Cezary pisze
Czwartkowe popołudnie, spokój i zastała cisza. Nagle pośród traw obrzeżnych na nieutwardzonej drodze pojawia się czerwony samochód straży pożarnej z pobliskiej wioski. Zatrzymali się za naszym płotem, wbili kołek w ziemię i czerwoną taśmę przewiązali pomiędzy nim a naszym płotem zagradzając drogę do lasu.
Pytam – chłopy, o co chodzi? Facet udający strażaka z determinacją w głosie zapowiedział - my tu panie zagradzamy drogi, bo jutro będzie tu rajd, a właściwie test rajdowy!
Czwartkowe popołudnie, spokój i zastała cisza. Nagle pośród traw obrzeżnych na nieutwardzonej drodze pojawia się czerwony samochód straży pożarnej z pobliskiej wioski. Zatrzymali się za naszym płotem, wbili kołek w ziemię i czerwoną taśmę przewiązali pomiędzy nim a naszym płotem zagradzając drogę do lasu.
Pytam – chłopy, o co chodzi? Facet udający strażaka z determinacją w głosie zapowiedział - my tu panie zagradzamy drogi, bo jutro będzie tu rajd, a właściwie test rajdowy!
Uczone stwierdzenie
zamurowało mnie dogłębnie. Może i ja zrobię sobie test? Najlepiej na parodię
Cezarego. Panie, przecież moja chałupa to jest 3 m od drogi i ja protestuję.
Mówię im, że na drodze pełno kamieni i gwoździ i niejeden przy szybkości 30 km
złapał flaka. A ci będą jeździć z szybkością ponad 120 km/h i co wtedy może się
stać? Potrzeba odrobinę wyobraźni. Wtedy cwany strażak do mnie, że to ja będę
odpowiadał za wszystkie gwoździe na drodze. Pomyślałem, tu się zatrzymam, bo z
tego typu sposobem myślenia nie wygram, a nic nie miałem pod ręką.
I rzeczywiście 13 tego w piątek punktualnie o 12-tej zjawili się chłopcy w komplecie, a nawet zamówili karetkę pogotowia, ponoć prywatną. I po chwili rozpoczęła się szalona jazda i głośna, na przynajmniej 180 decybeli. Dodam, że duża ciężarówka daje hałas nie większy niż 120 decybeli. Dla niezorientowanych, decybel jest jednostką głośności. Okna trzęsły się w posadach, co chwilę jakiś kamyk uderzał w okno lub mur domu. Psy podniecone szybkością przemieszczającego się obiektu biegały wzdłuż płotu, co spowodowało łamanie kwiatków i roślinek, które dopiero, co ukazały się światu. Droga rozjeżdżana na znaczną głębokość pokryła się kamienno-błotnistą mazią. Dobrze, że miałem na sobie niezawodne gumo filce. Tego dnia kury nie zniosły jajek, kozy przysypały się ściółką i wszystkie kwiaty drzew owocowych na znak protestu opadły solidarnie na ziemię. No czegoś takiego nie było tu od zarania albo jeszcze dłużej. Zapomniałem o wodzie z sadzawki, która wsiąkła pokazując obrośnięte kamienie. Tylko nasz odstojnik z odchodami za budynkiem gospodarczym wylał obficie. Same cuda działy się tego piątkowego trzynastego. Auta śmigały na zmianę robiąc coraz większe bruzdy, kolejki zatrzymanych samochodów wydłużały się, a kierowcy rajdowi pożal się Panie, osiągali coraz lepsze wyniki. Przynajmniej tak przypuszczam.
Tymczasem Cezary uzbrojony w aparat i kamerę czaił się za Jaworową lipą mając nadzieję, że w razie, czego lipa zwali się nie w jego stronę, bo zwali się na pewno. Zdjęcie za zdjęciem, film za filmem i tak minęło parę godzin na wątpliwych przyjemnościach. Ryk aut, które z niesamowitym hałasem tarły spodnią osłoną silnika o umęczoną drogę zagłuszył wszelkie dolegliwości, w tym jelita cienkiego. Grube też pomrukiwało miarowo, obiecując erupcję na skale światową i postępujące tsunami grożące zalaniem Podkarpacia.
I rzeczywiście 13 tego w piątek punktualnie o 12-tej zjawili się chłopcy w komplecie, a nawet zamówili karetkę pogotowia, ponoć prywatną. I po chwili rozpoczęła się szalona jazda i głośna, na przynajmniej 180 decybeli. Dodam, że duża ciężarówka daje hałas nie większy niż 120 decybeli. Dla niezorientowanych, decybel jest jednostką głośności. Okna trzęsły się w posadach, co chwilę jakiś kamyk uderzał w okno lub mur domu. Psy podniecone szybkością przemieszczającego się obiektu biegały wzdłuż płotu, co spowodowało łamanie kwiatków i roślinek, które dopiero, co ukazały się światu. Droga rozjeżdżana na znaczną głębokość pokryła się kamienno-błotnistą mazią. Dobrze, że miałem na sobie niezawodne gumo filce. Tego dnia kury nie zniosły jajek, kozy przysypały się ściółką i wszystkie kwiaty drzew owocowych na znak protestu opadły solidarnie na ziemię. No czegoś takiego nie było tu od zarania albo jeszcze dłużej. Zapomniałem o wodzie z sadzawki, która wsiąkła pokazując obrośnięte kamienie. Tylko nasz odstojnik z odchodami za budynkiem gospodarczym wylał obficie. Same cuda działy się tego piątkowego trzynastego. Auta śmigały na zmianę robiąc coraz większe bruzdy, kolejki zatrzymanych samochodów wydłużały się, a kierowcy rajdowi pożal się Panie, osiągali coraz lepsze wyniki. Przynajmniej tak przypuszczam.
Tymczasem Cezary uzbrojony w aparat i kamerę czaił się za Jaworową lipą mając nadzieję, że w razie, czego lipa zwali się nie w jego stronę, bo zwali się na pewno. Zdjęcie za zdjęciem, film za filmem i tak minęło parę godzin na wątpliwych przyjemnościach. Ryk aut, które z niesamowitym hałasem tarły spodnią osłoną silnika o umęczoną drogę zagłuszył wszelkie dolegliwości, w tym jelita cienkiego. Grube też pomrukiwało miarowo, obiecując erupcję na skale światową i postępujące tsunami grożące zalaniem Podkarpacia.
Tego już było za
wiele. W zebranym gronie zainteresowanych stron poziom dyskusji raczej się
obniżał za to poziom głośności raczej wzrastał. Obrońcy „rajdu” strzelali z
grubych armat, do czego to oni mają prawo, a skromni obrońcy swoich skromnych
posiadłości punktowali atakujących. To trochę, jak na Sali sejmowej…, ja tam
jestem za… niech czytający robi zakłady!
I wreszcie Wasyl
zawyrokował - Pokażcie nam zezwolenie na organizowanie tej imprezy!
Mieli je w foliowej koszulce, by zabezpieczyć przed zamoknięciem,
a jak! Teraz jesteśmy w posiadaniu zdjęcia pozwolenia podpisanego przez kogoś z
upoważnienia Wójta. Skąd my to znamy? A zezwolenia z policji to już nie mieli. Organizatorzy
zadzwonili po policję. Przyjechali. Kategorycznie powiedzieli, że nic o tym nie
wiedzą i nie wydali zgody na przeprowadzenie tej imprezy. W piśmie z Gminy
stoi, jak byk, że ta zgoda stanowi załącznik dla policji. Czyli słowo „policja”
figuruje w powyższym piśmie i służy do zastraszenia ludzi nie do końca
rozumiejących słowo pisane.
Odpowiedź z Gminy
zawiera zgodę na przeprowadzenie testów zawieszenia. Co to znaczy? Co pierwsze,
rozjechanie drogi na amen czy rozczłonkowanie zawieszenia? Zawieszenie wytrzymało, a droga w opłakanym
stanie pozostanie, bo funduszy brak. W imię wątpliwej jakości sportowców, który
patrzą tylko na własną kieszeń cała wieś ucierpi. Dobrze, że czyny społeczne to
przeżytek, bo następnego roku z okazji Pierwszego Maja trza by było drogę
rychtować. Jednak kapitalizm ma swoje zalety. Dopiero teraz to widać. Nawet w
PRL uzyskanie takiej zgody graniczyłoby z cudem jasnogórskim. Ludzie i
urzędnicy mniej kłamali, a może brali odpowiedzialność za słowa i czyny.
A przecież są
miejsca i drogi, gdzie nikomu i niczym takie testy zawieszenia nie zagrażają.
Zastanawiająca jest siła, z jaką wprowadza się tego typu imprezy, bezczelnie
bez odpowiednich zabezpieczeń i „na słowo”, że wszystko będzie dobrze. Auto
jadące z szybkością ponad 120 km/h przeleci przez płot i przez mur domu a
przynajmniej okno balkonowe i wyląduje w niedokończonej ubikacji. I co? Kto uruchomi
spłuczkę? No, kto? Przecież wszyscy wiemy, w jakim trybie toczą się sprawy
sądowe, a ci, którzy mają cokolwiek wypłacić wolą wydać te pieniądze na
prawników. Samo życie w „państwie prawa”, jeszcze nie do końca zreformowanego.
Policja zdecydowała,
że „test” zostaje przerwany i pojechała. Po pół godzinie jazda była
kontynuowana jakby nigdy nic. Strażacy nie są uprawnieni do zabezpieczania tego
typu imprez. Wyrażenie zgody przez policję jest jednoznaczne z zabezpieczeniem
imprezy fachowo i bezpiecznie. W naszym miasteczku jest czterech
policjantów(plus minus jeden), czyli ćwiartka policjanta na każde rozwidlenie
dróg. Jak widać nie ma możliwości przeprowadzania tego typu imprez na Pogórzu Dynowskim.
Rozumiem, że nie mam posłuchu u naszych psiaków, ale żeby słowo policji nic nie znaczyło i organizatorzy imprezy mieli to w czterech literach?! Acha, policjantów było dwóch, to może w ośmiu.
Prawo buszu zapanowało na podkarpackich drogach. Jestem za wprowadzeniem nowego znaku – słabi chodzą poboczem.
Rozumiem, że nie mam posłuchu u naszych psiaków, ale żeby słowo policji nic nie znaczyło i organizatorzy imprezy mieli to w czterech literach?! Acha, policjantów było dwóch, to może w ośmiu.
Prawo buszu zapanowało na podkarpackich drogach. Jestem za wprowadzeniem nowego znaku – słabi chodzą poboczem.
Może i inaczej bym zareagował na to wszystko, ale proszę sobie wyobrazić, że mieszkańcy graniczących wsi nie otrzymali zawiadomienia czy ostrzeżenia o planowanej imprezie. Absolutnie nic, a nic. Podobno ksiądz ogłaszał z ambony… a my właśnie mieliśmy w tym czasie ważne prace polowe czy jakieś tam. Popatrzyłem na Olgę z wyrzutem - a może byśmy tak, jednak…? Ważne informacje są nie z urzędu, nie z Internetu, a z ambony. Takie czasy.