Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lipa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lipa. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 19 maja 2024

Szaleństwo wiatru…

 


   Oj, chyba zezłościł się na mnie wiatr, że tak lekceważąco napisałam ostatnio o jego sile, a właściwie o jej braku w przypadku zaginionej, różowej miski. Zirytowany moim niezamierzonym wszak szyderstwem postanowił pokazać na co naprawdę go stać. Udowodnić, że w jego mocy jest nie tylko zabawa liśćmi, trawami i dmuchawcami czy też tak marnym przedmiotem jak miska, ale i większym niż nasz dom. A jak to było? O tym właśnie traktuje poniższa opowieść.

   Wiać zaczęło mocno już w czwartek. Przeginało gałęzie, konary drzew i kwiaty łubinów we wszystkie strony. Targało i nami. Zabierało nam raz po raz czapki z daszkiem. Przeczesywało futra psów. Miotało parasolem przeciwsłonecznym i stojącym pod nim lekkim stolikiem. Rozsypywało wszędzie trociny zalegające na podwórzu. Przez to nie dało się długo w ogrodzie wytrzymać. Człowiek miał wrażenie, że dech mu zapiera a wpadający do oczu i nosa kurz utrudnia widzenie i oddychanie. Po tym wietrznym dniu z ulgą udaliśmy się na nocny spoczynek, choć i on był przerywany szczekaniem psów na dworze, łoskotem blach na dachu i dzikim poszumem wichury dobiegającym zza okna.

                                          * gałęziasto


   Około piątej rano Cezary umęczony codzienną pracą przy cięciu drewna oraz nieomal bezsenną nocą z głuchym jękiem podniósł się z łóżka i poczłapał do kuchni. Ja natomiast westchnąwszy głęboko przewróciłam się na drugi bok mając nadzieję podrzemać jeszcze trochę zanim kolejny dzień porwie mnie znowu w kołowrotek swojego nieustępliwego dziania. I już owładnęła mną fala porannego, dziwacznego śnienia. Już wzbijałam się w powietrze i niby motyl szybować zaczynałam ponad meblami sypialni, gdy wtem ze świata jawy dobiegło mnie niepokojące nawoływanie męża:

- Ola! Chodź tutaj szybko. Musisz coś zobaczyć!

- Co tam znowu? – sapnęłam pod nosem.

-  Czemu nie dają człowiekowi pospać? Pewnie jakieś tam z igły widły a ja tu fruwać właśnie miałam! – jęknęłam półprzytomnie. Jednak ponaglona dziwnym tonem głosu Cezarego niechętnie wstałam i podreptałam do kuchni.



  Tam moim oczom przedstawił się kompletnie odmieniony a przy tym niepojęty i fantastyczny, choć w pewien sposób piękny widok. Otóż znany od czternastu lat pejzaż za kuchennym oknem przedstawiał się tego ranka zgoła inaczej. Większość trawnika przed domem pokrywała jakaś ogromna i bujna zieloność. Tajemnicza gęstwina liści wyrosła widocznie tej właśnie nocy. Targał nią z całej siły wicher tak, że wydawało się, iż to wzburzone, szmaragdowe morze owładnięte groźnym sztormem. Z trudem dostrzegłam tuż za owym morzem fragment naszego srebrzystego autka, co to niby bezbronny jacht prawie zupełnie przez ową groźną zieleń był okryty.



- Co to jest? – szepnęłam zastanawiając się, czy to się dzieje na jawie, czy może jeszcze śpię.

- To nasza stareńka lipa się złamała! – odrzekł zmartwiony Cezary po czym ubrał się pośpiesznie i wyszedł z domu żeby oszacować rozmiary zniszczeń. Ja włączyłam czajnik żeby zagotować wody na kawę a potem wdziawszy na siebie ciepłe ciuchy pobiegłam za mężem.

   Złamał się ogromny konar lipy zwieszający się dotąd nad naszym podwórkiem i samochodem. A bujne listowie wraz z licznymi gałęziami zajmowało dużą połać podwórka. Lipa wprawdzie już kilka razy w przeszłości gubiła gałęzie, ale nigdy jeszcze tak wielkie jak teraz. Przed kilkunastoma laty musieliśmy poprosić gminę o sprowadzenie do nas ekipy drwali ze specjalnym wysokościowym wysięgnikiem. Podcięli wówczas lipę dość drastycznie, ale wbrew naszym obawom nie zaszkodziło to jej a chyba wręcz pomogło. Wiekowe, bo prawie trzystuletnie drzewo wypuściło mnóstwo drobnych gałązek, które w krótkim czasie wzmocniły się, zgrubiały i okryły bogactwem liści. W ubiegłym roku natomiast Cezary zauważywszy, iż jedno z ramion lipy spróchniało przystawił do niej naszą najwyższą drabinę i wlazłszy na samiuteńki jej szczyt z trudem ściął owo ramię.

   Wydawało się, iż od tamtej pory nasza lipa miała się całkiem nieźle. Co więcej, właśnie okryła się zielonymi pąkami i lata chwila miała bujnie zakwitnąć. Już się cieszyłam na to kwitnienie, na wspaniałe aromaty unoszące się wówczas dookoła, na buczenie uszczęśliwionych owym kwieciem os, trzmieli i pszczół. A tu bach! Wielki konar złamał się niby zapałka. A pozostałe dwa konary też wyglądały podejrzanie.




   Nie było rady i brać się musieliśmy z mężem za uprzątanie tych wszystkich liści i gałęzi. Najważniejsze było uwolnienie spod nich samochodu i oszacowanie ewentualnych uszkodzeń. Po kilkunastu minutach intensywnej pracy udało się odsłonić tylną maskę auta i odjechać nim w  inne miejsce podwórka. Okazało się, że nic mu się nie stało! Impet uderzenia konaru oparł się tuż za autem a pomniejsze, silnie ulistnione gałęzie opadły na bagażnik i dach, okrywając go miękką, zieloną falą, ale nijakiej szkody przy tym nie czyniąc.

- To ten wiatr! – wyszeptałam – On chciał nam w ten sposób dać do zrozumienia, ze nie powinniśmy go lekceważyć, ale nie miał zamiaru nikogo ani niczego krzywdzić! – orzekłam i uniósłszy wysoko głowę, przekrzykując poświsty nadal nieustępliwie wiejącego wichru pełna wdzięczności i respektu zawołałam ile sił w gardle:

- Dzięki ci wietrze!

  On zaś chyba usłyszał moje zawołanie, bo na chwilę uspokoił się  a potem figlarnie zdmuchnął obojgu nam z Cezarym czapki z głów i rozczochrał czupryny, upodobniając je do spłowiałych, suchych traw.



    Potem mimo mało nieustających, wyszukanych figli upartego wietrzyska cięliśmy piłami gałęzie i konary. Wynosiliśmy na bok cieńsze gałęzie z liśćmi. Tworzyły się z nich ogromne stosy czekające na zmielenie w maszynie do robienia zrębków. Wywoziliśmy taczkami pocięte, grubsze drewno pod wiatę oraz na miejsce, gdzie czekać będzie na połupanie. Takie majowe, lipowe drewno jest bardzo mokre a przy tym mało kaloryczne, dlatego nie będzie z niego pożytku przy paleniu. Może za jakiś czas nadałoby się do rzeźbienia, ale nasz znajomy rzeźbiarz nie ma w tym roku czasu ani zapotrzebowania na lipowe dłubanki.




   Przez kilka godzin krążyliśmy po podwórzu i robiliśmy co w naszej mocy by doprowadzić je do porządku. A wiatr cały czas nam towarzyszył. Podobało mu się widocznie miotanie lipowymi liśćmi. Dmuchanie nam w spocone twarze. Zawiewanie kolejną falą kurzu w oczy.

   W pewnym momencie, gdy zajęci byliśmy cięciem przy pomocy sekatorów cieńszych gałęzi usłyszeliśmy dziwne skrzypienie. To wicher uznał, że dzieło z lipą jeszcze jest nieskończone. Ledwo zdążyliśmy odbiec parę kroków do tyłu, gdy kolejny, tym razem o wiele mniejszy konar runął na ziemię. Część gałęzi spadła na dopiero co uprzątnięty placyk przed domem. Większa zaś część wylądowała za bramą a kawałek sporej gałęzi zwisał i gibał się tuż nad drogą tarasując ewentualnym samochodom przejazd.

   Cóż było robić? Podążyliśmy i my za bramę by jak najszybciej uprzątnąć drogę,  złamać albo obciąć ów zwisający konar. Nieco pomógł nam w tym uczynny kurier, który akurat wtedy podjechał pod nasz dom z pilną przesyłką. Potem znowu zostaliśmy sami z całym liściasto-gałęziowym dobrodziejstwem inwentarza i działaliśmy dalej mimo obolałych od wysiłku rąk, ramion i nóg.



   Ponad dwanaście godzin zajęło nam uprzątanie zielonego pobojowiska na podwórzu (z przerwą na kawę, kanapki i nakarmienie psów). A gdy krańcowo znużeni skończyliśmy wreszcie dzieło, popatrzyliśmy z troską na rany lipy pozostałe po opadłych konarach, na podejrzanie teraz wyglądające pozostałe dwa konary.

 - Obawiam się, że nasza lipa straciła nie tylko urodę, ale i równowagę – westchnął ze smutkiem Cezary.

- I może się okazać, że konieczne będzie drastycznie skrócenie, podcięcie owych konarów żeby uratować drzewo i żeby nie stanowiło zagrożenia dla nas i dla przejeżdżających obok samochodów – dodał a mnie zrobiło się przykro, bo wyobraziłam sobie taką oszpeconą lipę. Taki ponury pień z dwoma grubymi, sterczącymi z niej jak rogi kikutami. A taka była piękna, gdy się tu sprowadziliśmy czternaście lat temu! Dostojna, niesamowicie rozłożysta,  bujna i ogromna. Dająca schronienie wielu tutejszym ptakom. Żywiąca całe pokolenia owadów. Otulająca życzliwym cieniem połowę podwórza i pozwalająca na błogi wypoczynek w jej pobliżu. Zachwycająca o każdej porze roku. Latem poprzez obfitość liści i kwiatów. Zimą poprzez delikatne koronki szronu, błyszczące w słońcu diamenty szadzi, bielusieńkie czapeczki śniegu.





   - Zadzwoń Oleńko do gminy i poproś ich o radę i pomoc. Niech przyjadą, popatrzą i oszacują co da się zrobić z naszą lipą. Bo przecież i im chyba zależeć powinno na bezpieczeństwie przejeżdżających pod nią ludzi. A poza tym to bardzo stare drzewo. Pewnie nawet zabytek przyrody. Należy mu się troska i uwaga – orzekł mój mąż z pewnością i nie dającym się podważyć rozsądkiem. Tak też uczyniłam. W przyszłym tygodniu pojawi się tu pewnie ktoś z Urzędu Gminy i wówczas okaże się, jakie działania zostaną podjęte w najbliższym czasie. Miejmy nadzieję, że do tej pory szalony wiatr nie zdecyduje się załamać kolejnego konara, że usatysfakcjonowany jest na razie dotychczasowymi efektami swoich beztroskich igraszek…



P.S.

I jeszcze jedna ciekawostka, która rzuciła nam się w oczy w trakcie oglądania zdjęć zrobionych w dzień lipowego Armagedonu. Otóż na jednej fotografii powyżej  (podpisanej "gałęziasto")widać u góry dziwny, nie dający się wytłumaczyć w logiczny sposób mały prostokąt. Wygląda to tak, jakby w powietrzu zawisł geometryczny w kształcie fragment innych zdjęć albo …kawałek innej rzeczywistości. Nie wiemy co to jest, ale do głowy przychodzą od razu dziwne, fantastyczne wyjaśnienia. Jak np. takie, że żyjemy wszyscy w wirtualnej rzeczywistości. W jakiejś grze, gdzie poruszamy się po wyznaczonych przez kogoś obszarach i planszach. Ale czasem, jak w prawie każdej grze zdarzają się błędy twórców. I widać coś, czego widać być nie powinno. I włazi się tam, gdzie teoretycznie wleźć się nie da. W jakieś poboczne plansze, w jakieś zbiory oderwanych od reszty pikseli. I może to, co widać na owym gałęziastym zdjęciu jest właśnie taką błędną planszą? A szalony wiatr tak naprawdę wcale nie jest szalony a mądry i po prostu w ten nietypowy sposób pokazać nam chciał kawałek intrygującej tajemnicy istnienia, o której inaczej nie mielibyśmy bladego pojęcia…?

 

piątek, 24 kwietnia 2020

Lipa…




   Często człowiek podziwia to, co dalekie, egzotyczne, niedosiężne i przegapia piękno, które ma blisko, na wyciągnięcie ręki, na rzut oka przez okno. Bywa, że umniejsza się znaczenie tego, co swojskie i znane a przydaje wagi temu, co zagraniczne i dziwne. Wierzy się w to, co gdzieś tam za morzami odkryją a nie dostrzega i nie poważa tego, co tuż obok albo za miedzą wyrosło i wolną, nie mniej od tamtych oryginalną barwą oraz myślą zakwitło. 



     
   Czy wiecie, jak piękne potrafią być pąki lipy? Czy udało się Wam kiedy wyraźnie dostrzec jej przeistoczenia wiosenne? Bo to, że każdy z nas widział i podziwiał zapach kwitnących lip jest oczywistością, ale czy to samo dotyczy też narodzin jej niezwykłych pączków listnych? Spróbujcie rozejrzeć się wokół siebie. Może gdzieś w Waszym otoczeniu, szczególnie, jeśli mieszkacie nad morzem czy w górach, da się jeszcze zauważyć lipy w fazie tuż przed rozwinięciem listków. Popatrzcie z daleka i z bliska. Zauważcie tę misterną budowę i koloryt pączków lipowych. Ich wielowarstwowość. Ich podobieństwo do pąków róży albo nawet jakichś orientalnych ptaków. Ich delikatność, połysk, zapach. Czerwono-różową, zewnętrzną okrywę spod której wyłaniają się powoli, niczym motyle z kokonów, płatki miękkich i wrażliwych niczym skóra dziecka, jasnozielonych, osłonionych leciutkim puszkiem a potem szmaragdowych listków.



   Od kiedy zamieszkaliśmy w domku pod lasem każdego roku zachwycamy się naszą stareńką ( bo prawie 300 letnią) lipą w każdej jej odsłonie. Wiele razy pokazywałam tu jej zdjęcia. Te stare, gdy jej ogromne gałęzie zwieszały się jeszcze nisko i ocieniały prawie całe podwórko. I te nowsze, gdy ogromna wichura nadłamała konary naszej staruszki i trzeba było dokonać drastycznych cięć, by dać nowe życie temu drzewu, tej strażniczki naszego spokoju, ostoi niezmienności i bezpieczeństwa, znanemu na całą okolicę punktowi orientacyjnemu, według którego łatwo tu trafić ewentualnym gościom oraz kurierom.




   Kiedyś nawet pokusiłam się o napisanie ballady o naszej lipie, o tym, czego świadkiem mogła być przez kilka stuleci swego istnienia ( śpiewanka lipowa ). Bo to naprawdę niesamowite, gdy się pomyśli, że tuż obok nas trwa od pokoleń żywa istota, która w stoickim milczeniu obserwuje ogrom zmian zachodzących na świecie, w dziejach ludzkich, w modzie, zwyczajach i zachowaniu.  Może jednak mówi coś do nas, może przed czymś ostrzega, tylko nam trudno wsłuchać się w jej łagodny szept, trudno wyłowić to, co najistotniejsze? Wszak przeważnie tak jest, że najłatwiej dociera do nas to, co głośne, bezczelnie coś narzucające, zagłuszające przez to inne, nie mniej ważne i istotne dźwięki oraz wiadomości. A przecież one są, na pewno są, trzeba je tylko wyłowić z chaosu, z szumu informacyjnego, wsłuchać się sercem, odnaleźć odzew w rozumie i intuicji. 



   Lipie chyba dobrze w jaworowym siedlisku, bo co roku nieomal zauważmy nowe jej siewki na terenie naszego ogrodu. Dwie wyrastają na zboczach stawiku, tuż przy trześniach, także samosiejkach. Kilka innych młodych lipek dobrze się ma przy płocie, miedzy ligustrem. Jeszcze inne zdecydowały się zapuścić korzenie z północnej strony ogrodu, tam, gdzie tylko dzikim bzom jest dobrze. Niech rosną. Niech zadziwiają nas swoją siłą żywotną i urodą. Niech dają w lipcu schronienie i pożywienie tysiącom pszczółek, os, baków, trzmieli i motyli uwijających się wśród jej kwiatów z rozgłośnym buczeniem, podobnym do jakiegoś pierwotnego śpiewu ziemi, murmurando będącego rękojmią powtarzalności i trwania.



    
  Tyle lat już na lipę naszą patrzymy,  podziwiamy o każdej porze roku, ale chyba pierwszy raz  zauważyliśmy jak cudownie wygląda na wiosnę. Otworzyliśmy szerzej oczy, nastawiliśmy uszy na jej delikatny śpiew…










Pozdrawiamy Was serdecznie z domu pod stareńką lipą!:-)

wtorek, 2 lipca 2013

Śpiewanka lipowa



Zbieram mojej lipy delikatne kwiecie
Odurza swym zapachem i łagodnie śpiewa
Przenosi w dawne lipce, opowieści niesie
O czasach, co odeszły, o młodości drzewa

Dawniej rząd kosiarzy grał muzyką w polach
A sierpy księżycem wśród kłosów błyszczały
Cepy i młocarnie stukały w stodołach
A chochoły czujnie wiosek pilnowały

Wieczorem kapliczki przydrożne szeptały
Modlitwy dziękczynne za łaskawe słońce
A lipy i kasztany łagodnie szumiały
Grając ludziom do snu spokojności koncert

Kiedyś w lesie rosło moc prastarych buków
A pod lipą siadały babunie sędziwe
Modlitwy szeptały i bajki dla wnuków
Błogosławiły żniwom, wędrowcom i niwie

Wspominały lata dziecięce, beztroskie
Gdy pod cieniem lipy wianki z chabrów wiły
A przy tym w głos śpiewały na calutką wioskę
O Zosi, co ją wiedźmy w drzewko przemieniły

 Bo nie chciała im oddać warkocza jasnego
A zamiast czarowania wolała robotę
Teraz jako lipka tęskni do miłego
I czeka wciąż na niego w pogodę i słotę

Pieśń usłyszał dziedzic, konia wstrzymał swego
Uśmiechnął się do dzieci, rzucił im miedziaki
Dały mu naręcze kwiecia lipowego
A potem się rozpierzchły jak radosne ptaki

Nie ma tamtych buków, dziewczynek, staruszek
Lecz nadal tętni życiem lipa dobrotliwa
Strzeże cichych wspomnień, delikatnych wzruszeń
Światu się przygląda mądra i cierpliwa

Dwieście lat tu rośnie albo jeszcze dłużej
I spogląda w serca ludziom, co przechodzą
Przetrwa srogie zimy, wichury i burze
I powita wiersze, co się tu narodzą…








Etykiety

Aborygeni absurd afirmacja życia agrest apel apel o pomoc asymilacja Australia autoanaliza bajka bal ballada baśń Beksińscy Bieszczady blackout bliskość blog blogi bór cenzura Cesarzowa Ki Cezary chleb choroba ciastka ciepło cywilizacja czarny bez czarny humor czas czekolada czerwiec człowieczeństwo człowiek czułość Dersu Uzała deszcz dieta dobro dom dorosłość drama drama koreańska drewno droga drzewa trawiaste Dubiecko Dwernik Kamień dwudziestolecie międzywojenne dystopia dzieciństwo dzikie bzy ekologia elektryczność erotyk eutanazja fajka fantazja film flash mob fotografie fotoreportaż glebogryzarka głodówka głód gospodarstwo goście góry Góry Flindersa grass tree grill grudzień grzyby Gwiazdka historia historie wędrujące horror humor humoreska idealizm ideologia II wojna światowa informacja inność inspiracja internet jabłka jabłoń Jacuś Jacuś. gospodarstwo Jacuś. lato jajka Jane Eyre Japonia Jawornik Polski jesień jesień życia kalina Kanada kanały kangury kastracja kiełbasa klimat klimatyzm koala kobieta koguty kolęda kolędy komputer komunikacja konfitury konflikt koniec świata konkurs konstrukcja kosmos koszenie kot koziołek kozy Kraków Kresy kryminał kryzys książka kuchnia kulinaria kury kwiaty kwiecień las lato legenda lektura lęk lipa lipiec lis listopad literatura los ludzie luty łąka maciejka macierzyństwo magia maj malarstwo maliny mantry marzenie maska metafora mgła miasteczko odnalezionych myśli Michael Jackson Mikołaj miłość Misia mit młodość moda mróz mróż muzyka muzyka filmowa nadzieja nalewki nałóg natura niebezpieczeństwo niezapominajki noc nowoczesność Nowy Rok obyczaje ocean odchudzanie odpowiedzialność odrodzenie ogrody ogród ojczyzna opowiadanie opowiastka opowieść Orzeszkowa osa Osiecka owoce pamięć pandemia Panna Róża park pasja patriotyzm pejzaż pierniki pies pieski pieśni pieśń piękno piosenka piosenki pisanie płot początek podróż poezja pogoda Pogórze Dynowskie polityka Polska pomidory pomysł poprawność polityczna porady postęp pożar praca prawda prezent protest protesty przedwiośnie przedzimie przemijanie Przemyśl przepis przetrwanie przetwory przeznaczenie przygoda przyjaźń przyroda psy psychologia ptaki radość rak recenzja refleksja relatywizm remont repatriacja reportaż rezerwat Riverland rodzina rok rośliny rower rozmowa rozrywka rozum róże rymowanka rzeka samopoczucie samotność San sarny sąsiedzi sens życia siano sierpień silna wola siła skróty słodycze słońce słowa słowa piosenki słowianie smutek solidarność South Australia spacer spiżarnia spokój społeczeństwo spontaniczność spotkanie stado Star starość strych susza susza. upał szadź szczerość szczęście szerszeń śmiech śmierć śnieg śpiew środowisko świat światło świeta święta świt tajemnica tekst piosenki teksty piosenek tęsknota toaleta tragikomedia trauma troska truskawki uczucia Ukraina upał urodziny uśmiech warzywnik wędrówka wędrówki węgiel wiadomości wiadomość wiatr wierność wiersz wierszyk wieś wieża wigilia Wilsons Promontory wino wiosna wiosnaekologia wirus woda wojna wolność Wołyń wrażliwość wrotycz wrzesień wschód słońca wspomnienia wspomnienie współczesność Wszechświat wybory wychowanie wycieczka wygląd wypadki wypalanie traw wzruszenie zabawa zabawa blogowa zachód słońca zapasy zaproszenie zbiory zdjęcia zdrowie zielarstwo zielononóżki zielononóżki kuropatwiane zima zioła zmiany zupa Zuzia zwierzęta zwyczaje żałoba żart życie życzenia Żydzi żywokost