Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kiełbasa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kiełbasa. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 2 kwietnia 2024

Kiełbasa nie wyborcza…

 


 

   Wszyscy ostatnio do znudzenia gadają o tej kiełbasie wyborczej, co to niby w teorii taka pyszna, wspaniała i pełna obiecujących smaków a po konsumpcji zostawiająca jeno po sobie w najlepszym razie ogromny niedosyt a w najgorszym gorycz, mdłości oraz ból brzucha. Jednak wielu nadal się na ów wątpliwej jakości przysmak daje skusić jako i na inne obiecanki-cacanki. Dlatego ja o takim rodzaju kiełbasy pisać nie zamierzam, ale o takiej najprawdziwszej, swojskiej, domowej kiełbasie, którą jakiś czas temu udało się nam z Cezarym samodzielnie wykonać. Przewaga tejże kiełbasy nad tą wyborczą jest oczywista. Otóż chcieliśmy by ta nasza, jaworowa naprawdę wykonana była rzetelnie i uczciwie a do tego rzecz jasna by było jej dużo i by była smaczna oraz zdrowa.  A jak się nam udała? O tym właśnie traktuje poniższa opowieść.



   Czy pamiętacie, że wiosną ubiegłego roku Cezary samodzielnie zaprojektował i skonstruował wielki, metalowy wehikuł na kółkach, mający nam służyć jako grill, piecyk oraz wędzarnia ogrodowa? Z powodzeniem używaliśmy onego ustrojstwa przez całe lato, jesień a nawet raz czy dwa rozpalaliśmy w nim zimą. Wędziliśmy weń kurczaki, szynki i schaby. Na płycie smażyliśmy ziemniaczki, cukinie, proziaki i kotlety. A wewnątrz piekliśmy obłędnie pachnące szyneczki i karkówki. Wszystko wychodziło nam nad podziw dobrze, jak na debiutujących w tej dziedzinie amatorów samouków. A do tego okazało się, iż takie swojskie wędzonki można bardzo długo przechowywać w lodówce i nic przykrego się z nimi nie dzieje. Nie stają się oślizgłe ani tym bardziej nieprzyjemnie woniejące, jak te kupowane w sklepie. A to swoją drogą dziwne zjawisko…No bo co oni, w tym przemysłowym wyrobie wędlin dodają właściwie do swoich wyrobów? Pewnie sporo tam chemicznych dodatków, które mają je konserwować i zabezpieczać przed zepsuciem oraz poprawiać wygląd i smak. Jednak tak się nie dzieje, a wręcz przeciwnie. Z tego wszystkiego zaczynam nabierać podejrzeń, że kosmiczne ceny owych wędlin oraz ich skład tak naprawdę mają zniechęcić nabywców do ich kupowania. Obrzydzić im je. Tym bardziej, iż tu i ówdzie coraz więcej pojawia się artykułów o złym wpływie czerwonego mięsa na zdrowie. Nie zdziwiłabym się, jeśli w tym wszystkim nie chodziłoby o to byśmy wszyscy stali się wegetarianami albo potulnymi zjadaczami hodowanej sztucznie masy mięsopodobnej lub też pogodzonymi z ponurym losem robakożercami. W dzisiejszym, coraz bardziej dziwacznym świecie wszystko wszak jest możliwe….



   Ale wracając do naszej kiełbasy….Najpierw w okolicznych delikatesach w oczy wpadła nam foliowa torebeczka z dziwną zawartością, podobną do białych sznurków albo martwych dżdżowniczek. Były to zasolone jelita służące właśnie do amatorskiego wyrobu kiełbasy. Parę tygodni zajęło nam przetrawianie owej informacji oraz kryjących się w niej wyzwań aż w końcu mój mąż podjął decyzję i kilka dni przed świętami zakupił ową torebeczkę stwierdziwszy, iż najwyższa pora na spróbowanie czegoś nowego. W końcu nie świeci garnki lepią! A w Internecie pełno jest filmików o domowym wyrobie kiełbasy. Wszystkiego można się z nich nauczyć. Nauczeni i oswojeni z tematem nabyliśmy kilka kilogramów szynki, schabu,  łopatki i słoniny a potem, gdzieś na początku Wielkiego Tygodnia zakasaliśmy rękawy i wzięliśmy się do roboty.



    Najpierw trzeba było owe mięsiwa porządnie zmielić w elektrycznej maszynce. Następnie przyprawić zmieloną masę solą kamienną, pieprzem, czosnkiem, majerankiem i jałowcem. Potem dodać do wszystkiego odpowiednią ilość soli peklującej i na dobę pozostawić całość w lodówce żeby się wszystkie smaki przeniknęły a mięso odpowiednio zapeklowało. O tym, iż mięso było dobrze przyprawione świadczył silny aromat dobywający się z lodówki, ilekroć się ją w tym czasie otworzyło. Owa obłędnie czosnkowo jałowcowa woń wywoływała a nas natychmiast burczenie w brzuchach oraz uczucie naglącej niecierpliwości, żeby już zaraz spróbować smaku owej wspaniałej mieszanki. Nie dziwota więc, że tego samego dnia wieczorem łakomie uszczknęłam z niej dwie garści i usmażyłam nam w formie kotletów mielonych. Okazały się rzecz jasna bardzo smaczne, ale stanowiły tylko preludium przed oczekiwaną feerią kiełbasianej uczty! Wszak kiełbasa miała być wędzona, co wiązało się z nadaniem jej ostatecznego, upragnionego wyrazu.



   Nazajutrz rano zabraliśmy się do właściwego dzieła. Jelita trzeba było porządnie umyć i namoczyć w ciepłej wodzie żeby zmiękły i nadawały się do nałożenia ich na specjalną przystawkę do maszynki. I tu zaczęły się schody! Okazało się, że już samo naciąganie owych jelit stanowiło nie lada wyzwanie, choć na youtubowych filmikach wyglądało tak dziecinnie prosto! Tymczasem niekończące się nakładanie na nasmarowany smalcem stożkowaty lejek około dwudziestu metrów śliskich jelit na zmianę śmieszyło nas (bo dość jednoznacznie się nam kojarzyło) i irytowało, gdy po raz kolejny owe długaśne dżdżowniczki stawiały niezrozumiały opór i za nic nie dawały się tam gdzie trzeba, umieścić, do tego pękały ni stąd ni zowąd i trzeba je było odcinać. W końcu ten etap był za nami. Naiwnie myśleliśmy, że najgorszy! He, He!



   Teraz Ola, jako domowa specjalistka od mieszania wszystkiego, aż po łokcie zanurzyć musiała ręce w ogromie mięsnej masy ( masa zajmowała dwunastolitrowy garnek!) i dolewając doń sporo wody długo i dokładnie ją wymasować, wybełtać, przekształcając w klejącą oraz zwartą mieszaninę.  Aż w końcu, gdy z wysiłku rumieńce wystąpiły jej na lica a strudzone dłonie omdlały  - kiełbasiana masa stała się taka, jaka stać się powinna i można było przystąpić do następnej fazy działania.



   Działaliśmy we dwoje i na zmianę, bo co i rusz to jedno to drugie z nas musiało odpocząć. Okazało się, że napakowywanie jelit kiełbasianą masą wymaga sporej siły, cierpliwości oraz precyzji. Maszynka elektryczna tylko na początku pracowała jak trzeba. Wkrótce jednak zaczęła się tak zapychać, mięsna masa tak utykać w trzewiach mechanizmu i szydzić z naszych wysiłków, że pchane specjalną popychaczką  mięso zamiast w jelita uparcie wyłaziło górą maszynki. No to my je znów z powrotem. A ono przekornie pchało się do góry i wyglądało niczym różowa lawa dobywająca się z wulkanu. Ręce i ramiona pulsowały nam ze zmęczenia. Twarze poczerwieniały. Czoła zrosiły się potem. Bicepsy wyraźnie stwardniały. Palce obklejone, trudnym do zmycia tłuszczem nie nadawały się nawet do poskrobania po nosie! Lecz wszak trzeba było doprowadzić do końca to, co się zaczęło.

   Po kilku godzinach ciężkiej, kiełbasianej roboty umęczeni, ale zadowoleni spojrzeliśmy z satysfakcją na góry białych kiełbas wdzięcznie spoczywające na kilku plastikowych tacach. Przed nami był już tylko końcowy etap pracy - kilkugodzinne wędzenie…Tymczasem na dworze nieoczekiwanie zachmurzyło się i rozpętała się taka wichura, że mowy nie było o rozpaleniu ognia pod wędzarnią. A nawet gdyby się to udało, to Cezary jako naczelny, jaworowy wędzarz nie dałby rady odpowiednio doglądać wędzonek i nie wytrwałby w ogrodzie dłużej niż parę minut. A gdyby nawet wytrwał, to by się zaziębił. Trzeba było zatem odłożyć wędzenie do następnego dnia. Bo i pogodę zapowiadano o wiele lepszą. Tak więc surowe kiełbasy znowu powędrować musiały do lodówki, gdzie z trudem się zmieściły, bowiem tkwiły tam już uwędzone przed kilku dniami szynki.





   I rzeczywiście nazajutrz aura była nieco lepsza, bo ładnie świeciło słonko. Jednakże szalony wiatr nadal dawał do wiwatu! Ale cóż, kiełbasy nie mogły dłużej czekać, bo święta się już zbliżały. Niezbyt wprawnie nawinięte na okrągłe kije zawisły na prętach wędzarni. A Cezary zgromadziwszy drewno śliwkowe i gruszkowe oraz wilgotne trociny mógł rozpocząć wreszcie długi proces wędzenia.



   W tym czasie ja w innej części ogrodu wzięłam się za porządki na naszej działce z truskawkami. Trzeba było po zimie oczyścić je z martwych kłaczy i liści, wyplewić wokół nich chwasty a w końcu podsypać nawozem i podlać. Docierały tam do mnie upojne zapachy dymu z naszej wędzarni. Co jakiś czas więc zaglądałam do Cezarego by podziwiać zmiany w wyglądzie kiełbas, które z białych i jasnych stawały się coraz bardziej złociste, miodowe a w końcu ciemno kasztanowe…Kapał z nich powoli tłuszcz, który skwierczał i pachniał smakowicie. Jednak kiełbasy nadal nie były gotowe, bo takie wędzenie ma być długie i delikatne. Tak by kiełbas nie spalić a tylko cierpliwie je uwędzić i upiec w gorącym, woniejącym pięknie dymie.

   Wróciłam zatem na tył ogrodu, gdzie ze zgrozą odkryłam, że pod płotem ślimaki wyżarły mi co najmniej połowę posadzonych w zeszłym roku malw. Aż płakać mi się na ten widok chciało! Bo tyle się nad sadzonkami tych kwiatków napracowałam, tak byłam z nich dumna i wyobrażałam sobie jak pięknie będą kwitły latem. A tu paskudne mięczaki bezczelnie zrobiły sobie z nich ucztę! Zazgrzytałam zębami i poleciałam do domu po gromadzone od kilku miesięcy potłuczone drobno skorupki od jajek. Rozłożyłam je wokół nielicznych, ocalałych malw a potem jeszcze dodatkowo posypałam tam trochę niebieskiej trutki na ślimaki. Nie miałam dla ślimaków litości, tak jak one jej dla mnie nie miały! Malwowy kwietnik otoczony jest płotkiem, nie bałam się więc, że któryś z naszych psów dałby radę owej trutki spróbować i zrobić sobie krzywdę.

                         kwietnik z malwami jesienią ubiegłego roku


   I znowu pobiegłam do Cezarego, bo w brzuchu mi zaburczało i poczułam, że zjadłabym świeżutką kiełbasę na pociechę! Jednak wędzonki nadal nie były jeszcze gotowe. Więc cóż, z braku laku zrobiłam nam po zupce chińskiej a do tego talerz kanapek z szynką oraz zieloniutką rukolą z ogródka, co pięknie zimę przetrwała.

   Wieczorem obejrzawszy dokładnie pęta kiełbas zdecydowaliśmy, że jeszcze pozostawimy je w wędzarni do rana. Niech się tam w spokoju dowędzą i dopieką w pozostałościach dymu.  I dobrze zrobiliśmy.




   Nazajutrz o poranku poszliśmy we dwoje do ogrodu i delikatnie zdjąwszy zbrązowiałe kiełbasy z kijów tryumfalnie wnieśliśmy je do domu. Natychmiast zapachniły nam całą kuchnię oraz przyległy do niej, psi pokój. Rzecz jasna śpiące dotąd smacznie psy od razu się pobudziły i natychmiast przybiegły do nas wiedzione jakimś narkotycznym przyciąganiem. A potem dalejże machać ogonami, dalejże łasić się by dostać choć odrobinę tego aromatycznego smakołyku. Dostawszy oblizały się i radośnie poleciały do ogrodu by szczekać tam na pasącego się tuż za płotem jelonka!





   Tymczasem my zjedliśmy sobie po sporym kawałku swojskiej kiełbasy i uśmiechając się od ucha do ucha stwierdziliśmy, że choć naprawdę sporo się przy niej narobiliśmy, to jednak warto było ją zrobić. Była kruchuteńka i w sam raz uwędzona. A do tego przenikał ją smak, jaki pamiętaliśmy z dzieciństwa, gdy kiełbasy jadało się rzadko, ale gdy już się jadało, to miało się wrażenie, iż to istna symfonia aromatów, smaków i cudownych doznań.  

   I co jeszcze? W święta na kilku pętach naszej kiełbasy ugotowałam domowy żurek na zakwasie. I wiecie co? Cezary orzekł, że dzięki tej kiełbasie to najlepszy żurek jaki kiedykolwiek jadł! Pieski dostawszy jeszcze po kawałeczku kiełbasy i oblizując z zapałem moje dłonie z entuzjazmem przyznały swemu panu rację!:-))

                  Jacuś, Hipcia i Misia

Etykiety

Aborygeni absurd afirmacja życia agrest apel apel o pomoc asymilacja Australia autoanaliza bajka bal ballada baśń Beksińscy Bieszczady blackout bliskość blog blogi bór cenzura Cesarzowa Ki Cezary chleb choroba ciastka ciepło cywilizacja czarny bez czarny humor czas czekolada czerwiec człowieczeństwo człowiek czułość Dersu Uzała deszcz dieta dobro dom dorosłość drama drama koreańska drewno droga drzewa trawiaste Dubiecko Dwernik Kamień dwudziestolecie międzywojenne dystopia dzieciństwo dzikie bzy ekologia elektryczność erotyk eutanazja fajka fantazja film flash mob fotografie fotoreportaż glebogryzarka głodówka głód gospodarstwo goście góry Góry Flindersa grass tree grill grudzień grzyby Gwiazdka historia historie wędrujące horror humor humoreska idealizm ideologia II wojna światowa informacja inność inspiracja internet jabłka jabłoń Jacuś Jacuś. gospodarstwo Jacuś. lato jajka Jane Eyre Japonia Jawornik Polski jesień jesień życia kalina Kanada kanały kangury kastracja kiełbasa klimat klimatyzm koala kobieta koguty kolęda kolędy komputer komunikacja konfitury konflikt koniec świata konkurs konstrukcja kosmos koszenie kot koziołek kozy Kraków Kresy kryminał kryzys książka kuchnia kulinaria kury kwiaty kwiecień las lato legenda lektura lęk lipa lipiec lis listopad literatura los ludzie luty łąka maciejka macierzyństwo magia maj malarstwo maliny mantry marzenie maska metafora mgła miasteczko odnalezionych myśli Michael Jackson Mikołaj miłość Misia mit młodość moda mróz mróż muzyka muzyka filmowa nadzieja nalewki nałóg natura niebezpieczeństwo niezapominajki noc nowoczesność Nowy Rok obyczaje ocean odchudzanie odpowiedzialność odrodzenie ogrody ogród ojczyzna opowiadanie opowiastka opowieść Orzeszkowa osa Osiecka owoce pamięć pandemia Panna Róża park pasja patriotyzm pejzaż pierniki pies pieski pieśni pieśń piękno piosenka piosenki pisanie płot początek podróż poezja pogoda Pogórze Dynowskie polityka Polska pomidory pomysł poprawność polityczna porady postęp pożar praca prawda prezent protest protesty przedwiośnie przedzimie przemijanie Przemyśl przepis przetrwanie przetwory przeznaczenie przygoda przyjaźń przyroda psy psychologia ptaki radość rak recenzja refleksja relatywizm remont repatriacja reportaż rezerwat Riverland rodzina rok rośliny rower rozmowa rozrywka rozum róże rymowanka rzeka samopoczucie samotność San sarny sąsiedzi sens życia siano sierpień silna wola siła skróty słodycze słońce słowa słowa piosenki słowianie smutek solidarność South Australia spacer spiżarnia spokój społeczeństwo spontaniczność spotkanie stado Star starość strych susza susza. upał szadź szczerość szczęście szerszeń śmiech śmierć śnieg śpiew środowisko świat światło świeta święta świt tajemnica tekst piosenki teksty piosenek tęsknota toaleta tragikomedia trauma troska truskawki uczucia Ukraina upał urodziny uśmiech warzywnik wędrówka wędrówki węgiel wiadomości wiadomość wiatr wierność wiersz wierszyk wieś wieża wigilia Wilsons Promontory wino wiosna wiosnaekologia wirus woda wojna wolność Wołyń wrażliwość wrotycz wrzesień wschód słońca wspomnienia wspomnienie współczesność Wszechświat wybory wychowanie wycieczka wygląd wypadki wypalanie traw wzruszenie zabawa zabawa blogowa zachód słońca zapasy zaproszenie zbiory zdjęcia zdrowie zielarstwo zielononóżki zielononóżki kuropatwiane zima zioła zmiany zupa Zuzia zwierzęta zwyczaje żałoba żart życie życzenia Żydzi żywokost