Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kangury. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kangury. Pokaż wszystkie posty

sobota, 12 kwietnia 2014

Walcująca Matylda, czyli rozmyślania przy oprawianiu kogutów…



   

    Jak zawsze na wiosnę przyszła pora rozstania z kilkoma kogutami z naszej hodowli. Niestety, większość wylęgłych w zeszłym roku kurczaczków okazała się być płci męskiej. A tak to już jest, że w zależności od ilości kur w stadzie nie powinno być więcej niż jeden, dwa koguty. To osobniki alfa. Przewodnicy stada. Jego obrońcy, stróże, reproduktorzy. Pozostała reszta zbędnej, naładowanej testosteronem męskiej młodzieży, kłoci się ze sobą o względy, zmęczonych ich seksualnymi napaściami kurek. Niekiedy dochodzi między nimi do poważnych walk. Ciekawie nieraz jest te walki poobserwować, bo to cała paleta taktyk, bijatyk, skoków, nieczystych zagrywek, puszenia piór, stroszenia kolorowych kołnierzy, syków, wrzasków, dokuczliwych uszczypnięć. Za każdym jednak razem wygląda to jak walka na śmierć i życie i aż dziw bierze, że w pewnym momencie panowie uspokajają się i jak gdyby nigdy nic odchodzą do bardziej pokojowych czynności. Tak czy siak kiepsko to natura skonstruowała, iż tak dużo przychodzi na świat kogutków. Trzeba nam, niestety, ten nadmiar likwidować, mięso ptaków przeznaczając na świąteczny rosół czy na podarunek dla chętnych na nie przyjaciół i krewnych.


   Kilka godzin spędziłam ostatnio na oprawianiu, patroszeniu i myciu zabitych uprzednio przez Cezarego ptaków. Żeby nie słyszeć upiornych dźwięków, wydawanych przez łapane i niesione na rzeź koguty ubrałam sobie słuchawki na uszy i na cały regulator włączyłam swe mp3, skąd płynęły dziarskie, australijskie piosenki country. Przygotowałam wszystko, co trzeba do oprawiania. Na piecu w dwóch garach gotowała się woda. Dwie miski wsadziłam do zlewu a wiadro na pióra i odpadki postawiłam obok. Ulubiony, ostry nóż z czerwoną rękojeścią czekał w pogotowiu. 

   Wszedł Cezary. W miednicy niósł podrygujące jeszcze ptasie truchła. Postawił ją na stole ciężko, nerwowo przy tym oddychając. To dla nas nieodmiennie szokujące, że po odcięciu głowy ptaki przez kilka chwil zachowują się jeszcze jakby żyły i czuły. Spojrzałam na minę męża. W oczach miał wzburzenie, wzruszenie a nawet coś w rodzaju lekkiego obłędu.

- Jak się czujesz, kochany? Widzę, że mocno to dzisiaj przeżyłeś. Może jednak trzeba było, jak w zeszłym roku zamówić do tej czynności sąsiadkę z drugiej wsi? – przytuliłam się do niego, czując jak mocno wali mu serce.

- Nie jest źle Oleńko! Można się przyzwyczaić! – sztucznie dziarskim głosem odrzekł Cezary, ale po chwili nieco spuścił z tonu i szepnął.

- Ale do przyjemności to zdecydowanie nie należy…

   Przez moment trwaliśmy w tym pełnym zrozumienia, współczucia i wzajemnego wsparcia uścisku a zaraz potem zabraliśmy się do swojej pracy. Cezary musiał uprzątnąć miejsce kaźni. Zmyć wszystko wodą z węża ogrodowego. Schować katowski pieniek i siekierkę. A potem jak gdyby na pociechę oraz dla utulenia bólu i wyrzutów sumienia pójść i sypnąć nieświadomej niczego kurzej gromadzie ziarna pszenicy. Narwać im liści mleczy i koniczyny. Popatrzeć jak beztrosko chodzą po ogrodzie, żyjąc jak gdyby nigdy nic i ciesząc się życiem…


 I ja wzięłam się szybko za swoją robotę, bowiem im świeższy ptak, tym łatwiej się go oprawia. Polałam pierwszego koguta wrzątkiem. Ze słuchawek płynęła wesoła, australijska piosenka „Waltzing Matilda”, opowiadająca o biednym trampie, który kradnąc owcę wpada w ręce farmera a nie chcąc popaść do wiezienia, uciekając topi się w rzece. Bo najcenniejsza jest wolność i wieczna wędrówka. Nawet tylko po niebiańskich łąkach.


   Wyrywam pióra z ogona i skrzydeł. Ciężko idzie. To długie, wrośnięte głęboko lotki. Znów polewam ptaka ukropem. Para zasnuwa mi okulary. Przez moment nic nie widzę. I wówczas przypomina mi się, nasza dawna wyprawa w australijski interior. Jechaliśmy jeepem poprzez zasnuty różowym kurzem płaski, jak deska kraniec stanu Wiktoria. Mijaliśmy grupy eukaliptusów, brązowe pola uprawne, przejeżdżaliśmy mostki nad potokami, szumnie zwanymi w tamtych rejonach rzekami. Zatrzymaliśmy się na odpoczynek w pobliżu największej australijskiej rzeki Murray River. Usiedliśmy na jej wysokim, malowniczym brzegu. Brązowo-oliwkowa w odcieniu woda płynęła w dole spokojnie. Spoza gęstego buszu dochodziły do nas okrzyki papug i kukubar. A na drugim brzegu obozowała grupka wesołych staruszków, przygrywających sobie na gitarze i podśpiewujących gromadnie nieoficjalny hymn Australii:

„Once a jolly swagman camped by a billabong,
Under the shade of a coolibah tree,
And he sang as he watched and waited 'til his billy boiled
"Who'll come a-Waltzing Matilda, with me?" 

Zasłuchałam się wówczas oczarowana w tę melodie i tekst. I po raz kolejny zdumiałam się, że los rzucił mnie tak daleko od ojczyzny. Co więcej, nucąc wraz ze staruszkami tę pieśń poczułam, jakbym mieszkała tu od zawsze, a ta melodia wzrusza mnie tak mocno i budzi tak silne uczucia w sercu, jak gdybym była Australijką z krwi i kości. Takim trampem albo i kangurem, dla którego nie ma żadnych granic i przede wszystkim liczy się wolność oraz możliwość wędrówki za swym instynktem i marzeniami.

   Skończyłam z pierwszym kogutem. Zabieram się za następne. Idzie mi to coraz sprawniej. Zresztą mnóstwo rzeczy, z którymi kiedyś nie dawałam sobie rady teraz przychodzi mi z łatwością. W naszym domu do legendy przeszedł już niezwykle ciężki materac z naszego sypialnianego łóżka. W chwili, gdy się tu sprowadziliśmy nie byliśmy w stanie dźwignąć go we dwoje. Musieliśmy do pomocy wołać sąsiada. Teraz bez problemu dźwigam go sama. Opieram pod ścianą by odkurzyć i wymyć przestrzeń pod łóżkiem a potem swobodnie układam go na spodzie z grubych listewek.

A wracając do oprawiania, to jestem już na półmetku. Wszystkie łyse ptaki leżą ze sztywno wyprostowanymi nogami w wielkiej miednicy. Bladożółte, zimne, czekające na wypatroszenie. A jeszcze godzinę temu pokrzykiwały wojowniczo i kłóciły się z innymi, walcząc o miejsce w stadzie i lepsze kąski…

- Czemu to tak jest na tym dziwnym świecie…? Iskierki życia tak łatwo zgasły. Uroda piór przepadła. I tyle z was biedaki zostało…  - przygnębiona przyglądam się tym bezbronnym, uprzedmiotowionym ciałom i znowu wzdycham, choć jeszcze przed chwilą wydawałam się samej sobie tak profesjonalna i nieczuła w tym, co robiłam. Samej sobie się dziwiłam, że tak mi to dobrze szło. Byłam prawie jak moje dobre sąsiadki – gospodynie z dziada pradziada. Sprawna, szybka, zadowolona z siebie i planująca przyszłe rosoły…

- Daj spokój Oleńko! Ktoś to musi przecież zrobić! – besztam wreszcie sama siebie i przystępuję do dalszego ciągu dzieła. Rozcinam delikatnie skórę koguta przy kuperku. Wkładam dłoń do środka, wyjmując jelita i inne wnętrzności. Ich charakterystyczny zapach wwierca mi się w nozdrza.

- „Uparcie i skrycie och życie, kocham cię nad życie!” – raptem  przypominają mi się słowa ulubionej niegdyś piosenki. Rękawem swetra ocieram smarki i nieposłuszne łzy, które zebrały mi się na końcu nosa.

   Tymczasem skończona przed chwilą płyta z australijskimi piosenkami country zaczyna się znowu. I płynie cudowna pieśń o niepokornym wędrowcu i jego ulubionym tobołku z kocem zwanym Matylda... A ja przenoszę się myślami do tamtych egzotycznych wędrówek i uczuć, doznawanych w przeszłości.




…Wędrowaliśmy z Cezarym przez cudze pastwisko. Żeby się tam dostać przeleźliśmy w szparze płotu okalającego ogromne tereny jakiegoś farmera. Wiedząc, że robimy coś niezgodnego z prawem szliśmy ostrożnie, rozglądając się na boki i trzymając się blisko zarośli by w razie czego móc umknąć przez rozeźlonym gospodarzem. A australijscy właściciele ziemscy mogą być niebezpieczni, gdyż często ze strzelbą w ręce przemierzają swoje tereny, patrolując je i odganiając intruzów. Takimi intruzami najczęściej są kangury. A prawo australijskie zezwala na ich odstrzał, jeśli znajdą się one na obszarze prywatnym. Nie chcieliśmy być wzięci za takie kangury. Pragnęliśmy tylko zejść w dół rzeki. Widzieliśmy bowiem z daleka, iż rosły tam jakieś kolorowe, nieznane kwiaty. Mieliśmy też nadzieję na spotkanie wombatów. Tych nieco podobnych do świnek, zamieszkujących nory i dziury w ziemi torbaczy.

Zamiast tego, zaraz za krzakiem znaleźliśmy truchło wielkiego kangura. Uwijały się nad nim tabuny uszczęśliwionych tą wspaniałą ucztą much. Oczy zwierzęcia zmętniałe i puste wpatrywały się gdzieś w dal. Ze wzdętego brzucha martwego symbolu tej wspaniałej krainy wylewała się jakaś czarno-brunatna ciecz. Szedł stamtąd mdły, przyprawiający o odruch wymiotny smród. Mimo tego staliśmy tam przez chwilę jak wmurowani, patrząc na to do niedawna tak piękne, wolne zwierzę służące teraz tylko za pożywienie dla żarłocznych owadów. Czy to farmer je zastrzelił? A może to był tylko jakiś nieszczęśliwy wypadek? No bo przecież nie było w okolicach żadnych naturalnych wrogów, żadnego zwierza, które dałoby radę zapolować na tak wielkiego samca.

   Wreszcie ruszyliśmy się z miejsca. Zbiegliśmy w dół rzeki, znajdując po drodze całkiem nagi już szkielet kolejnego kangura. Nagle straciliśmy zainteresowanie dla urody kwiatów, porastających brzegi rzeczki. Pragnęliśmy czym prędzej odejść stamtąd, nie narażając się już ani na takie widoki, ani na ewentualny atak wściekłego o deptanie jego ziemi farmera…

   Skończyłam sprawę z kogutami. Zapakowałam je do foliowych torebek. Włożyłam do zamrażalnika. Wyniosłam do pobliskiego rowu (długiego dołu w ogrodzie) wiadro piór i wnętrzności. Zmienna tego dnia pogoda pokazywała mi w tej chwili swoje łaskawsze oblicze. Słońce rozświetlało świeżą, soczystą zieleń dookoła. Przejrzyste, czyste powietrze pachniało arbuzami i cynamonem. Chciało się oddychać głęboko. Żyć! Poszłam więc do męża by razem z nim dogadzać naszym kurom, pójść na spacer z kozami i Zuzią, sprawdzić jakież to kwiatki od wczoraj rozkwitły na łące, zawędrować na chwilę do wiosennego lasu a nareszcie wrócić i przysiąść na ławie w cieniu kwitnącej czereśni…





środa, 13 marca 2013

Spotkanie z kangurem




On we mnie patrzy, ja w niego
Bo dwa się tu światy spotkały
Ja chrupię zielone swe jabłko
A on ma pysk pełen trawy

On tak jak ja, dwunożny
Ciekawski, kangurzy reporter
Jest śmiały lecz przy tym ostrożny
I nieme pytania ma do mnie

Kim jestem i po co tu stoję?
Dlaczego nie mam ogona?
Spogląda z niepokojem
Na mój aparat Cannona

A ja robię zdjęcia bez lęku
Kangurzej, pasącej się braci
Uśmiecham się do osesków
I matek przy nich na straży

I mówię: z daleka jestem
I uczę się żyć tu odważnie
Podziwiam tę nową przestrzeń
A Was – kangury – najbardziej!

- No dobrze, więc sobie popstrykaj
Tych parę fotek wesołych
A potem się schowaj lub znikaj!
Bo tu się nam zaczną gody!

I będą bitwy i waśnie
Aż zrobi się niebezpiecznie
Och! Jeden już zaczął właśnie
Odejdź kobieto koniecznie!

Tak kangur powiedział z uśmiechem
I pomknął w godowe swe harce
A ja się ukryłam za drzewem
I fotki pstrykałam uparcie

A teraz oglądam w albumie
Kangurze przygody skoczne
I widzę w sylwetek ich tłumie
Mojego kangura mordkę

Też znalazł sobie wybrankę
W dorosły świat dzielnie wkroczył
Lecz to jego życie prywatne
     Przymykam więc album i oczy...









poniedziałek, 11 marca 2013

Kangurze wzgórze - cz.2



   
    Nasza ścieżka prowadziła teraz nieomalże stromo w dół. Tam, kamiennymi schodkami zeszliśmy na samą plażę. Powitał nas ciepły piasek w kolorze ecru i ożywcza bryza oceaniczna.  Stopy, nieźle już zmęczone kilkukilometrową wędrówką z radością przyjęły zzucie butów i bosy bieg po plaży. Wokół nas rozciągał się bezkres wody, piaszczysto skalistego wybrzeża i błękitnego nieba. Poza nami nie było tam nikogo! Para Robinsonów porzuciła więc w cieniu wszystkie ciążące niepotrzebnie manele, zdjęła wierzchnie odzienie, podciągnęła nogawki spodni i poprzez płytką, ciepłą rzekę, która tutaj wpływała do zatoczki pobiegła prosto do oceanu.


   Och, jakaż zimna wydała się na początku ta woda! Był przecież październik, środek australijskiej wiosny a my, niepoprawni wariaci, brodziliśmy sobie z przyjemnością po tej lodowatej wodzie, uciekając przed nadciągającymi falami i przeskakując, przez wyrzucone przez nie kawałki drzewa i wodorosty.
Wypoczęci, zregenerowani i głodni jak wilki rozłożyliśmy sobie nasze krzesełka turystyczne i spożyliśmy zasłużony posiłek, składający się z kanapek z jajkiem oraz sałatki Colesław.


    Potem powędrowaliśmy wzdłuż wybrzeża, podziwiając struktury i niezwykłe kształty skał, fotografując i napawając się ciepłem, wolnością i tym cudownym odosobnieniem od reszty ludzkości. Zresztą tutejszy krajobraz wyglądał, jak gdyby ludzkość niewiele weń ingerowała. Było dziko, czysto, pachnąco wodą, rybami i wodorostami. Po jakimś czasie wróciliśmy w pobliże rzeki i przez kilka godzin radośnie i beztrosko, jak para dzieciaków budowaliśmy tamę, tworząc maleńki basen z ciepłą wodą. Miło było usiąść na brzegu, zanurzyć tam stopy, twarze wystawić ku słońcu i zupełnie o niczym nie myśleć!
Potem położyliśmy się na trawie powyżej plaży i zdrzemnęliśmy się troszkę. A ocean szumiał nam najwspanialsze, aborygeńskie kołysanki…


   Aż wreszcie późne popołudniowe słońce połaskotało nasze twarze i stopy, każąc budzić się, wstawać i ruszać w drogę powrotną. Tym razem musieliśmy stale się wspinać, zatem nie szło już nam to wędrowanie tak łatwo, jak poprzednio. Jednak mijając skąpane w ciepłym słońcu polanki i wzgórza po półtorej godzinie dotarliśmy wreszcie  do parkingu.
 Nie chciało się nam jeszcze jednak wracać do domu (była to stamtąd mniej więcej godzina jazdy malowniczymi drogami, przebiegającymi w pobliżu oceanu) a więc postanowiliśmy udać się jeszcze na przeciwległe wzgórza. Kusił nas do odwiedzin, mieszczący się tam rezerwat, zamieszkały licznie przez stada kangurów.


   Przed nami rozpościerały się rozległe wzgórza porośnięte paprociami, krzewinkami oraz kwitnącymi na biało i żółto krzewami. Wspięliśmy się wyżej i ujrzeliśmy nieprzeliczone ilości kangurów, pomykające w różne strony lub pasące się leniwie w bliskim zachodowi słońcu. Powędrowaliśmy w stronę stojącego najbliżej nas stada i zatrzymaliśmy się w bezpiecznej odległości, przyglądając się im z zapartym tchem.
Mieliśmy tu czas by rozstawić w dogodnym miejscu nasz statyw. Mogliśmy też nakręcić kilka krótkich filmików. A było o czym, albowiem oto przed naszymi oczami rozgrywał się spektakl godów!


   Na początku wygląda to niewinnie. Wybrana samica pasie się samotnie gdzieś z boku i niby nie zwraca uwagi na żadnych zalotników, ale tak naprawdę popatruje na nich od czasu do czasu i pewnie śmieje się pod nosem z ich poczynań. A poczynania te są niezbyt wyrafinowane! Powiedziałabym, że wręcz śmieszne! Najpierw zainteresowane nią samce przez kilkanaście minut drapią się i wyginają w każdą stronę, prezentując przy okazji swoją posturę oraz wielkość męskich atrybutów. Następnie dwa, najbardziej zainteresowane samicą osobniki przystępują do kangurzego boksu. Podskakują i wymierzają sobie raz silniejsze a raz słabsze kuksańce i lewe sierpowe. Nie zwracają przy tym w ogóle uwagi na otoczenie a my, korzystając z tego faktu, mogliśmy podejść bliżej i czuć ich wyrazisty zapach, słyszeć dźwięki przez nie wydawane, być widzami w tym niezwykłym, oblanym promieniami zachodzącego słońca teatrze.


    Nie tylko my przypatrywaliśmy się temu spektaklowi. W bliskiej odległości gromadziły się także oseski i niedorostki, ciekawe jak się to wszystko potoczy. Patrząc tak, uczyły się zasad życia w stadzie i między sobą symulowały podobne walki, skacząc i boksując się wzajemnie.


Na wzgórzach panował nastrój podniecenia i oczekiwania. Matki z dziećmi zastygły niedaleko, obserwując z ciekawością skomplikowane potyczki. Natomiast najbardziej tym wszystkim zainteresowana samica sprawiała wrażenie kompletnie nie zainteresowanej. Skubała sobie tylko jakieś trawki, zajmowała się swą toaletą i wystawiała znudzony pyszczek ku słońcu.


   Wreszcie walka była rozstrzygnięta. Po mniej więcej pół godzinie zażartego boksu mniejszy samiec ustąpił pola większemu i oddalił się w krzaki by wylizać swe rany. Natomiast zwycięzca odpoczął przez chwilę, przyczesał zmierzwione futerko, podrapał się tu i ówdzie i tak zrelaksowany oraz wypiękniony podążył w kierunku wybranki swego serca. Wybranka zerknęła zalotnie i zachęcająco poruszyła ogonem. Potem pochyliła się, wystawiając w ten sposób tylną część ciała nieco w górę a jej amant zbliżył się, oparł na niej przednimi łapami i już po chwili zaczął swą zbożną, prokreacyjną działalność…


   Podglądaliśmy to chichocząc i komentując miny dwojga miłośników a ponieważ trwało to wszystko zdumiewająco długo, to wreszcie znudzeni nieco monotonią ruchów tych kochanków oraz zażenowani swym wścibstwem odwróciliśmy się i obserwowaliśmy poczynania innych kangurów.  A na okolicznych łąkach działo się mnóstwo. Z toreb matek powychodziły całkiem duże oseski i bawiły się ze swymi rówieśnikami, dokazując i wydając śmieszne, piskliwe dźwięki. Stare, posiwiałe na pyszczkach kangury pasły się nieco z boku i spoglądały filozoficznie na igraszki młodzieży. Starsza młodzież uganiała się po wzgórzach, ćwicząc biegi na krótkie dystanse. Inne grupki kangurów obradowały o czymś w skupieniu, stojąc w cieniu krzewów i nachylając ku sobie swe podobne do zajęczych mordki.


   Ponieważ byliśmy w tym miejscu już dobrą godzinę, to kangury widać oswojone z nami przemykały całkiem blisko nas i nie płoszyły je nawet nasze rozmowy, śmiechy i raptowne ruchy.


   Czuliśmy się tam wspaniale i moglibyśmy tak stać i obserwować je w nieskończoność. Jednak słońce schowało się już za linią ostatnich wzgórz i teraz malowało niebo na brzoskwiniowe i fioletowe odcienie. Czas był ruszać w drogę powrotną. Pożegnać się z tym kangurzym światem, obiecując sobie, że wrócimy tu jeszcze nie raz. Jeszcze tylko ostatnie spojrzenie na parę kochanków, która niezmordowanie realizowała swoje najśmielsze pragnienia a potem już tylko schodzenie pagórkami i polami w dół, tam gdzie czekał nasz wierny jeep…


niedziela, 10 marca 2013

Kangurze wzgórze



   Ponieważ od kilku dni na Podkarpaciu szaroburo a mgła, zaiste cmentarna unosi się nad polami i wzgórzami, postanowiłam przywołać we wspomnieniach i na blogu nieco inny, zdecydowanie cieplejszy nastrój. Dzisiaj opowiem Wam o naszych spotkaniach z kangurzą bracią i nie tylko.

   Jednym z naszych najulubieńszych miejsc w Australii była miejscowość nadmorska zwana Cape Schanck. To jeden z tych kamienisto-piaszczystych, oddalonych od cywilizacji przylądków, gdzie nic nie zakłóca odbioru otoczenia poza krzykami mew i silnymi porywami wiatru od oceanu. Dochodzi się tam zieloną, wijącą się między wzgórzami i polami słoneczną dróżką. Przez parę kilometrów nie spotyka się nikogo, albowiem turystów tam niewielu, a ci nieliczni uśmiechają się miło i mijają piechurów podążając w swoją stronę. Pamiętam, jak Cezary zawiózł mnie tam po raz pierwszy. Taszczyliśmy ze sobą krzesełka turystyczne, wałówkę na cały dzień, statyw do aparatu fotograficznego oraz dwa aparaty, bez których nie ruszaliśmy się nigdzie.
   Tak obładowani podążaliśmy przed siebie, drepcząc po rozjasnionej, wiosennym, październikowym słonkiem szlaku. Na głowach tkwiły nieodzowne w tamtym klimacie kapelusze. A w sercach było pragnienie przeżycia czegoś niezwykłego, dotknięcia samej istoty Australii.

Nagle przystanęłam gwałtownie i syknęłam znacząco:

- Czarek! Stój! Patrz! – wstrzymałam dech albowiem po naszej prawej stronie, w odległości około dwudziestu metrów na wzgórzu stał kangur i przyglądał się nam uważnie.
- No widzę! Kangur! – odrzekł mój mąż głosem znudzonego ojca, który ma do czynienia z wiecznie entuzjazmującym się czymś dzieckiem.
- Ale ja przecież jeszcze nigdy nie widziałam na żywo kangura!- oburzyłam się, odkładając na trawę plecak i statyw. Jak najszybciej potrzebowałam wolnych rąk, aby zrobić kangurowi pierwsze swoje zdjęcie. A kangur, wcale się nie bojąc stał i pozował. Na dodatek chwilę potem pojawili się jego ziomale i także stanęli w pełnym słońcu, oczekując na nasze zachwyty i hołdy. Staliśmy i my z Czarkiem, fotki raz po raz cykając. A ja podniecona i niebotycznie szczęśliwa nie mogłam powstrzymać się od nieco histerycznych chichotów i okrzyków.
- No dobra, idziemy! – zdecydował w końcu mężczyzna mego życia – Nie będziemy tu przecież tkwili godzinami. Jeszcze nie raz dzisiaj zobaczymy kangury!

   Niechętnie wyłączyłam aparat, pozbierałam manele i znów poszliśmy gęsiego przed siebie, podziwiając zapierające dech w piersiach widoki. Po lewej stronie ukazywało się nam co jakiś czas a potem znów niknęło za drzewami i krzewami wybrzeże cudownie niebieskiej zatoki, jakieś odległe skały, pagórki i piaski. Było gorąco, pachnąco eukaliptusami i trawami a ja czułam się jakbym znowu miała naście lat i świat ścielił się przede mną wszystkimi kolorami i nieskończonymi możliwościami.

  Wtem zobaczyliśmy po lewej stronie jakiś dziwny, czarny kształt w chaszczach. Zamarliśmy w bezruchu, tym razem oboje lekko zaniepokojeni i mocno zaciekawieni. Cóż to mogło być? Jakie czarne, puszyste, ogoniaste zwierzę żyje w tych okolicach? Byłażby to ta legendarna puma, o której spotkaniu opowiadali nieliczni wędrowcy a nikt im jakoś nie chciał na słowo uwierzyć? Znowu odłożyliśmy na bok wszystkie niesione przez siebie rzeczy i powolutku, ostrożnie zaczęliśmy się skradać w kierunku tajemniczych, kwitnących na żółto krzewów. Och, jacyż bylibyśmy sławni i bogaci, gdyby to nam pierwszym udało się zrobić zdjęcie temu fascynującemu, tajemniczemu zwierzęciu!
Znowu czarny kształt jak duch przemknął za krzakami. A z drugiej strony coś zaszeleściło gwałtownie.

 -Może są tu dwie pumy?! – wyszeptaliśmy zbielałymi z podniecenia i grozy wargami.

   Przystawiliśmy nasze aparaty do oczu, zamarliśmy w kompletnym bezruchu i cichutko oczekiwaliśmy na to, co się za chwilę wydarzy. Czarna, śmigła istota przystanęła wśród traw. Wystawał stamtąd tylko jej puszysty, panterowaty ogon. Natomiast w rosnących nieopodal krzaczorach znowu coś zaszeleściło i nagle na polankę, tuż przed nami wyszedł ogromny kangur! Wielki, przerażająco wielki samiec, który oparłszy się na ogonie stanął w wyprostowanej, ludzkiej pozie i gapiąc się na nas wyzywająco podrapał się bezwstydnie w krocze!

- Nie ruszaj się pod żadnym pozorem! – dobiegł do mnie dramatyczny szept Cezarego
- Pamiętaj, co Ci mówiłem o kangurach. One potrafią być naprawdę niebezpieczne!

   Tak Czarek opowiadał mi mrożące krew w żyłach historie o agresywnych kangurach, które potrafią zaatakować nagle człowieka. Uderzyć go swym silnym ogonem, podrapać do krwi, przewrócić i kopać, tylnymi łapami rozedrzeć klatkę piersiową! Zwłaszcza dla dzieci spotkania z tak bojowo nastawionymi kangurami bywają opłakane w skutkach. Nigdy nie wiadomo, w jakim nastroju może być napotkany właśnie torbacz. Może być łagodny i przyjazny niczym cielak, ale może też być zdenerwowany, pobudzony, naładowany kangurzym testosteronem. Podczas godów te ssaki mogą stanowić dla człowieka naprawdę duże zagrożenie!

   W tamtej więc chwili nie pozostawało nam nic innego, jak stać i pstrykać zdjęcie za zdjęciem, modląc się jedynie o to, by ta przygoda dobrze się skończyła. A tu tymczasem i nasza puma wychynęła zza zarośli i ukazała się nam w pełnej krasie! Piękne, dostojne, wspaniałe zwierzę, które po dokładniejszym przyjrzeniu się okazało się tylko wielkim, zdziczałym, najzwyklejszym kotem! Kotem olbrzymem. Kotem mutantem. Kotem spasionym i niezwykłym. Jednak,na szczęście dla nas tylko kotem a nie niebezpiecznym drapieżnikiem, bo co byśmy zrobili wzięci w dwa ognie między kangura zabójcę a bezwzględną pumę, cichą morderczynię!?

   Nasza „puma” położyła się tymczasem leniwie na słońcu i popatrując obojętnym wzrokiem to na nas, to na kangura zaczęła zupełnie już po kociemu mruczeć i wieść swe australijskie, „pumie” opowieści…
A co z kangurem - monstrum? Otóż po chwili drapania oraz innej, niezbyt wyrafinowanej toalety ogromny torbacz pokicał leniwie na ukos przez naszą ścieżkę a potem na wzgórzu dołączył do pasącej się tam braci…

Ciag dalszy nastąpi...



Etykiety

Aborygeni absurd afirmacja życia agrest apel apel o pomoc asymilacja Australia autoanaliza bajka bal ballada baśń Beksińscy Bieszczady blackout bliskość blog blogi bór cenzura Cesarzowa Ki Cezary chleb choroba ciastka ciepło cywilizacja czarny bez czarny humor czas czekolada czerwiec człowieczeństwo człowiek czułość Dersu Uzała deszcz dieta dobro dom dorosłość drama drama koreańska drewno droga drzewa trawiaste Dubiecko Dwernik Kamień dwudziestolecie międzywojenne dystopia dzieciństwo dzikie bzy ekologia elektryczność erotyk eutanazja fajka fantazja film flash mob fotografie fotoreportaż glebogryzarka głodówka głód gospodarstwo goście góry Góry Flindersa grass tree grill grudzień grzyby Gwiazdka historia historie wędrujące horror humor humoreska idealizm ideologia II wojna światowa informacja inność inspiracja internet jabłka jabłoń Jacuś Jacuś. gospodarstwo Jacuś. lato jajka Jane Eyre Japonia Jawornik Polski jesień jesień życia kalina Kanada kanały kangury kastracja kiełbasa klimat klimatyzm koala kobieta koguty kolęda kolędy komputer komunikacja konfitury konflikt koniec świata konkurs konstrukcja kosmos koszenie kot koziołek kozy Kraków Kresy kryminał kryzys książka kuchnia kulinaria kury kwiaty kwiecień las lato legenda lektura lęk lipa lipiec lis listopad literatura los ludzie luty łąka maciejka macierzyństwo magia maj malarstwo maliny mantry marzenie maska metafora mgła miasteczko odnalezionych myśli Michael Jackson Mikołaj miłość Misia mit młodość moda mróz mróż muzyka muzyka filmowa nadzieja nalewki nałóg natura niebezpieczeństwo niezapominajki noc nowoczesność Nowy Rok obyczaje ocean odchudzanie odpowiedzialność odrodzenie ogrody ogród ojczyzna opowiadanie opowiastka opowieść Orzeszkowa osa Osiecka owoce pamięć pandemia Panna Róża park pasja patriotyzm pejzaż pierniki pies pieski pieśni pieśń piękno piosenka piosenki pisanie płot początek podróż poezja pogoda Pogórze Dynowskie polityka Polska pomidory pomysł poprawność polityczna porady postęp pożar praca prawda prezent protest protesty przedwiośnie przedzimie przemijanie Przemyśl przepis przetrwanie przetwory przeznaczenie przygoda przyjaźń przyroda psy psychologia ptaki radość rak recenzja refleksja relatywizm remont repatriacja reportaż rezerwat Riverland rodzina rok rośliny rower rozmowa rozrywka rozum róże rymowanka rzeka samopoczucie samotność San sarny sąsiedzi sens życia siano sierpień silna wola siła skróty słodycze słońce słowa słowa piosenki słowianie smutek solidarność South Australia spacer spiżarnia spokój społeczeństwo spontaniczność spotkanie stado Star starość strych susza susza. upał szadź szczerość szczęście szerszeń śmiech śmierć śnieg śpiew środowisko świat światło świeta święta świt tajemnica tekst piosenki teksty piosenek tęsknota toaleta tragikomedia trauma troska truskawki uczucia Ukraina upał urodziny uśmiech warzywnik wędrówka wędrówki węgiel wiadomości wiadomość wiatr wierność wiersz wierszyk wieś wieża wigilia Wilsons Promontory wino wiosna wiosnaekologia wirus woda wojna wolność Wołyń wrażliwość wrotycz wrzesień wschód słońca wspomnienia wspomnienie współczesność Wszechświat wybory wychowanie wycieczka wygląd wypadki wypalanie traw wzruszenie zabawa zabawa blogowa zachód słońca zapasy zaproszenie zbiory zdjęcia zdrowie zielarstwo zielononóżki zielononóżki kuropatwiane zima zioła zmiany zupa Zuzia zwierzęta zwyczaje żałoba żart życie życzenia Żydzi żywokost