Wszyscy ostatnio
do znudzenia gadają o tej kiełbasie wyborczej, co to niby w teorii taka pyszna,
wspaniała i pełna obiecujących smaków a po konsumpcji zostawiająca jeno po
sobie w najlepszym razie ogromny niedosyt a w najgorszym gorycz, mdłości oraz
ból brzucha. Jednak wielu nadal się na ów wątpliwej jakości przysmak daje
skusić jako i na inne obiecanki-cacanki. Dlatego ja o takim rodzaju kiełbasy
pisać nie zamierzam, ale o takiej najprawdziwszej, swojskiej, domowej
kiełbasie, którą jakiś czas temu udało się nam z Cezarym samodzielnie wykonać. Przewaga
tejże kiełbasy nad tą wyborczą jest oczywista. Otóż chcieliśmy by ta nasza,
jaworowa naprawdę wykonana była rzetelnie i uczciwie a do tego rzecz jasna by było
jej dużo i by była smaczna oraz zdrowa. A
jak się nam udała? O tym właśnie traktuje poniższa opowieść.
Czy pamiętacie, że
wiosną ubiegłego roku Cezary samodzielnie zaprojektował i skonstruował wielki,
metalowy wehikuł na kółkach, mający nam służyć jako grill, piecyk oraz wędzarnia
ogrodowa? Z powodzeniem używaliśmy onego ustrojstwa przez całe lato, jesień a
nawet raz czy dwa rozpalaliśmy w nim zimą. Wędziliśmy weń kurczaki, szynki i
schaby. Na płycie smażyliśmy ziemniaczki, cukinie, proziaki i kotlety. A wewnątrz
piekliśmy obłędnie pachnące szyneczki i karkówki. Wszystko wychodziło nam nad
podziw dobrze, jak na debiutujących w tej dziedzinie amatorów samouków. A do
tego okazało się, iż takie swojskie wędzonki można bardzo długo przechowywać w
lodówce i nic przykrego się z nimi nie dzieje. Nie stają się oślizgłe ani tym
bardziej nieprzyjemnie woniejące, jak te kupowane w sklepie. A to swoją drogą
dziwne zjawisko…No bo co oni, w tym przemysłowym wyrobie wędlin dodają właściwie
do swoich wyrobów? Pewnie sporo tam chemicznych dodatków, które mają je
konserwować i zabezpieczać przed zepsuciem oraz poprawiać wygląd i smak. Jednak
tak się nie dzieje, a wręcz przeciwnie. Z tego wszystkiego zaczynam nabierać
podejrzeń, że kosmiczne ceny owych wędlin oraz ich skład tak naprawdę mają
zniechęcić nabywców do ich kupowania. Obrzydzić im je. Tym bardziej, iż tu i
ówdzie coraz więcej pojawia się artykułów o złym wpływie czerwonego mięsa na
zdrowie. Nie zdziwiłabym się, jeśli w tym wszystkim nie chodziłoby o to byśmy
wszyscy stali się wegetarianami albo potulnymi zjadaczami hodowanej sztucznie
masy mięsopodobnej lub też pogodzonymi z ponurym losem robakożercami. W
dzisiejszym, coraz bardziej dziwacznym świecie wszystko wszak jest możliwe….
Ale wracając do naszej
kiełbasy….Najpierw w okolicznych delikatesach w oczy wpadła nam foliowa
torebeczka z dziwną zawartością, podobną do białych sznurków albo martwych
dżdżowniczek. Były to zasolone jelita służące właśnie do amatorskiego wyrobu
kiełbasy. Parę tygodni zajęło nam przetrawianie owej informacji oraz kryjących się
w niej wyzwań aż w końcu mój mąż podjął decyzję i kilka dni przed świętami
zakupił ową torebeczkę stwierdziwszy, iż najwyższa pora na spróbowanie czegoś
nowego. W końcu nie świeci garnki lepią! A w Internecie pełno jest filmików o
domowym wyrobie kiełbasy. Wszystkiego można się z nich nauczyć. Nauczeni i
oswojeni z tematem nabyliśmy kilka kilogramów szynki, schabu, łopatki i słoniny a potem, gdzieś na początku
Wielkiego Tygodnia zakasaliśmy rękawy i wzięliśmy się do roboty.
Najpierw trzeba
było owe mięsiwa porządnie zmielić w elektrycznej maszynce. Następnie
przyprawić zmieloną masę solą kamienną, pieprzem, czosnkiem, majerankiem i
jałowcem. Potem dodać do wszystkiego odpowiednią ilość soli peklującej i na
dobę pozostawić całość w lodówce żeby się wszystkie smaki przeniknęły a mięso odpowiednio
zapeklowało. O tym, iż mięso było dobrze przyprawione świadczył silny aromat dobywający
się z lodówki, ilekroć się ją w tym czasie otworzyło. Owa obłędnie czosnkowo
jałowcowa woń wywoływała a nas natychmiast burczenie w brzuchach oraz uczucie
naglącej niecierpliwości, żeby już zaraz spróbować smaku owej wspaniałej
mieszanki. Nie dziwota więc, że tego samego dnia wieczorem łakomie uszczknęłam
z niej dwie garści i usmażyłam nam w formie kotletów mielonych. Okazały się
rzecz jasna bardzo smaczne, ale stanowiły tylko preludium przed oczekiwaną
feerią kiełbasianej uczty! Wszak kiełbasa miała być wędzona, co wiązało się z
nadaniem jej ostatecznego, upragnionego wyrazu.
Nazajutrz rano zabraliśmy
się do właściwego dzieła. Jelita trzeba było porządnie umyć i namoczyć w
ciepłej wodzie żeby zmiękły i nadawały się do nałożenia ich na specjalną
przystawkę do maszynki. I tu zaczęły się schody! Okazało się, że już samo
naciąganie owych jelit stanowiło nie lada wyzwanie, choć na youtubowych
filmikach wyglądało tak dziecinnie prosto! Tymczasem niekończące się nakładanie
na nasmarowany smalcem stożkowaty lejek około dwudziestu metrów śliskich jelit
na zmianę śmieszyło nas (bo dość jednoznacznie się nam kojarzyło) i irytowało,
gdy po raz kolejny owe długaśne dżdżowniczki stawiały niezrozumiały opór i za
nic nie dawały się tam gdzie trzeba, umieścić, do tego pękały ni stąd ni zowąd
i trzeba je było odcinać. W końcu ten etap był za nami. Naiwnie myśleliśmy, że
najgorszy! He, He!
Teraz Ola, jako domowa
specjalistka od mieszania wszystkiego, aż po łokcie zanurzyć musiała ręce w ogromie
mięsnej masy ( masa zajmowała dwunastolitrowy garnek!) i dolewając doń sporo
wody długo i dokładnie ją wymasować, wybełtać, przekształcając w klejącą oraz
zwartą mieszaninę. Aż w końcu, gdy z
wysiłku rumieńce wystąpiły jej na lica a strudzone dłonie omdlały - kiełbasiana masa stała się taka, jaka stać się
powinna i można było przystąpić do następnej fazy działania.
Działaliśmy we
dwoje i na zmianę, bo co i rusz to jedno to drugie z nas musiało odpocząć.
Okazało się, że napakowywanie jelit kiełbasianą masą wymaga sporej siły,
cierpliwości oraz precyzji. Maszynka elektryczna tylko na początku pracowała
jak trzeba. Wkrótce jednak zaczęła się tak zapychać, mięsna masa tak utykać w
trzewiach mechanizmu i szydzić z naszych wysiłków, że pchane specjalną
popychaczką mięso zamiast w jelita uparcie
wyłaziło górą maszynki. No to my je znów z powrotem. A ono przekornie pchało
się do góry i wyglądało niczym różowa lawa dobywająca się z wulkanu. Ręce i
ramiona pulsowały nam ze zmęczenia. Twarze poczerwieniały. Czoła zrosiły się potem.
Bicepsy wyraźnie stwardniały. Palce obklejone, trudnym do zmycia tłuszczem nie
nadawały się nawet do poskrobania po nosie! Lecz wszak trzeba było doprowadzić
do końca to, co się zaczęło.
Po kilku godzinach
ciężkiej, kiełbasianej roboty umęczeni, ale zadowoleni spojrzeliśmy z satysfakcją
na góry białych kiełbas wdzięcznie spoczywające na kilku plastikowych tacach. Przed
nami był już tylko końcowy etap pracy - kilkugodzinne wędzenie…Tymczasem na
dworze nieoczekiwanie zachmurzyło się i rozpętała się taka wichura, że mowy nie
było o rozpaleniu ognia pod wędzarnią. A nawet gdyby się to udało, to Cezary
jako naczelny, jaworowy wędzarz nie dałby rady odpowiednio doglądać wędzonek i
nie wytrwałby w ogrodzie dłużej niż parę minut. A gdyby nawet wytrwał, to by się
zaziębił. Trzeba było zatem odłożyć wędzenie do następnego dnia. Bo i pogodę
zapowiadano o wiele lepszą. Tak więc surowe kiełbasy znowu powędrować musiały
do lodówki, gdzie z trudem się zmieściły, bowiem tkwiły tam już uwędzone przed
kilku dniami szynki.
I rzeczywiście nazajutrz
aura była nieco lepsza, bo ładnie świeciło słonko. Jednakże szalony wiatr nadal
dawał do wiwatu! Ale cóż, kiełbasy nie mogły dłużej czekać, bo święta się już
zbliżały. Niezbyt wprawnie nawinięte na okrągłe kije zawisły na prętach wędzarni.
A Cezary zgromadziwszy drewno śliwkowe i gruszkowe oraz wilgotne trociny mógł
rozpocząć wreszcie długi proces wędzenia.
W tym czasie ja
w innej części ogrodu wzięłam się za porządki na naszej działce z truskawkami.
Trzeba było po zimie oczyścić je z martwych kłaczy i liści, wyplewić wokół nich
chwasty a w końcu podsypać nawozem i podlać. Docierały tam do mnie upojne
zapachy dymu z naszej wędzarni. Co jakiś czas więc zaglądałam do Cezarego by
podziwiać zmiany w wyglądzie kiełbas, które z białych i jasnych stawały się
coraz bardziej złociste, miodowe a w końcu ciemno kasztanowe…Kapał z nich
powoli tłuszcz, który skwierczał i pachniał smakowicie. Jednak kiełbasy nadal
nie były gotowe, bo takie wędzenie ma być długie i delikatne. Tak by kiełbas
nie spalić a tylko cierpliwie je uwędzić i upiec w gorącym, woniejącym pięknie dymie.
Wróciłam zatem
na tył ogrodu, gdzie ze zgrozą odkryłam, że pod płotem ślimaki wyżarły mi co
najmniej połowę posadzonych w zeszłym roku malw. Aż płakać mi się na ten widok
chciało! Bo tyle się nad sadzonkami tych kwiatków napracowałam, tak byłam z
nich dumna i wyobrażałam sobie jak pięknie będą kwitły latem. A tu paskudne
mięczaki bezczelnie zrobiły sobie z nich ucztę! Zazgrzytałam zębami i
poleciałam do domu po gromadzone od kilku miesięcy potłuczone drobno skorupki
od jajek. Rozłożyłam je wokół nielicznych, ocalałych malw a potem jeszcze
dodatkowo posypałam tam trochę niebieskiej trutki na ślimaki. Nie miałam dla
ślimaków litości, tak jak one jej dla mnie nie miały! Malwowy kwietnik otoczony
jest płotkiem, nie bałam się więc, że któryś z naszych psów dałby radę owej
trutki spróbować i zrobić sobie krzywdę.
I znowu
pobiegłam do Cezarego, bo w brzuchu mi zaburczało i poczułam, że zjadłabym
świeżutką kiełbasę na pociechę! Jednak wędzonki nadal nie były jeszcze gotowe.
Więc cóż, z braku laku zrobiłam nam po zupce chińskiej a do tego talerz kanapek
z szynką oraz zieloniutką rukolą z ogródka, co pięknie zimę przetrwała.
Wieczorem obejrzawszy
dokładnie pęta kiełbas zdecydowaliśmy, że jeszcze pozostawimy je w wędzarni do
rana. Niech się tam w spokoju dowędzą i dopieką w pozostałościach dymu. I dobrze zrobiliśmy.
Nazajutrz o
poranku poszliśmy we dwoje do ogrodu i delikatnie zdjąwszy zbrązowiałe kiełbasy
z kijów tryumfalnie wnieśliśmy je do domu. Natychmiast zapachniły nam całą
kuchnię oraz przyległy do niej, psi pokój. Rzecz jasna śpiące dotąd smacznie psy
od razu się pobudziły i natychmiast przybiegły do nas wiedzione jakimś
narkotycznym przyciąganiem. A potem dalejże machać ogonami, dalejże łasić się
by dostać choć odrobinę tego aromatycznego smakołyku. Dostawszy oblizały się i radośnie
poleciały do ogrodu by szczekać tam na pasącego się tuż za płotem jelonka!
Tymczasem my
zjedliśmy sobie po sporym kawałku swojskiej kiełbasy i uśmiechając się od ucha
do ucha stwierdziliśmy, że choć naprawdę sporo się przy niej narobiliśmy, to
jednak warto było ją zrobić. Była kruchuteńka i w sam raz uwędzona. A do tego
przenikał ją smak, jaki pamiętaliśmy z dzieciństwa, gdy kiełbasy jadało się
rzadko, ale gdy już się jadało, to miało się wrażenie, iż to istna symfonia
aromatów, smaków i cudownych doznań.
I co jeszcze? W
święta na kilku pętach naszej kiełbasy ugotowałam domowy żurek na zakwasie. I
wiecie co? Cezary orzekł, że dzięki tej kiełbasie to najlepszy żurek jaki kiedykolwiek jadł! Pieski dostawszy jeszcze po kawałeczku kiełbasy i oblizując z zapałem moje dłonie z entuzjazmem przyznały swemu panu rację!:-))
Jacuś, Hipcia i Misia
