Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Cezary. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Cezary. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 15 sierpnia 2023

Grill na wiele chwil…

 


 

   Od dawna marzył nam się duży, solidny grill. A właściwie coś więcej, niż grill. Kuchnia letnia! Ponieważ ciepłe miesiące spędzamy w większości w ogrodzie, naturalnym było dla nas, że także i tam przygotowujemy oraz jadamy często posiłki. Latem nikomu nie chce się siedzieć w domowej kuchni i palić w piecu, od czego robi się człowiekowi jeszcze goręcej. No chyba, że zdarzają się jakieś pochmurne i chłodne dni. Wówczas palenie w piecu staje się nawet przyjemnością. Ale powróćmy do lata i naszych potrzeb. Do tego lata mieliśmy grilla skonstruowanego przez Cezarego z bębna od starej pralki automatycznej.  Takie okrągłe grille są bardzo popularne w naszych okolicach. Nie dość, że w ramach recyklingu daje się drugie życie bębnowi od pralki, to jeszcze całkiem dobrze się na nich piecze. Jednakże taki „bębnowy” grill ma pewne ograniczenia. Są nimi mała powierzchnia grillowania oraz skłonność blachy, z której jest zrobiona do rdzewienia i rozpadania się. Takoż i nasz pralkowy grill po kilku latach użytkowania ledwo już się trzymał. Trzeba było koniecznie zrobić coś nowego. I oto Cezary, jako znany już z wielu wcześniejszych wynalazków pomysłowy Dobromir postanowił własnymi rękami wykonać coś, co przetrwa wiele lat i będzie o wiele bardziej użyteczne, niż ów stary, rozpadający się grill.



   Najpierw myślał o wymurowaniu w ogrodzie jakiegoś piecyka. Podstawa miała być z cegieł a góra ze starej płyty kuchennej z pieca, który rozebraliśmy zaraz potem, gdy się tu wprowadziliśmy przez trzynastu laty. Taki murowany grill wymagałby jednak sporo roboty oraz poniesienia kosztów. Łączyłby się bowiem m.in. z wycementowaniem placyku, będącego podstawą pod taki grill, zakupu specjalnych, drogich cegieł szamotowych.  No i musiałby być umiejscowiony w jednym konkretnym i stałym miejscu w ogrodzie. A trudno się było na takie miejsce zdecydować. Bo oboje lubimy przesiadywać w różnych zakątkach ogrodu. Zależy to głownie od cienia, który o różnych porach dnia znaleźć można to tu, to tam. Jak zatem połączyć naszą skłonność do przemieszczania się z wybudowaniem nowego grilla?



   Cezary myślał, myślał  i wreszcie zmienił swoją pierwotną koncepcję. Otóż postanowił skonstruować grill w miarę lekki a do tego mobilny, łatwy do przemieszczania. Zorientował się, że w sklepie metalowym w pobliskim miasteczku kupić można na kilogramy ( niestety, wcale nietanią ) metalową blachę o grubości dwóch milimetrów. A sympatyczny sprzedawca gotów jest pociąć ją na żądany wymiar.  Teraz trzeba było tylko wszystko zaplanować, wyrysować, zwizualizować i policzyć. Wielkość grilla musiała bowiem odpowiadać owej blasze ze starego pieca, której Cezary wcześniej zrobił solidną, żelazną ramę, spawając ją ze znalezionych na złomowisku kątowników. Potem zaczęła się zasadnicza, konstrukcyjna robota. Cierpliwe, wielogodzinne spawanie, wiercenie, przykręcanie, docinanie, mierzenie i malowanie.  Było to pod koniec maja albo na początku czerwca. Nie pamiętam dziś tego dokładnie, bo sporo od tamtego czasu się u nas działo.




   Tak czy siak po wielu Cezarowych udoskonaleniach i modyfikacjach oraz moich uwagach grill gotowy był w lipcu. Powstał nieco podobny do kredensu albo kasy pancernej spory, metalowy wehikuł, pomalowany matową, niepalną farbą na czarno, z drzwiczkami, ozdobnymi zawiasami i uchwytami, oparty na czterech kółkach. Cudo owo posiada spore palenisko, gładką, żeliwną blachę, kratkę do pieczenia oraz metalową, zamykaną, zdejmowaną nadstawkę, umożliwiającą  np. wędzenie.


   Teraz zaczęła się zabawa z wymyślaniem tego, co mianowicie można przy użyciu takiego pieca przyrządzić. I okazało się, że bardzo dużo. Począwszy od grillowania klasycznych steków, kotletów, kurzych skrzydełek, szaszłyków i kiełbas, skończywszy na pieczeniu ziemniaczanych czipsów, plastrów cukinii, pomidorów, bułeczek czosnkowych i proziaków. A to nie koniec możliwości. We wnętrzu pieca da się upiec pizzę albo i chleb. Da się też wspaniale uwędzić szynkę czy rybę. A w powstałym popiele smakowite ziemniaczki.



   Od kiedy mamy ów ogrodowy piec nieomal codziennie sobie coś na nim przyrządzamy. Miło jest usiąść sobie wieczorem w ogrodzie i w towarzystwie łakomych piesków, pośród upojnych zapachów grillowanych potraw odpoczywać, oczekując na kolejne smakołyki. Słońce w tym czasie chyli się ku zachodowi, świerszcze cykają rytmicznie dokoła, żaby w stawiku kumkają chóralnie a my siedzimy sobie wygodnie i wpatrujemy się w rumieniące się na grillu potrawy albo w żarzące węgielki. Głaskamy psy, co chwilę namolnie podstawiające do pieszczot główki i grzbiety.  Jest nam spokojnie, bezpiecznie i swojsko. Roztaczają aromaty ogrodowe kwiaty i zioła. Pachnie płynące od łąk i lasów powietrze. Takie grillujące, długie wieczory są wspaniałym ukoronowaniem dnia. Dlatego na pewno, także i z powodu owego nowego grilla będziemy z tęsknotą obecne lato wspominać.



   Dodatkowo pojawia się jeszcze dla mnie pewna zasadnicza zaleta, takiego ogrodowego biesiadowania. Nie dość, że nie muszę tak często jak np. zimą wymyślać, przygotowywać i warzyć zwyczajnych, domowych obiadów, to jeszcze naczelnym szafarzem tych pieczonych, letnich przysmaków jest mój osobisty kucharz, Cezary. To on rozpala ogień, dogląda pieca oraz przygotowanych przy jego użyciu pyszności. To jemu łzawią oczy od dymu, który wydobywa się z pieca na początku rozpalania. Przynosi z drewutni kawałki śliwkowych, pachnących cudownie gałęzi. Dorzuca drew, przewraca zrumienione steki na drugą stronę i ostatecznie też decyduje, kiedy wszystko jest gotowe. Do mnie należy zazwyczaj wcześniejsze przygotowywanie wszystkiego do takiego wieczornego grilla. Zabejcowanie mięsa w przyprawach albo w marynacie. Pokrojenie na cienkie plastry umytych kartofelków. Zrobienie jakiejś sałatki albo surówki pasującej do takich potraw. Wyniesienie na dwór talerzy, sztućców i wszelkich przydatnych utensyliów a po wszystkim zebranie ich i umycie.



   


   A co należy do Misi, Hipci i Jacusia, naszych psich, wiernych towarzyszy? Machanie ogonami oraz niecierpliwe oczekiwanie na smakowite kostki i kurze korpusy, pieczone specjalnie dla nich. A potem gremialne zajadanie, chrupanie i proszenie się o kolejne i kolejne, albowiem tak u nich, jak i u nas apetyt rośnie w miarę jedzenia…

  






czwartek, 8 lutego 2018

nie ma jak w kokonie...



Cezary pisze

   A już myślałem, że uchowam dziewiczość do wiosny, a może i do lata. Późna jesień i kolejna zima bez pisania były osiągalnym marzeniem ze względu na głębokie i szczelne zamknięcie się w jednostronnie przepuszczalnej skorupie. Ukryty i niewidzialny prowadziłem niczym niezmącone życie i w tym samym czasie obserwowałem otoczenie, oczywiście dla celów badawczych i dobra bieżącej nauki. 
Piękny to czas, kiedy wypowiadanie opinii, ferowanie wyroków jest w odległości do czwartej rangi w przestrzeni kosmicznej. Nic nie musieć, a jeśli już nie dało się inaczej, to zawsze mogłem powiedzieć, że właśnie tak chciałem i nic nie musiałem. To taka nowoczesna jazda po bandzie. Chwilowe zyski, życiowe straty. Ale czego się nie robi dla świętego spokoju. A wewnętrzny spokój w kokonie jest pożądaną i kokonową cierpliwością. 









Dobrze, że wiedziałem o tym i wcześniej nie zaminowałem schowka, bo przecież kiedy ma się dość spokoju i marazmu to można dla zabawy pociągnąć za sznureczek i łubu-du. I po Cezarym! A wyobrażenia o własnym pogrzebie są w wielu sytuacjach równią pochyłą i napędem do quasi działania. I to właśnie wtedy chciałbym usłyszeć fanfary. Miliony trąbek fałszują niedopisaną melodię i to jest piękne, a nawet twórcze. Każdą z nich da się rozwinąć i wtedy samoistnie będzie bez fałszu. W swojej całości przyjemne dla ucha. Osobiście nie znoszę zafałszowań po śmierci. Za życia jestem w stanie wycierpieć. Tych osobistych jest jeszcze kilka, że o nich nie wspomnę. 





Kokon przepuszczał dźwięk i w związku z tym ciągle słyszałem ponaglenia;
- Cezary nie leń się…
- tak lubię patrzeć, jak wpatrujesz się w monitor, kiedy piszesz…
- były nawet pogróżki – jak nie to nie napalę w piecu…
- i wiele, wiele innych…
Na każde pro była kontra w postaci stwierdzenia „tak kochanie”, „natychmiast, ale trochę później”. Żeby nie zgadzać się nie trzeba nie zgadzać się. Zgoda buduje!










Od kilku dni codziennie chodzimy z psiakami do lasu. Jest pięknie, energetycznie i przy odrobinie szczęścia można zobaczyć swoje odbicie w zastygłym powietrzu przeplatanym kropelkami tchnienia. Szczęśliwcom udaje się zobaczyć duszę i nawet wejść z nią w interakcję. Uzdolnieni potrafią zmieniać kolory, ba, nawet zaszufladkować priorytety, podobno. I nic nie jest w stanie zakłócić niepowtarzalnej harmonii, a chlupot roztopionego śniegu w gumofilcach tworzy muślinowy podkład muzyczny. Jak w filharmonii, brzozy pokryte czapami śniegu nadają bieg pogłosom. Wyłapują je różne pudła rezonansowe, a jedynie te, które trafiają do jaru zostają po wsze czasy zaprzepaszczone. 
Pięknie jest, człowiek sapie, dyszy, poci się i pociesza w tym samym czasie, że to wszystko dla zdrowia.
A zobacz, dziś pełne słońce pogłębia kolory…
Przejrzystość powietrza pozwala oczom spocząć na horyzoncie…
Czegoś takiego jeszcze nie widziałam…
A potem wracamy do domu. Najpierw wpuszczamy psiaki, by mogły odpocząć w pieleszach, wylewamy wodę z gumiaków i siadamy przed pośpiesznie włączonymi komputerami.
- piękne
- nieostre
- do poprawki
- nie nadaje się
Przeżywamy ponownie chwile, które dopiero co przyszło nam doznawać. Niewiele z nich kasujemy, lubimy kolekcjonować, bo w przyszłości można będzie zmienić czy przerobić. 









Jaki spacer przyniesie jutro? Jakich nowych doznań doświadczymy? Potrafimy odmieniać je przez przypadki. Zawsze jest inaczej.
A moja kochana usmażyła nowoczesne pączki. Oponki serowe. Oponki dla nas, a wycięte środki dla psiaków. Sprawiedliwość po podkarpacku. Do następnego roku…


Etykiety

Aborygeni absurd afirmacja życia agrest apel apel o pomoc asymilacja Australia autoanaliza bajka bal ballada baśń Beksińscy Bieszczady blackout bliskość blog blogi bór cenzura Cesarzowa Ki Cezary chleb choroba ciastka ciepło cywilizacja czarny bez czarny humor czas czekolada czerwiec człowieczeństwo człowiek czułość Dersu Uzała deszcz dieta dobro dom dorosłość drama drama koreańska drewno droga drzewa trawiaste Dubiecko Dwernik Kamień dwudziestolecie międzywojenne dystopia dzieciństwo dzikie bzy ekologia elektryczność erotyk eutanazja fajka fantazja film flash mob fotografie fotoreportaż glebogryzarka głodówka głód gospodarstwo goście góry Góry Flindersa grass tree grill grudzień grzyby Gwiazdka historia historie wędrujące horror humor humoreska idealizm ideologia II wojna światowa informacja inność inspiracja internet jabłka jabłoń Jacuś Jacuś. gospodarstwo Jacuś. lato jajka Jane Eyre Japonia Jawornik Polski jesień jesień życia kalina Kanada kanały kangury kastracja kiełbasa klimat klimatyzm koala kobieta koguty kolęda kolędy komputer komunikacja konfitury konflikt koniec świata konkurs konstrukcja kosmos koszenie kot koziołek kozy Kraków Kresy kryminał kryzys książka kuchnia kulinaria kury kwiaty kwiecień las lato legenda lektura lęk lipa lipiec lis listopad literatura los ludzie luty łąka maciejka macierzyństwo magia maj malarstwo maliny mantry marzenie maska metafora mgła miasteczko odnalezionych myśli Michael Jackson Mikołaj miłość Misia mit młodość moda mróz mróż muzyka muzyka filmowa nadzieja nalewki nałóg natura niebezpieczeństwo niezapominajki noc nowoczesność Nowy Rok obyczaje ocean odchudzanie odpowiedzialność odrodzenie ogrody ogród ojczyzna opowiadanie opowiastka opowieść Orzeszkowa osa Osiecka owoce pamięć pandemia Panna Róża park pasja patriotyzm pejzaż pierniki pies pieski pieśni pieśń piękno piosenka piosenki pisanie płot początek podróż poezja pogoda Pogórze Dynowskie polityka Polska pomidory pomysł poprawność polityczna porady postęp pożar praca prawda prezent protest protesty przedwiośnie przedzimie przemijanie Przemyśl przepis przetrwanie przetwory przeznaczenie przygoda przyjaźń przyroda psy psychologia ptaki radość rak recenzja refleksja relatywizm remont repatriacja reportaż rezerwat Riverland rodzina rok rośliny rower rozmowa rozrywka rozum róże rymowanka rzeka samopoczucie samotność San sarny sąsiedzi sens życia siano sierpień silna wola siła skróty słodycze słońce słowa słowa piosenki słowianie smutek solidarność South Australia spacer spiżarnia spokój społeczeństwo spontaniczność spotkanie stado Star starość strych susza susza. upał szadź szczerość szczęście szerszeń śmiech śmierć śnieg śpiew środowisko świat światło świeta święta świt tajemnica tekst piosenki teksty piosenek tęsknota toaleta tragikomedia trauma troska truskawki uczucia Ukraina upał urodziny uśmiech warzywnik wędrówka wędrówki węgiel wiadomości wiadomość wiatr wierność wiersz wierszyk wieś wieża wigilia Wilsons Promontory wino wiosna wiosnaekologia wirus woda wojna wolność Wołyń wrażliwość wrotycz wrzesień wschód słońca wspomnienia wspomnienie współczesność Wszechświat wybory wychowanie wycieczka wygląd wypadki wypalanie traw wzruszenie zabawa zabawa blogowa zachód słońca zapasy zaproszenie zbiory zdjęcia zdrowie zielarstwo zielononóżki zielononóżki kuropatwiane zima zioła zmiany zupa Zuzia zwierzęta zwyczaje żałoba żart życie życzenia Żydzi żywokost