Pokazywanie postów oznaczonych etykietą koguty. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą koguty. Pokaż wszystkie posty

sobota, 12 kwietnia 2014

Walcująca Matylda, czyli rozmyślania przy oprawianiu kogutów…



   

    Jak zawsze na wiosnę przyszła pora rozstania z kilkoma kogutami z naszej hodowli. Niestety, większość wylęgłych w zeszłym roku kurczaczków okazała się być płci męskiej. A tak to już jest, że w zależności od ilości kur w stadzie nie powinno być więcej niż jeden, dwa koguty. To osobniki alfa. Przewodnicy stada. Jego obrońcy, stróże, reproduktorzy. Pozostała reszta zbędnej, naładowanej testosteronem męskiej młodzieży, kłoci się ze sobą o względy, zmęczonych ich seksualnymi napaściami kurek. Niekiedy dochodzi między nimi do poważnych walk. Ciekawie nieraz jest te walki poobserwować, bo to cała paleta taktyk, bijatyk, skoków, nieczystych zagrywek, puszenia piór, stroszenia kolorowych kołnierzy, syków, wrzasków, dokuczliwych uszczypnięć. Za każdym jednak razem wygląda to jak walka na śmierć i życie i aż dziw bierze, że w pewnym momencie panowie uspokajają się i jak gdyby nigdy nic odchodzą do bardziej pokojowych czynności. Tak czy siak kiepsko to natura skonstruowała, iż tak dużo przychodzi na świat kogutków. Trzeba nam, niestety, ten nadmiar likwidować, mięso ptaków przeznaczając na świąteczny rosół czy na podarunek dla chętnych na nie przyjaciół i krewnych.


   Kilka godzin spędziłam ostatnio na oprawianiu, patroszeniu i myciu zabitych uprzednio przez Cezarego ptaków. Żeby nie słyszeć upiornych dźwięków, wydawanych przez łapane i niesione na rzeź koguty ubrałam sobie słuchawki na uszy i na cały regulator włączyłam swe mp3, skąd płynęły dziarskie, australijskie piosenki country. Przygotowałam wszystko, co trzeba do oprawiania. Na piecu w dwóch garach gotowała się woda. Dwie miski wsadziłam do zlewu a wiadro na pióra i odpadki postawiłam obok. Ulubiony, ostry nóż z czerwoną rękojeścią czekał w pogotowiu. 

   Wszedł Cezary. W miednicy niósł podrygujące jeszcze ptasie truchła. Postawił ją na stole ciężko, nerwowo przy tym oddychając. To dla nas nieodmiennie szokujące, że po odcięciu głowy ptaki przez kilka chwil zachowują się jeszcze jakby żyły i czuły. Spojrzałam na minę męża. W oczach miał wzburzenie, wzruszenie a nawet coś w rodzaju lekkiego obłędu.

- Jak się czujesz, kochany? Widzę, że mocno to dzisiaj przeżyłeś. Może jednak trzeba było, jak w zeszłym roku zamówić do tej czynności sąsiadkę z drugiej wsi? – przytuliłam się do niego, czując jak mocno wali mu serce.

- Nie jest źle Oleńko! Można się przyzwyczaić! – sztucznie dziarskim głosem odrzekł Cezary, ale po chwili nieco spuścił z tonu i szepnął.

- Ale do przyjemności to zdecydowanie nie należy…

   Przez moment trwaliśmy w tym pełnym zrozumienia, współczucia i wzajemnego wsparcia uścisku a zaraz potem zabraliśmy się do swojej pracy. Cezary musiał uprzątnąć miejsce kaźni. Zmyć wszystko wodą z węża ogrodowego. Schować katowski pieniek i siekierkę. A potem jak gdyby na pociechę oraz dla utulenia bólu i wyrzutów sumienia pójść i sypnąć nieświadomej niczego kurzej gromadzie ziarna pszenicy. Narwać im liści mleczy i koniczyny. Popatrzeć jak beztrosko chodzą po ogrodzie, żyjąc jak gdyby nigdy nic i ciesząc się życiem…


 I ja wzięłam się szybko za swoją robotę, bowiem im świeższy ptak, tym łatwiej się go oprawia. Polałam pierwszego koguta wrzątkiem. Ze słuchawek płynęła wesoła, australijska piosenka „Waltzing Matilda”, opowiadająca o biednym trampie, który kradnąc owcę wpada w ręce farmera a nie chcąc popaść do wiezienia, uciekając topi się w rzece. Bo najcenniejsza jest wolność i wieczna wędrówka. Nawet tylko po niebiańskich łąkach.


   Wyrywam pióra z ogona i skrzydeł. Ciężko idzie. To długie, wrośnięte głęboko lotki. Znów polewam ptaka ukropem. Para zasnuwa mi okulary. Przez moment nic nie widzę. I wówczas przypomina mi się, nasza dawna wyprawa w australijski interior. Jechaliśmy jeepem poprzez zasnuty różowym kurzem płaski, jak deska kraniec stanu Wiktoria. Mijaliśmy grupy eukaliptusów, brązowe pola uprawne, przejeżdżaliśmy mostki nad potokami, szumnie zwanymi w tamtych rejonach rzekami. Zatrzymaliśmy się na odpoczynek w pobliżu największej australijskiej rzeki Murray River. Usiedliśmy na jej wysokim, malowniczym brzegu. Brązowo-oliwkowa w odcieniu woda płynęła w dole spokojnie. Spoza gęstego buszu dochodziły do nas okrzyki papug i kukubar. A na drugim brzegu obozowała grupka wesołych staruszków, przygrywających sobie na gitarze i podśpiewujących gromadnie nieoficjalny hymn Australii:

Once a jolly swagman camped by a billabong,
Under the shade of a coolibah tree,
And he sang as he watched and waited 'til his billy boiled
"Who'll come a-Waltzing Matilda, with me?" 

Zasłuchałam się wówczas oczarowana w tę melodie i tekst. I po raz kolejny zdumiałam się, że los rzucił mnie tak daleko od ojczyzny. Co więcej, nucąc wraz ze staruszkami tę pieśń poczułam, jakbym mieszkała tu od zawsze, a ta melodia wzrusza mnie tak mocno i budzi tak silne uczucia w sercu, jak gdybym była Australijką z krwi i kości. Takim trampem albo i kangurem, dla którego nie ma żadnych granic i przede wszystkim liczy się wolność oraz możliwość wędrówki za swym instynktem i marzeniami.

   Skończyłam z pierwszym kogutem. Zabieram się za następne. Idzie mi to coraz sprawniej. Zresztą mnóstwo rzeczy, z którymi kiedyś nie dawałam sobie rady teraz przychodzi mi z łatwością. W naszym domu do legendy przeszedł już niezwykle ciężki materac z naszego sypialnianego łóżka. W chwili, gdy się tu sprowadziliśmy nie byliśmy w stanie dźwignąć go we dwoje. Musieliśmy do pomocy wołać sąsiada. Teraz bez problemu dźwigam go sama. Opieram pod ścianą by odkurzyć i wymyć przestrzeń pod łóżkiem a potem swobodnie układam go na spodzie z grubych listewek.

A wracając do oprawiania, to jestem już na półmetku. Wszystkie łyse ptaki leżą ze sztywno wyprostowanymi nogami w wielkiej miednicy. Bladożółte, zimne, czekające na wypatroszenie. A jeszcze godzinę temu pokrzykiwały wojowniczo i kłóciły się z innymi, walcząc o miejsce w stadzie i lepsze kąski…

- Czemu to tak jest na tym dziwnym świecie…? Iskierki życia tak łatwo zgasły. Uroda piór przepadła. I tyle z was biedaki zostało…  - przygnębiona przyglądam się tym bezbronnym, uprzedmiotowionym ciałom i znowu wzdycham, choć jeszcze przed chwilą wydawałam się samej sobie tak profesjonalna i nieczuła w tym, co robiłam. Samej sobie się dziwiłam, że tak mi to dobrze szło. Byłam prawie jak moje dobre sąsiadki – gospodynie z dziada pradziada. Sprawna, szybka, zadowolona z siebie i planująca przyszłe rosoły…

- Daj spokój Oleńko! Ktoś to musi przecież zrobić! – besztam wreszcie sama siebie i przystępuję do dalszego ciągu dzieła. Rozcinam delikatnie skórę koguta przy kuperku. Wkładam dłoń do środka, wyjmując jelita i inne wnętrzności. Ich charakterystyczny zapach wwierca mi się w nozdrza.

- „Uparcie i skrycie och życie, kocham cię nad życie!” – raptem  przypominają mi się słowa ulubionej niegdyś piosenki. Rękawem swetra ocieram smarki i nieposłuszne łzy, które zebrały mi się na końcu nosa.

   Tymczasem skończona przed chwilą płyta z australijskimi piosenkami country zaczyna się znowu. I płynie cudowna pieśń o niepokornym wędrowcu i jego ulubionym tobołku z kocem zwanym Matylda... A ja przenoszę się myślami do tamtych egzotycznych wędrówek i uczuć, doznawanych w przeszłości.




…Wędrowaliśmy z Cezarym przez cudze pastwisko. Żeby się tam dostać przeleźliśmy w szparze płotu okalającego ogromne tereny jakiegoś farmera. Wiedząc, że robimy coś niezgodnego z prawem szliśmy ostrożnie, rozglądając się na boki i trzymając się blisko zarośli by w razie czego móc umknąć przez rozeźlonym gospodarzem. A australijscy właściciele ziemscy mogą być niebezpieczni, gdyż często ze strzelbą w ręce przemierzają swoje tereny, patrolując je i odganiając intruzów. Takimi intruzami najczęściej są kangury. A prawo australijskie zezwala na ich odstrzał, jeśli znajdą się one na obszarze prywatnym. Nie chcieliśmy być wzięci za takie kangury. Pragnęliśmy tylko zejść w dół rzeki. Widzieliśmy bowiem z daleka, iż rosły tam jakieś kolorowe, nieznane kwiaty. Mieliśmy też nadzieję na spotkanie wombatów. Tych nieco podobnych do świnek, zamieszkujących nory i dziury w ziemi torbaczy.

Zamiast tego, zaraz za krzakiem znaleźliśmy truchło wielkiego kangura. Uwijały się nad nim tabuny uszczęśliwionych tą wspaniałą ucztą much. Oczy zwierzęcia zmętniałe i puste wpatrywały się gdzieś w dal. Ze wzdętego brzucha martwego symbolu tej wspaniałej krainy wylewała się jakaś czarno-brunatna ciecz. Szedł stamtąd mdły, przyprawiający o odruch wymiotny smród. Mimo tego staliśmy tam przez chwilę jak wmurowani, patrząc na to do niedawna tak piękne, wolne zwierzę służące teraz tylko za pożywienie dla żarłocznych owadów. Czy to farmer je zastrzelił? A może to był tylko jakiś nieszczęśliwy wypadek? No bo przecież nie było w okolicach żadnych naturalnych wrogów, żadnego zwierza, które dałoby radę zapolować na tak wielkiego samca.

   Wreszcie ruszyliśmy się z miejsca. Zbiegliśmy w dół rzeki, znajdując po drodze całkiem nagi już szkielet kolejnego kangura. Nagle straciliśmy zainteresowanie dla urody kwiatów, porastających brzegi rzeczki. Pragnęliśmy czym prędzej odejść stamtąd, nie narażając się już ani na takie widoki, ani na ewentualny atak wściekłego o deptanie jego ziemi farmera…

   Skończyłam sprawę z kogutami. Zapakowałam je do foliowych torebek. Włożyłam do zamrażalnika. Wyniosłam do pobliskiego rowu (długiego dołu w ogrodzie) wiadro piór i wnętrzności. Zmienna tego dnia pogoda pokazywała mi w tej chwili swoje łaskawsze oblicze. Słońce rozświetlało świeżą, soczystą zieleń dookoła. Przejrzyste, czyste powietrze pachniało arbuzami i cynamonem. Chciało się oddychać głęboko. Żyć! Poszłam więc do męża by razem z nim dogadzać naszym kurom, pójść na spacer z kozami i Zuzią, sprawdzić jakież to kwiatki od wczoraj rozkwitły na łące, zawędrować na chwilę do wiosennego lasu a nareszcie wrócić i przysiąść na ławie w cieniu kwitnącej czereśni…





Etykiety

Aborygeni absurd afirmacja życia agrest apel apel o pomoc asymilacja Australia autoanaliza bajka bal ballada baśń Beksińscy Bieszczady blackout bliskość blog blogi bór cenzura Cesarzowa Ki Cezary chleb choroba ciastka ciepło cywilizacja czarny bez czarny humor czas czekolada czerwiec człowieczeństwo człowiek czułość Dersu Uzała deszcz dieta dobro dom dorosłość drama drama koreańska drewno droga drzewa trawiaste Dubiecko Dwernik Kamień dwudziestolecie międzywojenne dystopia dzieciństwo dzikie bzy ekologia elektryczność erotyk eutanazja fajka fantazja film flash mob fotografie fotoreportaż glebogryzarka głodówka głód gospodarstwo goście góry Góry Flindersa grass tree grill grudzień grzyby Gwiazdka historia historie wędrujące horror humor humoreska idealizm ideologia II wojna światowa informacja inność inspiracja internet jabłka jabłoń Jacuś Jacuś. gospodarstwo Jacuś. lato jajka Jane Eyre Japonia Jawornik Polski jesień jesień życia kalina Kanada kanały kangury kastracja kiełbasa klimat klimatyzm koala kobieta koguty kolęda kolędy komputer komunikacja konfitury konflikt koniec świata konkurs konstrukcja kosmos koszenie kot koziołek kozy Kraków Kresy kryminał kryzys książka kuchnia kulinaria kury kwiaty kwiecień las lato legenda lektura lęk lipa lipiec lis listopad literatura los ludzie luty łąka maciejka macierzyństwo magia maj malarstwo maliny mantry marzenie maska metafora mgła miasteczko odnalezionych myśli Michael Jackson Mikołaj miłość Misia mit młodość moda mróz mróż muzyka muzyka filmowa nadzieja nalewki nałóg natura niebezpieczeństwo niezapominajki noc nowoczesność Nowy Rok obyczaje ocean odchudzanie odpowiedzialność odrodzenie ogrody ogród ojczyzna opowiadanie opowiastka opowieść Orzeszkowa osa Osiecka owoce pamięć pandemia Panna Róża park pasja patriotyzm pejzaż pierniki pies pieski pieśni pieśń piękno piosenka piosenki pisanie płot początek podróż poezja pogoda Pogórze Dynowskie polityka Polska pomidory pomysł poprawność polityczna porady postęp pożar praca prawda prezent protest protesty przedwiośnie przedzimie przemijanie Przemyśl przepis przetrwanie przetwory przeznaczenie przygoda przyjaźń przyroda psy psychologia ptaki radość rak recenzja refleksja relatywizm remont repatriacja reportaż rezerwat Riverland rodzina rok rośliny rower rozmowa rozrywka rozum róże rymowanka rzeka samopoczucie samotność San sarny sąsiedzi sens życia siano sierpień silna wola siła skróty słodycze słońce słowa słowa piosenki słowianie smutek solidarność South Australia spacer spiżarnia spokój społeczeństwo spontaniczność spotkanie stado Star starość strych susza susza. upał szadź szczerość szczęście szerszeń śmiech śmierć śnieg śpiew środowisko świat światło świeta święta świt tajemnica tekst piosenki teksty piosenek tęsknota toaleta tragikomedia trauma troska truskawki uczucia Ukraina upał urodziny uśmiech warzywnik wędrówka wędrówki węgiel wiadomości wiadomość wiatr wierność wiersz wierszyk wieś wieża wigilia Wilsons Promontory wino wiosna wiosnaekologia wirus woda wojna wolność Wołyń wrażliwość wrotycz wrzesień wschód słońca wspomnienia wspomnienie współczesność Wszechświat wybory wychowanie wycieczka wygląd wypadki wypalanie traw wzruszenie zabawa zabawa blogowa zachód słońca zapasy zaproszenie zbiory zdjęcia zdrowie zielarstwo zielononóżki zielononóżki kuropatwiane zima zioła zmiany zupa Zuzia zwierzęta zwyczaje żałoba żart życie życzenia Żydzi żywokost