Pokazywanie postów oznaczonych etykietą blog. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą blog. Pokaż wszystkie posty

środa, 25 marca 2026

Usunięcie...

 





   Kilka dni temu zdecydowałam się na jakiś czas usunąć bloga. W blogowych ustawieniach istnieje taka możliwość, iż owo usunięcie nie jest ostateczne, ale zupełnie odwracalne w przeciągu trzech miesięcy. Zrobiłam to w trosce o to, co działo się na blogu. Mam tu na myśli niezrozumiałą i nagłą, dziwną nawałę wyświetleń z całego świata. Codziennie szło to w tysiące. Zdumiona i zaniepokojona obserwowałam liczne, jednoczesne wejścia na bloga nawet z państw takich jak Bangladesz, Wyspy Zielonego Przylądka czy Wyspy Owcze oraz dziesiątki innych, równie egzotycznych miejsc. Porównać to można było z najazdem żarłocznej szarańczy. Z dnia na dzień pojawiało się tych drapieżnych owadów coraz więcej i więcej. Pewnie była to sprawka bootów czy jakiejś innej wersji sztucznej inteligencji? Po co jednak to robiła? Nie wiem. Poczułam tylko dla swojego bloga, być może bezpodstawne, jednak jakieś zagrożenie. Nie mam pojęcia, czy sztuczna inteligencja tylko niewinnie czytała bloga, czy go hakowała a być może kopiowała, jakie niezrozumiałe procesy się tutaj działy. Cokolwiek by nie robiła było to podejrzane dla mnie. Dzisiaj technika rozwinęła się tak mocno, że nie sposób uniknąć takiej działalności. Nie sposób się przed tym jakkolwiek ustrzec i zabezpieczyc. Jesteśmy podsłuchiwani przez własne telefony, komputery, routery, telewizory a nawet inteligentne odkurzacze. Niczym jest zatem zhakowanie marnego bloga.

   Zatem zamknęłam go na jakiś czas w przystępie irytacji i bezradności, bo w tamtym momencie nie znalazłam innego sposobu na jego uchronienie przed podstępnym atakiem bootów. Mając nadzieję, że ów atak przeminął otwieram go ponownie. I wkrótce okaże się, czy zrobiłam dobrze. Przynajmniej jeśli chodzi o owe ataki.

   Inna sprawa, że od jakiegoś czasu coraz mniej chce mi się na blogu pisać. Odnoszę wrażenie, że ten etap w moim życiu powoli dobiega końca. Jakby jakaś iskierka zgasła...Jednak mam mnóstwo miłych wspomnień związanych z prowadzonym przez czternaście lat blogiem, dlatego przykro mi się zrobiło, gdy spostrzegłam, iż to moje czternastoletnie dziecię jest oblegane przez bezduszne i zapewne agresywne maszyny oraz logarytmy. Dlatego by je ochronić schowałam owo dziecko do ciemnej piwnicy. Ale to niestety broń obosieczna, bo ono tam marnieje, więdnie, zupełnie odwyka od słońca. Jest tak jakby go nie było, a przecież jest, jeszcze jest...

   Nie wiem jak będzie z moim pisaniem na blogu. Czy mi ta chęć wróci, czy nie. Tak czy siak nie chcę byście się o mnie martwili, bo nic złego się u mnie nie dzieje. Życie toczy się jak wprzódy. Zwyczajne, wiosenne, pracowite. Mam swoje zmartwienia i problemy, ale któż ich nie ma? To kilkudniowe zamknięcie bloga nie sprawiło, że jakoś zatęskniłam za blogowaniem, natomiast uświadomiłam sobie, że chyba jeszcze nie czas by zamykać go na zawsze, bez odwołania.

      Jeszcze daję sobie czas a blog niech sobie tkwi w letargu, mam nadzieję nie niepokojony już przez armię bootów. A jeśli nawet? Cóż, nic na to nie poradzę...

   Pozdrawiam serdecznie wszystkich życzliwych czytelników tego bloga!


czwartek, 3 października 2024

Dwanaście lat…

 



   Minęło dwanaście lat odkąd razem z Cezarym założyliśmy tego bloga.  Dwunasta rocznica nie jest czymś szczególnym, bo to ani okrągła liczba, ani żadne wybitne osiągnięcie. Jednakże tak dużo się teraz na świecie dzieje, tak bardzo zmienia się nasza rzeczywistość, że nabieram wrażenia jak gdyby wszystko wisiało na włosku.  I bezpieczeństwo i przyszłość i plany…Nie wiadomo jak długo jeszcze będzie istnieć możliwość swobodnego pisania na blogach, pisania gdziekolwiek. Bo przecież cenzura wszędzie nabiera wiatru w żagle a do tego międzynarodowa sytuacja polityczna zagęszcza się, mrocznieje, nie napawa optymizmem. W takich okolicznościach, w porównaniu z tym, co się dzieje zupełnie nieistotną, bo tylko hobbystyczną sferą działania jawią się blogi. Azaliż jednocześnie zdają się ważne jako przejaw wolności, jako bezcenny zapis codzienności, która zmienia się na naszych oczach a my nie mamy na te zmiany prawie żadnego wpływu.

   Póki co zatem – piszemy. Bo jeszcze możemy, bo jeszcze nam się chce. Używam tu liczby mnogiej, domyślając się że i Wami miotają podobne odczucia. Ale nie wiem tego tak naprawdę. Powinnam więc pisać o tym, co sama czuję, co widzę i przeżywam, co mnie dotyka. Nie uogólniać tego za bardzo i nie wypowiadać się w cudzym imieniu, jakbym była kimś w rodzaju trybuna ludowego a moje teksty jak  gdyby by były jakimiś manifestami. Daleko mi do czegoś takiego. Jestem tylko zwyczajną kobietą. Jedną z wielu. Mam za sobą jakiś bagaż doświadczeń i przemyśleń. Przelewam je na klawiaturę komputera w ten sposób utrwalając je dla siebie jako formę pamiętnika, ale i dzieląc się nimi z Wami. Bo chociaż piszę w pustkę, to piszę do Was. Do ludzi z internetowej mgły, którzy odwiedzacie to miejsce od dwunastu lat i dzielicie się ze mną swoimi wrażeniami, odczuciami, myślami. Dlatego czasami wydaje mi się, że Was znam. A innym znów razem mam odczucie, iż nie znam Was wcale…

    Dwanaście lat to niby krótki okres czasu, a jednocześnie długi, bo mnóstwo się przez te lata zdarzyło, zmieniło. I na świecie i w Polsce i w okolicach, w jakich mieszkamy i w naszym gospodarstwie i w nas i na blogu też…Jest tego wszystkiego taki ogrom, że nawet nie podejmuję się ogarnięcia tych przemian i faktów, wymienienia ich chociażby z grubsza. Nie miałoby to zresztą najmniejszego sensu. Przecież powstałby z tego tekst przerażająco długi, nie do ugryzienia a tym bardziej nie do strawienia. A na blogu najlepiej czyta się teksty w miarę krótkie, łatwe do przeczytania i szybkiego skomentowania. Do tego każdy z nas, blogerów i czytelników widzi ten czas po swojemu i ma własne, subiektywne spostrzeżenia czy też wspomnienia. Wprawdzie co jakiś czas pojawiają się tutaj nowi czytelnicy, którzy nic o mnie, o tym co się tu działo, o czym przez te dwanaście lat pisałam, nie wiedzą a ogrom tekstów, który tu opublikowałam jest przez nich niemożliwy do ogarnięcia. Ale z nowymi czytelnikami jest chyba trochę tak jak z nowopoznanymi ludźmi w życiu codziennym. Nie muszą o nas wiedzieć wszystkiego by chcieć zawrzeć z nami bliższą czy dłuższą znajomość. Ot, przeważnie wystarczy to pierwsze, pozytywne wrażenie, przeczucie, że to ktoś nadający na podobnych falach, iż jest jak książka, którą warto otworzyć i przekartkować z ciekawością albo i zanurzyć się uważniej się w jej treści.  

 Tak więc z okazji dwunastej rocznicy istnienia tego bloga nie zamierzam pisać o tym, co się przez ten czas zmieniło, tworzyć tu jakichś podsumowań, lecz przeciwnie zastanowić się chcę nad tym, co mimo wszystko przez tych 12 lat pozostało niezmienne…

   A na pewno pozostała moja miłość do natury i do zwierząt. Daję jej tu wyraz w tekstach prozą, w wierszach, piosenkach, opowiadaniach i fotografiach.  Kontakt z naturą, spacery po łąkach i lasach, praca w ogrodzie, zabawy z psami i troska o nie uspokajają mnie, leczą duszę, pomagają zachować dystans do tego, co dzieje się w coraz bardziej nieprzewidywalnej rzeczywistości.

   Pozostało upodobanie do pisania, choć nieraz wydaje mi się, iż to bardziej kwestia przyzwyczajenia i uzależnienia, niźli niewinnej pasji. A mimo tego, iż coraz częściej nawiedzają mnie okresy, gdy mam wrażenie, iż studnia z natchnieniem oraz potrzebą pisania całkiem wyschła, to wciąż  po chwilach posuchy i martwoty na nowo powstaję,  odradzam się odnajdując w sobie dawną, twórczą, wolną, otwartą i spontaniczną istotę. Bo choć zmieniłam się wewnętrznie i zewnętrznie, choć zrobiłam się starsza, dojrzalsza i poważniejsza a niekiedy też zgaszona, rozgoryczona i smutna, choć coraz częściej podejmuję tu tematy związane z polityką, z przemianami zachodzącymi na świecie, to w każdym swoim kolejnym wcieleniu jestem przecież szczera i tę szczerość ogromnie sobie u innych ceniąca.  Nadal też, choć rzadziej niż kiedyś, potrafię zachwycić się byle drobiazgiem, śmiać się z byle czego, nucić, szeptać wiersze albo wyobrażać sobie różne fantastyczne historie. A przede wszystkim w dalszym ciągu pełna jestem wiary w ludzi i w dobro, które potrafi przezwyciężyć wszystko. I dlatego pomimo wszystkich przemian w moim charakterze oraz zainteresowaniach niczego nie zmieniłabym w opisie mojego profilu, który zamieściłam tu kilkanaście lat temu zakładając tego bloga.

   Na koniec chcę podziękować wszystkim, którzy wytrwali „Pod tym samym niebem” ze mną i z Cezarym przez te dwanaście lat, wszystkim, którzy pojawili się później oraz tym, co wciąż się pojawiają zostając na dłużej by zaglądać do naszego świata i by dzielić się kawałkami swoich światów…


Postanowiłam poniżej zamieszczać linki do moich postów, o których wspominacie w swoich komentarzach lub też jakoś związane z nimi tematycznie. Może tu powstać taka wspominkowa, jaworowa, blogowa lista przebojów! Jeżeli któryś z tekstów jakoś szczególnie zapadł Wam w pamięci, to proszę, napiszcie mi o tym.!:-))

czwartek, 19 września 2024

Donos…

 


                                       zdjęcie ze strony internetowej: pl.freepik.com                   


   Jak słownik PWN definiuje słowo donos? Według niego to zgłoszenie do władz, zwykle tajne, o dokonaniu przez kogoś jakiegoś wykroczenia lub przestępstwa.

   Zwyczajowo składanie przez kogoś donosów odbierało się jako czyn nieetyczny, godzien potępienia, niehonorowy. Dlatego też donosiciele nazywani byli  denuncjatorami, informatorami, szpiegami, agentami, konfidentami, szpiclami, wtyczkami, skarżypytami, paplami czy też kapusiami.

   Obecnie jednak donos traktuje się jako najwyższą formę odpowiedzialności obywatelskiej i obowiązek społeczny. A donosicieli nazywa się jakże szlachetnie sygnalistami. Mnie jednak nie wiadomo dlaczego przychodzi na myśl były bohater Związku Radzieckiego, komsomolec Pawlik Morozow, który zasłynął tym, że ślepo wierząc w nakazy ideologii komunistycznej wydał na śmierć własnego ojca…

   Po co o tym piszę? Otóż dosięgła mnie właśnie niewidzialna ręka anonimowego sygnalisty. Owa tajemnicza osoba kierowana zapewne właśnie ową odpowiedzialnością społeczną zgłosiła do władz bloggera mój post pt. „Zaufać jako naruszający wytyczne o tym, co jest dozwolone a co niedozwolone na bloggerze. A owe władze po zapoznaniu się z tym tekstem usunęły go z mojego bloga. Poinformowały mnie również, że każde kolejne naruszenie przeze mnie owych wytycznych skutkować może usunięciem całego bloga.

   Nie dziwcie się więc, że nie ma już w archiwum bloga tamtego tekstu traktującego o popularnych preparatach, Zielonym Ładzie i braku zaufania do władz. O tych sprawach pisać mi nie wolno, gdyż nazywane jest to szerzeniem teorii spiskowych.



   Do tej pory czytałam, że takie sytuacje przydarzają się innym. Cenzura, donosy, ograniczająca wolność wypowiedzi poprawność polityczna. To wszystko sprawiało, że z dnia na dzień blogowiczom i autorom vlogów na YT znikały posty, filmy, a czasem całe kanały, strony internetowe i blogi. A na facebooku onegdaj zamknięto nawet stronę partii Konfederacja, bo zbyt śmiało i otwarcie wyrażała się tam o pewnych sprawach. Teraz podobna sytuacja przydarzyła się mnie. Mieszkance cichego siedliska pod lasem oraz mało komu znanej autorce bloga „Pod tym samym niebem”. Wynika z tego, iż czujne oko Wielkiego Brata widzi wszystko i zrobi wszystko by uciszyć pewne tematy, by maksymalnie ograniczyć wolność wypowiedzi. A usłużni sygnaliści skwapliwie mu w tym dopomogą. Mnie jednak naprawdę zdumiewa, że tak potężna instytucja jaką jest Google i należący do niej Blogger zajmuje się cenzurowaniem bloga o tak małych zasięgach i znaczeniu jak mój.

   Co ja na to wszystko? No cóż. Do tej pory nieco naiwnie sądziłam, że mój blog jest mój. Że wolno mi tu poruszać wszystkie ważne i ciekawe dla mnie tematy. Teraz przypomniano mi, że zależę od władz platformy Blogger. A to blogowe miejsce jest mi tylko łaskawie użyczane. I to tylko dopóki swym pisaniem będę mieścić się w ściśle oznaczonych ramach.

   Muszę się zastanowić, co z tym dalej zrobię, jak postąpię. Bo niestety trochę odechciewa mi się blogowania, jeśli wolno mi pisać tylko o ptaszkach, motylkach i kwiatkach…Nie wiem także, czy ten tekst nie stanie się dla Bloggera powodem do likwidacji tego bloga. Być może znowu zupełnie niechcący, czy nieświadomie napisałam o czymś zakazanym. Wszystko jest przecież możliwe w tych dziwnych czasach a zakres niepoprawnie politycznych zagadnień stale się poszerza. Do tego regulujące to wszystko przepisy są niejasne i nazbyt ogólne. Sprawia to, że nieomal każdy tekst może być oceniony przez współczesnych cenzorów negatywnie. Dlatego też liczę się z tym, że to może być mój ostatni post.

P.S.

Odpowiedź dla osób, które pytają za co właściwie blogger usunął mi tamten post. Nie wiem, bo niczego konkretnego mi nie napisano.  Mogę się tylko domyślać owych powodów na podstawie informacji dotyczącej polityki treści bloggera, której treść przesłano mi na pocztę mailową, ale która jest dostępna dla wszystkich cały czas w warunkach korzystania z usługi ( to ten napis malutkimi, szarymi literkami  widoczny na samym dole paska po lewej stronie tam, gdzie widać statystyki bloga, komentarze i ustawienia). Poniżej podaję linka do tego miejsca, jeśli ktoś chciałby tam wejść i się zapoznać z mocno ogólnymi wytycznymi bloggera w sprawie tego, co jest na bloggerze niedozwolone.

warunki treści - wytyczne

 

czwartek, 5 października 2023

Zbieranina…

 


 

- O czym chcesz pisać, Oluniu? – zapytał mnie dziś rano Cezary, gdy powiedziałam mu, że zamierzam zabrać się za pisanie nowego posta.

- Nie wiem o czym. O niczym konkretnym. Ot, taka zbieranina zdarzeń, refleksji z ostatniego czasu. Jak to przeważnie na blogu – odparłam i na długo zastygłam w bezruchu nad klawiaturą. Wsłuchana w pełne poezji pieśni wiedźmińskiego Jaskra( Z.Zamachowskiego), które bardzo współgrają z moim jesiennym nastrojem zaczęłam się zastanawiać nad tym, co chciałabym napisać i właściwie, po co?





   Blog, co stwierdzam coraz częściej, bezsprzecznie jest dla mnie rodzajem pamiętnika. Pamięć ludzka bywa zawodna a moja i Cezarego, z wiekiem staje się wręcz dziurawa niczym dojrzewający ser, dlatego dobrze jest móc sobie przypomnieć to i owo posiłkując się czymkolwiek tylko się da. Prowadzimy z mężem tego bloga od ponad jedenastu lat i choć wydawałoby się, że to niedługi kawałek czasu, to jednak bardzo dużo się przez ten okres zdarzyło. I my oboje bardzo się zmieniliśmy. Głównie zewnętrznie, ale i duchowo zauważyć można wiele różnic. Weźmy chociażby nasz stosunek do tego, co dzieje się na arenie politycznej w Polsce i na świecie. O ile jeszcze osiem lat temu pełni byliśmy wiary w zmiany na lepsze, o ile był w nas radosny entuzjazm i pewien rodzaj dziecięcej nieomal naiwności, to teraz mamy wrażenie, że gwałtownie dojrzeliśmy i znaleźliśmy się na przeciwległym biegunie. Nie ma już w nas tamtej dawnej ufności. Pojawiło się zniechęcenie, rozczarowanie, niemoc, gorycz i lęk, co do coraz dziwniej zapowiadającej się przyszłości. Znacznie częściej zatem odwracamy się od tego, na co nie mamy wpływu i skupiamy się na tym, co jeszcze od nas zależy. Na tym naszym malutkim świecie, w którym żyjemy na co dzień, który też się zmienia, ale nie tak drastycznie, jak zewnętrzny świat. A zmiany, których tu doświadczamy w większości są pozytywne. I stanowią dzieło naszych własnych myśli i działań. Tylko tyle i aż tyle…










   Coraz częściej też nasuwa mi się spostrzeżenie, że piszę bloga przede wszystkim dla siebie. Nie dla poklasku, złudnej popularności, czy czyjejś chwilowej zazwyczaj sympatii.  Spotykanie na blogu ludzi z całego świata jest bardzo miłe, rozmowy z Wami w komentarzach jeszcze bardziej, ale nie to jest najważniejsze. Piszę, bo lubię i póki mi się chce pisać. Piszę, choćbym miała pisać tylko dla siebie i Cezarego. Piszę, bo pragnę zachować umysł w jako takiej sprawności. I jeszcze jedno. Zależy mi na tym by utrzymać tu jakiś przyzwoity poziom. Udowadniać samej sobie, że nadal potrafię tak pisać, by po czasie nie wstydzić się tego, co napisałam. A co najwyżej zdumiewać w pozytywnym sensie, że udało mi się w  wierszach albo prozie nieźle złapać, udokumentować daną chwilę. I cieszyć się, że napisałam, utrwaliłam jakiś moment tekstem, bo gdyby nie to uleciałby zapomniany jak wiele innych przed nim i po nim...





   Wróćmy zatem do teraźniejszości... Końcówka września i początek października to w Jaworowie problemy z Internetem a zaraz potem awaria mojego komputera. Oba te fakty uświadomiły mi po raz kolejny, jak ważny jest dostęp do Internetu w obecnych czasach, jak lubię poczytać sobie co dzień do porannej kawy wiadomości na ulubionych portalach albo nowe teksty na Waszych blogach, posłuchać muzyki z YT, obejrzeć jakieś filmiki. Jednocześnie jednak doszło do mnie, że gdy przez jakiś czas nie mogę korzystać z tego wszystkiego, to świat absolutnie się nie zawala. Mogę bez tego żyć a nawet więcej, całkiem dobrze mi się żyje. Mam wówczas więcej czasu na inne formy aktywności. Chociażby na wędrówki z aparatem fotograficznym albo na czytanie książek.



   A propos książek, to przytrafił mi się niedawno niemiły wypadek z ich udziałem. Otóż po wizycie w gminnej bibliotece i po wytaszczeniu z niej ogromnej torby pachnących nowości położyłam je na tylnym siedzeniu samochodu, gdzie miały podróżować z nami w rundce po sklepach i by bezpiecznie powrócić do domu. Niestety! W jakiś czas potem przez bezmyślność tuż obok płóciennej torby z książkami położyłam reklamówkę wypchaną kurzymi korpusami dla psów. Niby te korpusy były w podwójnej folii, niby reklamówka mocna, ale okazuje się, że wszystko ma swoją wytrzymałość a jak ma człowieka dopaść pech, to dopadnie. W domu okazało się, że książka leżąca na samym dnie torby okropnie upaćkana jest krwią cieknącą z owych kurzych trucheł (a był to pewien bestseller, na który obecnie w mojej bibliotece trwają zapisy!). Także kolejna, spoczywająca na tamtej książka była nieco ubrudzona. Płakać mi się chciało na ten widok. I wściekałam się sama na siebie, że doprowadziłam do takich zniszczeń. I to kto? Ja – była bibliotekarka i w ogóle maniaczka na punkcie szacunku dla książek. Ileż to razy zdarzało mi się w tych bibliotekarskich czasach znajdować w zwróconych przez czytelników książkach ohydne plamy po kawie, barszczu, tłuszczu i innych, bardziej podejrzanych substancjach. Zawsze wtedy stwierdzałam ze smutkiem, że ludzie albo nie przywiązują w ogóle wagi do stanu wypożyczonych przez siebie książek albo nie zauważają i lekceważą ewentualne zniszczenia albo też wstydzą się tego, co zrobili i milczkiem, jak gdyby nigdy nic zwracają książki do biblioteki w nadziei, że nigdy nie zostaną wykryte ich przewinienia. W moim przypadku nie było innej opcji, jak tylko odkupienie nowych egzemplarzy owych dwóch dzieł a potem zwrócenie ich do biblioteki wraz z przyznaniem się do winy i pokazaniem miłej pani bibliotekarce, rozmiaru uszkodzeń. Tak się stało i owo zdarzenie będzie kolejną lekcją dla mnie bym uważała na to, co wożę samochodem i bym umieszczała torbę z książkami w najbezpieczniejszej jego części. I jeszcze jedno. Te dwie zalane krwią, ale całkiem zdatne do czytania powieści (bo różowe plamy objęły tylko skraje kartek nie docierając do drukowanego tekstu) mam teraz u siebie w domu na półce. Są moje i na pewno nie raz jeszcze do nich sięgnę, bo obie są, moim zdaniem, kawałkiem niezłej literatury. Być może pokuszę się w przyszłości o recenzję obu tych powieści na blogu. W końcu od czasu do czasu lubię tu pisać także o ciekawych książkach…



   I co jeszcze u nas słychać? Jesień nadal piękna, choć już wieczory i ranki chłodne, wilgotne a i w kuchennym piecu zdarza mi się palić coraz częściej. Piekę w nim z lubością drożdżowe ciasta z posypką a na płycie przeważnie pyrka jakaś zupa cukiniowa, dyniowa, grochówka albo po prostu rozgrzewający wspaniale rosół. Robię też soki i inne przetwory z ostatnich owoców z naszego ogrodu. Także nasz ogrodowy grill nadal pracuje pełną parą. Teraz Cezary samodzielnie wędzi w nim pyszne, domowe wędliny. Zrobione przez niego szynki, boczki i schaby, zapeklowane porządnie, obsypane  aromatycznymi przyprawami, mogą długo leżeć w lodówce i nic złego się z nimi nie dzieje. Te sklepowe, obślizgłe już nazajutrz po zakupie wyroby absolutnie się do nich nie umywają.



   Coraz więcej grzybiarzy pojawia się w naszym lesie. Pewnie więc i my niebawem wyruszymy na jakieś grzybobranie. A póki co nadal mamy sporo pracy w ogrodzie i tylko niekiedy znajdujemy czas by wybierać się na krótkie, widokowe przejażdżki po okolicach. Już tyle razy oglądane i fotografowane wciąż nas bowiem te okolice zachwycają. I coraz częściej stwierdzamy, że wcale nie trzeba wybierać się nigdzie daleko, skoro tak blisko znaleźć można prawdziwe cuda. Cuda natury...




  

  




   

    I to by chyba było na tyle dzisiaj, bo i tak za bardzo się już chyba rozpisałam. Słuchając wiedźmińskich piosenek gorąco pozdrawiamy Was oboje z Cezarym, za Waszą obecność tutaj serdecznie dziękujemy, dobrego, spokojnego czasu życzymy i …do napisania!:-)



P.S.

I jeszcze jedno. Od jakiegoś czasu czytuję bloga pisanego przez niezwykle utalentowana literacko osobę. To MaB z bloga "KrólestwoMab"   https://maabkingdom.blogspot.com/   Zdecydowanie  warto do niej zajrzeć. A szczególnie polecam jej teksty miłośnikom prozy Sapkowskiego oraz Wiedźmina. MaB pisze bowiem teraz powieśc w odcinkach w cudownym, wiedźmińskim klimacie! To własnie jej opowieść natchnęła mnie ostatnio do słuchania muzyki i piosenek z filmowej wersji "Wiedźmina".


poniedziałek, 5 września 2022

Kolejna jesień…

 

 



 

…Wrzesień przyniósł nam spore ochłodzenie a także znaczącą zmianę kolorystyki pogórzańskich pejzaży. Wokół jest coraz bardziej jesiennie, choć wydaje się, że jeszcze na to za wcześnie. Płowe trawy na łąkach jak okiem sięgnąć złocą się i lśnią w świetle słońca wyrazistą, opalizującą poświatą. Liście drzew przebarwiając się na żółto, rudo i brzoskwiniowo przez chwilę wirują w wielobarwnym tańcu a potem cichutko szeleszcząc osiadają warstwa za warstwą na nienapojonej od dawna ziemi.  Dojrzałe i ciężkie od słodkiego soku kiście winogron  niby zapałeczki łamią się pod swym ciężarem i spadają na uschły trawnik. Zaczęły już kwitnienie astry marcinki. Ich niemalże bezlistne, zrudziałe łodygi nie wydały w tym roku zbyt wielu kwiatów. Nie widać, niestety między nimi jak zawsze o tej porze rojów beztroskich, kolorowych motyli.  Może jeszcze się pojawią, a może i im zaszkodziły tegoroczne upały i wyjątkowo nie odwiedzą jaworowego ogrodu? W tym sezonie nie ma też prawie wcale w naszych stronach kleszczy. Pewnie w palącym słońcu poschły na krzewach nie mogąc doczekać się wilgoci i żywiciela. Nieobecność kleszczy oraz ślimaków wydaje się jedyną korzyścią z tego kończącego się już diametralnie gorącego i suchego lata. Tutejsza przyroda umęczona permanentnym brakiem opadów (a trwa to u nas już kilka miesięcy) i jakichkolwiek szans na odrodzenie zieleni,  bezradna wobec toczącej ją coraz dogłębniej suszy najwidoczniej zdecydowała, że pora szykować się do jesieni. Pora już chyba pożegnać złudzenia o ożywczych deszczach, o cudownym ratunku dla spieczonej, ledwie dychającej natury. Na nic bunty, frustracje i próżne nadzieje. Trzeba dostosować się i pogodzić z tym, co jest. Nareszcie odpocząć po letnich męczarniach, szykując się na to, co nieuniknione, na zimę, która naturze przyniesie upragniony, spokojny sen i błogą hibernację a ludziom…? No właśnie. Też chciałoby się usnąć i nie martwić już niczym. Odciąć się od napływających zewsząd niewesołych wiadomości czy złych przeczuć a potem obudzić wypoczętym i chętnym do działania, gdy już dokoła panować będzie radosna, optymistyczna wiosna i uskrzydlać będą co dnia nowonarodzone, wielobarwne marzenia…


 

   A tymczasem w rozmowach z sąsiadami i znajomymi wiele teraz troski o byt, zwierzeń o starych i nowych problemach, pełno trwożnych pytań bez odpowiedzi. Niechciane i uciszane niepokoje wyłażą zewsząd popiskując niecierpliwie niby myszy gotujące się do gromadnej inwazji na marnie zabezpieczony na taki atak spichlerz. Ta okrutna susza jest ogromnym, ale jednak tylko jednym z mrowia dokuczliwych zmartwień. Wydaje się także symbolem tego, jak my i natura bezradni jesteśmy w obliczu destrukcyjnych, wszechogarniających zmian, które ni stąd ni zowąd mogą nas dotknąć. Ma się wrażenie, że jakaś monstrualna, ciemna chmura zawisła nad przyszłością zapobiegliwych i pracowitych, lecz coraz bardziej bezradnych teraz ludzi. Można od niej odwracać głowę, można udawać, że jej nie ma i próbować cieszyć się okruchami zwyczajnego życia, ale niestety, groza tej złowieszczej chmury coraz bardziej daje o sobie znać…


 

   Patrzę na piękno gotującego się do kolejnej pory roku Pogórza. Chłonę je wszystkimi zmysłami, pragnąc czerpać z niego poczucie bezpieczeństwa, spokój i pociechę, a przede wszystkim oderwanie od niewesołych myśli o tym, co czai się blisko i daleko. Swoją drogą, jakie to dziwne i abstrakcyjne nawet doznanie. Oto całe światy chwieją się w posadach, oto ludzkość jest świadkiem gwałtownych przemian społeczno-politycznych, oto prują się tak mocne do niedawna materie normalnej codzienności a tymczasem jesień jak gdyby nigdy nic wkracza w nasze życie malując pejzaże po swojemu. W przeciwieństwie jednak do poprzednich jesieni, w tegorocznej, tak na pozór urokliwej i kolorowej,  dostrzegam obraz znużenia, bezradności i cierpienia. 


 

   To już dwunasta jesień, którą dane nam będzie spędzić w tych okolicach. Każda z tych jesieni była nieco inna a jednak w jakiś sposób podobna do siebie. Wiele z nich przynosiło kolejne fale zwyczajnych radości i smutków, a także zdarzeń nagłych a znaczących, niemożliwych wcześniej do przewidzenia. W ich obliczu człowiek musiał sporo rzeczy w sobie przewartościować. Z czymś się nieodwołalnie pożegnać. Wciąż rzeźbić siebie na nowo. Starać się zrozumieć więcej, ale i pogodzić z tym, a nawet zaakceptować to, czego pojąć i zmienić nie sposób. Iść naprzód. I przede wszystkim ocalać w sobie…siebie. Oboje z Cezarym tacy sami a jednak trochę inni idziemy zatem i iść nie przestaniemy, póki sił w mięśniach i zapału w sercach nie braknie.


 

   Zbliża się dziesiąta rocznica istnienia tego bloga. Ze zdumieniem konstatuję ten fakt, bo po pierwsze bardzo szybko to przeleciało a po drugie zakładając to wirtualne miejsce, nie przypuszczałam, iż tak długo będzie ono trwać i tak bardzo się rozrastać. Kilkaset zamieszczonych tu tekstów oraz kilkadziesiąt tysięcy fotografii dokumentuje nasze tutejsze życie, nastroje, kolory, marzenia, zmartwienia, pogodę a przede wszystkim liczne, blogowe znajomości, które przez pewien czas intensywnie kwitły, ale potem więdły zapewne po to, by mogły się narodzić inne…


 

   Na początku blog zdawał się być ot,  zabaweczką, rozrywką na długie jesienne wieczory. Potem zaczął się zmieniać w rodzaj internetowego pamiętnika, czy może nawet w odmianę wirtualnego, przytulnego domu. Bywał też specyficznym lustrem, w którym przeglądałam się, chcąc zbadać jakie zmiany zaszły we mnie przez te lata, ile zostało we mnie dawnej Oli, czy wciąż rozpoznaję się w tym odbiciu i czy się z nim utożsamiam. Różnie to bywa…Coraz mniej odnajduję w sobie rozmarzonej, ufnej idealistki. Coraz więcej dostrzegam graniczącego z pesymizmem realizmu a czasem nawet (zwłaszcza jeśli idzie o ogląd współczesnego świata) radykalizmu. Cóż. Wiek ma swoje prawa. Gromadzone latami doświadczenia, obserwacje oraz towarzysząca im wiedza o świecie i ludziach robi swoje. Każdy z nas się zmienia czy tego chce, czy nie. Nie można przecież pozostać na zawsze szybującą w obłokach wyobraźni naiwną,  poetyczną Anią z Zielonego Wzgórza czy też wiecznie optymistyczną Pollyanną.  Jednak miło jest odnajdywać w sobie ich maleńkie cząstki, nigdy niegasnące promienie nadziei, ukryte nieraz pod grubą warstwą pragmatyzmu.


 

   Oboje z Cezarym dziękujemy wszystkim stałym czytelnikom i komentatorom tego bloga za Waszą życzliwą obecność tutaj i wyrażamy nadzieję, że jeszcze przez jakiś czas będziemy mogli się na blogowych łamach spotykać. Na to będzie miało wpływ wiele rzeczy, ale w najbliższym okresie decydujący może okazać się po prostu brak prądu elektrycznego, który jak nas zewsząd straszą już wkrótce stać się może dobrem luksusowym a nawet niedostępnym. Zatem póki nam wszystkim jeszcze nie wyłączyli światła, póki trwają nasze swojskie, małe światy wraz z kolejną jesienią pozdrawiamy Was serdecznie pod tym samym niebem!:-))

 


Etykiety

Aborygeni absurd afirmacja życia agrest apel apel o pomoc asymilacja Australia autoanaliza bajka bal ballada baśń Beksińscy Bieszczady blackout bliskość blog blogi bór cenzura Cesarzowa Ki Cezary chleb choroba ciastka ciepło cywilizacja czarny bez czarny humor czas czekolada czerwiec człowieczeństwo człowiek czułość Dersu Uzała deszcz dieta dobro dom dorosłość drama drama koreańska drewno droga drzewa trawiaste Dubiecko Dwernik Kamień dwudziestolecie międzywojenne dystopia dzieciństwo dzikie bzy ekologia elektryczność erotyk eutanazja fajka fantazja film flash mob fotografie fotoreportaż glebogryzarka głodówka głód gospodarstwo goście góry Góry Flindersa grass tree grill grudzień grzyby Gwiazdka historia historie wędrujące horror humor humoreska idealizm ideologia II wojna światowa informacja inność inspiracja internet jabłka jabłoń Jacuś Jacuś. gospodarstwo Jacuś. lato jajka Jane Eyre Japonia Jawornik Polski jesień jesień życia kalina Kanada kanały kangury kastracja kiełbasa klimat klimatyzm koala kobieta koguty kolęda kolędy komputer komunikacja konfitury konflikt koniec świata konkurs konstrukcja kosmos koszenie kot koziołek kozy Kraków Kresy kryminał kryzys książka kuchnia kulinaria kury kwiaty kwiecień las lato legenda lektura lęk lipa lipiec lis listopad literatura los ludzie luty łąka maciejka macierzyństwo magia maj malarstwo maliny mantry marzenie maska metafora mgła miasteczko odnalezionych myśli Michael Jackson Mikołaj miłość Misia mit młodość moda mróz mróż muzyka muzyka filmowa nadzieja nalewki nałóg natura niebezpieczeństwo niezapominajki noc nowoczesność Nowy Rok obyczaje ocean odchudzanie odpowiedzialność odrodzenie ogrody ogród ojczyzna opowiadanie opowiastka opowieść Orzeszkowa osa Osiecka owoce pamięć pandemia Panna Róża park pasja patriotyzm pejzaż pierniki pies pieski pieśni pieśń piękno piosenka piosenki pisanie płot początek podróż poezja pogoda Pogórze Dynowskie polityka Polska pomidory pomysł poprawność polityczna porady postęp pożar praca prawda prezent protest protesty przedwiośnie przedzimie przemijanie Przemyśl przepis przetrwanie przetwory przeznaczenie przygoda przyjaźń przyroda psy psychologia ptaki radość rak recenzja refleksja relatywizm remont repatriacja reportaż rezerwat Riverland rodzina rok rośliny rower rozmowa rozrywka rozum róże rymowanka rzeka samopoczucie samotność San sarny sąsiedzi sens życia siano sierpień silna wola siła skróty słodycze słońce słowa słowa piosenki słowianie smutek solidarność South Australia spacer spiżarnia spokój społeczeństwo spontaniczność spotkanie stado Star starość strych susza susza. upał szadź szczerość szczęście szerszeń śmiech śmierć śnieg śpiew środowisko świat światło świeta święta świt tajemnica tekst piosenki teksty piosenek tęsknota toaleta tragikomedia trauma troska truskawki uczucia Ukraina upał urodziny uśmiech warzywnik wędrówka wędrówki węgiel wiadomości wiadomość wiatr wierność wiersz wierszyk wieś wieża wigilia Wilsons Promontory wino wiosna wiosnaekologia wirus woda wojna wolność Wołyń wrażliwość wrotycz wrzesień wschód słońca wspomnienia wspomnienie współczesność Wszechświat wybory wychowanie wycieczka wygląd wypadki wypalanie traw wzruszenie zabawa zabawa blogowa zachód słońca zapasy zaproszenie zbiory zdjęcia zdrowie zielarstwo zielononóżki zielononóżki kuropatwiane zima zioła zmiany zupa Zuzia zwierzęta zwyczaje żałoba żart życie życzenia Żydzi żywokost