Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ogród. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ogród. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 17 czerwca 2025

Nadmiar dobry, nadmiar zły...

 




   Bujność upragniona i wyczekana, bujność niepowstrzymana, napierająca zewsząd i zawłaszczająca każdą przestrzeń, upiększająca ją i odmieniająca błyskawicznie i czarodziejsko...A z drugiej strony trudny do ogarnięcia, nieomal przerażający nadmiar pchającej się do życia roślinności, władającej każdym skrawkiem przestrzeni Jakoś ją trzeba w tym tryumfalnym pochodzie poskramiać przycinaniem, pieleniem, koszeniem, co też w miarę sił staramy się robić. Ale nie narzekamy na to, choć wiadomo z roku na rok coraz mniej mamy sił. 





   Jednakże ogród obdarza nas co dzień tak ogromnym bogactwem zieleni, barw i zapachów, iż skwapliwie wybaczamy mu to zawłaszczanie. Przecież trudno się tym wszystkim nie zachwycać, nie dać porwać, zdumieć i oszołomić. No bo gdzie się człowiek nie ruszy, tam co innego kwitnie albo do kwitnienia się szykuje. A przy tym tak oszałamiające wonie wydziela, że aż w głowie się od tych aromatów kręci. No bo tu jaśmin roztacza swój pachnący urok, tam ligustr otacza głębokim, nieco mdłym zapachem, obok róża na róży i różą pogania, z boku dołącza do tego ostry zapach czarnego bzu a wszystko to dodatkowo spowite jest najcudniejszą, moim zdaniem, wonią. Wonią ściętej niedawno trawy, wysychającej na słońcu i zamieniającej się powoli w siano. Jednak aby ów bajeczny, ni to arbuzowy, ni to waniliowy, trawiasty aromat mógł się pojawić i otulić człowieka swą czarodziejską mocą, należy zabrać się za koszenie. A że rośnie owa trawa na gwałt, bo pogoda sprzyja, to i kosić trzeba niemalże co tydzień.



   Ale ogród wielki. Właściwie, to zmęczyć się można od samego przemierzenia go wzdłuż i wszerz. Dlatego i koszenie z roku na rok coraz większym stawało się dla nas wyzwaniem. Wykoszenie trawnika zwyczajną kosiarką oraz towarzyszącą jej podkaszarką spalinową albo elektryczną do niedawna zajmowało obojgu nam niemal cały dzień. A podczas upałów stawało się istną udręką. Jednak trawy nie obchodziło nigdy czy mamy siły na zmierzenie się z nią czy też nie. Po prostu rosła, gdyż rzeczą trawy jest rosnąć a rzeczą ogrodnika jako tako starać się kontrolować ów szalony porost. Bo gdyby się we właściwym momencie jej nie skróciło, wówczas wzięłaby we władanie wszystko. Zarosłaby tak wysoko, że brodzilibyśmy w niej po kolana a może i po pas. A wraz z nią wystrzeliłyby pod niebiosa pokrzywy, koniczyny, lebiody, mlecze, kurdybanki i wszelkie inne zielska. I może byłoby pięknie, tajemniczo i dziko, ale nie byłoby widać nic innego, bo gęsta, zielona kurtyna zakryłaby całkiem ogród. Tak było właśnie wiele lat temu, gdy pierwszy raz obejrzeliśmy nasze przyszłe włości. Niewykoszony ogród był niczym pełna sekretów nieprzebyta dżungla. I potrzeba było kilku tygodni byśmy pracując ramię w ramię przy użyciu starych kos, sierpów, maczet , pił oraz podkaszarek spalinowych dali radę uporać się z tym nadmiarem wszechobecnej, ogromnej zieleni.






   Dlatego w tym roku podjęliśmy decyzję o zakupie traktorka koszącego. Udało nam się znaleźć w ogłoszeniach dość tani, używany traktorek i odtąd pomykamy na nim po ogrodzie, nie męcząc się już tak bardzo jak wprzódy. To znaczy – nogi się nie męczą, bo człowiek siedzi sobie w miarę wygodnie jak jakieś panisko i tylko kierować musi sprawnie, żeby nie najechać na to, na co nie powinien. A to nie jest wcale takie łatwe, bo omijać trzeba drzewka, krzewy, rabatki i kwietniczki, których z roku na rok w ogrodzie przybywa, a które tworzą dla traktorka istny tor przeszkód. 



   Ale cóż! Chciało się kwiateczków, krzaczków i owoców wszelakich, co roku się nowe dosadzało i siało, to się teraz ma za swoje! I trzeba sobie jakoś z tymi slalomami po ogrodzie radzić. Tylko od tego kręcenia kierownicą ręce bardzo bolą, no i skupiać się cały czas mocno trzeba, żeby w coś nie wjechać, nie zniszczyć. Dlatego też póki nie dojdziemy do wprawy, pomagamy sobie z Cezarym w tej jeździe, podpowiadając wzajemnie, podprowadzając ostrożnie do jakichś wyjątkowo trudnych miejsc, no i opróżniając razem ogromny kosz na ściętą trawę i wrzucając ją do kompostownika. Bo samemu by się tego kosza nie uniosło – tyle kilogramów trawy zbiera po kilku rundkach między rabatkami. Stara kosiarka spalinowa też zbierała dużo trawiastej sieczki do zamontowanego przy niej pojemnika, ale był on mały i łatwy do opróżnienia. No i była dużo precyzyjniejsza w koszeniu. Dało się nią wjechać wszędzie, w przeciwieństwie do od niedawna używanego traktorka. Ale cóż. Zawsze jest coś za coś.



   Jednak ogarniamy to jakoś i cieszymy się, że koszenie nie jest już dla nas takim koszmarem jak kiedyś. Do tego po koszeniu mamy nagrodę w postaci owej urody ogrodu oraz tego zapachu, który nie ma sobie równych. Mamy uczucie bycia w swoim swojskim, dobrze znanym i przewidywalnym oraz przyjaznym, choć wymagającym mnóstwo pracy królestwie. No i dumamy sobie, iż przecież jakby się traktorek popsuł, to zawsze można wrócić do zwyczajnej kosiarki spalinowej odpoczywającej teraz sobie cichutko w budynku gospodarczym. Albo i do tak starodawnych narzędzi jak kosa i sierp, gdyby benzyny czy prądu zabrakło, co we współczesnym, pełnym zagrożeń i dziwności świecie zdarzyć się wszak może.



   Choć wtedy będzie z tym pewnie trochę tak, jakby człowiek nauczywszy się używać nowoczesnego smartfona musiał nagle wrócić do używania telefonu starego typu. I z jednego i z drugiego można dzwonić, ale to już nie to samo...Chociaż te stare telefony miały swoje niezaprzeczalne zalety. Np. takie, że nie podsłuchiwały, nie podglądały swych właścicieli. A te nowe? Kto wie, co w nich tam tak naprawdę jest i kto może zrobić użytek z ich sekretnych funkcji? Wczoraj np. z samego rana pijąc kawę usiadłam przy kuchennym stole, na którym smartfon leżał sobie spokojnie w uśpieniu całą noc. A gdy po chwili do kuchni wszedł Cezary i odezwałam się do niego komentując wieczorny koncert w Opolu, nagle smartfon o nic nie pytany samoistnie przemówił. Z dużą pewnością siebie, głośno i składnie odezwał się na temat piosenek z owego koncertu. Był niczym pełnoprawny uczestnik rozmowy, niby człowiek, który ma takie same prawo do zabierania głosu jak każdy inny...Aż mróz przeszedł mi po krzyżu...Sztuczna inteligencja coraz śmielej sobie poczyna. Bezczelnie wciska się wszędzie. Jej nadmiar niepokoi, przestrasza i budzi mnóstwo pytań o przyszłość. Czuję się w jej obliczu coraz bardziej bezradna...



   Ech, ta nowoczesność w domu i w ogrodzie. Dobra i niedobra zarazem. Ale w pędzie ku nowoczesności i ułatwieniom codziennego życia sami sobie ten los zgotowaliśmy. I mamy, co mamy...A co mieć będziemy? Czas pokaże, bo teraz trudne jest to do przewidzenia, tak szybko wszystko ulega zmianom. Nie zawsze na lepsze. A co stanie się z nami, ludźmi? Chyba pozostanie nam tylko dopasować się do tego, co narzuci nam owa przyszłość, bo zdaje się, że coraz mniej będziemy mieli do powiedzenia, w przeciwieństwie do sztucznej inteligencji...Miejmy nadzieję, że chociaż ogrody przetrwają . I będzie można jak dawniej wejść z tę wszechogarniającą. Pełną życia zieleń. Aby się nią zachwycić, aby się nią otulić a jednocześnie trochę też przerazić, aby wziąć się znowu do roboty i poczuć, że coś jeszcze od nas zależy...




piątek, 18 października 2024

Znudzeni…

 



 

Są ludzie znudzeni wciąż wszystkim

Nie cieszą się listkiem złocistym

A gryząc miętowe cud - dropsy

Ach, nudzą się, nudzą jak mopsy

 

Zmęczeni są życiem od razu

W ich twarzy nie znajdziesz wyrazu

Najmniejszej choć ciekawości

Marudzą w duchowej nicości:

 

Na łące? Nic poza łąką

Raz znika, raz świeci tam słonko

Raz sucha, raz mokra jest ziemia

Poza tym nic się nie zmienia

 

A w lesie? Nic poza lasem

Są liście i nie ma ich czasem

Polana wyłania się z cienia

Poza tym nic się nie zmienia

 

A w górach? Są tylko góry

Uparcie się pną prosto w chmury

Raz cisza, raz szmer tam strumienia

Poza tym nic się nie zmienia

 

A ogród? Znów o tym ogrodzie!

To samo w nim widać wszak co dzień

Wciąż ogrom roboty, zmęczenia

Poza tym nic się nie zmienia

 

Nad morzem? Nic poza morzem

Raz w szarym, raz w burym kolorze

I po cóż te wiersze i  pienia?

Od dawna się nic tam nie zmienia

 

***

 

Zdarzają się tacy i będą

Co zawsze im jest wszystko jedno

Mgła nudy utkwiła w ich oku

I ślepi są na to, co wokół

 

Lecz marzą, że kiedyś w przestrzeni

Przygody ich świat opromieni

Ogarnie zabawa beztroska

A póki co – gryzą dropsa…




















niedziela, 8 września 2024

Oparcie…

 


 

   Ten tekst ma związek z tematem poprzedniego. Bo oparcie często bywa też synonimem zaufania.A to takie ważne by móc na czymś się oprzeć. Na czymś trwałym, fundamentalnym, niepodważalnym i pewnym. Lub też iluzorycznym, ale dla nas ważnym. Każdy z nas potrzebuje czegoś takiego, nawet gdy sobie tego nie uświadamia. Dla jednego to wiara i religia, dla drugiego nauka i doświadczenie empiryczne, dla trzeciego poglądy polityczne, dla następnego rodzina, miejsce do życia, tradycja, historia, dobro, uczciwość, sumienie…. Gotowiśmy bronić tego czegoś niemalże do utraty tchu, bo nie wyobrażamy sobie byśmy mogli bez tego oparcia istnieć. Zaraz owładnęłaby nami przerażająca pustka i samotność. Przewrócilibyśmy się i stalibyśmy  jako te bezradne, wywrócone na grzbiet żuki, które nie dają rady o własnych siłach stanąć znów na nogi. Bo jak tu istnieć bez poczucia jakiejś pewności i sensu? Jak przetrwać wiedząc, że nie ma nic, w co warto wierzyć, o co walczyć?



   Dla mnie takim oparciem, ucieczką od coraz bardziej niepokojącej rzeczywistości polityczno-społecznej była dotąd natura. Jej prostota, sprawiedliwość i sens. Piszę „była”, ale przecież w dużej mierze nadal jest i będzie. Zdarzenie z użądleniem przez szerszenia mocno nadszarpnęło moją ufność. I chwilowo zachwiało mną w posadach. Wracam jednak do swego poczucia sensu, do tego, co mnie wewnętrznie kształtuje oraz pomaga istnieć. I nadal, mimo wszystko, tym czymś jest bliski związek z naturą. Rozumiem, że w naturze także istnieją zagrożenia a ja w żaden sposób nie jestem przed nimi chroniona, bo w równym stopniu podlegają im wszystkie istoty żywe. Jest to normalne i sprawiedliwe. Miłość do natury w żaden sposób nie zabezpiecza przed bolesnymi ciosami z jej strony. Tak jak miłość do rodziców nie zabezpiecza przed ich ostrymi reprymendami, jeśli na nie zasłużymy. Miłość do rodziców niestety nie zabezpiecza też przed ich utratą. Przez całe życie doznajemy kolejnych utrat, z którymi musimy się pogodzić a nawet uznać je za naukę dla nas. I po każdym kolejnym upadku wstać i iść dalej, wiedząc i rozumiejąc więcej.



   Osy i szerszenie istniały i będą istnieć. Mają do tego takie samo prawo jak ja. Tyle, że ja muszę się nauczyć uważniej i bezpieczniej istnieć pośród nich. Nie popadać w paraliżujący lęk lecz być świadomą wielu możliwych zagrożeń. A także stać się nieco mniejszą idealistką, czyli osobą kroczącą zanadto w chmurach a zbyt mało po twardej ziemi.  Nie zastanawiać się też, czy zasłużyłam w jakiś sposób na ten wypadek z szerszeniem. Być może potrzebna mi była taka właśnie lekcja. A może owo użądlenie było tylko to ślepym trafem. Czystym przypadkiem. Nie wiadomo. Zdaję sobie sprawę, że choćbym nie wiem jak uważała, to i tak wszystko zdarzyć się może. I kiedyś się zdarzy, w taki czy inny sposób. Gdyż przeznaczeniem każdego jest wszak ostateczny koniec istnienia…



   Likwidacja szerszeni w naszym ogrodzie zwróciła nam uwagę na konieczność bliższego przyjrzenia się starej jabłoni, w której istniało jedno z owych owadzich gniazd. W jakiś czas po owej likwidacji oglądając owo drzewo stwierdziliśmy, że w większości jest ono spróchniałe, popękane na całej długości pnia, suche i puste w środku. Z tego pustego miejsca w ubiegłych latach korzystały kolejne pokolenia ptaków zakładając tam swoje gniazda. A w tym roku już żaden ptak nie miał tam przystępu, gdyż w całości zasiedliły je szerszenie.  Krążyły wokół niego strzegąc czujnie swego siedliska i nie pozwalając nawet na swobodne przechodzenie obok. Ilekroć kosiłam w jego pobliżu zawsze miałam z tyłu głowy informację, by mieć się na baczności, by nie stracić go z pola widzenia. Bo gdy tylko podchodziłam zbyt blisko rozwścieczone owady latały agresywnie nad moją głową a nawet mnie w nią uderzały ostrzegawczo, na szczęście nie żądląc jednak. Cezarego dwukrotnie jednak użądliły, kiedy nieświadom jeszcze ich obecności w drzewie zbliżył się do nich, ale ponieważ nie jest na nie uczulony, to poza chwilowym, specyficznym bólem nic więcej przykrego nie odczuwał.

   Po każdej wichurze czy deszczu coraz więcej suchych gałęzi opadało ze stareńkiej jabłoni a nieliczne jabłka, które jeszcze rodziła małe były, cierpkie w smaku i robaczywe. Żal mi było staruszki, jak żal mi każdego innego wycinanego drzewa czy krzewu, ale musiałam zgodzić się z Cezarym, iż nie ma co zwlekać. Należy podjąć ostateczną decyzję i niestety ściąć drzewo, z którego nie ma już żadnego pożytku, a które przeciwnie, może stanowić zagrożenie dla nas i psów, jeśli nagle złamałoby się i zwaliło nagle na kogoś z nas. Poza tym jego pusty pień w przyszłych latach znowu mógłby służyć innym owadom za świetne miejsce do zasiedlenia. A tego na pewno już byśmy nie chcieli. Poza tym mamy w ogrodzie kilka innych jabłoni. Jabłek z nich jest aż nadto dla nas.

   Pewnego dnia zatem nasz znajomy, uczynny drwal oraz Cezary wzięli się za ścinanie jabłoni. A zrobili to tak sprytnie, że padając drzewo niczego nie uszkodziło, nie złamało, choć w pobliżu wiele rośnie drzew, krzewów i bylin, choć tuż obok stoi pokryta dachówkami wiata na drewno opałowe.

   Sądzimy z mężem, że teraz owe rośliny będą lepiej rosły, że posadzone w ich pobliżu kwiaty też poczują się lepiej. Owa wielka jabłoń wysysała bowiem z ziemi ogromną ilość życiodajnej wilgoci i pewnie dlatego zawsze rosnące w jej pobliżu rośliny wyglądały marnie.







   Po ścięciu jabłoni zajrzeliśmy z ciekawością do jej wnętrza. Widać tam było ogromne, podzielone na okrągłe plastry gniazdo szerszeni...Była to wspaniała, wielopoziomowa, szerszeniowa kraina ze swoimi prawami, planami, ścieżkami, ze swoją zwyczajną codziennością. Nie spodziewała się zapewne, że tak nagle przestanie istnieć…Dokładnie tak samo, jak nie spodziewały się tego upadające ludzkie państwa i metropolie, które uważały, że są niezniszczalne i wieczne, że zawsze będą stanowiły oparcie dla kolejnych pokoleń. Ale historia przetoczyła się po nich niczym miażdżący wszystko na swej drodze walec. I nadal się toczy, choć wielu z nas do niedawna wydawało się, że żyjemy w najlepszym, najbezpieczniejszym momencie dziejów ludzkości…

                                                         miejsce po ściętej jabłoni a w tle stara lipa

                                        


sobota, 24 sierpnia 2024

Szerszeń w Edenie…

 


 

  Kilka dni temu gdy wokół trwał jeszcze cudownie rzeźki poranek a cały ogród chóralnie śpiewał ze szczęścia wzięłam się ochoczo za pielenie warzywnika. Przyjemnie i lekko mi się pracowało. Sprawnie napełniałam wiadra kolejnymi porcjami zielsk i traw. Nawet nogi zanadto nie mrowiły od kucania i klęczenia.   Ziemia pachniała  ożywczą wilgocią a zieleń wokół zachwycająco błyszczała tysiącami szmaragdowych witraży. W życiu ważne są takie chwile…



   Niestety,  już pod sam koniec roboty użądlił mnie szerszeń. Ot, po prostu wędrował sobie między chwastami a ja nie zauważyłam go i niechcący złapałam w dłoń. Zabolało strasznie, ale wypuszczonemu gwałtownie z ręki szerszeniowi nic się nie stało. Dziarsko pomaszerował dalej. Tymczasem ja bardzo się przestraszyłam i musiałam szybko coś zrobić, żeby jad tego owada nie zrobił mi nieodwracalnej krzywdy. Niestety, jestem uczulona na jad błonkoskrzydłych, czyli  os, pszczół, szerszeni i tym podobnych stworzeń, których latem ogrom fruwa po moim ogrodzie. Dwa lata temu (pisałam o tym na blogu tutaj: klik) między rzędami ogórków dopadła mnie osa i ciachnęła w kark. Było to zaskakujące i ciężkie dla mnie przeżycie, bo właśnie wtedy okazało się, że mam alergię. Oznacza to, że poza bólem użądlenia reaguję na owadzią toksynę pokrzywką na tułowiu, zawrotami głowy, dusznością i  słabością. Wówczas połknęłam natychmiast lek antyhistaminowy i to szybko pomogło opanować objawy szoku anafilaktycznego. Zatelefonowałam na pogotowie i tam powiedziano mi, że skoro objawy ustępują, to nie ma też konieczności wzywania ich na miejsce. I rzeczywiście. Wtedy po mniej więcej godzinie doszłam zupełnie do siebie i jedynym następstwem użądlenia była opuchlizna oraz promieniujący na głowę i ramiona ból karku.



   Tym razem jednak nie było tak prosto. Szerszeń, jako owad o wiele większy od osy zdołał wstrzyknąć mi o wiele więcej jadu. I nawet  dwie połknięte tabletki w niczym nie pomagały. Piekąca i swędząca pokrzywka zaczęła ogarniać coraz większe obszary mojego ciała. Ręka wyglądała jak napompowana rękawiczka gumowa. W uszach mi szumiało, serce tętniło mocno a w piersiach pojawił się dziwny ucisk i wrażenie narastającego bólu. Ogarnął mnie też lęk. Taki dziwny, bo zupełnie nie do opanowania rozumem. Siedziałam przy kuchennym stole i dygotałam wewnętrznie. Po prostu czułam, że dzieje się ze mną coś niepokojącego i groźnego. Coś na co nie mam wpływu. Szkoda, że kiedy dwa lata temu doszło do tego zdarzenia z osą, nie poszłam potem do lekarza i nie poprosiłam o zastrzyk adrenaliny. Bo powinno się ją w domu mieć na taką właśnie okoliczność.



   Nie czekając już na nic pojechaliśmy z Cezarym do przychodni. Tam od razu zrobiono mi dwa zastrzyki z lekami przeciwhistaminowymi. Kazano mi się położyć na kozetce i przez dwie godziny obserwowano mój stan, sprawdzając kolor objętej wypryskami skóry, pojąc mnie wodą, mierząc ciśnienie krwi, wykonując EKG i dopytując co chwila o to, jak się czuję. A że poczułam się właściwie zaopiekowana,  toteż wrażenie oszołomienia i lęku zaczęło maleć.

   Na koniec przemiła lekarka wypisała mi na receptach kilka silnych leków, które zażywać mam prawie przez miesiąc. Zastrzegła też, iż gdyby mi się pogarszało konieczna byłaby hospitalizacja. Oczywiście przepisała także zastrzyk z adrenaliną. Adrenalina w takich razach ratuje po prostu życie. Okazuje się bowiem, że każde następne spotkanie z owadzim jadem mogłoby być dla mnie znacznie gorsze, że człowiek się na niego w żaden sposób nie uodparnia a wręcz przeciwnie, organizm coraz bardziej się osłabia walcząc z ujemnymi skutkami użądlenia. Teraz grzecznie łykam wszystkie przepisane leki, smaruję ukąszoną, wciąż swędzącą i lekko opuchniętą dłoń silną maścią ze sterydami. Niestety, owe lekarstwa działają na mnie nieco nasennie, otępiająco i przytłumiająco. Mam jakieś problemy ze skupieniem uwagi, z ogarnięciem myśli. Nie wiem wobec tego, czy zdecyduję się na branie wszystkich tych medykamentów do końca. Bo jak widać są bardzo silne i boję się, że łykając je w celach leczniczych jednocześnie robię sobie jakąś krzywdę…



   Wracając jednak do szerszeni. Ten rok jest u nas rokiem ogromnej ilości wszelkich bzykadeł. Kilka tygodni temu Cezary samodzielnie zlikwidował olbrzymie gniazdo os, które te owady założyły sobie w psiej budzie, tuż pod jej dachem. Baliśmy się o psy, zatem ta likwidacja była konieczna. Jednak zaraz potem dostrzegliśmy,  że szerszenie założyły sobie na terenie naszego siedliska dwie warowne siedziby. Jedną w wyłomie budynku gospodarczego, tuż nad psią budą. Drugą w pniu starej jabłoni obok miejsca, gdzie parkujemy samochód. Ponieważ jednak, jak oboje zaobserwowaliśmy, szerszenie nie były agresywne, nie atakowały nas a tylko czujnie strzegły gniazd i zwyczajnie żyły w swym własnym świecie, postanowiliśmy dać im spokój, współistniejąc jakoś razem i nie szkodząc sobie wzajemnie. Przy okazji mieliśmy możność poczynienia mnóstwa ciekawych obserwacji przyrodniczych. Zauważyliśmy, iż szerszenie to mądre, aktywne przez cała dobę owady. Zawsze na straży ich domostwa stoi jeden lub dwóch osobników, którzy pilnie patrzą, kto porusza się w pobliżu. Uważnie wodzą wielkimi oczami za każdym, kto przechodzi obok, bzyczą głośno oznajmiając coś w sekretnym, owadzim języku. A powracających do gniazda pobratymców pilnie obwąchują i oglądają, sprawdzając czy to na pewno swój a nie jakiś intruz…




   Obserwacje, obserwacjami… Świetnie się udawały do czasu tego nieszczęsnego użądlenia w moją rękę…Oboje z mężem zdecydowaliśmy wówczas, że niestety trzeba się pozbyć z naszego otoczenia tych owadów. No bo jakże ja mam tu  bezpiecznie istnieć, jak poruszać się po ogrodzie bez uczucia lęku i nieustannego zagrożenia? I nie chodzi o likwidację wszelkich owadów z naszych okolic, bo to byłoby przecież głupie i w ogóle niemożliwe. Ważne stało się by usunąć jakoś te dwa gniazda szerszeni. Owadów, których jad następnym razem mógłby okazać się dla mnie zabójczy.




   Usiłowaliśmy wezwać w tym celu do nas straż pożarną. Jednak okazało się, że ponad miesiąc temu zmieniono przepisy, jeśli idzie o to komu owa interwencja strażacka przysługuje. Ponieważ wyjazdów brygad strażaków do likwidacji siedzib owadów było w tym roku rekordowo dużo, postanowiono owe wyjazdy drastycznie ograniczyć. Niektórzy bowiem wzywali strażaków z byle powodu i w czasie, gdy dzielni chłopcy całym zastępem walczyli z jakimś malutkim gniazdem os gdzieś na końcu ogrodu, gdzie indziej wybuchał akurat pożar i nie było komu do niego pojechać. Teraz strażacy usuwają owadzie gniazda tylko na terenie posesji, gdzie mieszkają osoby niepełnosprawne, nie potrafiące poruszać się samodzielnie. A ponieważ my z Cezarym do takich osób nie należymy trzeba było wobec tego wezwać fachowców ze specjalistycznej firmy dezynsekcyjnej zajmującej się tępieniem uciążliwych owadów.




   I oto wczoraj odwiedził nas uzbrojony w specjalne odzienie i kapelusz z siatką ochronną pan, który przy pomocy długiej szprycy z gazującym płynem sprawnie zlikwidował dwa gniazda szerszeni oraz kolejne gniazdo os wykryte przez niego  budynku gospodarczym. Smutny to był dla nas widok. Bezradne owady padały jeden po drugim a ich truchła szybko pokryły beton wokół psiej budy. Te szerszenie, które zdołały ów pogrom przetrwać przez jakiś czas w ogromnym wzburzeniu i złości latały obok gniazd. Późnym wieczorem jednak nie było już po nich śladu. Mam nadzieję, że owe niedobitki odleciały w jakieś miejsce, gdzie będą mogły bezpiecznie  egzystować nie stanowiąc przy tym dla nikogo zagrożenia…






   Pasiastych, żółto-czarno-pomarańczowych bzykadeł nadal jest w ogrodzie bez liku. Pod wieczór usiłując zbierać kapiące od słodkiego soku maliny co i rusz musiałam się odganiać, bo co chwilę jakaś osa upierała się by krążyć w pobliżu mnie, by przysiadać na moich ramionach, by dokuczliwie bzyczeć. Szybko wyszłam z tętniącego życiem malinowego chruśniaka. Lęk był nie do opanowania…Potrzeba najwidoczniej czasu aby mi te strachy minęły.



  Ale cóż…Żaden Eden nie nazywałby się wszak Edenem, gdyby nie wąż, który w jakiejś postaci zawsze był w nim, który jest i będzie…

 

Etykiety

Aborygeni absurd afirmacja życia agrest apel apel o pomoc asymilacja Australia autoanaliza bajka bal ballada baśń Beksińscy Bieszczady blackout bliskość blog blogi bór cenzura Cesarzowa Ki Cezary chleb choroba ciastka ciepło cywilizacja czarny bez czarny humor czas czekolada czerwiec człowieczeństwo człowiek czułość Dersu Uzała deszcz dieta dobro dom dorosłość drama drama koreańska drewno droga drzewa trawiaste Dubiecko Dwernik Kamień dwudziestolecie międzywojenne dystopia dzieciństwo dzikie bzy ekologia elektryczność erotyk eutanazja fajka fantazja film flash mob fotografie fotoreportaż glebogryzarka głodówka głód gospodarstwo goście góry Góry Flindersa grass tree grill grudzień grzyby Gwiazdka historia historie wędrujące horror humor humoreska idealizm ideologia II wojna światowa informacja inność inspiracja internet jabłka jabłoń Jacuś Jacuś. gospodarstwo Jacuś. lato jajka Jane Eyre Japonia Jawornik Polski jesień jesień życia kalina Kanada kanały kangury kastracja kiełbasa klimat klimatyzm koala kobieta koguty kolęda kolędy komputer komunikacja konfitury konflikt koniec świata konkurs konstrukcja kosmos koszenie kot koziołek kozy Kraków Kresy kryminał kryzys książka kuchnia kulinaria kury kwiaty kwiecień las lato legenda lektura lęk lipa lipiec lis listopad literatura los ludzie luty łąka maciejka macierzyństwo magia maj malarstwo maliny mantry marzenie maska metafora mgła miasteczko odnalezionych myśli Michael Jackson Mikołaj miłość Misia mit młodość moda mróz mróż muzyka muzyka filmowa nadzieja nalewki nałóg natura niebezpieczeństwo niezapominajki noc nowoczesność Nowy Rok obyczaje ocean odchudzanie odpowiedzialność odrodzenie ogrody ogród ojczyzna opowiadanie opowiastka opowieść Orzeszkowa osa Osiecka owoce pamięć pandemia Panna Róża park pasja patriotyzm pejzaż pierniki pies pieski pieśni pieśń piękno piosenka piosenki pisanie płot początek podróż poezja pogoda Pogórze Dynowskie polityka Polska pomidory pomysł poprawność polityczna porady postęp pożar praca prawda prezent protest protesty przedwiośnie przedzimie przemijanie Przemyśl przepis przetrwanie przetwory przeznaczenie przygoda przyjaźń przyroda psy psychologia ptaki radość rak recenzja refleksja relatywizm remont repatriacja reportaż rezerwat Riverland rodzina rok rośliny rower rozmowa rozrywka rozum róże rymowanka rzeka samopoczucie samotność San sarny sąsiedzi sens życia siano sierpień silna wola siła skróty słodycze słońce słowa słowa piosenki słowianie smutek solidarność South Australia spacer spiżarnia spokój społeczeństwo spontaniczność spotkanie stado Star starość strych susza susza. upał szadź szczerość szczęście szerszeń śmiech śmierć śnieg śpiew środowisko świat światło świeta święta świt tajemnica tekst piosenki teksty piosenek tęsknota toaleta tragikomedia trauma troska truskawki uczucia Ukraina upał urodziny uśmiech warzywnik wędrówka wędrówki węgiel wiadomości wiadomość wiatr wierność wiersz wierszyk wieś wieża wigilia Wilsons Promontory wino wiosna wiosnaekologia wirus woda wojna wolność Wołyń wrażliwość wrotycz wrzesień wschód słońca wspomnienia wspomnienie współczesność Wszechświat wybory wychowanie wycieczka wygląd wypadki wypalanie traw wzruszenie zabawa zabawa blogowa zachód słońca zapasy zaproszenie zbiory zdjęcia zdrowie zielarstwo zielononóżki zielononóżki kuropatwiane zima zioła zmiany zupa Zuzia zwierzęta zwyczaje żałoba żart życie życzenia Żydzi żywokost