Emigrantki

Tihoa

Saheera, Shadi, Tunde, Tihoa, Maneka, Sajuri  - oto niektóre z egzotycznych imion kilku niezwykłych kobiet poznanych przez mnie niegdyś w Australii. Chciałabym o nich napisać póki jeszcze coś pamiętam, póki polska codzienność nie wymaże zupełnie kolorowych, australijskich migawek z mych wspomnień i snów. Chciałabym też w ten sposób być jeszcze raz bliżej nich i przypomnieć sobie najbardziej wzruszające, ciepłe momenty, w których byłyśmy razem i dzieliłyśmy się swoimi doświadczeniami, wspomnieniami i marzeniami.

   Gdzie je spotkałam? W szkole języka angielskiego, do której uczęszczałam w rok po przyjeździe do kraju kangurów. Rząd australijski gwarantuje bowiem każdemu emigrantowi prawo do bezpłatnej, kilkusetgodzinnej nauki angielskiego. Można szlifować ten język na każdym poziomie. Można też sukcesywnie poznawać jego podstawy.
   Moja angielszczyzna w momencie osiedlenia się tam była na dość marnym poziomie. W młodych latach chodziłam wprawdzie na roczny kurs językowy a kilka miesięcy przed przylotem na Antypody przerobiłam samodzielnie kilka podręczników gramatycznych by przypomnieć sobie cokolwiek. Zdawałam sobie jednak sprawę, iż w zetknięciu z językiem mówionym moja książkowa wiedza na niewiele się zda. I rzeczywiście! Zawstydzona i nie pojmujaca co najmniej połowy z tego, co na miejscu do mnie mówiono baraniałam zupełnie i czułam się jakbym przebywała na obcej planecie. Najchętniej we wszystkim zdawałabym się na Cezarego, chowając się wciąż za nim i nim się wyręczając. Jednak zdawałam sobie też sprawę z tego, że zachowuję się jak dziecko i powinnam wreszcie przełamać swą nieśmiałość oraz lęk przed kontaktami z tubylcami. Dlatego wreszcie odważyłam się i zdecydowałam na pójście do owej szkoły dla emigrantów.

   Było to dla mnie niesamowite przeżycie! Sama przez siebie rzucona na głęboką wodę weszłam pierwszego dnia nauki do wieloosobowej, wielorasowej klasy, w której nikt nie mówił słowa po polsku a jedynym możliwym sposobem porozumienia było wydukanie z siebie czegoś w języku Szekspira oraz pilne wsłuchiwanie się w słowa nauczycieli i zawstydzonych swoją niewiedzą uczniów.
   Trafiłam do grupy dla początkujących, albowiem na testowej rozmowie z przyszłą nauczycielką z nerwów nie byłam w stanie wydusić z siebie ani słowa! Usiadłam przy stoliku z dwoma Chinkami, jedną Wietnamką, Etiopką, Sudanką i Białorusinką! Omal nie zakwiczałam z radości, gdy Białorusinka robiąc mi miejsce obok siebie odezwała się do mnie dziwną mieszanką rosyjskiego i angielskiego:

-Izwienitie, sorry, dawajcie zdies, sit down, siuda proszu!

-Wy gawaritie po russki?! – wyszeptałam z przejęciem, ciesząc się, że przynajmniej rosyjski nadal brzmi dla mnie znajomo i lata nauki w liceum oraz na studiach nie poszły całkiem na marne. Chwilkę poszeptałyśmy do siebie i już zaczęła się pierwsza lekcja.
   Powoli opadły ze mnie zbędne nerwy i emocje. Okazało się, że australijska nauczycielka mówi tak wolno i wyraźnie, iż byłam w stanie zrozumieć wszystko oraz wykonać bez trudu kolejne ćwiczenia i polecenia.
   Z dyskretną ciekawością przypatrywałam się koleżankom z mego stolika oraz całej, liczącej około dwudziestu pięciu osób grupie. Zdecydowanie najwięcej było w niej Azjatów i Afrykanów. Otaczały mnie śliczne Chinki, Tajwanki, Kambodżanki, Tajki i Japonki. Było tam także kilkoro Europejczyków – Rosjan, Ukrainek, jeden Hiszpan, Portugalczyk i jakaś samotna Bułgarka. Każde z nich znało parę słów po angielsku, jednak owa angielszczyzna, zniekształcona ich akcentami oraz dziwaczną artykulacją była zupełnie dla mnie nieczytelna. Jedyną osobą, która we wręcz czarodziejski sposób potrafiła nas zrozumieć była nasza nauczycielka, Judith.
   Okazało się także, iż najstarsza w grupie osoba – siedemdziesięciokilkuletnia Wietnamka Tihoa, przebywająca w Australii już od trzech lat mówi całkiem nieźle a na dodatek chętnie pomaga nieopierzonym emigrantom we wzajemnym zrozumieniu oraz w przełamaniu wstydu i lęku, będącego nieodłączną częścią tych pierwszych kontaktów.
   Przyjrzałam się jej z ciekawością i zauważyłam, iż jest niezwykle ciepłą, emanującą spokojem i pogodą ducha osobą. A nieskończone pokłady jej cierpliwości ośmielały koleżanki, by zagadywać ją chociażby na migi i prosić o pomoc w rozwiązywaniu językowych łamigłówek. Pewnie znacie takie osoby? Działające na innych jak blask domowego ogniska, jak siostrzana, serdeczna dusza, w cieple której chciałoby się przebywać stale i obdarzać ją w zamian sympatią i szacunkiem.
   W czasie przerwy śniadaniowej skwapliwie przysiadłam się więc do niej. I już wkrótce popijając gorącą kawę jadłyśmy zgodnie nasze przyniesione z domu wiktuały. Ja pochłaniałam zwykłe kanapki z sałatą i żółtym serem. Natomiast Tihoa wyciągnęła z koszyka kilka tajemniczych pudełeczek oraz pałeczki i już po chwili podglądałam dyskretnie, co też moja nowa koleżanka zajada. Niestety, spośród mnogości tych kolorowych, pachnących rzeczy rozpoznałam tylko ryżowe kulki oraz paseczki marchewki z selerem naciowym. Reszta była dla mnie egzotycznym, tajemniczym pokarmem o nieznanym mi zupełnie smaku. Tihoa bardzo sprawnie posługiwała się pałeczkami a ja, pełna podziwu dla tej nieznanej mi umiejętności obserwowałam z zapartym tchem, jak ani jedno ziarnko ryżu czy paseczek ryby nie spada jej z tych azjatyckich sztućców.
   Widząc moje zainteresowanie Tihoa wyciągnęła w moim kierunku największe z pudełeczek i poczęstowała opiekanymi pałeczkami krabowymi. Skosztowałam także chrupiących, słodkich w smaku łapek kurzych oraz pachnących anyżem ryżowych ciasteczek. Wszystko to, chociaż całkiem smaczne było dość dziwnie jak dla mnie przyprawione. Dominował w tym słodko-kwaśny posmak, zapach orientalnych przypraw i ziół. W zamian zaoferowałam jej jedną z moich kanapek i zdziwiłam się widząc, jak ostrożnie Wietnamka próbuje i poznaje tak prozaiczny dla mnie, lecz zupełnie nieznany jej smak chleba z serem.
Wreszcie uśmiechnęłyśmy się do siebie porozumiewawczo i każda z nas z westchnieniem ulgi powróciła do jedzenia swoich własnych przekąsek.
   I odtąd stało się naszym codziennym zwyczajem to milczące, wspólne, jedzenie śniadań w kameralnym kąciku sali jadalnej.
   Po kilku dniach przy pomocy prostej angielszczyzny oraz mowy na migi zaczęłyśmy rozmawiać ze sobą. Ona wypytywała mnie o zupełnie nieznaną jej Europę i daleką, nie wiadomo gdzie leżącą Polskę. Ja słuchałam jej opowieści o jej dzieciach i wnukach, do których przyjechała tu kilka lat temu z postanowieniem pozostania w kraju koali już na zawsze.

- Tęsknisz za swoim krajem? – zapytałam pewnego dnia, gdy Tihoa zamyśliła się nagle i zapatrzyła gdzieś w dal a jej codzienny, delikatny uśmiech został wyparty przez kilka łez, toczących się powoli po pomarszczonych policzkach Wietnamki.
Długo nie odpowiadała a wreszcie westchnęła głęboko, pogładziła moją dłoń i odparła:
- Tam zostało wszystko – wspomnienia z dzieciństwa, groby moich rodziców, cudowny zapach pól ryżowych…
- Masz pewnie dużo dobrych wspomnień? Ja też Tihoa, ja też… I chociaż jestem tu bardzo szczęśliwa, to tęsknię za rodziną, przyjaciółmi, polską przyrodą - szepnęłam i zrobiło mi się jakoś niewyraźnie na duszy.

Tihoa przez chwilę milczała. Patrzyłam na jej drobną, rumianą twarzyczkę. Na skośne, błyszczące odległym wspomnieniem oczy. Na całą jej delikatną, kruchą postać. Czy jeszcze kilka tygodni temu mogłabym przypuszczać, że jakaś stara Wietnamka stanie mi się tak dziwnie bliska i znajoma?

- Pamiętam czasy wojny. Trupy na ulicach. Moją umierającą z głodu mamę. Amerykanów, którzy krzyczeli na nas i odbierali jedzenie. Potem przez długie lata byłam bardzo biedna. Żebrałam. Musiałam ciężko pracować, ale poznałam męża, urodziłam dzieci i cieszyłam się życiem. Czułam się u siebie. Tutaj wszystko jest takie obce i wielkie – zwierzyła się wreszcie staruszka a potem rękawem kolorowej bluzki szybko otarła oczy i uśmiechnęła się tak, jak zwykle.

- Jestem głupią, starą kobietą! Mój syn tak się stara by było mi tu dobrze, a ja niewdzięcznica wciąż tylko narzekam! Opowiem ci lepiej Olga o mojej wycieczce!

- Opowiedz! – poprosiłam z ulgą, bo głupio mi się zrobiło, że naciągnęłam tę staruszkę na zwierzenia i teraz niepotrzebnie przeze mnie cierpi.

- Byliśmy wczoraj w City! Siedzieliśmy nad Yarra River i karmiliśmy kaczki! A potem wnuczek dał mi to serduszko. Popatrz! – i Tihoa wyciągnęła ze swojego koszyka kartonowe, ręcznie zrobione czerwone serce z wypisanymi na nim życzeniami urodzinowymi.
- Och, Tihoa! To Ty miałaś wczoraj urodziny? Wszystkiego najlepszego kochana! Dużo zdrowia i szczęścia! – uściskałam ją serdecznie a Tihoa znowu się popłakała. Tym razem z radości.

  W grupie z Tihoą spędziłam dwa tygodnie. Potem przeniesiono mnie do bardziej zaawansowanej językowo klasy. Tam poznałam następne serdeczne, interesujące kobiety, ale często w czasie przerw śniadaniowych przychodziłam do ulubionego kącika śniadaniowego. Tam czekała na mnie ciepło uśmiechnięta Tihoa

Maneka

   W grupie dla początkujących zaciekawiła mnie swoim egzotycznym wyglądem i pełnym wesołości zachowaniem pewna piękna, młodziutka dziewczyna ze Sri Lanki o imieniu Maneka. Ubrana zawsze w tradycyjne, kolorowe sari. Z gładko zaczesanymi do tyłu długimi, czarnymi włosami oraz z namalowaną między brwiami czerwoną kropką, z którą bardzo jej było do twarzy. Przyozdobiona w delikatne kolczyki i orientalny wiosiorek. Gestykulująca żywo, coś opowiadająca koleżankom na migi i wybuchająca raz po raz perlistym śmiechem. Niedługo potem dowiedziałam się, iż owa kropeczka na jej czole, zwana bindi, jest w hinduizmie symbolem i gwarantem pomyślnego małżeństwa.
   Siedziała przy sąsiednim stoliku. Widać było, że zna już dobrze parę osób i czuje się w ich towarzystwie swobodnie. W szerokim uśmiechu pokazywała bialutkie, równe zęby gwiazdy Bollywoodu i widać było jak bardzo podoba się nielicznym w klasie panom. Miała jednak ten sam problem z angielskim, co ja. Była dobra w gramatyce i pisowni a mierna w mowie. Wszystkie zadania i ćwiczenia odrabiała w lot, ale gdy przyszło do głośnego wypowiadania się na forum klasy czerwieniała gwałtownie, milkła i widać było, że marzy o tym, by jak najprędzej dano jej święty spokój. Czym innym jest przecież szeptanie do kogoś przy stoliku a czym innym wypowiadanie się pod obstrzałem kilkudziesięciu spojrzeń obcych ludzi. Toteż nauczycielka po kilku bezskutecznych próbach wyciągnięcia z niej choćby słowa wreszcie odpuszczała i zajmowała się innym delikwentem.
   Bo byli i tacy, co to uwielbiali mówić, za to pisanie nie szło im ani w ząb. Tak było na przykład z sympatyczną Sudanką – Ngabony. Ta dwudziestosześcioletnia matka pięciorga dzieci i właśnie spodziewająca się szóstego wypowiadała się z godną pozazdroszczenia łatwością a jej zasób słownictwa był imponujący. Potem, gdy poznałam ją lepiej dowiedziałam się, iż jest już w Australii od siedmiu lat. Ma australijskie obywatelstwo oraz prawo jazdy. Pracuje dorywczo jako sprzątaczka w fabryce. Ma zamiar dostać się na kursy zawodowe i zostać pielęgniarką. A gdy już to osiągnie to zrealizuje największe marzenie swego życia – powrót do Sudanu i pomoc rodakom, gnębionym wciąż przez kolejne wojny domowe i rewolucyjne przewroty. A dlaczego Ngabony miała taki problem z pisaniem? No cóż – z Sudanu przyjechała jako analfabetka. Wszystkiego uczyła się od podstaw w nowym kraju. I muszę przyznać, że dzięki odwadze, ambicji i uporowi osiągała naprawdę wiele!



   Ale wróćmy tymczasem do Maneki. Z kilku słów, które doleciały do mnie kiedyś w czasie przerwy śniadaniowej wiedziałam, iż jest w Australii od kilkunastu miesięcy. A tuż przed wyjazdem ze Sri Lanki ta niespełna osiemnastoletnia dziewczyna wyszła za mąż. Mąż pracuje tu w jakiejś orientalnej restauracji i nieźle się im finansowo wiedzie. Maneka marzyła więc o kupnie wielkiego domu i o sprowadzeniu do nowego kraju swojej wieloosobowej rodziny.
   Po kilku dniach w cichej, bezpośredniej rozmowie w cztery oczy Maneka zwierzyła mi się, że razem z mężem są uchodźcami. Na małym statku rybackim udało im się nielegalnie opuścić ojczyznę i po wielu męczących tygodniach żeglugi dotrzeć do wybrzeży Australii. Potem przebywali przez jakiś czas w obozie dla nielegalnych emigrantów a wreszcie po uzyskaniu oficjalnego statusu uchodźców politycznych zamieszkali z osiadłą tu już od kilkunastu lat daleką rodziną męża. Dla takich, jak ona emigrantów Australia była i jest niczym wyśniony raj. Oaza spokoju i dobrobytu. Prawie każdy w Sri Lance marzył o dostaniu się do kraju kangurów i o bajecznej odmianie swego losu. A ten, komu się to wreszcie udało uznawany był przez pozostawioną w ojczyźnie rodzinę za wielkiego szczęściarza!
Czy jednak sam fakt emigracji jest wystarczającym powodem do szczęścia?

   Maneka pragnęła nade wszystko przyjazdu swej matki i sióstr albowiem męża poznała zaledwie miesiąc przed ucieczką ze Sri Lanki i wciąż czuła się w jego towarzystwie samotna. Był od niej o wiele starszy, milczący, poważny i surowy, skupiony na swojej pracy i interesach, w które nie miał zamiaru jej wprowadzać. Na dodatek Maneka była w dość zaawansowanej ciąży i nie umiała sobie wyobrazić, iż podczas czekającego ją za kilka miesięcy porodu nie miałaby jej troskliwie w nim pomagać matka, czy też ukochana, starsza siostra. Jakie jednak były szanse na to, iż komukolwiek z jej rodziny uda się jeszcze wydostać z pogrążonego w chaosie bratobójczych walk kraju? Niewielkie! Mąż Maneki musiałby mieć obywatelstwo australijskie i zaprosić ich oficjalnie do siebie. Ani bowiem jej matka ani siostry nie poważyłyby się na szaleńczą, niebezpieczną i bardzo drogą podróż przez ocean do nowej ojczyzny Maneki.
   Samotna Maneka uwielbiała chodzić do naszej szkoły dla emigrantów. Dzięki niej poznała wiele sympatycznych rówieśniczek. Pokazała jak bystrą i inteligentną jest dziewczyną. Jak szybko rozwiązuje wszelkie łamigłówki językowe i jak w krótkim czasie umie poczynić ogromne postępy w nauce angielskiego. Nic dziwnego więc, że nasza nauczycielka doceniła jej możliwości i razem ze mną i jeszcze jedną emigrantką o imieniu Saheera przeniosła do nowej, bardziej zaawansowanej grupy. To był dla nas ogromny awans i wyzwanie. W starej grupie osiągnęłyśmy już wszystko, co się dało. Czas był na następny skok w nieznane!
   Nam, nowym zdawało się jednak, iż nigdy nie dorównamy umiejętnościom i zasobowi słownictwa kolegów i koleżanek z następnej grupy. Każdy wyrażał się tam z ogromną swobodą i pewnością, a my biedne, przerażone ich mądrością siedziałyśmy zacukane, słowa nie umiejąc z siebie wydobyć. Najchętniej wszystkie wróciłybyśmy natychmiast do poprzedniej grupy. Zdawałyśmy sobie jednak sprawę, że to niemożliwe. Rozumiałyśmy przecież, iż  nie wolno cofać się, ale docenić to i cieszyć się a nie bać, iż ktoś mądrze i odpowiedzialnie popchnął nas do lotu. Dlatego mnie i Saheerze po kilku dniach minął ten przytłaczający stan oszołomienia, lęku i niewiary w siebie. Niestety, Maneka zamknęła się w sobie i nie potrafiła przemóc nieśmiałości oraz lęku przed odezwaniem się na forum klasy. W czasie przerw śniadaniowych biegła do starych koleżanek z poprzedniej grupy i tylko tam się uśmiechała, jak dawniej.

   Kilka dni potem Maneka przestała przychodzić do szkoły. Martwiłyśmy się o jej stan, bo była już w siódmym miesiącu ciąży i miała prawo kiepsko się czuć. Nie wiedziałyśmy też czy ta jej absencja nie wynika przypadkiem z jej niechęci do nowej grupy i obaw z przeniesieniem do niej związanych. Czas mijał. Ja i Saheera nawiązałyśmy sympatyczne znajomości wśród koleżanek z klasy. Już nie czułyśmy się tak obco i nie na miejscu. Wszystko rozwijało się pomyślnie. Cieszyłyśmy się, że dane nam jest poszerzać swoją wiedzę, rozwijać zdolności i poznawać ciekawych ludzi. Tylko Maneki wciąż nie było…

   W jakiś czas potem nasza nauczycielka Gwen otrzymała informację, że Maneka urodziła zdrowego chłopca i zaproponowała, by specjalna delegacja z klasy poszła do jej domu z gratulacjami i prezentem od nas wszystkich.

- Na pewno Manece miło będzie wiedzieć, iż o niej pamiętamy i że czekamy na jej powrót! – powiedziała a nam bardzo się ten pomysł spodobał. Zebralismy się po dwa dolary od każdego, co starczyło na ładny bukiet i na album na fotografie.

  Kilka osób, w tym Saheera i ja pojechałyśmy do odległej dzielnicy, gdzie mieszkała Maneka. Nigdy tam jeszcze nie byłyśmy. Z trudem znalazłyśmy jej mieszkanie. Mieściło się w piętrowym, wielorodzinnym budynku z czerwonej cegły. Zapukałyśmy. Drzwi otworzył starszy mężczyzna w turbanie. Kiedy onieśmieleni wydukaliśmy, z jaką sprawą przyszliśmy spojrzał na nas z chłodnym zdziwieniem. Niechętnie wziął od nas kwiaty i album. Powiedział, że przekaże to żonie i bez ceregieli zamknął drzwi.
I to było tyle. Odeszliśmy jak niepyszni.

   Maneka nigdy więcej nie pojawiła się w naszej szkole. Kolejne próby kontaktu z nią  nie powiodły się. Nie wiem, czy jest szczęśliwa? Czy jakoś odnalazła się w nowej ojczyźnie? Czy doczekała się wreszcie przyjazdu matki i sióstr? Nie wiem. Mam tylko nadzieję, że uśmiecha się do swego synka i wspomina czasem z sympatią naszą szkołę dla emigrantów…


Saheera

 
W chwili, gdy pierwszy raz zobaczyłam Saheerę pomyslałam, iż to pewna siebie i dość nieprzystępna kobieta. W miarę wzajemnego poznawania dowiedziałam się o niej, że jest skromną, samotną, złaknioną zrozumienia i ciepła oraz głęboko przeżywającą życiowe perturbacje istotą. Jakże często tak bywa w życiu, iż pierwsze wrażenie jest mylne i zupełnie nieprzystające do poznanej osoby. Czasem rozczarowujemy się mile, czasem wręcz przeciwnie. W przypadku Saheery, na szczęście, było to pozytywne rozczarowanie

   Pierwszy raz poszłam do szkoły dla emigrantów w czerwcu. Był to więc zimowy, chłodny i deszczowy czas a wszyscy ubierali ciepłe kurtki, czapki a nawet kozaczki. Pięć stopni na plusie i siekący wiatr oraz ulewa to dla ciepłolubnych Australijczyków oraz emigrantów z Afryki i Azji trudna do zniesienia pora. Saheera miała na sobie elegancki, świetnie skrojony brązowy płaszcz i piękne, skórkowe botki. Gęste, kasztanowo-czarne włosy otulały jej szczupłą twarz burzą krótkich loków. Siedziała przy stoliku obok Maneki i coś do siebie poufnie szeptały. W czasie pobytu w pierwszej grupie językowej nie zamieniłyśmy właściwie ze sobą ani słowa. Nie było na to czasu. Każdy starał się jakoś oswoić z nowym dla siebie środowiskiem. Ogarnąć ten nowy, stresujący świat i zbliżyć choć trochę do najbliżej siedzących osób. Ja miałam Tihoę, ona Manekę.
   Dopiero, gdy przeniesiono nas do wyższej grupy, zdane na siebie i przez podobieństwo położenia jakoś sobie bliższe zaczęłyśmy się lepiej poznawać. Przy sześcioosobowym stoliku były trzy wolne miejsca. Ja, Maneka i Saheera usiadłyśmy blisko siebie, jak ptaszki, które wypadłszy z gniazda, tulą się do siebie na mchu leśnym, nie wiedząc, co je czeka. Poza nami siedziała tu jedna Japonka, Tajka i Sudanka. Każda miała przed sobą dużą tabliczkę ze swoim imieniem by wiadomo było, kto zacz i by móc się rozpoznawać w przyszłości. W czasie kilku minut przed rozpoczęciem pierwszych zajęć zamieniłam parę słów z Tajką i okazało się, że o radości, ona zna kilka słów po polsku, albowiem miała męża Polaka. A widząc moje europejskie imię na tabliczce od razu zadała mi pytanie o kraj pochodzenia. Ucieszone tą nieoczekiwaną nicią porozumienia zamierzałyśmy poznać się bliżej na następnej przerwie. Teraz zaczynała się pierwsza lekcja w nowej klasie a więc trzeba było skupić się jak najmocniej na tym, co mówiła nauczycielka. W głowach huczało nam z emocji. Serca waliły młotem. Jednak każdy musiał przemóc swoje nerwy, przedstawić się i powiedzieć parę słów o sobie. Wówczas dowiedziałam się, iż Saheera jest Afganką, ma prawie pięćdziesiąt lat, w Australii jest od lat siedmiu, a wcześniej przez długi czas mieszkała w Berlinie. I rzeczywiście! W tym momencie zrozumiałam skąd brał się jej dziwny akcent, który słyszałam, gdy wypowiadała sie na forum klasy. Artykulacja Saheery była twarda i wyraźna. Mówiła mieszanką angielskiego, niemieckiego i perskiego. Czerwona jak burak na twarzy z ulgą skończyła swą prezentację i popatrzyła na mnie pytająco. Ścisnęłam mocno jej dłoń i szepnęłam, że było dobrze. Bardzo dobrze nawet! W odpowiedzi uśmiechnęła się z wdzięcznością i odetchnęła głeboko.
   Maneka, gdy przyszedł jej czas nie potrafiła, niestety, wykrztusić ani słowa. Gdzieś zniknęła ta wesoła, swobodna dziewczyna. Obok mnie siedziała teraz na jej miejscu biedna, rozedrgana, z trudem powstrzymująca łzy istota. Obie z Saheerą starałyśmy się gestami, mimiką i szeptem dodać jej odwagi. Jednak na niewiele się to zdawało.
  Kiedy po kilku dniach Maneka przestała pojawiać się w szkole stałyśmy się z Saheerą bardzo bliskimi koleżankami. Opowiedziała mi więcej o sobie i po raz kolejny zdumiałam się, jak skomplikowane, barwne i trudne do ogarnięcia mogą być losy ludzkie.
   Będąc młodą dziewczyną Saheera wraz z bratem i rodzicami wyjechała z Afganistanu. Było to w czasach inwazji rosyjskiej na jej ojczyznę. Uciekli przed wojenną zawieruchą do Niemiec Zachodnich, gdzie schronili się u przyjaciół. Starszy brat Saheery po roku wyemigrował do Stanów Zjednoczonych. Tam założył rodzinę i nieźle mu się wiodło. Tymczasem w Berlinie Saheera  nauczyła się perfekcyjnie języka niemieckiego, skończyła szkołę średnia, znalazła pracę i męża. Jednak nie była w małżeństwie szczęśliwa. Mąż alkoholik wyżywał się na niej ubliżając jej słownie, zdradzając bezwstydnie i maltretując fizycznie. Po ponad dwudziestu latach takiej męki złożyła pozew rozwodowy i wreszcie, przynajmniej na papierze, odzyskała wolność. Jednak nie czuła się wolna. Rodzina jej męża oraz znajomi odwrócili się od niej, uznając iż rozwodząc się z nim postąpiła wbrew utartym obyczajom i wierze. Rodzice Saheery już w tym czasie nie żyli. Brat był daleko. Całe szczęście, że kobieta miała dwie wierne przyjaciółki, także Afganki, które w tajemnicy przed swymi małżonkami spotykały się z nią, chcąc wesprzeć ją w trudnych chwilach. Tym niemniej Saheera czuła się samotna i opuszczona. Może gdyby miała dzieci wszystko ułożyłoby się lepiej? Miałaby teraz w nich oparcie. Jednak mimo długiego, uciążliwego leczenia przez cały okres trwania swego małżeństwa nie dała rady zajść w ciążę, co tylko pogłębiało nieporozumienia między nią a jej mężem.
   Jeszcze kilka lat spędziła w Niemczech, usiłując poskładać na nowo swoje pokiereszowane życie. Miała niezłą pracę biurową, ale codzienne powroty do pustego, wynajmowanego po rozwodzie mieszkania działały na nią przygnębiająco. Nie wiedziała, co począć ze sobą dalej i gdzie znaleźć światełko w tunelu? Wówczas odezwała się do niej zapomniana, daleka rodzina z Australii, zapraszając Saheerę do siebie.
   Po kilkunastu miesiącach załatwiania skomplikowanych formalności Saheera wylądowała w Melbourne, gdzie zamieszkała z ciotkami i kuzynkami, zajmującymi wielki dom w dzielnicy położonej w pobliżu oceanu. Kobiety załatwiły jej pracę w fabryce części samochodowych. Dzięki temu Saheera miała pieniądze na własne potrzeby. Zrobiła prawo jazdy. Kupiła samochód. Po czterdziestce mogła zacząć życie na nowo. Tym bardziej, że pojawił się w jej otoczeniu sympatyczny, kulturalny, miły i bardzo nią zainteresowany Afgańczyk. Przyjechał na urlop z Kabulu i zamierzał odpocząć na białych plażach Australii od wojennego zamętu i politycznych przepychanek w ojczyźnie. W Kabulu był ważną, wojskową personą, ale czuł się  już bardzo zmęczony tą rolą oraz niemożliwymi do rozwikłania sprawami, w które był zamieszany.
   Zakochał się w delikatnej, uczciwej, wrażliwej Saheerze i podczas następnego swego pobytu w Australii, w rok po zapoznaniu, pobrali się i spędzili ze sobą najpierw w Melbourne, potem w Kabulu kilka wspaniałych, romantycznych miesięcy. Jednak Saheera musiała wracać do Australii, by nie przepadły jej skomplikowane, biurokratycznie starania o uzyskanie obywatelstwa.
   Ciężko jest żyć osobno. Nawet największa miłość może nie przetrwać długotrwałej rozłąki. Nie chciała zostać w Kabulu. Mentalnie była już bardzo daleko od wszystkich surowych ograniczeń i zakazów, obowiązujących tamtejsze kobiety. Poza tym w ojczyźnie było niebezpiecznie a jej mąż, z racji zawodu, wciąż narażał życie i zdrowie. To właśnie on pragnął, by mogli razem zamieszkać na stałe w Australii. Pragnął polepszenia losu dla siebie i żony. Jednak co innego marzenia, co innego rzeczywistość. „Pokojowa interwencja” Amerykanów położyła kres neutralnym stosunkom miedzy Australią a Afganistanem. Sprzymierzeńcy, w tym większość krajów europejskich oraz Australia przyłączyli się do „pokojowej okupacji” ojczyzny Saheery a spotkania obojga małżonków stały się jeszcze rzadsze i trudniejsze. Saheera latała do Kabulu, bojąc się za każdym razem, czy dane jej będzie stamtąd wrócić. Także starania o australijską wizę dla męża nie miały szans powodzenia.
Na dodatek Saheera otrzymała informację, iż jej żyjący w Ameryce brat zachorował na raka i chciałby po raz ostatni zobaczyć siostrę. Zrezygnowała więc z pracy i ze szkoły. Porzuciła wszystko i poleciała do Stanów najszybciej jak się dało.
   Nie było jej dwa miesiące. Ujrzawszy ją w kilkanaście dni po powrocie z Ameryki omal jej nie poznałam. Zszarzała na twarzy. Gdzieś przepadł blask oczu i delikatny, pełen nadziei uśmiech. Przytuliła się do mnie i wśród szlochów wydusiła z siebie opowieść o ostatnich, pełnych cierpienia chwilach ukochanego brata oraz o tym, jak ciężko jej teraz.
   Znowu osaczyła ją dawna samotność, bezradność i gorycz. Krewne, z którymi mieszkała zachowywały się tak, jakby były rozczarowane jej powrotem z Ameryki. Miały też do niej pretensje o to, że nie pomaga im finansowo tak, jak kiedyś. Zaczęły traktować kobietę chłodno i opryskliwie.
   Zrozpaczona Saheera nie umiała już skupić się na nauce. Wciąż poszukiwała nowej pracy. Wciąż czekała na jakieś wieści od męża. Postarzała się gwałtownie i schudła. Przychodziła do szkoły wpół przytomna. Czasem tylko uśmiechała się, gdy opowiadała o dawnych, dobrych czasach, kiedy była jeszcze dzieckiem a jej piękny, gorący kraj dawał jej oraz wszystkim Afgańczykom ostoję i proste szczęście. Niekiedy pogrążała się w długich rozmowach z poznaną w naszej grupie subtelną, wykształconą Iranką o imieniu Shadi.  Mogły rozmawiać ze sobą swobodnie, bowiem zarówno w Iranie, jak i w Afganistanie mówi się po persku. Nie wiem, o czym mówiły. Myślę, że dużo było w ich rozmowach polityki i goryczy. Wyraz ich twarzy wyrażał lęk o losy rodaków i krajów rodzinnych zdanych na łaskę zachodnich polityków oraz moc ich kłamliwej propagandy. Wszak obie ich ojczyzny od kilkunastu lat nie miały i nie mają dobrej prasy w naszej strefie kulturalnej. Jest jakaś przepaść, niezrozumienie, obojętność i obcość między narodami. Jest jakaś ogólnoświatowa nagonka na kraje chcące żyć po swojemu. Opinia publiczna ze znudzeniem obserwuje przetaczające się po świecie przemarsze kilkusettysięcznych wojsk, pogróżki polityczne, ostrzeżenia, okupacje, knowania i niekończący się polityczny zamęt. A gdzie w tym wszystkim jest zwykły człowiek? Czy jest jeszcze gdzieś miejsce na proste, zwykłe szczęście…?

   Nie wiem, jak potoczyło się dalej życie Saheery. Po przyjeździe do Polski dostałam od niej kilka krótkich, grzecznościowych maili. Potem kontakt się urwał…



Shadi znaczy szczęście


    Podczas mojego drugiego lotu do Australii doznałam ogromnego, graniczącego z mistycznym oczarowaniem zachwytu. Była ciemna noc. Większość pasażerów samolotu spała lub oglądała filmy na DVD. Ja, swoim zwyczajem, nie mogąc zmrużyć oka śledziłam na wyświetlającej się przede mną interaktywnej mapce lotu, którędy przemieszcza się nasz ogromny Boeing 747. Po przelocie nad ciemnymi, niewyraźnymi połaciami mórz, pól, rzek i gór dotarliśmy nad Iran. W tej kosmicznej, czarnej przestrzeni gdzieniegdzie widać było maleńkie, odległe światełka i cieniutkie niteczki autostrad. Wreszcie znaleźliśmy się nad Teheranem. I to był najpiękniejszy widok, jaki dane mi było ujrzeć w całym moim życiu! Miliony, miliardy świateł, lampeczek i migotliwych blasków układały się na dole w kształty fantastycznych ośmiornic, rozgwiazd, kryształków śniegu oraz misternych pajęczyn złożonych z lśniących perełek i diamentów. Jęknęłam z zachwytu i wcisnęłam nos w szybę, po raz kolejny ciesząc się, iż miałam miejsce przy oknie, a dzięki temu dane mi było oglądać ten baśniowy, niezapomniany spektakl świateł nocnego miasta z baśni tysiąca i jednej nocy. Czy mogłam wówczas przypuszczać, że w kilkanaście miesięcy potem poznam pewną niezwykłą kobietę, pochodzącą właśnie z owego wspaniałego miasta? Może w czasie mojego lotu przechadzała się właśnie ulicami swej pięknej stolicy i słysząc pomruk przelatującego gdzieś wysoko Boeinga zamyśliła się nad tym, kto ciemną nocą frunie tak wysoko po niebie…?

   Do naszej szkoły dla emigrantów Shadi przybyła w połowie września. Po wstępnej rozmowie z nauczycielką od razu zakwalifikowana została do bardziej zaawansowanej językowo grupy. Była piękną, pełną wewnętrznego blasku i bezpośredniości osobą, zjednującą tym od razu naszą sympatię i zainteresowanie. Niewysoka, szczupła, o falujących, sięgających do ramion czarnych włosach, oliwkowozielonych, migdałowych w kształcie oczach i brwiach w kształcie skrzydeł jaskółki. Ubrana skromnie, lecz gustownie w ciemnozielone płócienne spodnie i haftowaną delikatnie beżową tunikę. Wchodząc do klasy zdjęła z głowy leciutką, kwiecistą chustę i z fantazją owinęła nią sobie szyję. Popatrzyła na studentów z delikatnym, nieśmiałym uśmiechem i przywitawszy się z nauczycielką usiadła skromnie na brzeżku krzesła. Potem jak każdy nowoprzybyły musiała się na początek przedstawić nam wszystkim. Opowiedzieć co nieco o sobie.
   Słuchając jej i patrząc w subtelną twarz Shadi poczułam od razu, iż jest ona osobą bardzo wrażliwą, mądrą tą wewnętrzną, nabytą poprzez liczne doświadczenia życiowe mądrością a przy tym także skromnym i sympatycznym człowiekiem. Z jej pierwszej wypowiedzi dowiedziałam się, iż ma czterdzieści cztery lata, z zawodu jest chemikiem i farmaceutą, w Iranie pracowała w naukowym instytucie chemicznym, a do Australii przyleciała wraz z nowo poślubionym mężem zaledwie dwa tygodnie temu. Kończąc swą prezentację uśmiechnęła się promiennie, mówiąc, iż jej imię w języku perskim znaczy szczęście. I rzeczywiście - Shadi sprawiała wrażenie osoby szczęśliwej i poukładanej wewnętrznie!
   Tego typu istoty przyciągają do siebie jak magnes. Nie tworzą żadnych sztucznych barier ani wrażenia dystansu czy obcości. Są jak dawno niewidziani przyjaciele, z którymi człowiek chce się od razu przywitać i zagadnąć, co u nich słychać. Nic też dziwnego, że już podczas pierwszej przerwy Shadi otoczona była tłumem ciekawskich, spragnionych zaznajomienia się z nią koleżanek. Nie pchałam się więc do niej, jak zwykle w takich chwilach, zostając nieco z boku. Wiedziałam, że prędzej czy później dane mi będzie z nią porozmawiać a może i nawiązać jakąś mocniejszą nić porozumienia.
  W tym czasie Saheery nie było w szkole, gdyż przebywała w Ameryce u brata. Dlatego też moją kolejną, bliską koleżanką stała się wówczas o kilka lat młodsza ode mnie Węgierka Tunde. Pomagałyśmy sobie w lekcjach, pożyczałyśmy od siebie książki, po szkole razem wracałyśmy do domu a niekiedy dla przyjemności spacerowałyśmy brzegiem zatoki i opowiadałyśmy sobie skomplikowane dzieje naszych losów. Dobrze czułyśmy się razem i nadawałyśmy na podobnych falach, jednak Tunde ujawniała niekiedy pewną nieprzyjemną, irytującą mnie cechę. Otóż była zazdrosna o moje kontakty z innymi koleżankami szkolnymi. Widziałam, jak się dąsa i chmurzy ilekroć w czasie przerwy zamieniłam parę słów z kimś poza nią. Rozumiałam dobrze, że takie zachowanie wynikało z jej samotnictwa oraz popartej trudnymi doświadczeniami życiowymi nieufności do bliźnich. Ta trzydziestoletnia kobieta nie potrafiła poczuć się swobodnie w szerszym gronie. Często milkła i wycofywała się w głąb siebie, do bezpiecznej krainy wewnętrznych przeżyć. Tymczasem ja, chociaż bardzo ją lubiłam, chciałam nawiązywać kontakty z pozostałymi członkami grupy uważając, iż mam jedyną w życiu szansę, by w bezpośrednich rozmowach dowiedzieć się więcej o ich krajach i ciekawych życiorysach. Aby więc poznać lepiej Shadi a nie urazić tym Tunde postanowiłam zbliżyć je do siebie i stworzyć z nas trójkę przyjaciółek.

   Udało mi się to niebawem i nie okazało się wcale tak trudne, jak się obawiałam. Otóż Shadi po szkole szła zawsze w tę samą, co my stronę. Idąc obok Tunde dostrzegałam, jak między przechodniami miga mi, co jakiś czas beżowa tunika Shadi i jej kolorowa chusta. Zawołałam ją po imieniu i już po chwili wędrowałyśmy razem w stronę przystanku autobusowego, do którego zmierzała Iranka. Tunde słuchała z zainteresowaniem mojej rozmowy z Shadi i po kilku minutach zauważyłam z ogromną ulgą, iż nieufna Węgierka zaczyna uśmiechać się i oswajać z nową koleżanką. Odtąd stało się naszym codziennym obyczajem to wspólne wędrowanie ulicami Melbourne, chodzenie do sklepów z tanimi ciuchami albo ze starociami, spacery nad rzeką czy oceanem, przesiadywanie na ławeczce i wystawianie twarzy ku cieplejszym, wiosennym promieniom słońca.
   Shadi opowiadała nam o swym życiu w Iranie, o swojej pracy, o pięknie tego górzystego, położonego nad morzem Kaspijskim i oceanicznymi zatokami kraju a także o jego problemach społeczno-politycznych. Zapytałam ją o konieczność noszenia przez muzułmańskie kobiety typowych dla nich okryć głowy, kolorowych chust albo wręcz okrywających je od stóp do głów burek.

- Dla mnie to nie jest żaden problem ani przykry przymus – odrzekła z uśmiechem Shadi.
- Większość kobiet w moim kraju lubi nosić te chusty zwane powszechnie hidżabami, czując się w nich wygodnie, naturalnie a nawet atrakcyjniej, niż bez. To dla nas tak normalne, jak dla was, kobiet z Europy delikatny makijaż oczu czy okulary. W niczym nam to nie uwłacza ani nie ogranicza.
- Ale Ty przecież nie zawsze nosisz chustę – zauważyłam przyglądając się z przyjemnością jej gęstym, lśniącym złociście czarnym puklom, w których tańczył teraz wiatr i bawił się nimi, uparcie wdmuchując włosy Shadi na jej nos i usta.
- Tak, postanowiłam w Australii dostosować się do panujących tutaj obyczajów i nauczyć się chodzić bez chusty. Jestem wolną kobietą i mogę robić, co chcę! – zachichotała i jak mała dziewczynka okręciła się na pięcie zerkając na swoje odbicie widoczne w błyszczących witrynach mijanych sklepów.
- A co na to Twój mąż? – drążyłam temat, naczytawszy się po wielekroć o surowości i rygorystycznym podejściu fanatycznych islamistów do praw kobiet.
- Mój mąż? Och, Dżabi to najmilszy, najbardziej tolerancyjny człowiek, jakiego dotąd poznałam! Zresztą wielu jest mądrych i żyjących na luzie Irańczyków. Nie wierzcie we wszystko, co plotą o nas mass media! – zawołała i wciągnęła mnie i Shadi do ogromnego supermarketu pełnego barwnych bluzek, spódnic i sukien. I już po chwili grzebałyśmy w pełnych kolorowych ubrań koszach a potem z naręczami różnych części garderoby wędrowałyśmy do przymierzalni i doradzałyśmy sobie, w czym nam do twarzy, co warto kupić już teraz a do czego wypadałoby się trochę odchudzić.
Ja i Tunde miałybyśmy z czego schudnąć, ale Shadi posiadała nienaganną, filigranową sylwetkę a więc prawdę mówiąc we wszystkim było jej dobrze.

- Jak to robisz Shadi, że jesteś taka szczupła? – zapytała z odcieniem lekkiej zawiści Tunde a ja nachyliłam się by wysłuchać jakiejś kolejnej opowieści o dietach odchudzających czy chorobach. Pomyślałam, że pewnie Iranka jest akurat na ścisłej diecie, albowiem nigdy dotąd nie widziałam jej jedzącej. W czasie przerw śniadaniowych nie piła nawet tutejszej, przepysznej kawy z ekspresu!

- Na taką sylwetkę oraz na spokój duszy najlepiej robi mi Ramadan – wyznała i dodała.
- Ramadan to najpiękniejszy, najbardziej wytęskniony przeze mnie miesiąc w roku. W czasie jego trwania nie jem i nie piję nic od świtu do zmierzchu.
-A w nocy? – popatrzyłam z niepokojem w jej lśniące łagodnym blaskiem oczy, lękając się ujrzenia w nich jakiegoś cienia niezdrowego fanatyzmu.
- Tak, w nocy wolno nam jeść normalnie, ale ja przez okres Ramadanu mam słaby apetyt i nie odczuwam nawet głodu. Jednak wielu ludzi ucztuje nocami i kończy obżarstwo tuż przed świtem, aby aż do zmroku nie brać niczego do ust – mówiła spokojnie Shadi a potem zamyśliła się i prowadząc nas w stronę ulubionej ławki przy plaży kontynuowała swoją opowieść.
- Islam wymaga od swych wyznawców by przestrzegali reguł Ramadanu, wyznając w ten sposób swoją wiarę i okazując miłość Bogu i ludziom  - szepnęła, ściągając sandały i opierając z rozkoszą nagie stopy na rozgrzanym piasku.
- A co ma niejedzenie do wiary?! – znowu zadałam pytanie, zapominając na moment o tym, że wszak i w chrześcijaństwie czas postu jest bardzo ważny a umiejętność wyrzekania się pewnego rodzaju pokarmu dowodzi głębi i wierności wyznawanej wiary. Tunde, którą chyba nie bardzo interesowały te rozmowy także zdjęła buty i pobiegła w stronę oceanu, by obmyć zgrzane stopy.

- Gdy nie jem i nie piję mój umysł i ciało oczyszczają się. Wszystko widzę i czuję wyraźniej. Potrafię mocniej skupić się na modlitwie. Mam bezpośrednią więź z moim Bogiem oraz odczuwam ogromną bliskość z innymi ludźmi. Gdzieś znikają wszelkie zmartwienia i stresy. Wiele osób doświadcza podczas Ramadanu ogromnej miłości i współczucia dla bliźnich. Proces trawienia nie zaprząta uwagi ani nie odbiera energii. Zdarza się, iż ludzie na ulicach spontanicznie przytulają się do siebie. Dzielą się z biednymi tym, co mają w nadmiarze. Wybaczają sobie wzajemnie wszystkie stare zatargi i nieporozumienia. Chodzą radośni, wolni od trosk i grzechów. Obserwuję to co roku i dlatego doczekać się nie mogę tego miesiąca dobroci i cudów – rozmarzyła się Iranka, a potem spojrzawszy na mnie ciepło rzekła:

 -I powiem Ci coś Olgo. Od razu po wejściu do naszej klasy zwróciłam uwagę na ciebie i poczułam, że będzie nam w przyszłości dane zaprzyjaźnić się ze sobą – kontynuowała zwierzenie Shadi a potem jak gdyby zawstydziwszy się tego, co powiedziała roześmiała się i zrywając się z ławki zawołała:

- Biegnijmy do Tunde, bo nam ją jeszcze ocean porwie!

   A potem jak beztroskie dzieciaki skakałyśmy we trzy po zimnej wodzie, nie bacząc na coraz bardziej mokre nogawki spodni oraz na ostre słońce, szybko malujące na czerwono nasze wesołe twarze. Bezchmurne, lazurowe niebo nad nami oraz odległy horyzont i błogi dotyk białego piasku sprawiał, że czułyśmy się zawieszone w jakimś cudownym bezczasie. Miałyśmy wrażenie, iż to jedna a najpiękniejszych w naszym życiu, niepowtarzalnie cudowna chwila.
  To był dopiero początek tej znajomości. Dane nam było jeszcze wiele razy ciekawie porozmawiać i spędzić wspólnie przyjazny, dany nam czas. Ale o tym napiszę w następnym wspomnieniu…



Shadi - fala smutku


  Shadi cechował życzliwy i pełen szacunku sposób traktowania innych ludzi. A przy tym była pełna prostego poczucia humoru, dlatego nie znalazłaby się chyba ani jedna osoba w klasie, która nie darzyłaby sympatią tej kobiety i nie chciała jak najwięcej w jej towarzystwie przebywać. Iranka lubiła zabierać głos na każdy nieomal temat, ale miała też dar uważnego, cierpliwego słuchania swoich rozmówców. Dodatkowo jej pogodne, serdeczne usposobienie sprawiało, iż ludzie otwierali się przed nią i traktowali jak ukochaną siostrę.

   Wydawać by się mogło, że Shadi nie ma żadnych zmartwień a jej życie biegło dotąd prostą, pogodną ścieżką. Przyszedł jednak czas, gdy Shadi opowiedziała mnie i Tunde swoją smutną historię. Historię, trudną do zrozumienia i zaakceptowania dla nas, Europejek, przyzwyczajonych do bardziej liberalnego prawodawstwa i traktowania kobiet. A pretekstem do tego zwierzenia był temat opieki nad dziećmi, którym od kilku lekcji zajmowaliśmy się w klasie i opowiadaliśmy sobie o sposobach wychowywania dzieci i problemach z nimi w poszczególnych krajach. Shadi wyjątkowo dla niej nie zabierała głosu w dyskusji. Zerkałam na nią i dostrzegałam głęboką zmarszczkę rysującą się między jej brwiami. Najwidoczniej czymś się martwiła. Czyżby tym, że nie miała potomstwa i nic nie zapowiadało by w jej wieku mogła jeszcze zostać matką?

  Tego dnia, jak zwykle, wracałyśmy razem ze szkoły a Shadi w pewnym momencie stanęła w milczeniu przed wystawą sklepową z zabawkami oraz ubrankami dziecięcymi a potem ni stąd ni zowąd szepnęła.
- Tęsknię za moim synkiem...

Z oczu Iranki ciekły łzy. Stała jak wmurowana w miejscu a my z Tunde popatrzyłyśmy na nią pełne współczucia, ale jednocześnie zdumienia oraz zaskoczenia jej nieoczekiwanym wyznaniem.

- To Ty masz syna? A dlaczego nam dotąd o tym nie powiedziałaś? I gdzie on jest? – wykrzyknęła Tunde i spojrzała na mnie porozumiewawczo, bo dziwne nam się teraz wydało to tajemnicze zachowanie naszej przyjaciółki. Tunde miała zwyczaj zawsze mówić prosto z mostu o tym, co myślała i ta jej szczerość czasami wydawała mi się zbyt obcesowa a innym znów razem doznawałam ulgi, gdy wyręczała mnie, pytając o coś, o co ja nie miałabym odwagi zapytać.

- Nie pytałyście, więc nie mówiłam – szepnęła Shadi ocierając rękami łzy i patrząc na nas bezradnie.
- Może pójdźmy gdzieś usiąść dziewczyny. O tej porze w parku przy plaży jest pełno pustych ławek. Chodźmy tam. Usiądziemy sobie w cieniu i spokojnie porozmawiamy – zaproponowałam, uznawszy, że skoro Shadi zapoczątkowała swoje trudne zwierzenia, to trzeba ten temat kontynuować i dać się jej wygadać do końca.

Ulokowałyśmy się w cieniu ogromnego eukaliptusa. Nad naszymi głowami stado zielonych papug skrzeczało zajadle a Shadi zapatrzona w misternie ułożone płytki, którymi wyłożone były parkowe alejki milczała. Wreszcie Tunde chrząknęła znacząco, przerywając to jej przedłużające się milczenie i poprawiwszy niesforny kosmyk włosów, wciąż wpadający jej do oczu wyznała ponuro:

- A ja od dwóch lat staram się z mężem o dziecko i nic!

- Jesteś jeszcze młoda! Najważniejsze, że się kochacie i czujesz się z nim szczęśliwa – rzekła Shadi, przechodząc do naturalnej dla siebie roli pocieszycielki.

- Jeszcze zdążysz Tunde! – dodałam i ja.
 - Musicie tylko mieć więcej czasu dla siebie i nie stresować się tymczasowym brakiem efektów! – mówiłam z uśmiechem a Shadi, której zrobiło się chyba trochę lżej na sercu zaczęła wreszcie swą niewesołą opowieść.

- Pochodzę z dobrej, dość bogatej, ale bardzo tradycyjnej rodziny. A ja zawsze byłam posłuszną, ufną w nieomylność decyzji moich rodziców dziewczyną. Dlatego nie protestowałam, gdy mój ojciec za aprobatą matki znalazł dla mnie bardzo odpowiedniego, według nich kandydata na męża. I poślubiłam Alego mając dwadzieścia dwa lata, nie znając go właściwie i nic o życiu jeszcze nie wiedząc. Byłam ufna w wyroki boskie i mądrość starszych ode mnie krewnych. We wszystkim zdałam się na rodziców i męża, który był dużo ode mnie starszy oraz jako ważny urzędnik państwowy bardzo przez moich rodziców ceniony. Potrafił załatwić wiele trudnych spraw. Miał wszędzie kontakty i znajomości. Bardzo imponował mojemu ojcu, który przy takim zięciu wiele potrafił skorzystać i wraz z nim wspinać sie po szczeblach urzędniczej kariery.
-Przez kilka lat nie umiałam zajść w ciążę, dlatego Ali zawoził mnie do różnych specjalistów by stwierdzić, co jest przyczyną naszych niepowodzeń. Lekarze nie znaleźli jednak żadnych błędów w mojej budowie. Także mąż był zupełnie zdrowy. Kazali próbować i nie zrażać się niczym – Shadi nabrała oddechu, po czym cichym, nabrzmiałym tłumionymi emocjami głosem kontynuowała swoją opowieść.

- Jakże byliśmy szczęśliwi, gdy po kilku latach bezowocnych starań nareszcie stałam się brzemienna!
-Lekarze nakazali mi ogromną ostrożność, więc cały okres ciąży przeleżałam w łóżku, a ogrodnik oraz dwie służące zatrudnione specjalnie przez Alego wyręczali mnie we wszystkim.
-Jednak, gdy pewnej nocy szłam do toalety wykryłam, że w living roomie jedna ze służących wyręczała mnie także w obowiązkach małżeńskich! – wzburzona kobieta na nowo przeżywała starą historię a w jej oczach błyszczała mieszanka bezsilności, gniewu i rozpaczy.

- Nakryłam ich na gorącym uczynku. Zrobiłam mężowi awanturę. A on zamiast się pokajać i wyrzucić z domu tę służącą złapał brutalnie moje ramię a następnie odprowadził mnie z powrotem do łóżka przykazując, bym nikomu nie odważyła się wspomnieć o tym, co tam widziałam!
- W kilka miesięcy potem urodziłam ślicznego, zdrowego chłopczyka. Nazwaliśmy go Amin. Nacieszyłam się nim zaledwie pół roku a potem mąż wyrzucił mnie z domu, oskarżając o romans z ogrodnikiem!
- Nikt z rodziny nie chciał słuchać moich tłumaczeń. Nie dawano mi zupełnie wiary, iż to fałszywe oskarżenia. Aż wreszcie zupełnie niewinna, lecz bezradna, pod przymusem opuściłam willę Alego i wróciłam do domu rodziców.
- Myślałam, że chociaż oni mi uwierzą! Przecież znali mnie najlepiej i mogli się domyślać, że to jakiś absurd i szyta zbyt grubymi nićmi intryga! A jednak nie powiedzieli nic w mojej obronie. Bali się narazić wpływowemu Alemu i stracić dobre imię oraz wszystkie wielce korzystne apanaże, które zapewniam im mój mąż. Rodzice chłodno przyjęli mnie do siebie i nakazali milczenie, bym nie narażała się na surowe kary przewidziane w naszym kraju dla cudzołożnic!

Shadi znowu umilkła. Oddychała tylko głęboko a w jej dobrych, pięknych oczach skrzywdzonego dziecka błyszczały ogromne łzy. Wreszcie uspokoiła się i drewnianym, głuchym głosem dokończyła swą straszną historię.

- Mąż szybko i sprawnie przeprowadził rozwód. Kilka miesięcy potem ożenił się z ową służącą. Mnie wypłacił połowę posagu, który wniosłam do tego małżeństwa. I to tyle…

- A co się stało z małym Aminem? – wykrztusiłam zdruzgotana tą przerażającą opowieścią.

- Ali zakazał mi wszelkich kontaktów z synkiem – odparła cicho kobieta – Nie wolno mi było nawet zbliżać się do domu byłego męża…Wiadomości o Aminie uzyskiwałam przez lata od drugiej z owych służących, której było mnie żal i niekiedy spotykała się ze mną, opowiadając o synku.Widziałam go kilkakrotnie, ale tylko z daleka...

- Dzisiaj Amin jest już prawie dorosłym, młodym mężczyzną. Nic o mnie nie wie. Chyba powiedziano mu, że nie żyję…
- Przez cały czas mieszkałam w tym samym, co on mieście. Studiowałam na dwóch kierunkach, doktoryzowałam się, zajmowałam się pomocą dla ubogich. Wszystko po to by być blisko syna i by zająć sobie czymś cały ten czas.

- Przez długie byłam sama. To znaczy, owszem, miałam wielu przyjaciół, ale nie chciałam zaufać ponownie żadnemu mężczyźnie.
- Aż rok temu moja siostra poznała mnie z Dżabim. Zaiskrzyło między nami. Poczułam się z nim bezpiecznie i spokojnie. On przyjechał do Teheranu w odwiedziny do swych krewnych a na stałe mieszkał już od kilku lat w Melbourne. Namówił mnie byśmy się pobrali i zamieszkali tu razem. Powiedział, że jestem jeszcze młoda i powinnam spróbować znaleźć w życiu szczęście.
- I wiecie co, dziewczyny? Nie żałuję, że za niego wyszłam. To naprawdę dobry, wrażliwy człowiek. Zna moje największe marzenie i razem ze mną wierzy, że kiedyś się ono spełni.

- Jakie to marzenie Shadi? – zapytała nieśmiało przejęta jej opowieścią Tunde.

 Shadi uśmiechnęła się w odpowiedzi a jej myśli poszybowały gdzieś bardzo daleko, nadając jej twarzy natchniony, błogi wyraz.

- Za kilka lat mój syn będzie już dorosły a wkrótce potem uzyskam obywatelstwo australijskie. Jako obywatelka Australii będę traktowana na zupełnie innych niż do tej pory prawach. A wtedy pojedziemy z Dżabim do Iranu i spotkamy się z Aminem. Wówczas opowiem mu moją historię i zaproszę tu do siebie. Mam nadzieję, że Amin jest mądrym, dobrym człowiekiem i wybaczy mi, zrozumie to wszystko, co musiałam przejść przez te lata. Wierzę, że jeszcze będziemy razem… - wyszeptała Shadi a Tunde uściskała mocno. Ja wzięłam drobną dłoń Shadi w swoją dłoń i pogładziłam ją delikatnie.

- Wiesz Shadi, może to głupie prosić cię o to w tej chwili, ale zawsze uwielbiałam perskie baśnie z tysiąca i jednej nocy. A najbardziej tę o Aladynie. Czy mogłabyś opowiedzieć nam tu teraz przynajmniej początek tej baśni? Moim marzeniem było zawsze posłuchać jej w oryginalnym języku – wyszeptałam patrząc w błyszczące od łez, rozmarzone oczy przyjaciółki.
- Tak, to cudowna opowieść Olgo. Każdemu przydałby się czasem taki dżin z lampy, prawda? Ale wiecie co? Myślę, iż jednak lepiej jest osiągać sukcesy uczciwym, wytrwałym staraniem i dobrym sercem – odrzekła wyrwana z zamyślenia Shadi a potem swym pięknym, dźwięcznym głosem opowiedziała nam po persku tę starą, wspaniałą baśń o spełnianiu życzeń…

   Długo jeszcze siedziałyśmy tego dnia na parkowej ławce i zasłuchane w słowa Shadi patrzyłyśmy na pobliski ocean i linię horyzontu, poza którą kryły się tajemnice naszej nieprzewidywalnej przyszłości…


Shadi i Tunde - naprzód mimo wszystko

Nigdy więcej nie wracałyśmy już z Shadi do rozmowy o jej trudnej przeszłości.  Iranka nie podejmowała tematu swego pozostawionego w ojczyźnie syna a my z Tunde czułyśmy, że nie trzeba więcej trącać tych najboleśniejszych strun. Dopiero wiele lat potem, już w Polsce dane mi było dowiedzieć się z listu Shadi jak potoczyła się dalej jej historia. Tamto jej pamiętne, trudne wyznanie sprawiło jednak, że nasze wzajemne zrozumienie pogłębiło się a wieź między nami wzmocniła w czasach, gdy jeszcze byłyśmy szkolnymi koleżankami. Każda z nas, bowiem nosiła w sobie wiele nie zagojonych ran z przeszłości, o niektórych z nich rozmawiałyśmy, a inne znowu ukryte były w najtajniejszych zakamarkach naszych serc. Czułyśmy jednak, iż cierpienie jest swoistym nauczycielem, zwiększa umiejętność empatii i wzajemnej bliskości. A na obczyźnie właśnie to było nam najpotrzebniejsze. Bo chociaż budowałyśmy co dzień nasze prywatne, nowe szczęścia, to jednak wciąż miałyśmy poczucie straszliwej obcości i nieprzystosowania do życia w nowym, lepszym świecie. Byłyśmy jak małe przedszkolaki w środku roku rzucone w środowisko zżytej ze sobą, gwarnej klasy i choć zachwycone tą nową, niezwykłą rzeczywistością, to wciąż za swoim małym przedszkolem tęskniące.

   Najmniej tęskniła za swą ojczyzną Tunde. Wynikało to z tego, że nieomal cudem wyrwała się ze swych Węgier, z kołowrotka męczącego życia z matką schizofreniczką, ojcem alkoholikiem i bratem kryminalistą. Mieszkali tam wszyscy w dwupokojowym mieszkanku, do którego Tunde z niechęcią wracała po pracy na kolei, bojąc się za każdym razem, co tam zastanie. Swoje osobiste rzeczy musiała zamykać w szafie na klucz, ponieważ zdarzało się, że rodzina okradała ją z najcenniejszych przedmiotów lub w najlepszym razie robiła jej w pokoju wielkie spustoszenie. Matka Tunde miała obsesję cięcia wszystkiego, co wpadło jej w ręce a jak tylko znalazła gdzieś nóż czy nożyczki od razu garderoba Tunde zamieniała w strzępy. Mimo kilkukrotnych pobytów w szpitalu psychiatrycznym jej stan nie ulegał poprawie. Wydawało się tylko, że choroba przyczaja się na chwilę by potem wybuchnąć ze zdwojoną siłą. Ojciec Tunde z rozpaczy i bezsilności upijał się do nieprzytomności a w rzadkich chwilach trzeźwości wypłakiwał się córce z całego swego zmarnowanego życia. Ukochany brat, niegdyś pilny uczeń, laureat olimpiad matematycznych, w wieku dojrzewania popadł w złe towarzystwo, które nauczyło go napadać na kioski i samochody, wąchać klej i okradać samotne staruszki na ulicy. Do domu rodzinnego wpadał z rzadka. Byle cos zjeść, byle się wyspać. Wysłuchać zrzędzenia wiecznie niezadowolonej matki oraz bełkotu pijanego ojca. Rano, czym prędzej więc uciekał do koleżków, wśród których czuł się ważny i doceniony.
 A w co uciekała Tunde? Co jej dawało jako takie ukojenie? Jej zbawieniem był Internet a zwłaszcza świat gier strategicznych. Doszła do mistrzostwa w kolejnych poziomach rozgrywek on line i zyskiwała międzynarodową sławę świetnego gracza. Swego australijskiego męża poznała, właśnie przez Internet. Grając, spędzali w sieci całe wieczory. Aż wreszcie on coraz bardziej zafascynowany genialną Węgierką nawiązał z nią internetową przyjaźń i gorący romans. Steve był starszy od niej ponad trzydzieści lat. Rozwiedziony. Mieszkający z dwiema dorosłymi córkami i matką staruszką. Samotny, schorowany i szukający bratniej duszy oraz ostatniej iskry romantyzmu i przygody.

   Pamiętam, jak pewnego lata, po południu moje koleżanki odwiedziły mnie w domu. Wszystkie trzy uwielbiałyśmy jeść i dzielić się przepisami na nasze najlepsze, narodowe potrawy oraz częstować się tym, co nam najbardziej smakowało. Dlatego poprzedniego dnia, wiedząc o ich wizycie upiekłam pyszny cheese cake, czyli sernik oraz obrałam ziemniaki na placki ziemniaczane, czyli potato cakes. Wiedziałam, że Shadi przyniesie ze sobą orzeszki pistacjowe i daktyle a Tunde obiecała poczęstować nas pysznym tokajem.
   Kiedy przyszły ubrałyśmy fartuszki i zabrałyśmy się dziarsko za tarcie ziemniaków, przygotowywanie masy na placki a potem za ich smażenie. Wesoło nam było razem kręcić się po mojej małej kuchni. Zaśmiewałyśmy się do łez, nie umiejąc znaleźć w języku angielskim słów na określenie najprostszych czynności kuchennych oraz używanych tam przedmiotów. Przypaliłyśmy ostatnią partię placków, bo rozchichotane zapomniałyśmy o bożym świecie aż przypomniał nam o nim swąd przypalenizny oraz powracający z garażu Cezary.
   Potem, popijając tokaj i wodę mineralną usiadłyśmy sobie w living roomie, gdzie pokazywałam koleżankom moje albumy ze zdjęciami z Polski. Wpatrywałam się z czułością w tę malutką Olę z przedszkola, z podstawówki i z liceum. Pokazywałam im zdjęcia pozostawionej w Polsce rodziny i przyjaciół. Wspólne wigilie. Wycieczki po Jurze Krakowsko-Częstochowskiej i po Beskidach. Mamę na ławeczce w ogrodzie. Tatę siedzącego na ulubionym fotelu. Moje wierne psy. Spotkanie klasowe po latach. Wspomnienia, wspomnienia…
   I nagle łkanie ścisnęło mi gardło, bo zrozumiałam, jak to strasznie wszystko było już dawno temu i jak daleko odeszłam od tamtych czasów, ludzi i miejsc. Czy tamta Ola z fotografii mogłaby przypuścić jak bardzo zmieni się jej zwykłe, monotonne nieco życie?

 - Zapuszczanie korzeni w cudownej krainie koali i kangurów bywa fascynujące, ale i bolesne. A może starych drzew nie powinno się przesadzać? – pomyślałam, chowając zapłakaną twarz na piersiach Shadi. Na szczęście nie potrzebowałam nic mówić, bo Shadi i Tunde dobrze rozumiały to, co działo się w mym sercu.

- Wiecie co dziewczyny? Jednak tutaj nie ma tak pięknych jezior i lasów, jakie są w Iranie –  rzekła cicho Shadi gładząc moje wstrząsane łkaniami plecy.

- I nie ma tu wcale zabytków! – zawołała Tunde – Oko by Australijczykom zbielało, gdyby zobaczyli zamki, muzea, mosty i piękne kamienice w Budapeszcie!
- Pamiętam Olu, jak pokazywałaś nam zdjęcia z Krakowa. To śliczne miasto! – klepiąc mnie nieporadnie po ramieniu dodała Węgierka.

- Dostałam wczoraj maila od mamy. Ojciec ma problem z sercem. Nie wiem, czy zdążę go jeszcze zobaczyć…- westchnęła Iranka, bezskutecznie poszukując po kieszeniach chusteczek higienicznych.

- A ja, chociaż nie cierpię mojej rodziny a najbardziej matki, to ilekroć gadam z nimi przez telefon omal nie słyszę własnego głosu. Tak mi dudni serce – szepnęła Tunde.
- Ostatnio brat poprosił mnie bym znalazła mu jakąś robotę w Melbourne, bo chciałby się wreszcie wyrwać z tego zwariowanego domu. A jak ja mam mu coś załatwić, skoro sama nie mam jeszcze pracy i mój Steve z powodu pogorszenia zdrowia też nie może znaleźć nic odpowiedniego?  – zwierzyła się ponuro Węgierka i głośno wysiąkała nos.

   I tak, jak parę minut wcześniej dobrze nam było pośmiać się razem, tak teraz przytulone do siebie chlipałyśmy jak trójka bezradnych dziewczynek. I trwałoby to tak i trwało, gdyby nie przyszedł mój mąż i nie zaproponował wspólnej wyprawy na molo.

- Dziewczyny! Co będziecie tak siedzieć i się mazać? Zobaczcie, jaka ładna pogoda!
- Chodźcie, przejedziemy się nad zatokę. Podobno sprzedają tam w kiosku ogromniaste, pyszne lody! – zawołał dziarsko a my pozbierałyśmy się szybko i już po chwili mknęliśmy naszym jeepem po słonecznych, pustych o tej porze uliczkach Melbourne, aby znaleźć się nad pełną kolorowych blasków zatoką.

   Nie pamiętam już dzisiaj smaku tamtych lodów. Widzę tylko na zdjęciach roześmiane twarze Shadi i Tunde wylizujące z zapałem zawartość waflowych rożków. Patrzę na dwie, bliskie memu sercu kobiety, które w promieniach zachodzącego słońca spacerują po molo, przypatrują się mewom, kołującym na tle pomarańczowo-złotego nieba i człapiącym po płytkich wodach pelikanom.

   Jak dalej potoczyły się losy tych kobiet? Tunde skończyła kurs opiekunek dla starszych osób i zdobyła dobrze płatną, lecz ciężką pracę w domu spokojnej starości. Do tej pory nie ma dzieci. Utrzymuje dom. Troskliwie zajmuje się chorym mężem. Załatwia wszystkie konieczne dokumenty, aby sprowadzić do Australii brata.

   Dwa lata temu, dokładnie w pierwszy dzień Nowego Roku mąż wyznał Shadi, że ma już jej dość i żąda rozwodu oraz tego, by jak najprędzej wyprowadziła się z jego domu. Po kilkunastu miesiącach szarpaniny rozstali się i samotna Shadi wynajmuje teraz skromne mieszkanie na przedmieściach Melbourne. Dokształca się, pragnąc uznania swych kwalifikacji zgodnie z wymogami australijskimi i pracuje jednocześnie jako ekspedientka w aptece. A co z jej synem? Ojciec wysłał go podobno na studia do Londynu. Shadi wybiera się tam wobec tego w przyszłym roku, mając nadzieję, że takie spotkanie na neutralnym gruncie może pomóc im nawiązać jakieś porozumienie a może i bliską wieź.

   Shadi i Tunde mieszkają w tej samej dzielnicy Melbourne i nadal się przyjaźnią.

   Wszystkie trzy pisujemy do siebie listy i wspominamy w nich dawne, beztroskie, szkolne czasy. Oglądamy nasze wspólne fotografie i marzymy o tym, by jeszcze kiedyś móc razem przejść się uliczkami Melbourne, zwierzając się z naszych marzeń i tęsknot. Czy będzie nam dane? Czas pokaże…



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Serdecznie dziękujemy za wszystkie merytoryczne komentarze. Inne, a szczególnie te natrętne i napastliwe będą usuwane do spamu.