Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szczęście. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szczęście. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 16 czerwca 2024

Czerwcowy motyl…

 


…Zaczęło się o poranku. Wyszłam do ogrodu i z miejsca poczułam coś pozytywnego, coś niezwykłego w aurze, w świetle, w zapachu pełnym aromatów świeżo rozkwitłych róż,  w zachwycającym widoku bujności wszelakiej, w otoczeniu bliskim i dalekim. To coś od razu znalazło oddźwięk w mym sercu. I ożywione serce z miejsca zastukało w nagłym wzruszeniu.  W uczuciu ulgi, które objawiło się tak nagle i ożywczo jak długo wyczekiwany deszcz, co spływa na spragnioną, utrudzoną suszą roślinę. Miałam wrażenie jakby baśniowy motyl przysiadł mi na ramieniu i wprost do ucha wyśpiewywał piosenkę o dobru, pięknie, harmonii i spokoju. Ta piosenka w czarodziejski niemal sposób natychmiast odegnała ode mnie wszystkie zgryzoty i smutki. Stanęłam pod obsypaną owocami trześnią i poczułam się jak nowo narodzona. Niczym czysta kartka w pachnącym nowością zeszycie. Pamiętacie to podniosłe odczucie, gdy w czasach zamierzchłych bo wczesnoszkolnych brało się w dłonie taki dziewiczy zeszyt? Zeszyt sprzed bazgrołów, kulfonów, szlaczków i kleksów a przede wszystkim czerwonych podkreśleń i uwag nauczyciela? Ów zeszyt uosabiał jeszcze wówczas wszystko, co piękne, niewinne, pełne obietnic oraz nieskończonych możliwości. Takie właśnie uczucie owładnęło mną wczoraj i w większym czy mniejszym nasileniu trwało do końca dnia. A odnotowuję to, bo coraz rzadziej zdarza mi się tak właśnie czuć. Bo wraz z wiekiem, ze zdarzeniami, których jestem uczestnikiem, świadkiem czy tylko obserwatorem coraz więcej oplata mnie smutków, lęków, złych przeczuć, rozczarowań, nieufności i goryczy. Spraw, które nie pozwalają na beztroskie spojrzenie wokół siebie. Na cieszenie się tym, co jest. Na pójście z radością w dal. A wczoraj ni stąd ni zowąd ta zardzewiała, porośnięta ciernistymi roślinami furtka nagle pozwoliła się otworzyć i odetchnąć głęboko…










   Oto na trześni, na czereśni, na wiśniach, krzewach agrestu i porzeczek błyszczały, rumieniły się ponętnie niezliczone ilości dojrzałych owoców. Tylko zanurzyć się w to oszołamiające bogactwo kolorów, smaków, aromatów i czerpać z niego do woli. Tylko wyciągnąć rękę i zerwać te jeszcze mokre od rosy soczyste i chłodne kuleczki. Rozgryzać i zjadać powoli delektując się każdym kęsem. A w błogiej chwili, gdy w ustach rozlewał się słodko-kwaśno-cierpki smak rozglądać się już za następnymi dojrzałymi smakołykami. Napełniać wiśniami wiaderko i planować, co dobrego można z nich zrobić. Może wspaniały dżem a może rubinową naleweczkę? W międzyczasie zawieszać sobie na uszach gustowne kolczyki z połączonych szypułkami czereśni. I uśmiechać się do szpaczków, co to na wyższych gałęziach z zapałem łasowały, nic sobie z mego sąsiedztwa nie robiąc. I spoglądać na migoczące w słońcu trzmiele i osy. I czuć się jednością z tym wszystkim, znajdując w tej jedności bezpieczeństwo oraz spełnienie.








   Trudno opisać to słowami, bo istnieją wszak uczucia nieujmowalne w słowa. A te, które wybrzmią zdają się nieadekwatne albo banalne. Pewnie w przeszłości pisałam już o podobnych stanach na blogu. Jest tu ponad 700 postów i wielu z nich już nie pamiętam. Z niektórych wyrosłam albo oddaliłam się od nich mentalnie. W danym momencie jednak były dla mnie ważne. Odzwierciedlały bowiem kawałek mojej duszy, pokazywały kim jestem, jak patrzę na życie i świat. Co mnie cieszy, co martwi. Co jest najważniejsze i stałe a co tylko błahe i przelotne.



   Ten wczorajszy dzień czym był właściwie? Po prostu kawałkiem zwyczajnej, czerwcowej codzienności a jednocześnie dotykiem magicznego motyla, który na moment przysiadł na moim ramieniu a potem poleciał gdzieś dalej. Ku innym spragnionym jego obecności ludziom. Pewnie nawet wielu z nich nie zauważyło jego trzepotu, nie usłyszało czarodziejskiej piosenki. Mnie przecież także ta nieuwaga zdarza się nagminne. Ale motyl mimo wszystko uparcie pojawia się  i będzie pojawiał w wielu miejscach. Wbrew coraz bardziej zwariowanemu światu, wbrew natłokowi ponurych zapowiedzi i wieści wytrwale będzie nucić coś po swojemu, tańczyć w promieniach czerwcowego słońca i przynosić największy z możliwych darów. Uczucie prostego szczęścia…




piątek, 24 lipca 2015

Nasza mała arka...


   Po ostatnim, napisanym przez Cezarego poście i po Waszych reakcjach na jego szczere słowa naszło mnie wiele zamyśleń. Ewoluowałam w nich od zwątpienia w sens tak otwartego pisania na blogu poprzez chęć odsłonięcia się jeszcze bardziej po to, by do końca zrozumieć samą siebie i abyście Wy zrozumieli choć trochę mnie, nas w tych naszych "dziwnych" marzeniach, "nietypowych" wyborach, "oryginalnych" decyzjach. Pisząc bloga komunikujemy się z Wami. Pragniemy tej komunikacji a także tego by była ona rozumna, pełna wzajemnego szacunku i empatii. I zazwyczaj tak właśnie jest, co zauważamy i za co jesteśmy naszym czytelnikom wdzięczni.
   Istnieją jednak tematy zapalne, które nieodmiennie wywołują na tym blogu wzburzenie, podejrzliwość, czy też surowy osąd. A my z Cezarym, mimo wszystko, wciąż do nich co jakiś czas wracamy i znowu dostajemy po głowie, czując się nieraz jak zbesztane za swoją beztroskę dzieci. Myślałam, rozmawiałam z mężem o tej burzy w szklance wody, którą niechcący znów wywołalismy. I oto do czego doszłam...

   Obserwowałam i obserwuję nas oraz zachowania naszych zwierząt i uświadamiam sobie jak zmieniało się to wszystko podczas tych pięciu lat od naszego osiedlenia się tutaj. Dzięki temu między innymi dotarłam w tym namyśle do samej głębi mojego poczucia sensu istnienia i do odczuwania szczęścia w życiu blisko natury, jako istoty tego sensu.

  Czym jest to nasze życie tutaj? To nic innego, jak budowanie naszej własnej, szczęśliwej arki. Tratwy, na której nader skromnie żyjąc podług własnych, zgodnych tylko w przyrodą praw i rytmów oraz pełnych uczuć serc próbujemy ocaleć i oprzeć się wpływom tego zwariowanego, pełnego cynizmu,  agresji, fałszu, pośpiechu cywilizacyjnego, zunifikowanego i stechnicyzowanego, zewnętrznego świata. Po całym życiu przemieszkanym w wielkich miastach Polski i Australii zapragnęliśmy stworzenia dla siebie nowej, lepszej rzeczywistości. Prostej, pracowitej, cichej, związanej z naturą i jej posłusznej. Kupiliśmy dom na samiutkim końcu wsi, tuż przy bezkresnych lasach, łąkach i polach. Sąsiadów mając niewielu, ale za to przyjaznych, chętnych do dzielenia się swoją wiedzą i doświadczeniem, tolerancyjnych.
    Utopia? Tak można by mniemać. Ale według nas, to wciąż możliwy do realizacji ideał. Aby jednak ten ideał wypełnił się treścią potrzebowaliśmy zasiedlić nasze gospodarstwo zwierzętami, które moglibyśmy otaczać troską i miłością, a które mogłyby być z nami szczęśliwe oraz bezpieczne.




    Najpierw przyjechały do Jaworowa kolorowe, wesołe kociaki a zaraz po nich najcudowniejszy z wszystkich naszych dotychczasowych psów - Zuzia. Zwierzaczki stały się integralną częścią rodziny, ofiarowując nam swe bezgraniczne przywiązanie, mnóstwo radości, ale i trosk, ucząc cierpliwości oraz zrozumienia ich potrzeb. Jednak to byli domownicy a piękne miejsce, gdzie zamieszkaliśmy stwarzało możliwości aby mogli do nas dołączyć kolejni przedstawiciele świata zwierząt. Wszak należał do nas  ogromny budynek gospodarczy. I ogrodzony, wielki ogród. A wokół rozpościerało się tyle przestrzeni, zielonych pastwisk, spokojnej, sielskiej rzeczywistości, że grzechem byłoby nie wykorzystać tego.




    Przybyły zatem do nas kury - zielononóżki kuropatwiane, czubatki i araukany, - głównie jako wymyślone przez nas źródło dochodu. Szybko jednak okazało się, że te ptaki są dla nas czymś więcej - możliwością codziennej obserwacji społecznych i indywidualnych zachowań tych ciekawych stworzeń, ich uczuć, obyczajów i przemian od narodzin aż do śmierci. No właśnie - Śmierci. Pojawiła się ta pani, jako konieczność i naturalny bieg rzeczy  w sprawnie działającym gospodarstwie wiejskim. Odczuwaliśmy głęboko każde odejście kury, kurczaczka czy koguta. Ale godzilismy się z tym i nadal godzimy, gdyż inaczej być nie może, jeśli chce się tu sprawnie funkcjonować. Jednak jest coś, co zrobić możemy, rzucając tym w jakiś sposób wszechwładnej pani Śmierci wyzwanie. W naszej jest mocy ofiarować dobre życie innym zwierzętom.  Dać im możność spokojnej, radosnej egzystencji u nas. Przezwyciężyć w ten sposób gorycz rozstania wynikającego z  konieczności dokonywania selekcji w stadzie.



   I tak w Jaworowym gospodarstwie zamieszkały kozy. Najpierw czarna Brykuska i siwa Popiołka. Rok po nich czarno - biały koziołek, Łobuz Kurdybanek. A po kilku miesiącach biała kózka Majka. A skoro stworzyliśmy już takie kozie stadko, to nie dziwota, że doszło w nim do rozmnożenia. Wszak to naturalne, gdy cap przebywa blisko kozich panien. A poza tym naturalne jest, iż kozy, choć to cudownie rozumne i wdzięczne w hodowli zwierzęta mogą a nawet powinny dostarczać swym gospodarzom poza swym miłym towarzystwem także i mleka. Aby jednak to mleko było w wymionach potrzeba maleństw, dla których ono powstaje.
 Przebywając codziennie przez wiele godzin z kozami miałam możność zaobserwowania jak wspaniałymi są one matkami. Jak bardzo uczucia macierzyńskie ubogacają ich świat, zmieniają na lepsze charaktery, pozwalają jeszcze bardziej zbliżyć się do nas - ludzi. Jeszcze bardziej polubiły kontakty z nami, pieszczoty, wspólne spacery. W oczach karmiących czy też wylizujących swe kożlęta matek dostrzegałam błogość, pełnię szczęścia, słodycz, spełnienie...Czy widziałam tylko to, co chciałam widzieć? Nie sądzę. Myślę, iż większość wrażliwych opiekunów zwierząt miało możność zaobserwowania czegoś takiego. Macierzyństwo to nie tylko czysta fizjologia. To wzniesienie się na jakieś wyższe piętro duchowego rozwoju. To dotarcie do samej głębi przeżywania. Istnieję już na tym świecie dość długo by móc zauważyć i docenić wiele cudownych, magicznych wręcz chwil oraz związanych z macierzyństwem przeżyć, jakich doświadczały moje zwierzęta - kiedyś koty i psy, a teraz kozy. Nie wyobraziłam sobie tego, nie antropormofizowałam. Widziałam! I za każdym razem mocno przeżywałam to jako czystą radość, najgłębsze szczęście jakiego doznać może jakakolwiek czująca istota. Oczywiście, istnieją w świecie zwierząt niespełnione, niezadowolone ze swego losu matki. Jednak tak samo jest w świecie ludzkim. Przecież, w gruncie rzeczy, tak niewiele się od swych braci mniejszych różnimy...


   A skoro urocze, kozie maleństwa zamieszkały w koziarni, to i w naszych sercach zagościły zupełnie nowe uczucia: tkliwości, dumy, spełnienia się w roli wiejskich gospodarzy, ale i jątrzącego poczucia niepokoju...Bo gdy rodzą się koziołki tak trudno zapewnić im szczęśliwe życie. W naszym przypadku okazało się to, niestety, niemożliwe. I znowu dotknąć nas musiała bezwzględna pani Śmierć. Przyszła nieodwołalnie i zgasiła w nas na jakiś czas promyk radości i ufności.Wszystko się w nas zatrzęsło. Zalęgło się poczucie winy i bezradności, bolesny smutek...Potrzebowaliśmy czasu by dojść do siebie.

   Jednak ten czas, miast uspokojenia, przyniósł wypadek samochodowy, który nadwyrężył nasze zdrowie i poczucie bezpieczeństwa. Uświadomił jak wszystko jest na tym świecie niepewne i kruche. Z jak wieloma rzeczami możemy nie zdążyć. Jak blisko wciąż nas pani Śmierć krąży i jak kapryśną, nieprzewidywalną jest istotą.
   Cóż możemy zrobić? Jakże się jej oprzeć? Czymże odbudować poczucie sensu i radości życia? Tylko samym życiem i czynieniem w nim dobra. Tylko realizacją marzeń. Tylko pozytywnym dzianiem - codzienną pracą i troską o naszych podopiecznych. Intensywniejszym niż dotąd zauważaniem najdrobniejszych nawet radosnych iskierek, najdelikatniejszych uczuć, rozdmuchiwaniem ich.

   Nadal budujemy więc uparcie naszą arkę. Przygarnąwszy białego pieska Jacusia wyraziliśmy tym samym chęć ponownego zaufania życiu. To była decyzja płynąca prosto z serca, spontaniczna  - nieomalże jednocześnie przez nas oboje wyrażona. Chcieliśmy bardzo pomóc temu psu. Dać mu dom, miłość i stabilizację. A on mógł pomóc nam cieszyć się życiem na nowo, odkupić winę po dramatycznym odejściu dwóch koziołków, stać się kolejnym ważnym członkiem Jaworowego stada, towarzyszem Zuzi a nawet, ewentualnie...ojcem jej dzieci.



   I oto znowu wywołujemy wilka z lasu - ten wielce drażliwy, kontrowersyjny temat. Jakże możemy chcieć by nasza Zuzia została matką, skoro w schroniskach jest tak dużo bezdomnych psów, skoro tyle już psiego nieszczęścia na świecie? Czy jesteśmy bezmyślni i nieodpowiedzialni?



   Zaprzyjaźnieni czytelnicy naszego bloga wiedzą, że od dawna marzyliśmy o tym, by Zuzia mogła urodzić szczeniaki. Kochamy tę psinę bardzo. Chcemy by mogła w swym, tak krótkim przecież psim żywocie, przeżyć pełnię szczęścia. Zasługuje na to. Czy pamiętacie mój ubiegłoroczny, kwietniowy post o romansie Zuzi? Jakże była wtedy ogromnie zadowolona i nam wdzięczna, iż pozwoliliśmy jej doznać smaku miłosnych igraszek pod gwiaździstym niebem Pogórza. Nie zaszła wówczas w ciażę - i bardzo dobrze, bo tamten piesek nie bardzo pasował do niej gabarytami, charakterem i wyglądem. Ale oto teraz zamieszkał z nami Jacuś - jakże do Zuzieńki podobny. Jakby na miarę dla niej uszyty! Na dodatek po początkowych między nimi animozjach pieski tak bardzo się zaprzyjaźniły, że nie odstępują się prawie na krok i bawią niczym radosne szczenięta. A kiedy indziej leżą przy sobie, jak bardzo czuli względem siebie przyjaciele. Opierają wzajemnie o siebie pyski. Patrzą ufnie i spokojnie. To wspaniały dla nas widok, będący potwierdzeniem tego, iż słusznie zrobiliśmy przyjmując Jacusia do naszej rodziny. Wprawdzie wydarzenie z Brykuską mocno nadwątliło moje zaufanie do tego pieska,  zaburzając sielankowość naszego bytu oraz poczucie bezpieczeństwa. Ze wszystkich sił staram się jednak je odbudować i znowu pozwolić płynąć naszej arce zgodnie ze spokojnym wiatrem, wspomaganego realizacją marzeń, życzliwego przeznaczenia. Pomaga mi w tym zwykła praca, codzienna obserwacja zwierząt, spokojna współegzystencja z nimi, obcowanie z mądrością, surowością oraz pięknem otaczającej mnie przyrody...



   Chcielibyśmy by po odejściu za tęczowy most Zuzi (które oby nieprędko nastąpiło!) została u nas jej córka. By mając Zuzine geny ocaliła w ten sposób kawałek naszej ukochanej psinki. By pani Śmierć nie zabrała nam tak zupełnie i tak nieodwołalnie Zuzieńki oraz Jacusia, który jest nam coraz bliższy a z czasem zapewne stanie się równie bliski, co Zuzia. W naszym gospodarstwie jest miejsce i możliwości by mogło tu w razie problemów ze znalezienieniem innych, przyjaznych domów, zamieszkać kilkoro Zuzieńkowo-Jacusiowych potomków. Mamy też serdecznych znajomych, którzy od lat zachwyceni Zuzią, w każdej chwili chętnie adoptowaliby jej potomstwo. Tym samym wydaje się więc nam, iż nie zrobimy tym psiakom żadnej krzywdy.

   To, czy pozwolimy Zuzi i Jacusiowi na założenie psiej rodziny nie jest jeszcze zdecydowane. Gdyby miało do tego dojść, to raczej nie teraz. Potrzeba lepszego poznania Jacusia, jego wtopienia się w nasze stado oraz zupełnej pewności co do przyszłego losu jego potomstwa.

   Nasze dzieci są już dorosłe i żyją daleko od nas, mając swój własny świat i swoje spełnienia. A my tutaj, na urokliwym Pogórzu Dynowskim, wraz z naszym zwierzyńcem kreujemy serdeczną, zgodną, pochłaniającą nas całkowicie rzeczywistość. Odkurzamy stare pragnienia, pozwalamy się rodzić nowym...Dlatego też wróciła do nas wizja Zuzi, jako wspaniałej, szczęśliwej matki. Tym niemniej, temat ten na razie pozostaje w fazie gdybania. Marzenia. Snucia przyjemnych fantazji. I proszę, miejcie do nas zaufanie oraz pewność, iż jeśli tak się stanie, to wkrótce po powiększeniu naszej rodziny o kilka psiaków, Zuzia i Jacuś przejdą konieczne w ich wypadku operacje kastracji i sterylizacji. Stanie się tak najprawdopodobniej także wówczas, gdy nie pozwolimy naszym psom pójść za głosem instynktu. Zdajemy sobie przecież sprawę, iż te zabiegi mogą uchronić ich w przyszłości od ciężkich chorób, a co ważniejsze, zapobiec niekontrolowanemu rozrodowi.



   Chcemy by nasza spokojna, szczęśliwa, wbrew zakusom pani Śmierci ocalała arka, wciąż płynęła odważnie przed siebie, pozwalając nam realizować najśmielsze nawet marzenia, myśleć i działać niestereotypowo, wraz z naszymi zwierzętami cieszyć się w pełni tym pogórzańskim żywotem i być blisko, jak najbliżej natury...
   
  
  I jeszcze na koniec wierszo - piosenka napisana przeze mnie kilka lat temu a dzisiaj uaktualniona. Wciąż szukam dla niej melodii. Może ktoś z Was coś by mi podsunął...?!:-))*


Arka Oli i Czarka



Opowiem Wam bajkę o dwojgu
Co dawno się kiedyś spotkali
Nie wierząc, że to możliwe
Po prostu się pokochali
Daleko im było do siebie
Świat cały ich przecież rozdzielał
Pragnęli pod wspólnym być niebem
A więc złączyli swe nieba
I teraz na krańcu krańca
Z ufnością witają swój dzień
Ruszają znowu do tańca
Ich arka bezpieczna we mgle…

Tak swojskie, ciepłe, codzienne 
Nadają rytm naszym dniom
Te nasze tańce kuchenne
A z nami pląsa też dom
W kapciach dokoła tańczymy
Odpływa gdzieś cały świat
Mijają nam lata i zimy
A taniec nasz trwa i trwa
Psom pyski się śmieją szelmowsko
Już skaczą do twarzy i dłoni
A koty mruczą beztrosko
Ich magia nasz dom ochroni…

Za oknem kóz, kur gadanie 
I przestrzeń lasów i gór
A tutaj po prostu nasz taniec
A tutaj cukier i sól
Z dwóch kubków pachnie herbata
Z pokoju dobiega muzyka
Nasz własny kawałek świata
Nasz swojski zakątek życia
I płynie w dal nasza arka
Rytm serc jej nadaje kurs
Opowieść Oli i Czarka
Historia złączonych dusz…


  
P.S. 1
Stan psychiczny Brykuski poprawił się. Wychodzi na spacery i pasie się normalnie, ale nadal z wielką nieufnością i lękiem spogląda na Jacusia. Chowa się za mnie. Tuli z całej siły. Wymiona wciąż ma twarde. Mleko, niestety, różowe choć zewnętrzne rany ładnie się zagoiły (smaruję je maścią nagietkową otrzymaną od miejscowej zielarki).
P.S. 2
Jacuś jest najprawdopodobniej psem rasowym. Zdaje się, iż to Akita. To inteligentny psiak. Nauczył się ignorować zupełnie nasze koty. Kociarstwo często sypia w dzień na krzesłach kuchennych albo na parapecie, Jacuś pod stołem, Zuzia obok i jest OK!:-))
P.S. 3
Nareszcie i u nas trochę popadało i ciut się ochłodziło! W lesie pojawiły się prawdziwki i maślaki:-))

Etykiety

Aborygeni absurd afirmacja życia agrest apel apel o pomoc asymilacja Australia autoanaliza bajka bal ballada baśń Beksińscy Bieszczady blackout bliskość blog blogi bór cenzura Cesarzowa Ki Cezary chleb choroba ciastka ciepło cywilizacja czarny bez czarny humor czas czekolada czerwiec człowieczeństwo człowiek czułość Dersu Uzała deszcz dieta dobro dom dorosłość drama drama koreańska drewno droga drzewa trawiaste Dubiecko Dwernik Kamień dwudziestolecie międzywojenne dystopia dzieciństwo dzikie bzy ekologia elektryczność erotyk eutanazja fajka fantazja film flash mob fotografie fotoreportaż glebogryzarka głodówka głód gospodarstwo goście góry Góry Flindersa grass tree grill grudzień grzyby Gwiazdka historia historie wędrujące horror humor humoreska idealizm ideologia II wojna światowa informacja inność inspiracja internet jabłka jabłoń Jacuś Jacuś. gospodarstwo Jacuś. lato jajka Jane Eyre Japonia Jawornik Polski jesień jesień życia kalina Kanada kanały kangury kastracja kiełbasa klimat klimatyzm koala kobieta koguty kolęda kolędy komputer komunikacja konfitury konflikt koniec świata konkurs konstrukcja kosmos koszenie kot koziołek kozy Kraków Kresy kryminał kryzys książka kuchnia kulinaria kury kwiaty kwiecień las lato legenda lektura lęk lipa lipiec lis listopad literatura los ludzie luty łąka maciejka macierzyństwo magia maj malarstwo maliny mantry marzenie maska metafora mgła miasteczko odnalezionych myśli Michael Jackson Mikołaj miłość Misia mit młodość moda mróz mróż muzyka muzyka filmowa nadzieja nalewki nałóg natura niebezpieczeństwo niezapominajki noc nowoczesność Nowy Rok obyczaje ocean odchudzanie odpowiedzialność odrodzenie ogrody ogród ojczyzna opowiadanie opowiastka opowieść Orzeszkowa osa Osiecka owoce pamięć pandemia Panna Róża park pasja patriotyzm pejzaż pierniki pies pieski pieśni pieśń piękno piosenka piosenki pisanie płot początek podróż poezja pogoda Pogórze Dynowskie polityka Polska pomidory pomysł poprawność polityczna porady postęp pożar praca prawda prezent protest protesty przedwiośnie przedzimie przemijanie Przemyśl przepis przetrwanie przetwory przeznaczenie przygoda przyjaźń przyroda psy psychologia ptaki radość rak recenzja refleksja relatywizm remont repatriacja reportaż rezerwat Riverland rodzina rok rośliny rower rozmowa rozrywka rozum róże rymowanka rzeka samopoczucie samotność San sarny sąsiedzi sens życia siano sierpień silna wola siła skróty słodycze słońce słowa słowa piosenki słowianie smutek solidarność South Australia spacer spiżarnia spokój społeczeństwo spontaniczność spotkanie stado Star starość strych susza susza. upał szadź szczerość szczęście szerszeń śmiech śmierć śnieg śpiew środowisko świat światło świeta święta świt tajemnica tekst piosenki teksty piosenek tęsknota toaleta tragikomedia trauma troska truskawki uczucia Ukraina upał urodziny uśmiech warzywnik wędrówka wędrówki węgiel wiadomości wiadomość wiatr wierność wiersz wierszyk wieś wieża wigilia Wilsons Promontory wino wiosna wiosnaekologia wirus woda wojna wolność Wołyń wrażliwość wrotycz wrzesień wschód słońca wspomnienia wspomnienie współczesność Wszechświat wybory wychowanie wycieczka wygląd wypadki wypalanie traw wzruszenie zabawa zabawa blogowa zachód słońca zapasy zaproszenie zbiory zdjęcia zdrowie zielarstwo zielononóżki zielononóżki kuropatwiane zima zioła zmiany zupa Zuzia zwierzęta zwyczaje żałoba żart życie życzenia Żydzi żywokost