Baśń Zimowego Lasu

Cz. 1 - "Ratunek"

Małej  Ani  niestraszne były mrozy. Niestraszne jej były zamiecie śnieżne ani ślizgawice. Wszystko to było za oknem. A one tu z babcią w domowym cieple, bezpieczne i kochające. 
   Ania lubiła siedzieć sobie wieczorami z babcią przy piecu, słuchając jej baśni, legend, czarodziejskich opowieści. Babcia, opowiadając, dziergała na drutach grube swetry z owczej wełny. Jej stare, powykręcane od chłodu i pracy dłonie sprawnie, szybko i omal niewidocznie dla oka tworzyły kolejne rządki ściegu. Ania z fascynacją wpatrywała się w jej pracę. Na kolanach trzymała motki szarej wełny a u ich kolan leżał ukochany, rudy pies Bras.
     - Babciu, o czym mi dzisiaj opowiesz? – zapytała, gdy po całodziennej pracy w obejściu zasiadły sobie wieczorem na ławie, okrytej miękką, baranią skórą a ogień w kominku wesoło trzaskał iskierkami. Pachniało świeżo przyniesionym przez dziewczynkę drzewem.Za oknem dął porywisty wicher.
     - Dziś opowiem Ci historię o takiej dziewczynce, jak Ty. O dziewczynce, która poszła do zimowego Lasu...

   ...Katarzynka uwielbiała zimę. Śnieg pachniał cudownym, czystym chłodem. Znany, zwykły świat nabierał czarodziejskich odcieni, nieznanej głębi. A najbardziej było to widoczne o zmroku. Jedyne światła, dostrzegalne wówczas to delikatne płomyki świec, rozjaśniające wnętrza wiejskich chat, gwiazdy błyszczące na niebie i wielki księżyc - zimowy czarodziej. I dlatego dziewczynka chętnie wychodziła co wieczór z domu. Obuta była ciepło. Gruba chusta okrywała jej główkę. A obok biegł zawsze jej wspaniały pies, Ares...

      - O! To i ona miała psa? Tak, jak ja? - wykrzyknęła Ania zdumiona, nie mogąc się powstrzymać od tego okrzyku zachwytu.
      - Chciałabym poznać tę dziewczynkę i pobawić się z nią!
      - Oj, wnusiu! To przecież działo się dawno temu. Ta   dziewczynka jest teraz pewnie staruszką! - powiedziała babcia i spojrzała z dziwnym, nieodgadnionym uśmiechem na gadatliwą wnuczkę.
      - Ojej! To szkoda...Ale opowiadaj babciu dalej, opowiadaj, proszę!
      - No dobrze, już opowiadam


   …Katarzynka wychodziła codziennie, żeby na skraju Lasu poszukać chrustu na rozpałkę. Dalej nie wolno jej się było zapuszczać. Zimowy Las może być przecież bardzo niebezpieczny.

     Las był nie opodal wioski. Wielki, nieprzebyty, ciemny. Ogromne, wielowiekowe sosny i świerki szumiały w nim groźnie i tajemniczo swe zimowe opowieści. A mała Kasia, chociaż obiecała mamie, że dalej nie pójdzie, to tego wieczoru coś kazało jej wejść między drzewa. Tuż za nią biegł wierny Ares, więc się nie bała. Była tylko bardzo ciekawa, jak jest tam, za zasłoną pierwszych gałęzi. Jej wyobraźnia sprawiała, że miast strachu przed mroczną puszczą, w jej sercu pojawiały się najróżniejsze imaginacje, dotyczące cudowności, jakie mogły się tam kryć. Teraz właśnie marzyła o tym, że gdzieś w głębi lasu mieszka lodowy król, który samym tylko oddechem sprawia, że drzewa wokół pokrywają się szronem a strumienie zamarzają.



     Śnieg skrzypiał pod jej stopami. Gałęzie delikatnie gładziły policzki. Jakiś ptak przeleciał wysoko i załopotał wielkimi skrzydłami.

     - Pięknie tu, prawda piesku? - przystanęła i spojrzała na biegnącego obok Aresa. Ale Ares nagle zawarczał, czujnie postawił uszy i podkulił puszysty ogon pod siebie.

     - Co się dzieje piesku? No chodź, przecież tu nikogo nie ma? – powiedziała zachęcająco, ale do jej serduszka zakradł się już dziwny niepokój



     Ares szczeknął krótko i pociągnął ją zębami za nogawkę  spodni. Wyraźnie widać było, że namawia ją do powrotu.

     - No dobrze. Wracamy! - zawołała i ogarnięta niezrozumiałym lękiem puściła się biegiem, starając się wracać po własnych śladach, żeby nie zgubić się w tym dziwnym świecie.

     Już, już wydawało jej się, że przez rzadkie gałązki brzóz dostrzega światełko w oknie swojej chaty. Już, już miała wyjść na otwartą przestrzeń, gdy nagle...Ach! Zupełnie zapomniała, że pod cienką pokrywą śniegu kryje się małe, zamarznięte jeziorko. A mama często ją przestrzegała, by uważała, by tam nie chodziła.



Cienki lód zaczął pękać. Nie zdążyła dobiec do brzegu. Jej lewa stopa szybko zanurzała się w okropnie zimnej wodzie. Miotała się bezsilnie. Dygotała. Wołała ratunku! Ares szczekał rozpaczliwie. Wreszcie upadła. Lodowata woda była wokół niej. Migotliwe gwiazdy obojętnie przyglądały się jej wysiłkom. Opadała na dno. W chwili, gdy już miała zanurzyć się razem z głową, ktoś chwycił mocno jej ramię i jednym, silnym ruchem wyciągnął na powierzchnię.

     Ten ktoś otulił ją grubym, baranim futrem. Potem wziął  na ręce i uniósł  wysoko w ramionach. 


     - Zaraz zaniesie mnie do domu, do mamy. Gdyby nie ten dobry człowiek, utopiłabym się a mama by tego nie przeżyła. Muszę mu podziękować. Muszę... - pomyślała i spojrzała w oczy mężczyzny, który niósł ją lekko i bez wysiłku, jakby nic nie ważyła. Spojrzała i zmartwiała. Zobaczyła przed sobą niezwykłą, dziwną twarz białowłosego starca o oczach przeźroczystych i błyszczących jak tafla jeziora...


W głowie jej zawirowało, oczy zaczęły się same zamykać a dziwna senność opanowała jej drobne ciało….


Cz. 2 - "W domu leśniczego"


  Ocknęła się jakiś czas potem i to, co ujrzała kazało jej na nowo zamknąć oczy. Znajdowała się w jakiejś nieznanej sobie, pachnącej igliwiem chacie. Leżała na posłaniu z mięciutkiego mchu, otulona grubym kocem z owczej wełny. Ktoś niewidoczny grubym lecz przyjemnym głosem nucił kołysankę, taką samą, jaką zawsze śpiewała jej mama:

…W dalekim lesie, w głębokim borze
Stoi krasnalek przy muchomorze….

- Nie śpisz już Katarzynko? – zapytał ten ktoś i ciepłą dłonią dotknął jej czoła

Dziewczynka zdecydowała się otworzyć oczy. Przy jej łóżku usiadł ten sam starzec, który wczoraj uratował jej życie. Uśmiechał się do niej i troskliwie otulał kocem jej stopy.

- Nie bój się mnie dziecko. Jestem tylko starym leśniczym, opiekunem tego Lasu – powiedział spokojnym, ciepłym głosem

- Nie stanie Ci się tutaj, malutka, żadna krzywda – dodał patrząc serdecznie w jej oczy

  Kasia oparła się na łokciu i spojrzała ciekawie w twarz starca. Nigdy w życiu nie widziała nikogo o tak dziwnych, przejrzystych, bladoniebieskich oczach. Nie śmiała jednak zapytać o te oczy, więc zawstydziła się nieco i sama nie wiedziała, co powiedzieć.

- Jak wydobrzejesz, to wrócisz do swojego domu. Na razie zostaniesz tutaj, bo na dworze tęgi mróz a Ty przemarzłaś do kości  – rzekł  tajemniczy leśniczy i z lekkim stęknięciem wstał z fotela a potem podreptał w stronę dużego pieca kaflowego, stojącego w kącie pomieszczenia.

W wielkim garze zamieszał coś drewnianą łyżką a potem nastawił w imbryku herbatę.

- Zaraz sobie zjemy gorącego bigosu, herbatką popijemy. Nie ma to jak prawdziwy, domowy bigos – zamruczał sam do siebie przy piecu a potem ni stąd ni zowąd zaśpiewał:



Kiedy zima rządzi stara
Czas kapustę dać do gara
Czas jej dodać ziaren kminku
Oraz boczku i prawdziwków

Hej, ho! Hej, ha! Bucha para
Imbryk gra!

Niech wesoło wszystko pyrka
Niech się cieszy ma rodzinka
A rozgrzana, nakarmiona
Zimie nie da się pokonać

Hej, ho! Hej, ha! Bucha para
Imbryk gra!

Chodźcie moi podopieczni
Już czas najeść się bez reszty
Potem w Lesie opowiecie
Jak się jada w ludzkim świecie…


   A gdy skończył nucić swoją piosenkę do drzwi chaty dało się słyszeć cichutkie skrobanie. Także za oszronioną szybą pojawiły się jakieś tajemnicze, ruchliwe kształty.

Starzec otworzył drzwi i do domku, kręcąc ogonkami, pomiaukując i popiskując wbiegły jego zwierzęta. Były tam dwa rude koty, trzy wesołe kundelki, sarenka, zajączek, bażant i trzy ciekawskie sroki.

Gospodarz nałożył im do wielkiej michy, stojącej przy piecu pachnącego bosko bigosu a potem uśmiechnął się szeroko, przyglądając się jak zajadają ze smakiem i raz za razem popatrują na swego opiekuna z miłością i wdzięcznością.

- Proszę Pana, a gdzie jest mój Ares? – zapytała wówczas Kasia, przypomniawszy sobie nagle, że przecież pies był z nią w Lesie i nie wiadomo, co się z nim potem stało. Może się utopił w tym zdradliwym jeziorku?

- Nie martw się dziecko – zwrócił się do niej uspokajającym głosem leśniczy

- Napisałem karteczkę z wiadomością dla Twojej mamy, żeby nie martwiła się o Ciebie, karteczkę przyczepiłem do obroży Twego pieska i posłałem go do Twej chatki! – wyjaśnił, nakrywając do stołu i nalewając dla nich dwojga herbaty do dwóch dużych, fajansowych kubków

   Dziewczynka odetchnęła z ulgą i spojrzała z sympatią na mądrego gospodarza a zachęcona jego serdecznym, zapraszającym gestem wstała z łóżka i zasiadła razem z nim przy wielkim, dębowym stole.
   Bigos był najlepszą potrawą, jaką kiedykolwiek jadła w życiu! Tego samego zdania były chyba i zwierzątka, bo pałaszowały ze smakiem, popatrując na siebie, błyszczącymi ze szczęścia oczami. Ciekawe było to, że żadne z nich nie rozpychało się przy misce, ani nie zabierało sobie zazdrośnie co tłuściejszych kąsków boczku. Trwała między nimi zgoda, spokój i jakaś już dawno chyba ustalona hierarchia, bo gdy jedne jadły, inne w tym czasie czekały na swoją kolej, oblizując tylko niecierpliwie mordki, pyszczki i dziobki!

   Pierwsze najadły się ptaki. A najedzone ulokowały się na drewnianej poręczy fotela i troskliwie zajęły swą toaletą. Potem dołączyły do nich koty i przysiadłszy na plecionym ze szmatek dywaniku poczęły się wzajemnie wylizywać.

   Tymczasem także i dziewczynka była już syta. Popijała teraz gorącą, miętową herbatę i popatrywała z ciekawością na gospodarza domu.

Wreszcie i ten skończył posiłek a skończywszy otarł wąsy i wyciągnął zza pazuchy grubą fajkę, którą napełnił tytoniem a potem wyciągnął się wygodnie na fotelu i z rozkoszą sobie pykał, wypuszczając z fajki wesołe kółeczka dymu.

- A dlaczego ja Pana nigdy wcześniej nie widziałam? Myślałam, że znam wszystkich okolicznych mieszkańców! – zapytała z ciekawością Katarzynka, ośmieliwszy się już teraz zupełnie i przysiadła na małym zydelku tuż przy piecu, by spoglądać w radośnie tańczące w nim iskierki

- Nigdy nie wychodzę z Lasu, moje drogie dziecko. Jestem jego opiekunem a on jest moim domem i moim życiem. Jesteśmy ze sobą związani, zrośnięci jak drzewa…Ale wiem o wszystkim, co dzieje się tutaj i dookoła. Moje zwierzęta przynoszą mi ciekawe wieści z okolicznych wiosek. Dlatego znam z ich opowiadań i Ciebie i Twoją mamusię i Aresa… - mówił spokojnie staruszek, przerywając tylko opowieść kolejnymi pyknięciami z fajeczki

- A nie czuje się Pan tutaj samotny? Przecież nie może Pan rozmawiać ze swoimi zwierzętami a ludzie są daleko! – zauważyła mądrze dziewczynka, patrząc z nagłym współczuciem  na staruszka

- Rozmawiam  ze zwierzętami i z Lasem. Tyle tu ciekawych, codziennych historii się toczy, tyle jest spraw do naprawienia, żywych istnień do poratowania… - rzekł gospodarz domu i uśmiechnął się do Kasi

- Nie musisz się o mnie martwić. Las daje mi wszystko, czego potrzebuję. A ja staram się mu odpłacać, jak tylko potrafię! – dodał spokojnie lecz w jego głosie pojawiła się jedna, boleśnie drżąca nutka

- Jest tylko jeden dzień w roku, gdy odczuwam wielki smutek. To dzień wigilijny, w którym przychodzą do mnie wspomnienia sprzed lat, z czasów, gdy był tu ze mną ktoś bliski, kto potem odszedł na zawsze…- zwierzył się staruszek i jego jasnobłękitne, niezwykłe oczy zalśniły ogromnym wzruszeniem…

- A kto to był? – nie mogła się powstrzymać od tego pytania dziewczynka i trochę przestraszona swoją śmiałością zaczerwieniła się i zamrugała nerwowo powiekami, tak jakby jej coś raptem do oczu wpadło.

- To była moja ukochana żona, Jaśminka – powiedział cicho leśniczy i na chwilę zamilkł, wtulił głowę w ramiona, które drżały, jakby w chacie zrobiło się bardzo zimno. A przecież ogień nadal radośnie buzował w piecu…Potem westchnął głęboko i powiedział już głośniejszym lecz ochrypłym ze wzruszenia głosem   

- Spójrz, dziecko! Tam, na ścianie wisi jej autoportret. Pięknie malowała! – starzec zapatrzył się w malowany na drewnie delikatnymi pociągnięciami pędzla portret urodziwej, młodej pani

- Gdybym tylko umiał płakać, gdyby z moich oczu mogła spaść chociaż jedna łza, może Jaśminka mogłaby wrócić tu chociaż na chwilę. Ale moje oczy wyschły zupełnie i chociaż serce łka, to szczery płacz, jest ponad moje możliwości…Nie potrafię ronić łez, choć tak bardzo bym chciał.. – staruszek zamilkł, bezradnie pochylił głowę i głęboko oddychał, przejęty swoim wciąż świeżym wspomnieniem i szczerym zwierzeniem.

   Kasia spojrzała ze współczuciem na starca. Nie pojmowała jego opowieści. Nie wiedziała, dlaczego niemożność płaczu ma tak duże znaczenie ani co tak naprawdę stało się z jego ukochaną żoną…Wiedziała tylko, że jest jej go bardzo, bardzo żal i chciała podejść i przytulić się do niego, pocieszyć jakoś…Nie miała jednak teraz na tyle śmiałości w sobie, by to zrobić. Podeszła więc do obrazu, przedstawiającego sylwetkę przepięknej pani i z zachwytem wpatrywała się w jasnobłękitne oczy widocznej na nim kobiety. W oczy takie same, jakie miał jej mąż. Pełne ciepła, mądrości oraz nieodgadnionej magii. Włosy Jaśminki były białe, jak śnieg, ale jej twarz wydawała się młoda, subtelna, niezwykle piękna, kojarząca się z przedstawieniami wróżek i czarodziejek, pamiętanych z grubej książki z obrazkami, którą miała w swym domu Katarzynka.

- A co się z nią stało? – nie mogła się wprost powstrzymać od następnego pytania dziewczynka

- Kiedyś, pomagając komuś, kto zabłądził w Lesie podczas zbierania poziomek zbytnio się od niego oddaliła i została już na zawsze tuż na skraju tej polany, która jest zaraz za ostatnimi brzózkami… - westchnął staruszek i pogłaskał z czułością sarnę, która jak gdyby wyczuwając niewesoły nastrój swego pana położyła na jego kolanach pyszczek i stała teraz przy nim, patrząc z oddaniem w jego oczy

…Wszystko to jest bardzo tajemnicze i smutne – myślała dziewczynka, drapiąc za uchem czarnego, jednookiego kundelka, bezceremonialnie wciskającego jej się teraz na kolana. Ale czuła, że nie powinna teraz o nic więcej już pytać. Nie chciała jeszcze bardziej zasmucać tego dobrego człowieka. Przecież każdy ma jakieś schowane przed innymi w najgłębszych zakamarkach serca wspomnienia i sekrety, których nie powinno się czasami wydobywać na powierzchnię. Jej mama też niekiedy popłakiwała cichutko nocą a rano wstawała jak gdyby nigdy nic i z wesołą miną krzątała się po obejściu, zagadując swą córeczkę i śpiewając razem z nią ulubione piosenki. Kasia wiedziała, że nocami mamusi przypomina się jej tatuś.  Tatuś, którego dziewczynka nie pamiętała, bo zginął dawno temu w lesie przywalony drzewem, które ścinał i które poleciało nie w tę stronę, gdzie powinno spaść.

- No, czas już kłaść się spać, Kasiu! – dźwięczny, ciepły głos staruszka przerwał jej niewesołe rozmyślania.

- Musisz odpocząć po dzisiejszych przygodach, wyspać się i nabrać sił na jutrzejszy powrót do swego domu - dodał jeszcze z uśmiechem gospodarz i dorzuciwszy drew do ognia stanął przy okienku i zapatrzył się w granatową, nieprzeniknioną ciemność lasu.

   Dziewczynka ułożyła się wygodnie na łożu wyściełanym pachnącym mchem.  Wtuliła buzię w miękki koc i przymknęła oczy.

Gospodarz jeszcze chwilę krzątał się po izbie a potem zanucił cichutko dziwną, niesłyszaną przez nią nigdy przedtem kołysankę…



Chociaż ciemność dookoła
To Las szepcze, szumi, woła
Opowiada swe legendy
Czas odwieczny, Las zaklęty

O tych ludziach, co tu byli
Którzy drogi pogubili
I zostali już na zawsze
Aby słuchać, aby patrzeć…

O tym dębie wielkim, złotym
Co na siebie ściągał grzmoty
I ochraniał inne drzewa
Swe ramiona rozpościerał

O tej sarnie i koźlątku
Które w cichym swym zakątku
Śpią bezpieczne od obławy
Co jest ludziom dla zabawy

O Jaśminie, co radośnie
Kwiatem białym szepcze wiośnie
Że od dawna trwa na straży
Słodkich wspomnień, tęsknych marzeń

Chociaż ciemność dookoła
To Las szepcze, szumi, woła
Opowiada swe legendy
Czas odwieczny, Las zaklęty…


   Kasia zasypiała spokojnie a głos opiekuna lasu oddalał się, cichł, wtapiał w szum drzew i wiatru…


Cz. 3 - "Powrót"

   ...Następny dzień przywitał Katarzynkę różowym wschodem słońca i wesołym szczekaniem psów, dobiegającym gdzieś z głębi Boru.  W domu pachniało kawą zbożową i świerkowymi szyszkami…Najwyższa pora, by wstać – pomyślała dziewczynka. A potem błyskawicznie zerwała się z łóżka, porządnie je zaścieliła, ubrała swój kożuszek, który suszył się od wczoraj za piecem i otworzyła na oścież drzwi chaty.

  Od razu zobaczyła starca, bawiącego się na śniegu ze swoimi psami i usiłujacego schować sie przed nimi za wypełnionym sianem, drewnianym paśnikiem, stojącym nieopodal. Lecz te rozbrykane huncwoty wciąż go dopadały, by biegać wokół niego radośnie i udawać, że chcą go złapać za poły długiej kapoty, w którą był odziany. A on odganiał się od nich, trzymaną w dłoni gałązką sosny i kręcił się dookoła, by wreszcie dopaść któregoś z rozbrykanych psiaków. Na widok Katarzynki psy porzuciły zwariowaną gonitwę i podbiegły do niej, by się przywitać. Pieszcząc je popatrywała z uśmiechem na staruszka, który rumiany i wesoły, przypominał jej teraz świętego Mikołaja. W jego twarzy nie było teraz śladu po wczorajszym, wieczornym wzruszeniu. Może tylko bruzda między jego krzaczastymi brwiami pogłębiła się nieco a oczy wydawały się jeszcze większe i bardziej przeźroczyste, lśniące ogromem uczuć i sekretami, jakie kryją się w zaczarowanych, leśnych strumieniach…

- Oho! Panienka już nie śpi i chyba się dobrze czuje! – zawołał staruszek, patrząc na nią z zadowoleniem

- Wobec tego szybko teraz zjemy śniadanie a potem odprowadzę Cię dziecko, na skraj Lasu, skąd będziesz miała już blisko do domu – mówił i zatupał głośno, otrzepując śnieg z butów. Potem otworzył drzwi swojej chaty i stojąc na jej progu, zapraszającym gestem dawał Kasi do zrozumienia, by weszła.

- Zaraz przyjdę – zawołała dziewczynka, tuląc wciąż do siebie jednookiego kundelka, który nie chciał jej  odstąpić ani na krok

- A czy mogę teraz szybciutko obejść dookoła pana chatę i obejrzeć ją sobie?  - zapytała, wpatrując się z zachwytem w starą, niepodobną do widzianych kiedykolwiek w życiu, modrzewiową siedzibę starca. Do tej pory nie miała przecież okazji przyjrzeć się temu miejscu. Wczoraj leśniczy przyniósł ją tu nieprzytomną, więc była teraz ciekawa jak tu wszystko wygląda.

- Dobrze, dziecko! Tylko nie zgub się maleńka. Najlepiej weź ze sobą psy! – odrzekł z nieodgadnionym uśmiechem staruszek, po czym zniknął wewnątrz swego domu.

  Dziewczynka zdziwiła się jego słowami. Jakże mogła zgubić się, chodząc przecież tylko wokół domostwa?! Przecież nie jest głuptasem ani małym dzidziusiem!

  Ruszyła więc dziarsko na obchód modrzewiowego siedliska, zagłębiając swe stopy w puszystym, lśniącym milionami diamentów śniegu. Chata wyglądała trochę jak drewniany dworek z bajki. Była wysoka, jednopiętrowa, z facjatką i stryszkiem. Dom miał też rozbudowaną, zdobną w drewniane rzeźbienia werandę a małe okienka otoczone były grubymi, szerokimi ramami. Nad każdym oknem był mały daszek a pod nimi umocowane były domki dla ptaków. Domki te były prześliczne, wyglądały jak miniaturki ludzkich siedzib. Rozświergotane sikorki wysuwały raz po raz łebki z malutkich okienek i trzymając w dziobkach kawałki słoniny albo ziarna słonecznika ucztowały w najlepsze. 
   Mróz namalował tego ranka na szybkach fantastyczne wzory paproci, jeleni z bujnymi porożami, wilków, biegnących wśród śnieżnej zamieci i lodowych kwiatów, przypominających róże. Kasia szła powoli, przyglądając się wszystkiemu z ciekawością i zachwytem. W pewnym momencie zapragnęła dotknąć ściany chaty i ze zdumieniem zauważyła, że jest ona ciepła a tam, gdzie jej dotknęła pojawił się delikatny rysunek, przedstawiający dziewczynkę odzianą w gruby kożuszek….

- Dziwy, dziwy prawdziwe – myślała Katarzynka i szła wciąż dalej i dalej a chociaż tak szła i szła, to zdawało jej się, że nigdy nie obejdzie tego domu dookoła. Śnieg skrzypiał pod jej stopami a tuż za nią biegł wiernie najsympatyczniejszy z psów starca – jednooki, czarny kundelek. Dzięki niemu czuła się spokojnie i bezpiecznie, chociaż wciąż nie przestawała się zastanawiać nad tym, dlaczego chodzi już tak długo, a końca wędrówki nie widać….?

Las wokół szumiał spokojnie i sennie, chociaż na niebie słonko już na dobre się przebudziło a poranne mgły ustąpiły miejsca kryształkom lodu, zakrzepłym cudnie na gałęziach. Szadź pokryła wokół wszystko i nadała krajobrazowi wygląd zaczarowanego, lśniącego od maleńkich, brylantowych niezapominajek ogrodu jakiejś bogatej, najbogatszej chyba na świecie królowej.

   Dziewczynka przystanęła na chwilkę przy jednym z okienek i z ulgą dostrzegła wewnątrz chaty krzątającego się przy piecu leśniczego. Zastukała w szybkę a gospodarz domu spojrzał na nią, uśmiechnął się serdecznie i zawołał do środka, gwiżdżąc przy okazji też na swoje psy. I nagle okazało się, że tuż za następnym rogiem jest wejście do chaty. Drzwi stoją otworem a ze środka pachnie kawą zbożową i kaszą jaglaną ze skwarkami. Katarzynce zaburczało w brzuchu, więc nie zastanawiając się już nad niczym po prostu weszła do gościnnej siedziby starca.

   Jedli ze wspólnej, glinianej misy, energicznie zanurzając w kaszy drewniane łyżki ozdobione na trzonkach płaskorzeźbami, przedstawiającymi liście klonu i dębu.

Kasza była pyszna i bardzo sycąca, więc już po krótkiej chwili oboje najedzeni i zadowoleni popijali słodką kawę i pieścili, przytulone do ich kolan psy.

Dziewczynka dobrze się tu czuła i żal jej się było rozstawać z serdecznym gospodarzem, ale przecież w domu na pewno czekała niespokojna o nią mama i wierny Ares. Staruszek wyczuł chyba dobrze jej nastrój, bo naraz z czułością pogłaskał ją po główce, potarmosił delikatnie za warkoczyk i wstając od stołu rzekł:

- No cóż! Komu w drogę, temu czas!

   Szli przez Las, który wyglądał teraz tak, jakby nigdy nie dotknięto go ludzką stopą. Nie widać było nawet nigdzie zwierzęcych tropów. Świeży śnieg, który gęsto teraz padał i wielkimi płatkami osiadał na rzęsach, okrywał wszystko wokół świeżą, nieskazitelnie białą kołderką. Ale zza drzew zerkały ku nim ciekawskie pyszczki saren, zajęcy i wiewiórek. Na gałęziach buków porozsiadały się świergotliwe jemiołuszki, sroki, gawrony i gile. A czasami dobiegał do nich cichutki, dźwięczny chichot leśnych skrzatów, pochowanych w dziuplach i głębokich wykrotach.
   Leśniczy szedł przed siebie pewnym, miarowym krokiem. Znał każdą ścieżkę w tym Borze. Wiedział, gdzie można bezpiecznie postawić stopę a gdzie skrywa się jakaś nie zamarznięta dotąd kałuża czy też zdradliwa rozpadlina. Dziewczynka dreptała za nim dziwiąc się, że idą już tak długo a wciąż końca Lasu nie widać. Nigdy nie przypuszczała, że jest on tak ogromny. Nie słyszała wprawdzie od nikogo ze swojej wioski, by zdołał kiedyś przejść na jego drugą stronę. Jakoś tak się w tutejszych zwyczajach utarło, że wszyscy chodzili lub jeździli wozami do pobliskiego miasteczka na targ albo do sąsiedniej wioski w odwiedziny do krewnych. Nikt nie uważał, by za Lasem było coś ciekawego do oglądania. Może rzeczywiście nie było a może wiązała się z tym jakaś tajemnica…?

- A co jest za tym Lasem? – Kasia przyspieszyła kroku, by zrównać się ze swym towarzyszem i by zadać mu to pytanie.

- Za Lasem? – zdziwił się leśniczy

- Za Lasem jest taka sama wioska, jak Twoja. A potem jeszcze jedna i następna. A mówią, że jeszcze dalej jest duże miasto. Stamtąd czasami różni tacy przyjeżdżają niekiedy na polowania do naszej Puszczy… -  ze smutnym westchnieniem odrzekł staruszek.

I ledwo to powiedział, gdzieś z dala dobiegł ich dźwięk wystrzału.



Leśniczy raptownie zatrzymał się i zaczął nasłuchiwać. Las, przed chwilą pełen wesołego szumu wiatru, beztroskich świergotów ptasich i poszczekiwań, towarzyszących im psów pogrążył się w kompletnej ciszy…Strwożone nagle życie zamarło. Jakiś intruz wdarł się do Kniei i zakłócił spokojne trwanie wszystkich jej mieszkańców. Starzec pochylił się nad Katarzynką i szepnął jej do ucha:

- Przytul się mocno do mnie dziecko i najlepiej zamknij teraz oczy. Zaraz zrobi się tu bardzo zimno, ale nie bój się. To potrwa tylko chwilę…

Po czym otulił Kasię swoją szeroką, ciepłą kapotą, westchnął głęboko i naraz zaczął śpiewać. A śpiew ten zaczął się od leciutkiego nucenia, ale potem wzmagał się on jak wicher, jak najdziksza, zimowa dujawica, jak wspaniały wodospad, który spada ogromną kaskadą a wzmocniony echem nabiera dodatkowej, potężnej mocy…



Słuchaj Lesie, słuchaj Lesie
Niech się szept mój w dal poniesie
Niechaj zabrzmi w każdej sośnie
I w modrzewiach głośniej, głośniej
I w paryjach i w dolinach
Głosem mocnym śpiew zaczynam
Że są tutaj prawa święte
W każdej brzózce tu zaklęte
I w polanie leśnej każdej
Drzemią prawdy Lasu ważne
Że nie niszczy się tu życia
Dla zabawy i wyżycia
Bo nie wolno sarny, łani
Tropić, straszyć ani zranić
W nich maleństwa są rosnące
Które wiosną ujrzą słońce
Będą biegać po zieleni
Tańcząc w cieple matki – ziemi
Będą śpiewać chwałę Lasu
I spokojnej rzeki czasu

Słuchaj Lesie, słuchaj Lesie
Niech się wiatr poszumny wzniesie
Niechaj zabrzmi w każdej Kniei
Niech zadzwonią dzwony ziemi
Te dudnienia przepotężne
Niech obudzą echo wieczne
Co przegonią stąd obcego
Który nie zna Lasu tego
Który depcze jego prawa
Niechaj wie – to nie zabawa!
Las to siła, dom dla wszystkich
Będę bronić istnień bliskich
Będę krzyczeć hukiem gromu
Aby bronić tego domu
I poplączę wszystkie ścieżki
Zatrę ślady, tropy, kreski
Aby zło tu nie trafiło
Aby z dala od nas było
Szalej śniegu, wichrze, mrozie
Brońmy Lasu, brońmy co dzień
Zimo – otul nas mgłą czasu
Zakryj, schowaj bramy Lasu…



   Dziewczynka trwała wtulona w swego opiekuna, ale nie zamknęła oczu, jak radził lecz cały czas popatrywała bokiem na cuda, które działy się w Lesie. Las odpowiadał na śpiew starca szalonym wichrem, okrutnym mrozem, straszliwą zawieją śnieżną, potężnym echem z głębi ziemi a wreszcie mleczną mgłą, która tak dokładnie spowiła wszystko, że nawet najbliższe drzewa stały się zamazane, niewyraźne, dalekie…Kasia spojrzała w twarz starca, ale przerażona tym, co ujrzała zadrżała i szybko odwróciła głowę. A zdawało jej się, że jego oblicze stało się jakby wykute z lodu. A oczy tego człowieka lśniły niezwykłym, błękitnym blaskiem i promieniowała z nich taka moc, jakiej nigdy w życiu nie czuła. Także głos leśniczego przenikał ją aż do głębi i mimo bezpiecznego wtulenia w jego bok ciepły czuła, że straszliwie marznie…

- Wybacz mi dziecinko! Wiem, że mogłaś się wystraszyć tego, co tu się przed chwilą działo, ale był w tym Lesie ktoś, kto nie szanuje jego odwiecznych praw. Próbował zapolować na łanię, która wczesną wiosną ma zostać matką. Tak robić nie wolno. I wszyscy okoliczni mieszkańcy o tym dobrze wiedzą. Pewnie więc ten intruz przybył tu z daleka – tłumaczył cichym, spokojnym głosem leśniczy, gładząc przy tym z czułością główkę Kasi.

- I na pewno więcej tu nie przyjdzie. Niech wie, że mój Bór potrafi się bronić… - mówił dalej opiekun Lasu. A potem rozejrzał się dokoła, westchnął głęboko aż wreszcie gwizdnął na swoje psy, które zawieruszyły się gdzieś w tej mgle.

I oto mgła rozproszyła się w oka mgnieniu. Nad nimi rozpostarł się jasny błękit nieba a zza chmur znowu wyjrzało słońce. I zaraz przybiegły trzy ośnieżone psy, które przywitały się, skacząc jak na trampolinie i usiłując polizać twarze dziewczynki i staruszka.

- Czas ruszać w dalszą drogę! – rzekł starzec a potem podał Kasi ciepłą, mocną dłoń i poszli razem przed siebie…

… - Babciu! A dlaczego ta dziewczynka nie spytała leśniczego, skąd wiedział, że ktoś poluje właśnie na łanię?  - odezwała się w tej chwili mała Ania, która do tej pory z zapartym tchem słuchała opowieści babci, ale teraz takie emocje kipiały w jej serduszku, że nie mogła się powstrzymać od tego pytania.

- Bo ta Kasia była chyba troszkę nieśmiałą dziewczynką, a poza tym naprawdę przestraszyła się tego, co tam widziała – odrzekła babunia całując serdecznie swą wnuczkę i z troską spoglądając w jej błyszczące ogromną ciekawością oczy.

- Ale Ty się nie bój Aneczko, bo nie ma czego! To przecież tylko baśń. Stara, bardzo stara historia tego Lasu, którą szepczą zaczarowane drzewa i krzewy po to, by takie babcie jak ja, mogły je opowiadać swoim wnuczkom. Kiedyś opowiedziała mi ją moja mama, która miała na imię tak samo, jak Ty – moja Ty odważna Anno… - dodała jeszcze babcia Katarzyna i cichutko westchnęła, spoglądając w błyszczący gwiazdami mrok za oknem.

- Ja się niczego nie boję! – zawołała dziewczynka – Ja tylko chciałabym wiedzieć, kim naprawdę był ten staruszek. Bo to przecież nie mógł być po prostu zwykły leśniczy?!

- Oczywiście, że to nie był żaden zwykły leśniczy. To był potężny Opiekun Lasu – dobry czarodziej, który mieszkał tu od bardzo, bardzo dawna i był pewnie tak samo wiekowy, jak Bór, którego strzegł – wytłumaczyła babunia, po czym znów potoczyła się wartko jej opowieść…


Cz. 4 - "Na skraju Lasu"




W lesie zrobiło się teraz nieomalże ciepło. Promienie słońca tańczyły między drzewami i na polankach, malując na śniegu kolorowe smugi radosnej żółci, seledynu i złota. Przechodzili przez kolejne przesieki, mijając po drodze, modrzewiowe, świerkowe i sosnowe zbiorowiska drzew. Wszędzie witały ich radosne świergoty ptasie, miauczenia rysi, pochrząkiwania dzików i pohukiwania sów. Las tętnił znowu pełnią życia.

- A co się stało z tym człowiekiem, który strzelał? – ośmieliła się w końcu zapytać Kasia, której zrobiło się teraz ciepło i jakoś lekko na duszy – A co z tą łanią? Czy stała jej się krzywda?

- Ten człowiek wziął nogi za pas i uciekł przerażony tym, co tu zobaczył! Już długo nie ośmieli się wejść tutaj z fuzją! – poważnym głosem lecz z wyraźnie psotną miną oświadczył opiekun lasu – A łania, na szczęście, zdążyła umknąć w bezpieczne knieje i jeśli wszystko będzie dobrze, to na wiosnę powije parę ślicznych bliźniąt!

– Póki ja tu jestem, dopilnuję by nikomu, kto jest pod moją opieką, nie stała się żadna krzywda! A ja się jeszcze w zaświaty nie wybieram!

   Tymczasem lasek widoczny przed nimi zaczął się przerzedzać. Minęli właśnie małe, zamarznięte jeziorko, z ziejącą tuż przy brzegu wielką dziurą w lodzie, który skuwał jego powierzchnię. To właśnie tu wczoraj Kasia wpadła i gdyby nie pomoc leśniczego marnie by z nią było! Popatrzyła z pełnym wdzięczności uśmiechem na swego wybawcę a on odwzajemnił jej uśmiech i lekko ścisnął jej dłoń.

Wokół nich nie było już teraz olbrzymich świerków i buków, jakie rosły w głębi lasu. W tym miejscu wyrastało tu tylko mnóstwo młodych brzózek, iw i osik.  Do nozdrzy dziewczynki i czarodzieja zaczął docierać zapach dymu z pobliskich widocznie, ludzkich siedzib.

- Och, ja poznaję! Poznaję już te okolice! – zawołała dziewczynka, rozglądając się pilnie i podskakując radośnie jak piłeczka.

- Za tamtymi krzewami leszczyny jest wyjście na łąkę. A za łąką widać już mój zielony domek! – śmiała się i nieomal biegła, ciągnąc prawie staruszka za sobą.

- A więc doszliśmy, gdzie mieliśmy dojść! Teraz bez problemów trafisz do siebie. I tutaj się Kasieńko moja miła pożegnamy! – rzekł starzec i zatrzymał się tuż przy leszczynach

- Jak to? – zdziwiła się Kasia – Myślałam, że razem pójdziemy do mamusi, że ugościmy pana jakoś i podziękujemy za ratunek! Mama na pewno bardzo chciałaby pana poznać! – mówiła dziewczynka, próbując namówić swego towarzysza na wyjście z puszczy.

- Nie Kasieńko! Nie mogę z Tobą pójść – odrzekł zdecydowanie leśniczy – Pamiętasz, jak wspomniałem Ci wczoraj, że jestem częścią tego Lasu? To oznaczało, że tylko tu mogę żyć. A jeśli zdecyduję się stąd kiedyś wyjść, to już na zawsze pozostanę na obrzeżach tego boru, tęskniąc za jego mrokiem, jego głębią i sercem, które tętni tam, gdzie jest moja modrzewiowa chata…

- Pożegnajmy się więc teraz, moje drogie dziecko. I nie smuć się kochanie! Ja tu jestem zawsze. Czuwam i troszczę się o wszystko. Obserwuję też czasem Ciebie, jak biegasz ze swoim pieskiem Aresem, jak zbierasz zimą chrust na opał albo jak latem rwiesz kwiaty na łące. Słucham, jak śpiewasz razem ze swoją mamusią i cieszę się, mogąc być tak blisko dobrych, bliskich memu sercu osób – mówił pogodnie leśniczy, kucnąwszy teraz przed Kasią i spoglądając serdecznie w jej oczy

- A czy się jeszcze kiedyś zobaczymy? – zapytała dziewczynka ze smutkiem i nie mogąc się już dłużej powstrzymać, z całej siły przytuliła się do staruszka, już teraz za nim tęskniąc. A tak mocno na niego swym małym ciałkiem naparła, że aż się oboje przewrócili i śmiejąc się serdecznie przeturlali po śniegu.

   Zatrzymali się u stóp krzewu jaśminu, który choć zupełnie bezlistny teraz, to jednak ubrany w delikatne bławatki płatków śniegu i migotliwe kryształki lodu wyglądał niezwykle pięknie. Wstali, otrzepali się wzajemnie ze śnieżnego puchu, oblepiającego ich ubrania a potem staruszek westchnął głęboko i pogłaskał z niezwykłą delikatnością cudowny, jaśminowy krzak. Gałązki pod wpływem jego dotyku zadrżały, zamigotały i zadzwoniły milionami tęsknych dzwoneczków…Starzec zrobił jeszcze jeden krok w przód, by dotknąć rosnącej wyżej gałęzi, gdy wtem zbladł, zachwiał się i gdyby nie podtrzymująca go teraz ręka dziewczynki, upadłby znowu na śnieg.

- Widzisz, co się ze mną dzieje? Nie mogę pójść dalej, choćbym chciał – szepnął czarodziej – Proszę, podprowadź mnie do tamtej brzozy. Oprę się o nią, sił szybko nabiorę i będę mógł wrócić w moje knieje… - mówił słabym, drżącym głosem i podparty na ramieniu Katarzynki powolutku doszedł do dającego mu oparcie drzewa.

   Tam szybko wróciły mu rumieńce na policzkach i blask w zmatowiałych przed chwilą oczach. A z drżącego, skurczonego jakby dopiero co staruszka zamienił się na powrót w pełnego czerstwej mocy i wigoru wspaniałego, wysokiego starca.

- No widzisz? Teraz ja jestem Tobie wdzięczny za pomoc, drogie dziecko! Będę o tym zawsze pamiętał i gdybyś jeszcze kiedyś była w potrzebie, będziesz mogła na mnie liczyć! Uściśnij mnie jeszcze raz tak mocno, jak przedtem i leć Kasieńko do domu, bo chyba Twoja mama właśnie rosołu na obiad nagotowała! – powiedział czarodziej i pogładził z wielką czułością główkę dziewczynki, która teraz objęła go w pasie rączkami i z ogromną sympatią spoglądała w jego oczy.

   Potem pomachali sobie jeszcze na pożegnanie i rozeszli się każde w swoją stronę. A gdy dziewczynka weszła na pokrytą śniegową pierzynką łąkę i spojrzała za siebie, chcąc jeszcze raz zobaczyć sylwetkę czarodzieja, nie dostrzegła już nawet śladu po nim. Tylko krzew jaśminu drżał jeszcze leciuteńko a lodowe dzwoneczki, ukryte w jego gałązkach, grały rzewną, tęskną melodyjkę…


...Och, babuniu moja kochana! To taka smutna historia! I biedny ten starzec, uwięziony w swym Lesie - szepnęła Ania, obserwując, jak babcia zaczyna dziergać rękaw mięciutkiego, ciepłego swetra

- Nie sądzę, by tak naprawdę czuł się tam uwięziony. Myślę, że kochał swój Las i pragnął w nim być. Tylko czasami jego serce płakało i tęskniło za kimś bliskim obok... - odrzekła babcia i nabrała na druty następe oczko wełny

- A czy oni się jeszcze spotkają? Czy Katarzynka odwiedzi jeszcze jego cudowną, modrzewiową chatę?

- Słuchaj cierpliwie dalszego ciągu mej opowieści a dowiesz się o wszystkim, kochana wnuczko. I podaj mi proszę tamten motek białej wełny. Wplotę teraz w ścieg  bielutki wzorek śniegowych gwiazdek...



Cz. 5 - "We dwie"

 …W domu rzeczywiście czekał na Kasię świeżo ugotowany rosół, który mamusia, szczęśliwa z powrotu córeczki, zaraz na stół podała. A wierny Ares, nie mogąc się swoją panią nacieszyć, wciąż tańczył wokół dziewczynki w podskokach, lizał jej dłonie i policzki, kładł łeb na kolanach i patrzył tak wymownie, jakby mówił:  no i gdzie Ty tyle czasu beze mnie chodziłaś?

   Potem Kasia opowiedziała dokładnie mamie całą swoją leśną przygodę a mama, nie dziwiąc się niczemu, pilnie tej opowieści słuchała i spoglądała z czułością i dumą na swą małą, dzielną córeczkę.

- Mamusiu kochana! Czy Mamusia słyszała kiedyś o tym Opiekunie Lasu? Czy go kiedyś widziała? – pytała Kasia, kładąc główkę na ciepłym podołku mamy i głaszcząc wciąż spragnionego jej pieszczot, wtulonego w jej stopy Aresa.

- Słyszałam legendy o nim, bo ludzie zawsze dużo bają. Ale zawsze wierzyłam w jego istnienie! To nie była dla mnie jakaś tam bajka. Ja po prostu czułam, iż jest w niej jakieś ziarnko prawdy. Poza tym kiedyś, razu pewnego, rwąc na skraju łąki dziurawiec wydawało mi się, że czuję czyjś wzrok na sobie. Ale nie bałam się. Czułam się bezpiecznie. Spojrzałam w głąb Lasu i zdążyłam dostrzec tam zamgloną sylwetkę starca o błyszczących jak toń jeziora oczach…Dlatego wczoraj, gdy Ares przyniósł przyczepioną do obroży karteczkę z wiadomością nie zdziwiłam się bardzo a tylko martwiłam się o Ciebie, czy się nie przeziębisz po tej lodowatej kąpieli, moja Ty córuś kochana – odrzekła mama dziewczynki, po czym wzięła szczotkę i pieszczotliwym, delikatnym ruchem zaczęła przeczesywać lśniące jak łany zboża włosy córeczki.

- A czy Mamusia coś wie o tej żonie Opiekuna Lasu – Jaśmince? Ja nie chciałam więcej go o to wypytywać, żeby nie zasmucać bardziej tego dobrego staruszka – szeptała Kasia, przymykając oczy i poddając się z lubością dotykowi miękkiej, włosianej szczotki.

- I o tym słyszałam opowieść. Podobno z dawien dawna żyją w naszym Lesie zaczarowane istoty takie jak elfy, skrzaty, rusałki. Byli tacy, co je tu widzieli. A Lasu zawsze strzegł tajemniczy Opiekun, zwany przez ludzi Modrzewiowym Czarodziejem. Czemu Modrzewiowym? Nie wiem, może ktoś kiedyś widział ten jego modrzewiowy, zaczarowany dom, w którym byłaś? I krążą też opowieści, że gdyby któryś z zaczarowanych mieszkańców Lasu chciał opuścić jego teren, to natychmiast zamienia się w jakieś drzewko lub krzew, rosnący na jego obrzeżach. I chyba to właśnie stało się z żoną Twojego nowego Przyjaciela. Mogę sobie wyobrazić, jak ciężko mu tam samemu i smutno bez niej… - oczy kobiety zalśniły, zaszkliły się podejrzanie, więc prędko otarła je rękawem swetra, nie chcąc by Katarzynka zauważyła jej wzruszenie.

I chociaż bardzo chciała coś jeszcze powiedzieć, to zamilkła, nie potrafiąc wydobyć z siebie głosu i wspominała własny ból oraz nie dającą się niczym uleczyć pustkę w sercu, jakiej wciąż doznawała po stracie męża. Męża, który zginął na wyrębie w lesie, gdy Kasia była jeszcze maleńka…

- Dlaczego wówczas Opiekun Lasu nie uratował go? Dlaczego nie zapobiegł tej tragedii? – pomyślała z nagłą goryczą i żalem – A może jej mąż – drwal wyciął jakieś zbyt cenne dla Lasu drzewo i został w ten właśnie sposób ukarany?

- Ale na cóż teraz te nie wiodące do nikąd rozmyślania, na cóż te smutki? Co się stało, to się nie odstanie! Na szczęście mam Kasię i nie jestem samotna tak, jak ten biedny starzec, żyjący sam jak palec w głębi Lasu…

   Tymczasem Katarzynka zasnęła smacznie wtulona w ciepłe kolana swej mamy. Kobieta odłożyła na bok szczotkę a potem wzięła na ręce śpiącą córeczkę i zaniosła ją ostrożnie do pachnącego świeżutką pościelą łóżka…

                                                                    *  *  *

   Mijały dni…Grudzień roztaczał dookoła swoje wspaniałe, śnieżno-lodowe blaski a z komina ich chatki codziennie, od rana do wieczora, wesoło się dymiło. Obie, mama z córeczką zajęte były przygotowaniami do Świąt Bożego Narodzenia. We dwie piekły pierniczki i ciasteczka z makiem a potem zamykały je w szczelnych, glinianych słojach, aby jak najdłużej zachowały świeżość i kruchość. Gotowały kapustę z grochem i lepiły pierożki z grzybami. Kleiły papierowe łańcuchy na choinkę, piękne gwiazdki i figurki aniołków, zwierzątek leśnych oraz krasnalków. Sprzątały domek, szorowały okienka, wnętrza szafek i podłogi. Wymiatały pajęczyny zza wiszących na ścianach obrazków. 


   Ale większość czasu poświęcały na pieczenie ciast, które zamawiali u nich mieszkańcy wioski i pobliskiego miasteczka. Mama Kasi była mistrzynią w robieniu cudownie przystrojonych lukrem makowców, pierników i serników. Jej talent był znany i doceniany w okolicach, dzięki czemu mogła trochę dorobić i przynajmniej na święta pozwolić sobie na nieco dostatniejsze, niż na co dzień, życie. Bo ciężko im było czasami, szczególnie wczesną wiosną, gdy zimowe zapasy już się kończyły a do nowych zbiorów było daleko. Miały małe poletko, na którym uprawiały swoje ziemniaki, trochę pszenicy, buraków i kapusty. A w przyległej do chaty obórce mieszkały zaprzyjaźnione ze sobą krówka Mietka i kózka Miłka. Na przednówku matka z córką jadły więc zazwyczaj tylko zupę mleczną z ziemniakami albo nieokraszoną kapustę z kluskami. Ale były zdrowe, szczęśliwe, niezależne od nikogo i bezpieczne w swoim małym domku za łąką. 
   Łąka  była dla nich skarbnicą ziół i kwiatów. Las dostarczał im mnóstwa drzewa na opał, grzybów, jagód, pięknie powykręcanych korzeni i gałązek a także żołędzi i szyszek, z których potrafiły robić śliczne ozdoby świąteczne i zabawki. Te zrobione z darów Lasu przedmioty także bardzo podobały się miastowym ludziom, a więc często w dni targowe wędrowały na jarmark do pobliskiego miasteczka i sprzedawały tam zrobione przez siebie z szyszek choinki, żołędziowe ludziki i kolorowe, pachnące ziołami suche bukiety.



   W dzień wigilijny w ich domu, maleńka, przyniesiona z Lasu choinka stała na stołku wspaniale przez nie ustrojona. Wszystkie potrawy były gotowe. A sprawy, które miały być wcześniej załatwione – pokończone i zamknięte. Od wielu lat spędzały ten dzień tylko we dwie. Nie miały bliskiej rodziny a członkowie dalszej byli tak dalecy, że nie znali się właściwie i nie tęsknili za sobą wzajemnie.

    Dobrze im tu było razem w ciepłej chatce. Bezpiecznie, zacisznie, serdecznie. Pachniało piernikami, świerkowym igliwiem, zupą grzybową i smażonymi pierożkami z kapustą. Ares spał sobie przy piecu a krówka i kózka, napojone i nakarmione czekały tylko w obórce na północ, kiedy to jak zwykle miały przemówić ludzkim głosem.

I wydawało się, że wszystko jest jak należy, a jednak coś było nie tak…Czegoś brakowało…

   Kasia popatrywała co chwila na mamę i bardzo chciała ją o coś poprosić, ale bała się, że mama odmówi. Jednak i mama chyba czuła podobnie, bo spoglądała często za okno i nie wiadomo czego tam wypatrywała. W południowym słońcu na dworze widoczna była ich łąka a za nią ciemna linia Lasu. Las był dzisiaj spokojny, cichy, jak gdyby uśpiony. Żadna gałązka nawet lekko nie drżała, żaden ptak nie śpiewał. Puszcza trwała w swym dziwnym śnie, a może w czekaniu…Tylko na co?

- Kasieńko, mam pomysł! Jest jeszcze wcześnie. Gdybyś chciała mogłybyśmy pójść do Lasu i spróbować znaleźć chatę Modrzewiowego Czarodzieja. Jeśli jej nie znajdziemy, to i tak przed zmrokiem zdążymy wrócić – powiedziała w końcu mama i z uśmiechem dostrzegła ogromną ulgę i radość na twarzy córeczki

- Och, Mamuniu moja kochana! Skąd Mamusia wiedziała, że właśnie o tym marzyłam?! Tak bardzo żal mi Opiekuna Lasu. On jest tam zupełnie samotny a przecież nikt nie powinien być sam w wigilię Bożego Narodzenia! – zawołała, tańcząc z radości na środku izby dziewczynka

- Spakujmy do koszyka trochę wigilijnych smakołyków, weźmy kilka papierowych ozdób na choinkę, ubierzmy się ciepło i chodźmy szybciutko! – rzekła mama i nie marnując czasu postawiła na stole wiklinowy koszyk z przykrywką. Włożyły doń garnuszek pierożków, zawinięte w lnianą ściereczkę pierniczki, makowiec i sernik oraz delikatne gwiazdki i aniołki do powieszenia na choince.

   Już wkrótce ubrane cieplutko, trzymając się za ręce, maszerowały raźno w stronę Lasu. Słońce pięknie im przyświecało a i mróz za bardzo nie szczypał w policzki. Minęły leszczyny, zamarznięte jeziorko i brzózki a potem szły dziarsko w stronę gęstych kniei, które porastały stare, ogromne, splecione ze sobą w serdecznym uścisku drzewa. Ares biegł obok nich i bardzo się cieszył, tą niespodziewaną południową przechadzką…

... - Babuniu najmilejsza! Tak się cieszę, że już wkrótce będzie wigilia. Mamusia i tatuś wrócą wreszcie z daleka i przywiozą na pewno coś ciekawego na Gwiazdkę! - rozmarzyła się dziewczynka
   - Tak, Aneczko! I ja czekam na nich z wielką niecierpliwością. Nie wyobrażam sobie, by mogli te święta spędzać z dala od domu! A czy przeczytałaś juz tę książkę z bajkami, którą dostałaś od nich ostatnio?
   - Już ją znam prawie na pamięć! - zawołała dziewczynka - Ale wiesz, Babuniu...najbardziej lubię Twoje zaczarowane baśnie. Masz ich tyle w głowie, ze żadna książka nie mogłaby ich w sobie pomieścić!
   - Bo to są baśnie, które wciąż szepcze mi do ucha nasz stary, mądry Las... - odrzekła z uśmiechem babcia
   - A Baśń Zimowego Lasu właśnie teraz puka nam w okienko i pragnie byś posłuchała jej delikatnej melodii... 


Cz. 6 - "Wigilia"

    ...Kasi wydawało się, że pamięta jak należy iść, by trafić do siedziby czarodzieja, ale chociaż przedzierały się wytrwale przez zaspy i przesieki, to w żaden sposób do celu swej wędrówki się nie zbliżały. Krążyły tak już pewnie ze dwie godziny aż wreszcie mama popatrzyła z niepokojem na zniżające się coraz bardziej ku linii zachodu słońce.
- Kasieńko! Nie damy rady dzisiaj znaleźć tej chaty. Trudno! Musimy wracać do domu, bo nas tu jeszcze noc zastanie – zdecydowała wreszcie i szybko ruszyły w drogę powrotną.
Do wyjścia z lasu dotarły tuż przed zachodem. Było jeszcze na tyle jasno, że dostrzegły jak na samotnym, jaśminowym krzewie świecą się delikatnie zakrzepłe w lód kropelki…
- Mamusiu! Niech Mamusia poczeka chwilkę. Ja jeszcze tylko złożę życzenia świąteczne temu jaśminowi. Nie wiem dlaczego, ale po prostu czuję, że powinnam to zrobić! – rzekła zasapana nieco Katarzynka i podeszła do pięknego, okrytego bielą krzewu. Pogłaskała jego gałązki tak samo, jak niegdyś zrobił to starzec. Pocałowała zakrzepłą na końcu jedynego, nie opadłego listka lodową łezkę i szepnęła:
- Kochany jaśminie, zaczarowany krzewie! Życzę Ci byś był szczęśliwy i zawsze tak piękny, jak teraz. I byś już nie był tak samotny! Może wiosną wyrośnie tu obok Ciebie jakiś drugi krzew? – dziewczynka wtuliła twarzyczkę w drżące gałązki krzewu  aż naraz usłyszała płynącą gdzieś od niego cichą, smutną piosenkę:

   Pory roku mi mijają na wspomnieniach i tęsknocie
Ptaki czasem przysiadają tutaj, które są w przelocie
Potem fruną gdzieś daleko, do swych ciepłych krain
Tylko ja zostaję tutaj z mymi marzeniami

Opadają białe płatki na zieloną ziemię
Lata biegną za latami a chmury po niebie
Gdzieś mój dom serdeczny został i moje kochanie
A ja tutaj wrastam, wrastam w me samotne trwanie…



Kasia wsłuchała się głęboko w tę tęskną pieśń i nagle wielkie łkanie wstrząsnęło jej ciałem. Stała taka bezradna i głęboko przejęta, a łzy kapały jej rzęsiście na nos, usta, brodę, szalik i wreszcie na drżący tuż obok krzak jaśminu…
   A wówczas stała się rzecz niezwykła!  Tam, gdzie jeszcze przed chwilą wyrastał samotny krzew teraz stała piękna, wysoka pani o białych, jak śnieg włosach i przeźroczystych jak górski potok, bławatkowych oczach.
- Kochane moje! – zwróciła się do dziewczynki i jej mamy, które na widok tego cudownego przeistoczenia chwyciły się za ręce i stały teraz na skraju łąki przelęknione i niepewne, jak się mają zachować.
- Nie bójcie się! Ja jestem Jaśminka – żona Modrzewiowego Czarodzieja! Wszak czułyście to zawsze, przechodząc tędy. Ja tak bardzo pragnęłam, by ktoś mnie wreszcie odczarował i bym mogła chociaż na ten jeden wieczór w roku wrócić do mojego domu w Lesie. I spełniło się! Dzięki Wam! Dzięki Kasi, która ma czułe i mądre serduszko!
   Jaśminka chwyciła w dłonie rąbki swej długiej, zielonej sukni i zakręciła się dookoła w pełnym euforii, szalonym tańcu. Jej długie, podobne trochę do lamety z choinki włosy wirowały wspaniale w ostatnich promieniach słońca…
- Chodźcie! Chodźcie ze mną do mojego domu! Och, jakże się mój ukochany mąż z Waszych odwiedzin ucieszy! – mówiła ta cudna pani, wyciągając do nich radośnie dłonie.
- Bardzo byśmy chciały pójść, ale nie możemy! Za chwilę zrobi się ciemno i potem nie znalazłybyśmy drogi do domu – odrzekła mama i zamierzała się serdecznie lecz stanowczo pożegnać z odczarowaną Jaśminką lecz tamta zaśmiała się beztrosko i zawołała
- Ależ ze mną ani z mym Ukochanym nigdy nie zgubicie drogi! Jeśli teraz chwycicie mnie za ręce, to już za chwilę będziemy w mej modrzewiowej chacie. Spędzimy tam razem jakiś czas a późnym wieczorem odprowadzę Was bezpiecznie do Waszego domku. Nie bójcie się, proszę! Jestem Wam tak bardzo wdzięczna za to, że pomogłyście mi odzyskać ludzką postać. Zaufajcie mi i po prostu podajcie mi dłonie! 
Jaśminka namawiała je i prosiła tak serdecznie, tak gorąco, że wreszcie ciekawe tego, co się teraz zdarzy chwyciły ją za ręce.
   Wtedy zerwał się wielki wiatr. Jakiś niezwykły wir powietrzny oderwał ich stopy od podłoża i jak leciutkie płatki jaśminu, poleciały razem z tym wichrem w dal. Był to lot podobny do sennego fruwania, kiedy to człowiek bez problemu odbija się od ziemi i niczym balon unosi się w powietrzu, będąc samą myślą, czystym, uskrzydlonym marzeniem. I nie było w tym żadnego lęku ani chłodu a tylko przyjemność przemierzania podniebnych przestrzeni i obserwowania tego, co widać było na dole.
A już wkrótce na dole, w samym sercu Lasu pojawiła się modrzewiowa chatka. Zniżyły lot i delikatnie jak płatki śniegu opadły prawie na sam jej próg. A Jaśminka natychmiast, nie tracąc czasu nacisnęła klamkę. Weszły do środka.

* *  *

   Staruszek drzemał w swym fotelu. Twarz miał bladą, zmęczoną i pooraną głębokimi zmarszczkami. Siedział tak skurczony jakby i zziębnięty a tuż za nim stała oświetlona maleńkimi świeczkami wielka, pachnąca choinka. W izbie panowała przygnębiająca cisza, chłód i dziwny smutek…Przejęta do głębi tym widokiem żona zbliżyła się do Modrzewiowego Czarodzieja  i ucałowała delikatnie jego czoło, powieki i policzki.
Starzec drgnął. Na jego twarzy odmalowało się niedowierzanie i zdumienie pomieszane z nieśmiałym wzruszeniem. Nie otwierał jeszcze oczu, nie chcąc płoszyć tego wspaniałego snu…
Ale to nie był sen! Jaśminka pocałowała go czule w same usta a wówczas na jego twarzy zaczęły zachodzić zdumiewające zmiany. Wszystkie bruzdy i zmarszczki zniknęły. Lica Opiekuna Lasu nabrały zdrowych rumieńców a on sam odmłodniał jakby o wiele, wiele lat.
I wreszcie otworzył oczy, wstał z fotela i pochwycił w ramiona swoją ukochaną Jaśminkę śmiejąc się i płacząc teraz na przemian. A jak się już tak wyściskali, utulili i odsapnęli, to podeszli oboje do stojących w kącie izby Kasi i jej mamy. Ucałowali je serdecznie, przytulili gorąco i zaprosili, by spędziły z nimi ten cudowny, wigilijny wieczór.
   Czarodziej zaprosił je zaraz do stołu, na który Katarzynka wyjęła z koszyka przyniesione z domu smakołyki a papierowe ozdoby zawiesiła na choince czarodzieja. Jaśminka zakręciła się koło pieca, pobiegła do spiżarki i już za chwilę stół aż uginał się od przeróżnych potraw. Widocznie czarami można przygotować wszystko w okamgnieniu a sprawne dłonie czarodziejki potrafią prawie z niczego zrobić coś! Modrzewiowy Czarodziej raz po raz śmiał się radośnie i z miłością patrzył, jak jego żona krząta się jak niegdyś i wciąż coś nowego im donosi. W wielkiej misie parował gorący bigos z grzybami. W dzbanku pojawił się kompot z suszonych jagód i poziomek. Na drewnianych talerzach pyszniły się pieczone jabłka i gruszki. A na samym środku stołu królowały pierożki, pierniczki i ciasta przyniesione z zielonej chatki na skraju łąki.
   Kasia raz po raz musiała opowiadać Opiekunowi Lasu o tym, jak swymi łzami odczarowała Jaśminkę i o tym jak leciały tu wszystkie razem, by zdążyć na wspólną wigilię. Jaśminowa Pani pieściła Aresa i pytała o swoje psy, za którymi się bardzo stęskniła. Kiedy odchodziła stąd były zaledwie szczeniakami a teraz to dorosłe, stare psiska. Czy ją w ogóle poznają?
Po chwili do drzwi chaty dało się słyszeć ich silne skrobanie i skamlenie. Ares zaszczekał głośno i zakręcił ogonem, szalonego młynka. Też był już dość starym psem, ale czasami zachowywał się jak mały psiak.
    Kasia otworzyła na oścież drzwi i do środka wbiegły trzy, pełne radości kundelki. Obstąpiły swoją dawno niewidzianą panią, lizały jej twarz i dłonie aż wreszcie wszystkie wdrapały się jej na kolana i ledwo się na nich mieszcząc sapały ze szczęścia i wpatrywały z uwielbieniem w jej twarz.
I wszyscy byli szczęśliwi i uśmiechnięci, tylko mama Kasi znienacka dziwnie posmutniała i zapatrzyła się w ciemniejące za oknem niebo…
Modrzewiowy Czarodziej dostrzegł od razu jej smutek i wyciągnął do niej rękę, prosząc by razem z nim stanęła przy choince.
- Dzisiaj jest dzień cudów – powiedział wzruszony – Dzisiaj, dzięki Wam spełniło się moje największe marzenie. Już nie jestem i nigdy więcej nie będę sam. A właśnie dzisiaj zwątpiłem, bym jeszcze kiedykolwiek miał zaznać w tym życiu prawdziwego szczęścia u boku najbliższej osoby!
- Droga Anno! – zwrócił się do mamy Kasi, która tak właśnie miała na imię – Wiele lat temu, kiedy byłem pogrążony w świeżej, bolesnej żałobie po stracie mej żony, zdarzył się w Lesie straszny wypadek. Pewien młody, dobry człowiek, który pracował w Borze jako drwal zginął, przygnieciony bukiem, którego właśnie ścinał…
   Anna drgnęła a jej serce zaczęło teraz bić jak szalone. Czarodziej znał jej najskrytsze myśli i bolesne wspomnienia. Mówił teraz o tym, co jej najbardziej dolegało. Wpatrzyła się w jego usta i słuchała z zapartym tchem tej opowieści sprzed lat.
Kasia podeszła do matki i wtuliła się w nią mocno a Jaśminka stanęła przy swym mężu i oparła czule głowę na jego ramieniu…
- Nie mogłem mu wtedy pomóc. Za bardzo skupiony byłem na rozpamiętywaniu własnej straty. Pamiętam, że w tamtym czasie działo się w mym Borze dużo niedobrych rzeczy. Upolowano wiele młodych zwierząt. Wycięto mnóstwo, będących pod ochroną drzew i krzewów. Splądrowano torfowiska. A ja, postarzałem się wówczas gwałtownie, straciłem siłę i ochotę do wszelkiego działania, a pozbawiony mej opieki Las pogrążył się w chaosie i smutku…Gdy się wreszcie ocknąłem z mego ponurego odrętwienia wielu rzeczy już się nie dało naprawić…
- Ale dzisiaj jest wieczór cudów! Dzisiaj nikt już nie będzie płakał ze smutku i samotności. Tego cudownego wieczoru mogą się polać tylko łzy radości! – mówił dalej czarodziej i uśmiechał się do wszystkich zgromadzonych w izbie
- Teraz odwrócimy bieg czasu! Teraz odstanie się to, co się przed wielu laty stało i wszystkich nas pogrążyło na długo w żałobie i bólu.
- Kochani! Życzę Wam wszystkim naprawdę wesołych, radosnych świąt i mam nadzieję, że odtąd już wszystkie takie będą! – Modrzewiowy Czarodziej westchnął głęboko, popatrzył na nie z miłością, uścisnął ich dłonie, jak gdyby żegnając się z nimi, a potem głośno i przejmująco zagwizdał.
   Zawirowało wokół nich powietrze. Zatańczyły dookoła białe płatki śniegu i jaśminu. Ciemność i jasność wschodów i zachodów słońca rozpoczęły szaloną gonitwę. Pory roku przenikały się wzajemnie a za oknem śpiewały razem słowiki, sikorki, skowronki i świerszcze. A pośród tego wszystkiego dało się słyszeć pełen mocy śpiew Czarodzieja, któremu wtórowała dźwięczną, czystą melodią graną na lodowych dzwoneczkach jego prześliczna żona, Jaśminka.

Niech się wieczór cudów stanie
I niech wróci dawna pora
Zło się wszelkie niech odstanie
I niech wrócą czasy dobra

By się nikt nie smucił dzisiaj
I by uśmiech w sercach gościł
Niech zatańczy w naszych sercach
Światło piękna i miłości

Niech się spełnią nam życzenia
I powrócą młode chwile
Niech nam Gwiazdka opromienia
Nasze myśli, uczuć tyle

Czasie, Czasie – bieg swój zawróć
Spraw, by się zmieniły dzieje
I za dobroć dobrem nagródź
Niech się życie do nas śmieje…



Epilog

   Było lato. W maleńkiej chatce na skraju łąki młoda Anna tuliła w ramionach maleńką, kilkumiesięczną córeczkę Kasię. Jej mąż – drwal Jan, stojąc obok patrzył z pełnym miłości i oddania uśmiechem na swoją żonę i dziecko.
- Kocham Was bardzo! – powiedział i ucałował żonę i córeczkę. Dziecko zakwiliło przez sen, więc wziął je ostrożnie na ręce i pohuśtał delikatnie aż  na jego twarzyczce znowu zagościł słodki, beztroski uśmiech.
- Miałem iść dzisiaj do Lasu, żeby wreszcie zmierzyć się z wyrębem tego starego buka, co to jeszcze zeszłej jesieni został trafiony przez piorun i czeka tam na usunięcie, ale jakoś nie mam dzisiaj ochoty ruszać się od Was – powiedział mężczyzna i spojrzał w twarz urodziwej żony. Ta uśmiechnęła się do niego i wstała klasnąwszy radośnie w ręce.
- To cudownie, mój ukochany Janku! Bo właśnie dzisiaj jest jarmark w miasteczku i chciałam byśmy się tam we trójkę wybrali. Pamiętasz, zrobiłam tej zimy mnóstwo zabawek z żołędzi i szyszek. Niech się to w domu nie marnuje. Pójdźmy i rozdajmy to wszystko tym biednym dzieciakom, które się tam zawsze na placu kręcą i bawią kulkami z błota. Tak mi ich zawsze żal…- mówiła Anna a mała Kasia otworzyła modre oczęta i uśmiechnęła się promiennie do swych rodziców.
- Dobrze, moja miła! Ja wezmę na ręce naszą Kasieńkę, Ty weź koszyk z zabawkami i zróbmy sobie dzisiaj taką wesołą wycieczkę do miasteczka. I wiesz co? Kupimy tam tych pysznych obwarzanków, co to je tak lubiłaś zeszłego lata, gdy się na tym jarmarku poznaliśmy!
- Och, to pamiętasz o nich? Kochany jesteś! Kupimy, pewnie, że kupimy sobie po sznurze obwarzanków! A potem w domu jeden z nich namoczymy w mleku i damy naszej córeczce do spróbowania…
Tak właśnie rozmawiając i żartując wybrali się w ten piękny, lipcowy dzień na jarmark w pobliskim miasteczku…Słońce świeciło wspaniale. Było ciepło i kolorowo na świecie a pobliskie łąki parowały zapachem mięty i macierzanki…

   A tymczasem Las za łąką tętnił spokojnym, bezpiecznym życiem. Wiewiórki skakały wesoło po gałęziach leszczyn. Jeże mościły się rozkosznie na miękkim mchu. A jaszczurki pomykały po leśnych ścieżkach jak wesołe, złociste zygzaki.
   W modrzewiowej chacie, w samym sercu Lasu śliczna Czarodziejka Jaśminka kończyła właśnie malować swój portret. Modrzewiowy Czarodziej bawił się w tym czasie z trzema, rozbrykanymi szczeniakami, które kilka miesięcy temu ktoś zostawił w Lesie w parcianym worku. Znalazła je wówczas Jaśminka, przygarnęła i odchuchała te biedne, wychudzone podrzutki. Oboje pokochali te pieski, tylko martwili się, że jeden z nich, ten najweselszy, czarny kundelek nie ma oka…
- Jaśminko! Pójdę zaraz do bukowej części Lasu i usunę stamtąd to drzewo, które błyskawica zeszłej jesieni tak mocno trafiła, że prawie się rozpadło na pół a jedna z jego gałęzi zwisa niebezpiecznie nad ziemią…Żeby się tylko nikomu żadna krzywda nie stała! Żebym zdążył przed nadejściem drwali! – powiedział Opiekun Lasu i podszedł do żony, by się z nią przed wyjściem pożegnać
- Dobrze, mój Ukochany! Pójdź i zrób tam porządek. A ja, jak skończę malować zajrzę na skraj Lasu, bo widziałam, że tego roku będą tam bardzo dorodne poziomki! – odrzekła jego młoda żona i nadstawiła brzoskwiniowy policzek do ucałowania. On cmoknął ją siarczyście i podkręcając wesoło wąsa wyszedł z modrzewiowej chaty.
   Tego dnia Jaśminka nazbierała mnóstwo pachnących, słodkich poziomek. Nikt poza nią się dzisiaj na poziomkowe zbiory nie wybrał. Las dźwięczał ptasimi głosami, piskami jej szczeniaków, pochrząkiwaniami młodych dzików. Żaden człowiek nie przyszedł dziś do Lasu, skuszony zapewne przez odbywający się właśnie w tym dniu w pobliskim miasteczku, jarmark. A więc Czarodziejka nazbierała dwa wielkie kosze tych wspaniałych owoców. Jak jeszcze i jagody tak obrodzą, to zrobi pysznych konfitur a nawet nasuszy trochę owoców na wigilijny kompot. Tego wieczoru, na podwieczorek zjedzą z Czarodziejem wspaniałą potrawę – poziomki polane miodem i kwaśną smietaną…

 ***
  …I to już koniec tej baśni, moja kochana Aneczko! I sweter dla Ciebie także skończony...– rzekła z uśmiechem babcia Katarzyna i spojrzała z miłością w ukochaną twarz swej wnuczki. Ania westchnęła głęboko i szepnęła
-  Dziękuję Ci babuniu za tę opowieść. To wspaniale, że wszystko się dobrze skończyło…A czy i my spotkamy tego Modrzewiowego Czarodzieja?
-Kiedyś na pewno, wnusiu, na pewno…I kiedyś Ty opowiesz o tym swojej wnuczce całkiem nową, piękną baśń…A teraz, proszę - przymierz swój nowy sweterek! Jak będzie pasował, to ubierzesz go pojutrze na wigilię...
Lecz dziewczynka nie zdążyła się przebrać, bo w tym momencie Bras zaszczekał wesoło i machając radośnie ogonem podbiegł do drzwi. Wkrótce dobiegły stamtąd  jakieś tupania, śmiechy i szepty. A zaraz potem do ich zielonej, ciepłej chatki weszli rodzice Ani! Wrócili o dzień wcześniej, robiąc im tym cudowną niespodziankę.
Ach, jakaż radość zapanowała w domu!  Ileż było ciekawych opowieści, tulenia się do siebie, wpatrywania w ukochane, dawno nie widziane twarze, oglądania podarków i próbowania przeróżnych, przywiezionych przez nich z dalekiej krainy, smakołyków. A potem wszyscy razem ubrali pięknie choinkę i usiedli na ławie przytuleni, by wpatrywać się z lubością w migoczące na niej maleńkie świeczki i gwiazdki...

   Tymczasem Zimowy Las przyglądał się z uśmiechem temu serdecznemu domowi i szeptał:

Wesołych Świąt, kochani! Wesołych Świąt...!











Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Serdecznie dziękujemy za wszystkie merytoryczne komentarze. Inne, a szczególnie te natrętne i napastliwe będą usuwane do spamu.

Etykiety

apel apel o pomoc asymilacja Australia autoanaliza bajka bal ballada baśń Beksińscy blog Cesarzowa Ki chleb choroba czarny bez czas czerwiec deszcz dobro dom drama drama koreańska dzieciństwo ekologia erotyk fajka film fotografie głodówka gospodarstwo Góry Flindersa grudzień Gwiazdka historia horror humor humoreska informacja inność internet Jacuś Jacuś. gospodarstwo Jacuś. lato jajka jesień kangury kastracja koala kobieta koguty komputer komunikacja konfitury koniec świata konkurs kot koziołek kozy Kresy kryminał kuchnia kulinaria kury kwiaty las lato lipa lis listopad łąka macierzyństwo malarstwo marzenie miasteczko odnalezionych myśli Mikołaj miłość Misia moda muzyka nadzieja nałóg natura Nowy Rok obyczaje ocean odchudzanie ogrody opowiadanie opowiastka opowieść pamięć park pasja patriotyzm pies piosenka płot początek podróż poezja Pogórze Dynowskie polityka poprawność polityczna porady prawda prezent przedwiośnie przepis przygoda przyjaźń psy psychologia recenzja refleksja relatywizm repatriacja reportaż Riverland rower rozmowa samotność sąsiedzi sens życia siano sierpień silna wola skróty smutek South Australia strych szczęście śmierć święta świt tajemnica tekst piosenki teksty piosenek tęsknota uczucia upał urodziny uśmiech wędrówki węgiel wieś wiosna wirus woda wolność wspomnienia wspomnienie wychowanie zabawa zaproszenie zdrowie zielononóżki zielononóżki kuropatwiane zima zupa Zuzia zwierzęta życie życzenia