Jak zawsze na wiosnę przyszła pora
rozstania z kilkoma kogutami z naszej hodowli. Niestety, większość wylęgłych w
zeszłym roku kurczaczków okazała się być płci męskiej. A tak to już jest, że w zależności od ilości kur w stadzie nie powinno być więcej niż
jeden, dwa koguty. To osobniki alfa. Przewodnicy stada. Jego obrońcy, stróże,
reproduktorzy. Pozostała reszta zbędnej, naładowanej testosteronem męskiej młodzieży, kłoci
się ze sobą o względy, zmęczonych ich seksualnymi napaściami kurek. Niekiedy
dochodzi między nimi do poważnych walk. Ciekawie nieraz jest te walki
poobserwować, bo to cała paleta taktyk, bijatyk, skoków, nieczystych zagrywek,
puszenia piór, stroszenia kolorowych kołnierzy, syków, wrzasków, dokuczliwych
uszczypnięć. Za każdym jednak razem wygląda to jak walka na śmierć i życie i aż
dziw bierze, że w pewnym momencie panowie uspokajają się i jak gdyby nigdy nic
odchodzą do bardziej pokojowych czynności. Tak czy siak kiepsko to natura
skonstruowała, iż tak dużo przychodzi na świat kogutków. Trzeba nam, niestety,
ten nadmiar likwidować, mięso ptaków przeznaczając na świąteczny rosół czy na
podarunek dla chętnych na nie przyjaciół i krewnych.
Kilka godzin spędziłam ostatnio na oprawianiu,
patroszeniu i myciu zabitych uprzednio przez Cezarego ptaków. Żeby nie słyszeć
upiornych dźwięków, wydawanych przez łapane i niesione na rzeź koguty ubrałam
sobie słuchawki na uszy i na cały regulator włączyłam swe mp3, skąd płynęły
dziarskie, australijskie piosenki country. Przygotowałam wszystko, co trzeba do
oprawiania. Na piecu w dwóch garach gotowała się woda. Dwie miski wsadziłam do
zlewu a wiadro na pióra i odpadki postawiłam obok. Ulubiony, ostry nóż z czerwoną
rękojeścią czekał w pogotowiu.
Wszedł Cezary. W miednicy niósł podrygujące jeszcze ptasie truchła. Postawił ją na stole ciężko, nerwowo przy tym oddychając. To dla nas nieodmiennie szokujące, że po odcięciu głowy ptaki przez kilka chwil zachowują się jeszcze jakby żyły i czuły. Spojrzałam na minę męża. W oczach miał wzburzenie, wzruszenie a nawet coś w rodzaju lekkiego obłędu.
Wszedł Cezary. W miednicy niósł podrygujące jeszcze ptasie truchła. Postawił ją na stole ciężko, nerwowo przy tym oddychając. To dla nas nieodmiennie szokujące, że po odcięciu głowy ptaki przez kilka chwil zachowują się jeszcze jakby żyły i czuły. Spojrzałam na minę męża. W oczach miał wzburzenie, wzruszenie a nawet coś w rodzaju lekkiego obłędu.
- Jak się
czujesz, kochany? Widzę, że mocno to dzisiaj przeżyłeś. Może jednak trzeba
było, jak w zeszłym roku zamówić do tej czynności sąsiadkę z drugiej wsi? –
przytuliłam się do niego, czując jak mocno wali mu serce.
- Nie jest źle
Oleńko! Można się przyzwyczaić! – sztucznie dziarskim głosem odrzekł Cezary,
ale po chwili nieco spuścił z tonu i szepnął.
- Ale do
przyjemności to zdecydowanie nie należy…
Przez moment trwaliśmy w tym pełnym
zrozumienia, współczucia i wzajemnego wsparcia uścisku a zaraz potem zabraliśmy
się do swojej pracy. Cezary musiał uprzątnąć miejsce kaźni. Zmyć wszystko wodą
z węża ogrodowego. Schować katowski pieniek i siekierkę. A potem jak gdyby na
pociechę oraz dla utulenia bólu i wyrzutów sumienia pójść i sypnąć nieświadomej
niczego kurzej gromadzie ziarna pszenicy. Narwać im liści mleczy i koniczyny.
Popatrzeć jak beztrosko chodzą po ogrodzie, żyjąc jak gdyby nigdy nic i ciesząc
się życiem…
I ja wzięłam się szybko za swoją robotę,
bowiem im świeższy ptak, tym łatwiej się go oprawia. Polałam pierwszego koguta
wrzątkiem. Ze słuchawek płynęła wesoła, australijska piosenka „Waltzing Matilda”,
opowiadająca o biednym trampie, który kradnąc owcę wpada w ręce farmera a nie
chcąc popaść do wiezienia, uciekając topi się w rzece. Bo najcenniejsza jest
wolność i wieczna wędrówka. Nawet tylko po niebiańskich łąkach.
Wyrywam pióra z ogona i skrzydeł. Ciężko
idzie. To długie, wrośnięte głęboko lotki. Znów polewam ptaka ukropem. Para
zasnuwa mi okulary. Przez moment nic nie widzę. I wówczas przypomina mi się,
nasza dawna wyprawa w australijski interior. Jechaliśmy jeepem poprzez zasnuty
różowym kurzem płaski, jak deska kraniec stanu Wiktoria. Mijaliśmy grupy eukaliptusów, brązowe
pola uprawne, przejeżdżaliśmy mostki nad potokami, szumnie zwanymi w tamtych
rejonach rzekami. Zatrzymaliśmy się na odpoczynek w pobliżu największej
australijskiej rzeki Murray River. Usiedliśmy na jej wysokim, malowniczym brzegu.
Brązowo-oliwkowa w odcieniu woda płynęła w dole spokojnie. Spoza gęstego buszu
dochodziły do nas okrzyki papug i kukubar. A na drugim brzegu obozowała grupka
wesołych staruszków, przygrywających sobie na gitarze i podśpiewujących
gromadnie nieoficjalny hymn Australii:
„Once a jolly swagman
camped by a billabong,
Under the shade of a coolibah tree,
And he sang as he watched and waited 'til his billy boiled
"Who'll come a-Waltzing Matilda, with me?"
Under the shade of a coolibah tree,
And he sang as he watched and waited 'til his billy boiled
"Who'll come a-Waltzing Matilda, with me?"
Zasłuchałam się
wówczas oczarowana w tę melodie i tekst. I po raz kolejny zdumiałam się, że los
rzucił mnie tak daleko od ojczyzny. Co więcej, nucąc wraz ze staruszkami tę
pieśń poczułam, jakbym mieszkała tu od zawsze, a ta melodia wzrusza mnie tak
mocno i budzi tak silne uczucia w sercu, jak gdybym była Australijką z krwi i
kości. Takim trampem albo i kangurem, dla którego nie ma żadnych granic i przede
wszystkim liczy się wolność oraz możliwość wędrówki za swym instynktem i marzeniami.
Skończyłam z pierwszym kogutem. Zabieram się
za następne. Idzie mi to coraz sprawniej. Zresztą mnóstwo rzeczy, z którymi
kiedyś nie dawałam sobie rady teraz przychodzi mi z łatwością. W naszym domu do
legendy przeszedł już niezwykle ciężki materac z naszego sypialnianego łóżka. W
chwili, gdy się tu sprowadziliśmy nie byliśmy w stanie dźwignąć go we dwoje.
Musieliśmy do pomocy wołać sąsiada. Teraz bez problemu dźwigam go sama. Opieram
pod ścianą by odkurzyć i wymyć przestrzeń pod łóżkiem a potem swobodnie układam
go na spodzie z grubych listewek.
A wracając do
oprawiania, to jestem już na półmetku. Wszystkie łyse ptaki leżą ze sztywno
wyprostowanymi nogami w wielkiej miednicy. Bladożółte, zimne, czekające
na wypatroszenie. A jeszcze godzinę temu pokrzykiwały wojowniczo i kłóciły się
z innymi, walcząc o miejsce w stadzie i lepsze kąski…
- Czemu to tak
jest na tym dziwnym świecie…? Iskierki życia tak łatwo zgasły. Uroda piór przepadła. I tyle z was biedaki
zostało… - przygnębiona przyglądam się tym
bezbronnym, uprzedmiotowionym ciałom i znowu wzdycham, choć jeszcze przed
chwilą wydawałam się samej sobie tak profesjonalna i nieczuła w tym, co
robiłam. Samej sobie się dziwiłam, że tak mi to dobrze szło. Byłam prawie jak
moje dobre sąsiadki – gospodynie z dziada pradziada. Sprawna, szybka,
zadowolona z siebie i planująca przyszłe rosoły…
- Daj spokój
Oleńko! Ktoś to musi przecież zrobić! – besztam wreszcie sama siebie i
przystępuję do dalszego ciągu dzieła. Rozcinam delikatnie skórę koguta przy
kuperku. Wkładam dłoń do środka, wyjmując jelita i inne wnętrzności. Ich charakterystyczny zapach wwierca mi się w nozdrza.
- „Uparcie i
skrycie och życie, kocham cię nad życie!” – raptem przypominają mi się słowa ulubionej niegdyś
piosenki. Rękawem swetra ocieram smarki i nieposłuszne łzy, które zebrały mi
się na końcu nosa.
Tymczasem skończona przed chwilą płyta z
australijskimi piosenkami country zaczyna się znowu. I płynie cudowna pieśń o
niepokornym wędrowcu i jego ulubionym tobołku z kocem zwanym Matylda... A ja
przenoszę się myślami do tamtych egzotycznych wędrówek i uczuć, doznawanych w
przeszłości.
…Wędrowaliśmy z
Cezarym przez cudze pastwisko. Żeby się tam dostać przeleźliśmy w szparze płotu
okalającego ogromne tereny jakiegoś farmera. Wiedząc, że robimy coś niezgodnego
z prawem szliśmy ostrożnie, rozglądając się na boki i trzymając się blisko
zarośli by w razie czego móc umknąć przez rozeźlonym gospodarzem. A
australijscy właściciele ziemscy mogą być niebezpieczni, gdyż często ze strzelbą
w ręce przemierzają swoje tereny, patrolując je i odganiając intruzów. Takimi
intruzami najczęściej są kangury. A prawo australijskie zezwala na ich
odstrzał, jeśli znajdą się one na obszarze prywatnym. Nie chcieliśmy być wzięci
za takie kangury. Pragnęliśmy tylko zejść w dół rzeki. Widzieliśmy bowiem z
daleka, iż rosły tam jakieś kolorowe, nieznane kwiaty. Mieliśmy też nadzieję na
spotkanie wombatów. Tych nieco podobnych do świnek, zamieszkujących nory i
dziury w ziemi torbaczy.
Zamiast tego,
zaraz za krzakiem znaleźliśmy truchło wielkiego kangura. Uwijały się nad nim
tabuny uszczęśliwionych tą wspaniałą ucztą much. Oczy zwierzęcia zmętniałe i puste
wpatrywały się gdzieś w dal. Ze wzdętego brzucha martwego symbolu tej
wspaniałej krainy wylewała się jakaś czarno-brunatna ciecz. Szedł stamtąd mdły,
przyprawiający o odruch wymiotny smród. Mimo tego staliśmy tam przez chwilę jak
wmurowani, patrząc na to do niedawna tak piękne, wolne zwierzę służące teraz
tylko za pożywienie dla żarłocznych owadów. Czy to farmer je zastrzelił? A może
to był tylko jakiś nieszczęśliwy wypadek? No bo przecież nie było w okolicach
żadnych naturalnych wrogów, żadnego zwierza, które dałoby radę zapolować na tak
wielkiego samca.
Wreszcie ruszyliśmy się z miejsca.
Zbiegliśmy w dół rzeki, znajdując po drodze całkiem nagi już szkielet kolejnego
kangura. Nagle straciliśmy zainteresowanie dla urody kwiatów, porastających
brzegi rzeczki. Pragnęliśmy czym prędzej odejść stamtąd, nie narażając się już
ani na takie widoki, ani na ewentualny atak wściekłego o deptanie jego ziemi
farmera…
Skończyłam sprawę z kogutami. Zapakowałam je
do foliowych torebek. Włożyłam do zamrażalnika. Wyniosłam do pobliskiego rowu (długiego dołu w ogrodzie)
wiadro piór i wnętrzności. Zmienna tego dnia pogoda pokazywała mi w tej chwili
swoje łaskawsze oblicze. Słońce rozświetlało świeżą, soczystą zieleń dookoła.
Przejrzyste, czyste powietrze pachniało arbuzami i cynamonem. Chciało się
oddychać głęboko. Żyć! Poszłam więc do męża by razem z nim dogadzać naszym
kurom, pójść na spacer z kozami i Zuzią, sprawdzić jakież to kwiatki od wczoraj rozkwitły na łące, zawędrować na chwilę do wiosennego lasu a nareszcie wrócić i przysiąść na ławie w cieniu
kwitnącej czereśni…