie siknął tak mocnym strumieniem moczu, że musieliśmy się szybko odsunąć by nie zostać spryskanymi tym bardzo wyraziście pachnącym płynem! Potem stojąc w bezpiecznej odległości długo przypatrywaliśmy się tym nieprzytomnie spoglądającym na nas torbaczom. Naczytałam się wcześniej o nich sporo i wiedziałam, że liście eukaliptusów, którymi żywią się te zwierzątka nie dość, iż są ciężko strawne, to na dodatek mocno toksyczne a także wywołujące u nich stany omalże narkotyczne. Właśnie dlatego były one stale śpiące i lekko otumanione. Gdzieś wysoko, wysoko, ledwie z dołu widoczna tkwiła na drzewie koala - matka z przyczepionym do jej grzbietu dzieciątkiem. Ciąża koali trwa około miesiąca. Misie rodzą się maleńkie (ważą do kilku gramów), ślepe i nieowłosione i przez sześć miesięcy przebywają bezpiecznie w torbie swej rodzicielki. W tym czasie żywią się jej mlekiem oraz częściowo przetrawionym pokarmem z jej jelita. Żałowałam, że nie udało nam się  zobaczyć z bliska matki z dzieckiem i zrobić tej słodkiej parze zdjęcie, ale rozumiałam dobrze, że matczyny instynkt każe jej się trzymać z dala od ludzi i że będzie się tak troszczyć o swe maleństwo prawie przez dwa lata, do czasu aż stanie się ono tak duże jak ona sama i opuści ją by odbyć krótki okres godowy a potem żyć tak, jak reszta osobników jego gatunku – samotnie, nieruchawo i sennie. Zadowolić się więc wówczas musieliśmy widokiem kilku przytulonych do gałęzi dorosłych osobników i w ciszy kontemplować ich spokojny, senny świat.


   I tutaj dygresja, przed którą nie mogę się wzdragać, gdyż to, o czym teraz opowiem mocno mnie obchodzi. W 2015 roku władze stanu Victoria w tajemnicy przed Australijczykami zdecydowały się zabić prawie 700 sztuk koali z gór Otway. Uczyniły to podobno w trosce o los tych zwierząt, które tak bardzo rozmnożyły się w tamtym rejonie, że pożarły większość nadających się do jedzenia eukaliptusów i masowo zaczęły padać na skutek głodowej śmierci. Koale zostały przeniesione w tamte strony w latach osiemdziesiątych dwudziestego wieku i mając świetne do życia warunki rozmnożyły się ponad miarę. Na jeden hektar powinna przypadać jedna sztuka, natomiast w górach Otway na jednym hektarze zamieszkiwało kilkanaście koali, którym już po dwudziestu latach zaczęło brakować żywności. Właściciel znajdującego się w tamtym rejonie campingu opowiadał, że codziennie znajdował w okolicy mnóstwo wychudzonych, martwych koali leżących pokotem u stóp objedzonych doszczętnie drzew. W buszu unosiła się ciężka do wytrzymania woń rozkładających się w upale ciał padłych misiów. Dlatego właśnie odpowiedzialny za środowisko naturalne resort podjął decyzję o ich odstrzale. A z obawy przed reakcją opinii społecznej fakt ten przez jakiś czas władze ukrywały. I nie dziwota! Wszak koale i kangury są symbolem narodowym Australii. Naturalnie występują tylko w tej krainie a ponieważ do połowy lat dwudziestych ubiegłego wieku masowo na nie polowano ich ilość drastycznie się zmniejszyła i w wielu parkach znajdują się pod całkowitą ochroną. Władze tłumaczyły się, że zabito je dla ich dobra, że nie dało się ich nigdzie przenieść, bo niewiele jest już w Australii miejsc, gdzie masowo rośnie ulubiony przez koale gatunek eukaliptusów, manna gum. Ponadto ewentualne przenosiny wiązałyby się z ogromnym stresem dla tych zwierząt, którego większość i tak by nie przeżyła…
   I to tyle dygresji. Przykro mi tylko, gdy pomyślę, że ten rozbrykany koala – zwany przez nas sympatycznie sikunem mościckim najprawdopodobniej też nie przetrwał. A może jednak zaszył się gdzieś w dzikszych partiach gór i tam daje radę żyć spokojnie, płodząc kolejnych potomków i śniąc swe tajemnicze, na poły narkotyczne sny…?











   Kolejne, tym razem dłuższe i pogodniejsze nasze spotkanie z koalami miało miejsce na Raymond Island (zwanej także wyspą koali) położonej na jednym z jezior Gippslandu w miejscowości Paynesville, w leżącej około 300 km od Melbourne, stolicy stanu Victoria. Kursujący tam prom przewiózł wówczas nas i naszego wiernego jeepa na porośniętą gęsto eukaliptusami wysepkę zamieszkałą przez setki koali, kangurów i kukubar. Miało się wrażenie, iż to wyspa bezludna ponieważ nielicznie pobudowane tam domy mieszkalne były tak dobrze wtopione w roślinność, iż omal zupełnie w niej ukryte, co sprawiało, iż bytujące tam zwierzęta czuły się zapewne swobodnie i naturalnie. Jeżdżąc po wijących się w buszu pełnych kurzu niteczkach dróg mogliśmy podziwiać koale w przyjaznym środowisku i fotografować wszystko do woli. A że było wówczas bardzo gorąco po kilku godzinach takiego zwiedzania kompletnie zmęczeni i zakurzeni z radością odkryliśmy zupełnie bezludną, białą plażę, gdzie zdjąwszy buty z przyjemnością pochodziliśmy po chłodnych wodach przejrzystego jeziora a potem siedząc w drogocennym cieniu i racząc się przezornie zabraną ze sobą wodą mineralną nasłuchiwaliśmy kojącego szumu fal oraz śmiesznych pokrzykiwań kukubar i ostro brzmiących nawoływań panów koali, którzy przeżywali wtedy widocznie fazę intensywnych godów.















   Oj, dobrze było nam tak siedzieć i nigdzie się nie spieszyć. Mieliśmy wrażenie, iż znajdujemy się w jakimś ziemskim raju i wcale nie chciało się nam stamtąd odjeżdżać…Mamy nadzieję, że widziane tam przez nas koale nadal żyją sobie syte i spokojne a wielkie eukaliptusy rosnące na wyspie Raymond zapewniają im wszystko, co tylko tym niezwykłym zwierzętom do szczęścia jest potrzebne…
  
  


  



Etykiety

Aborygeni absurd afirmacja życia agrest apel apel o pomoc asymilacja Australia autoanaliza bajka bal ballada baśń Beksińscy Bieszczady blackout bliskość blog blogi bór cenzura Cesarzowa Ki Cezary chleb choroba ciastka ciepło cywilizacja czarny bez czarny humor czas czekolada czerwiec człowieczeństwo człowiek czułość Dersu Uzała deszcz dieta dobro dom dorosłość drama drama koreańska drewno droga drzewa trawiaste Dubiecko Dwernik Kamień dwudziestolecie międzywojenne dystopia dzieciństwo dzikie bzy ekologia elektryczność erotyk eutanazja fajka fantazja film flash mob fotografie fotoreportaż glebogryzarka głodówka głód gospodarstwo goście góry Góry Flindersa grass tree grill grudzień grzyby Gwiazdka historia historie wędrujące horror humor humoreska idealizm ideologia II wojna światowa informacja inność inspiracja internet jabłka jabłoń Jacuś Jacuś. gospodarstwo Jacuś. lato jajka Jane Eyre Japonia Jawornik Polski jesień jesień życia kalina Kanada kanały kangury kastracja kiełbasa klimat klimatyzm koala kobieta koguty kolęda kolędy komputer komunikacja konfitury konflikt koniec świata konkurs konstrukcja kosmos koszenie kot koziołek kozy Kraków Kresy kryminał kryzys książka kuchnia kulinaria kury kwiaty kwiecień las lato legenda lektura lęk lipa lipiec lis listopad literatura los ludzie luty łąka maciejka macierzyństwo magia maj malarstwo maliny mantry marzenie maska metafora mgła miasteczko odnalezionych myśli Michael Jackson Mikołaj miłość Misia mit młodość moda mróz mróż muzyka muzyka filmowa nadzieja nalewki nałóg natura niebezpieczeństwo niezapominajki noc nowoczesność Nowy Rok obyczaje ocean odchudzanie odpowiedzialność odrodzenie ogrody ogród ojczyzna opowiadanie opowiastka opowieść Orzeszkowa osa Osiecka owoce pamięć pandemia Panna Róża park pasja patriotyzm pejzaż pierniki pies pieski pieśni pieśń piękno piosenka piosenki pisanie płot początek podróż poezja pogoda Pogórze Dynowskie polityka Polska pomidory pomysł poprawność polityczna porady postęp pożar praca prawda prezent protest protesty przedwiośnie przedzimie przemijanie Przemyśl przepis przetrwanie przetwory przeznaczenie przygoda przyjaźń przyroda psy psychologia ptaki radość rak recenzja refleksja relatywizm remont repatriacja reportaż rezerwat Riverland rodzina rok rośliny rower rozmowa rozrywka rozum róże rymowanka rzeka samopoczucie samotność San sarny sąsiedzi sens życia siano sierpień silna wola siła skróty słodycze słońce słowa słowa piosenki słowianie smutek solidarność South Australia spacer spiżarnia spokój społeczeństwo spontaniczność spotkanie stado Star starość strych susza susza. upał szadź szczerość szczęście szerszeń śmiech śmierć śnieg śpiew środowisko świat światło świeta święta świt tajemnica tekst piosenki teksty piosenek tęsknota toaleta tragikomedia trauma troska truskawki uczucia Ukraina upał urodziny uśmiech warzywnik wędrówka wędrówki węgiel wiadomości wiadomość wiatr wierność wiersz wierszyk wieś wieża wigilia Wilsons Promontory wino wiosna wiosnaekologia wirus woda wojna wolność Wołyń wrażliwość wrotycz wrzesień wschód słońca wspomnienia wspomnienie współczesność Wszechświat wybory wychowanie wycieczka wygląd wypadki wypalanie traw wzruszenie zabawa zabawa blogowa zachód słońca zapasy zaproszenie zbiory zdjęcia zdrowie zielarstwo zielononóżki zielononóżki kuropatwiane zima zioła zmiany zupa Zuzia zwierzęta zwyczaje żałoba żart życie życzenia Żydzi żywokost