Kilka dni temu zdecydowałam się na
jakiś czas usunąć bloga. W blogowych ustawieniach istnieje taka
możliwość, iż owo usunięcie nie jest ostateczne, ale zupełnie
odwracalne w przeciągu trzech miesięcy. Zrobiłam to w trosce o to,
co działo się na blogu. Mam tu na myśli niezrozumiałą i nagłą,
dziwną nawałę wyświetleń z całego świata. Codziennie szło to
w tysiące. Zdumiona i zaniepokojona obserwowałam liczne,
jednoczesne wejścia na bloga nawet z państw takich jak Bangladesz,
Wyspy Zielonego Przylądka czy Wyspy Owcze oraz dziesiątki innych,
równie egzotycznych miejsc. Porównać to można było z najazdem
żarłocznej szarańczy. Z dnia na dzień pojawiało się tych
drapieżnych owadów coraz więcej i więcej. Pewnie była to sprawka
bootów czy jakiejś innej wersji sztucznej inteligencji? Po co
jednak to robiła? Nie wiem. Poczułam tylko dla swojego bloga, być
może bezpodstawne, jednak jakieś zagrożenie. Nie mam pojęcia, czy
sztuczna inteligencja tylko niewinnie czytała bloga, czy go
hakowała a być może kopiowała, jakie niezrozumiałe procesy się
tutaj działy. Cokolwiek by nie robiła było to podejrzane dla mnie.
Dzisiaj technika rozwinęła się tak mocno, że nie sposób uniknąć
takiej działalności. Nie sposób się przed tym jakkolwiek ustrzec
i zabezpieczyc. Jesteśmy podsłuchiwani przez własne telefony,
komputery, routery, telewizory a nawet inteligentne odkurzacze.
Niczym jest zatem zhakowanie marnego bloga.
Zatem zamknęłam go na jakiś czas
w przystępie irytacji i bezradności, bo w tamtym momencie nie
znalazłam innego sposobu na jego uchronienie przed podstępnym
atakiem bootów. Mając nadzieję, że ów atak przeminął otwieram
go ponownie. I wkrótce okaże się, czy zrobiłam dobrze.
Przynajmniej jeśli chodzi o owe ataki.
Inna sprawa, że od jakiegoś czasu
coraz mniej chce mi się na blogu pisać. Odnoszę wrażenie, że ten etap
w moim życiu powoli dobiega końca. Jakby jakaś iskierka
zgasła...Jednak mam mnóstwo miłych wspomnień związanych z
prowadzonym przez czternaście lat blogiem, dlatego przykro mi się
zrobiło, gdy spostrzegłam, iż to moje czternastoletnie dziecię
jest oblegane przez bezduszne i zapewne agresywne maszyny oraz
logarytmy. Dlatego by je ochronić schowałam owo dziecko do ciemnej piwnicy. Ale to
niestety broń obosieczna, bo ono tam marnieje, więdnie, zupełnie
odwyka od słońca. Jest tak jakby go nie było, a przecież jest,
jeszcze jest...
Nie wiem jak będzie z moim pisaniem
na blogu. Czy mi ta chęć wróci, czy nie. Tak czy siak nie chcę
byście się o mnie martwili, bo nic złego się u mnie nie dzieje.
Życie toczy się jak wprzódy. Zwyczajne, wiosenne, pracowite. Mam
swoje zmartwienia i problemy, ale któż ich nie ma? To kilkudniowe
zamknięcie bloga nie sprawiło, że jakoś zatęskniłam za
blogowaniem, natomiast uświadomiłam sobie, że chyba jeszcze nie
czas by zamykać go na zawsze, bez odwołania.
Jeszcze daję sobie czas a blog
niech sobie tkwi w letargu, mam nadzieję nie niepokojony już przez
armię bootów. A jeśli nawet? Cóż, nic na to nie poradzę...
Pozdrawiam serdecznie wszystkich życzliwych czytelników tego bloga!
Minęło dwanaście
lat odkąd razem z Cezarym założyliśmy tego bloga.Dwunasta rocznica nie jest czymś szczególnym,
bo to ani okrągła liczba, ani żadne wybitne osiągnięcie. Jednakże tak dużo się
teraz na świecie dzieje, tak bardzo zmienia się nasza rzeczywistość, że
nabieram wrażenia jak gdyby wszystko wisiało na włosku.I bezpieczeństwo i przyszłość i plany…Nie
wiadomo jak długo jeszcze będzie istnieć możliwość swobodnego pisania na
blogach, pisania gdziekolwiek. Bo przecież cenzura wszędzie nabiera wiatru w
żagle a do tego międzynarodowa sytuacja polityczna zagęszcza się, mrocznieje,
nie napawa optymizmem. W takich okolicznościach, w porównaniu z tym, co się
dzieje zupełnie nieistotną, bo tylko hobbystyczną sferą działania jawią się
blogi. Azaliż jednocześnie zdają się ważne jako przejaw wolności, jako bezcenny
zapis codzienności, która zmienia się na naszych oczach a my nie mamy na te
zmiany prawie żadnego wpływu.
Póki co zatem –
piszemy. Bo jeszcze możemy, bo jeszcze nam się chce. Używam tu liczby mnogiej,
domyślając się że i Wami miotają podobne odczucia. Ale nie wiem tego tak
naprawdę. Powinnam więc pisać o tym, co sama czuję, co widzę i przeżywam, co
mnie dotyka. Nie uogólniać tego za bardzo i nie wypowiadać się w cudzym
imieniu, jakbym była kimś w rodzaju trybuna ludowego a moje teksty jak gdyby by były jakimiś manifestami. Daleko mi
do czegoś takiego. Jestem tylko zwyczajną kobietą. Jedną z wielu. Mam za sobą
jakiś bagaż doświadczeń i przemyśleń. Przelewam je na klawiaturę komputera w
ten sposób utrwalając je dla siebie jako formę pamiętnika, ale i dzieląc się
nimi z Wami. Bo chociaż piszę w pustkę, to piszę do Was. Do ludzi z
internetowej mgły, którzy odwiedzacie to miejsce od dwunastu lat i dzielicie
się ze mną swoimi wrażeniami, odczuciami, myślami. Dlatego czasami wydaje mi
się, że Was znam. A innym znów razem mam odczucie, iż nie znam Was wcale…
Dwanaście lat to
niby krótki okres czasu, a jednocześnie długi, bo mnóstwo się przez te lata zdarzyło,
zmieniło. I na świecie i w Polsce i w okolicach, w jakich mieszkamy i w naszym
gospodarstwie i w nas i na blogu też…Jest tego wszystkiego taki ogrom, że nawet
nie podejmuję się ogarnięcia tych przemian i faktów, wymienienia ich chociażby
z grubsza. Nie miałoby to zresztą najmniejszego sensu. Przecież powstałby z
tego tekst przerażająco długi, nie do ugryzienia a tym bardziej nie do
strawienia. A na blogu najlepiej czyta się teksty w miarę krótkie, łatwe do
przeczytania i szybkiego skomentowania. Do tego każdy z nas, blogerów i
czytelników widzi ten czas po swojemu i ma własne, subiektywne spostrzeżenia
czy też wspomnienia. Wprawdzie co jakiś czas pojawiają się tutaj nowi
czytelnicy, którzy nic o mnie, o tym co się tu działo, o czym przez te
dwanaście lat pisałam, nie wiedzą a ogrom tekstów, który tu opublikowałam jest przez
nich niemożliwy do ogarnięcia. Ale z nowymi czytelnikami jest chyba trochę tak
jak z nowopoznanymi ludźmi w życiu codziennym. Nie muszą o nas wiedzieć
wszystkiego by chcieć zawrzeć z nami bliższą czy dłuższą znajomość. Ot, przeważnie
wystarczy to pierwsze, pozytywne wrażenie, przeczucie, że to ktoś nadający na
podobnych falach, iż jest jak książka, którą warto otworzyć i przekartkować z
ciekawością albo i zanurzyć się uważniej się w jej treści.
Tak więc z okazji
dwunastej rocznicy istnienia tego bloga nie zamierzam pisać o tym, co się przez
ten czas zmieniło, tworzyć tu jakichś podsumowań, lecz przeciwnie zastanowić
się chcę nad tym, co mimo wszystko przez tych 12 lat pozostało niezmienne…
A na pewno pozostała
moja miłość do natury i do zwierząt. Daję jej tu wyraz w tekstach prozą, w
wierszach, piosenkach, opowiadaniach i fotografiach.Kontakt z naturą, spacery po łąkach i lasach,
praca w ogrodzie, zabawy z psami i troska o nie uspokajają mnie, leczą duszę,
pomagają zachować dystans do tego, co dzieje się w coraz bardziej
nieprzewidywalnej rzeczywistości.
Pozostało upodobanie do pisania, choć nieraz
wydaje mi się, iż to bardziej kwestia przyzwyczajenia i uzależnienia, niźli
niewinnej pasji. A mimo tego, iż coraz częściej nawiedzają mnie okresy, gdy mam
wrażenie, iż studnia z natchnieniem oraz potrzebą pisania całkiem wyschła, to wciążpo chwilach posuchy i martwoty na nowo powstaję,odradzam się odnajdując w sobie dawną,
twórczą, wolną, otwartą i spontaniczną istotę. Bo choć zmieniłam się
wewnętrznie i zewnętrznie, choć zrobiłam się starsza, dojrzalsza i poważniejsza
a niekiedy też zgaszona, rozgoryczona i smutna, choć coraz częściej podejmuję
tu tematy związane z polityką, z przemianami zachodzącymi na świecie, to w
każdym swoim kolejnym wcieleniu jestem przecież szczera i tę szczerość ogromnie
sobie u innych ceniąca.Nadal też, choć
rzadziej niż kiedyś, potrafię zachwycić się byle drobiazgiem, śmiać się z byle
czego, nucić, szeptać wiersze albo wyobrażać sobie różne fantastyczne historie.
A przede wszystkim w dalszym ciągu pełna jestem wiary w ludzi i w dobro, które
potrafi przezwyciężyć wszystko. I dlatego pomimo wszystkich przemian w moim
charakterze oraz zainteresowaniach niczego nie zmieniłabym w opisie mojego
profilu, który zamieściłam tu kilkanaście lat temu zakładając tego bloga.
Na koniec chcę
podziękować wszystkim, którzy wytrwali „Pod tym samym niebem” ze mną i z
Cezarym przez te dwanaście lat, wszystkim, którzy pojawili się później oraz tym, co
wciąż się pojawiają zostając na dłużej by zaglądać do naszego świata i by
dzielić się kawałkami swoich światów…
Postanowiłam poniżej zamieszczać linki do moich postów, o których wspominacie w swoich komentarzach lub też jakoś związane z nimi tematycznie. Może tu powstać taka wspominkowa, jaworowa, blogowa lista przebojów! Jeżeli któryś z tekstów jakoś szczególnie zapadł Wam w pamięci, to proszę, napiszcie mi o tym.!:-))
Jak słownik PWN definiuje
słowo donos? Według niego to
zgłoszenie do władz, zwykle tajne, o dokonaniu przez kogoś jakiegoś wykroczenia
lub przestępstwa.
Zwyczajowo
składanie przez kogoś donosów odbierało się jako czyn nieetyczny, godzien
potępienia, niehonorowy. Dlatego też donosiciele nazywani byli denuncjatorami, informatorami, szpiegami,
agentami, konfidentami, szpiclami, wtyczkami, skarżypytami, paplami czy też
kapusiami.
Obecnie jednak
donos traktuje się jako najwyższą formę odpowiedzialności obywatelskiej i obowiązek
społeczny. A donosicieli nazywa się jakże szlachetnie sygnalistami. Mnie jednak
nie wiadomo dlaczego przychodzi na myśl były bohater Związku Radzieckiego,
komsomolec Pawlik Morozow, który zasłynął tym, że ślepo wierząc w nakazy
ideologii komunistycznej wydał na śmierć własnego ojca…
Po co o tym
piszę? Otóż dosięgła mnie właśnie niewidzialna ręka anonimowego sygnalisty. Owa
tajemnicza osoba kierowana zapewne właśnie ową odpowiedzialnością społeczną
zgłosiła do władz bloggera mój post pt. „Zaufać” jako naruszający wytyczne o tym, co jest
dozwolone a co niedozwolone na bloggerze. A owe władze po zapoznaniu się z tym
tekstem usunęły go z mojego bloga. Poinformowały mnie również, że każde kolejne
naruszenie przeze mnie owych wytycznych skutkować może usunięciem całego bloga.
Nie dziwcie się
więc, że nie ma już w archiwum bloga tamtego tekstu traktującego o popularnych
preparatach, Zielonym Ładzie i braku zaufania do władz. O tych sprawach pisać
mi nie wolno, gdyż nazywane jest to szerzeniem teorii spiskowych.
Do tej pory czytałam,
że takie sytuacje przydarzają się innym. Cenzura, donosy, ograniczająca wolność
wypowiedzi poprawność polityczna. To wszystko sprawiało, że z dnia na dzień
blogowiczom i autorom vlogów na YT znikały posty, filmy, a czasem całe kanały,
strony internetowe i blogi. A na facebooku onegdaj zamknięto nawet stronę
partii Konfederacja, bo zbyt śmiało i otwarcie wyrażała się tam o pewnych
sprawach. Teraz podobna sytuacja przydarzyła się mnie. Mieszkance cichego
siedliska pod lasem oraz mało komu znanej autorce bloga „Pod tym samym niebem”.
Wynika z tego, iż czujne oko Wielkiego Brata widzi wszystko i zrobi wszystko by
uciszyć pewne tematy, by maksymalnie ograniczyć wolność wypowiedzi. A usłużni sygnaliści skwapliwie mu w tym dopomogą. Mnie jednak naprawdę zdumiewa, że tak potężna instytucja jaką jest Google i należący do niej Blogger
zajmuje się cenzurowaniem bloga o tak małych zasięgach i znaczeniu jak mój.
Co ja na to
wszystko? No cóż. Do tej pory nieco naiwnie sądziłam, że mój blog jest mój. Że
wolno mi tu poruszać wszystkie ważne i ciekawe dla mnie tematy. Teraz
przypomniano mi, że zależę od władz platformy Blogger. A to blogowe miejsce
jest mi tylko łaskawie użyczane. I to tylko dopóki swym pisaniem będę mieścić się
w ściśle oznaczonych ramach.
Muszę się
zastanowić, co z tym dalej zrobię, jak postąpię. Bo niestety trochę odechciewa
mi się blogowania, jeśli wolno mi pisać tylko o ptaszkach, motylkach i
kwiatkach…Nie wiem także, czy ten tekst nie stanie się dla Bloggera powodem do
likwidacji tego bloga. Być może znowu zupełnie niechcący, czy nieświadomie
napisałam o czymś zakazanym. Wszystko jest przecież możliwe w tych dziwnych
czasach a zakres niepoprawnie politycznych zagadnień stale się poszerza. Do tego regulujące to wszystko przepisy są niejasne i nazbyt ogólne. Sprawia to, że nieomal każdy tekst może być oceniony przez współczesnych cenzorów negatywnie. Dlatego
też liczę się z tym, że to może być mój ostatni post.
P.S.
Odpowiedź dla osób, które pytają za co właściwie blogger usunął mi tamten post. Nie wiem, bo niczego konkretnego mi nie napisano. Mogę się tylko domyślać owych powodów na podstawie informacji dotyczącej polityki treści bloggera, której treść przesłano mi na pocztę mailową, ale która jest dostępna dla wszystkich cały czas w warunkach korzystania z usługi ( to ten napis malutkimi, szarymi literkami widoczny na samym dole paska po lewej stronie tam, gdzie widać statystyki bloga, komentarze i ustawienia). Poniżej podaję linka do tego miejsca, jeśli ktoś chciałby tam wejść i się zapoznać z mocno ogólnymi wytycznymi bloggera w sprawie tego, co jest na bloggerze niedozwolone.
- O czym chcesz pisać, Oluniu? – zapytał mnie dziś rano
Cezary, gdy powiedziałam mu, że zamierzam zabrać się za pisanie nowego posta.
- Nie wiem o czym. O niczym konkretnym. Ot, taka
zbieranina zdarzeń, refleksji z ostatniego czasu. Jak to przeważnie na blogu –
odparłam i na długo zastygłam w bezruchu nad klawiaturą. Wsłuchana w pełne
poezji pieśni wiedźmińskiego Jaskra( Z.Zamachowskiego), które bardzo współgrają
z moim jesiennym nastrojem zaczęłam się zastanawiać nad tym, co chciałabym
napisać i właściwie, po co?
Blog, co
stwierdzam coraz częściej, bezsprzecznie jest dla mnie rodzajem pamiętnika.
Pamięć ludzka bywa zawodna a moja i Cezarego, z wiekiem staje się wręcz
dziurawa niczym dojrzewający ser, dlatego dobrze jest móc sobie przypomnieć to
i owo posiłkując się czymkolwiek tylko się da. Prowadzimy z mężem tego bloga od
ponad jedenastu lat i choć wydawałoby się, że to niedługi kawałek czasu, to
jednak bardzo dużo się przez ten okres zdarzyło. I my oboje bardzo się zmieniliśmy.
Głównie zewnętrznie, ale i duchowo zauważyć można wiele różnic. Weźmy chociażby
nasz stosunek do tego, co dzieje się na arenie politycznej w Polsce i na
świecie. O ile jeszcze osiem lat temu pełni byliśmy wiary w zmiany na lepsze, o
ile był w nas radosny entuzjazm i pewien rodzaj dziecięcej nieomal naiwności,
to teraz mamy wrażenie, że gwałtownie dojrzeliśmy i znaleźliśmy się na przeciwległym
biegunie. Nie ma już w nas tamtej dawnej ufności. Pojawiło się zniechęcenie,
rozczarowanie, niemoc, gorycz i lęk, co do coraz dziwniej zapowiadającej się
przyszłości. Znacznie częściej zatem odwracamy się od tego, na co nie mamy
wpływu i skupiamy się na tym, co jeszcze od nas zależy. Na tym naszym malutkim
świecie, w którym żyjemy na co dzień, który też się zmienia, ale nie tak
drastycznie, jak zewnętrzny świat. A zmiany, których tu doświadczamy w większości
są pozytywne. I stanowią dzieło naszych własnych myśli i działań. Tylko tyle i
aż tyle…
Coraz częściej
też nasuwa mi się spostrzeżenie, że piszę bloga przede wszystkim dla siebie.
Nie dla poklasku, złudnej popularności, czy czyjejś chwilowej zazwyczaj
sympatii. Spotykanie na blogu ludzi z
całego świata jest bardzo miłe, rozmowy z Wami w komentarzach jeszcze bardziej,
ale nie to jest najważniejsze. Piszę, bo lubię i póki mi się chce pisać. Piszę,
choćbym miała pisać tylko dla siebie i Cezarego. Piszę, bo pragnę zachować umysł
w jako takiej sprawności. I jeszcze jedno. Zależy mi na tym by utrzymać tu jakiś przyzwoity poziom. Udowadniać samej sobie, że nadal potrafię tak pisać, by po czasie nie wstydzić
się tego, co napisałam. A co najwyżej zdumiewać w pozytywnym sensie, że udało
mi się w wierszach albo prozie nieźle
złapać, udokumentować daną chwilę. I cieszyć się, że napisałam, utrwaliłam jakiś moment tekstem, bo gdyby nie to uleciałby zapomniany jak wiele innych przed nim i po nim...
Wróćmy zatem do teraźniejszości... Końcówka września i początek października to w Jaworowie problemy
z Internetem a zaraz potem awaria mojego komputera. Oba te fakty uświadomiły mi
po raz kolejny, jak ważny jest dostęp do Internetu w obecnych czasach, jak
lubię poczytać sobie co dzień do porannej kawy wiadomości na ulubionych
portalach albo nowe teksty na Waszych blogach, posłuchać muzyki z YT, obejrzeć
jakieś filmiki. Jednocześnie jednak doszło do mnie, że gdy przez jakiś czas nie
mogę korzystać z tego wszystkiego, to świat absolutnie się nie zawala. Mogę bez
tego żyć a nawet więcej, całkiem dobrze mi się żyje. Mam wówczas więcej czasu
na inne formy aktywności. Chociażby na wędrówki z aparatem fotograficznym albo na czytanie książek.
A propos książek,
to przytrafił mi się niedawno niemiły wypadek z ich udziałem. Otóż po wizycie w gminnej bibliotece i po wytaszczeniu z niej ogromnej torby pachnących nowości położyłam
je na tylnym siedzeniu samochodu, gdzie miały podróżować z nami w rundce po
sklepach i by bezpiecznie powrócić do domu. Niestety! W jakiś czas potem przez bezmyślność
tuż obok płóciennej torby z książkami położyłam reklamówkę wypchaną kurzymi
korpusami dla psów. Niby te korpusy były w podwójnej folii, niby reklamówka
mocna, ale okazuje się, że wszystko ma swoją wytrzymałość a jak ma człowieka dopaść
pech, to dopadnie. W domu okazało się, że książka leżąca na samym dnie torby okropnie
upaćkana jest krwią cieknącą z owych kurzych trucheł (a był to pewien bestseller,
na który obecnie w mojej bibliotece trwają zapisy!). Także kolejna,
spoczywająca na tamtej książka była nieco ubrudzona. Płakać mi się chciało na
ten widok. I wściekałam się sama na siebie, że doprowadziłam do takich
zniszczeń. I to kto? Ja – była bibliotekarka i w ogóle maniaczka na punkcie
szacunku dla książek. Ileż to razy zdarzało mi się w tych bibliotekarskich
czasach znajdować w zwróconych przez czytelników książkach ohydne plamy po
kawie, barszczu, tłuszczu i innych, bardziej podejrzanych substancjach. Zawsze
wtedy stwierdzałam ze smutkiem, że ludzie albo nie przywiązują w ogóle wagi do
stanu wypożyczonych przez siebie książek albo nie zauważają i lekceważą
ewentualne zniszczenia albo też wstydzą się tego, co zrobili i milczkiem, jak
gdyby nigdy nic zwracają książki do biblioteki w nadziei, że nigdy nie zostaną wykryte
ich przewinienia. W moim przypadku nie było innej opcji, jak tylko odkupienie
nowych egzemplarzy owych dwóch dzieł a potem zwrócenie ich do biblioteki wraz z
przyznaniem się do winy i pokazaniem miłej pani bibliotekarce, rozmiaru
uszkodzeń. Tak się stało i owo zdarzenie będzie kolejną lekcją dla mnie bym
uważała na to, co wożę samochodem i bym umieszczała torbę z książkami w
najbezpieczniejszej jego części. I jeszcze jedno. Te dwie zalane krwią, ale
całkiem zdatne do czytania powieści (bo różowe plamy objęły tylko skraje kartek
nie docierając do drukowanego tekstu) mam teraz u siebie w domu na półce. Są
moje i na pewno nie raz jeszcze do nich sięgnę, bo obie są, moim zdaniem,
kawałkiem niezłej literatury. Być może pokuszę się w przyszłości o recenzję obu
tych powieści na blogu. W końcu od czasu do czasu lubię tu pisać także o ciekawych
książkach…
I co jeszcze u
nas słychać? Jesień nadal piękna, choć już wieczory i ranki
chłodne, wilgotne a i w kuchennym piecu zdarza mi się palić coraz częściej. Piekę w nim z
lubością drożdżowe ciasta z posypką a na płycie przeważnie pyrka jakaś zupa
cukiniowa, dyniowa, grochówka albo po prostu rozgrzewający wspaniale rosół. Robię
też soki i inne przetwory z ostatnich owoców z naszego ogrodu. Także nasz ogrodowy
grill nadal pracuje pełną parą. Teraz Cezary samodzielnie wędzi w nim pyszne,
domowe wędliny. Zrobione przez niego szynki, boczki i schaby, zapeklowane
porządnie, obsypane aromatycznymi przyprawami, mogą długo leżeć w lodówce i
nic złego się z nimi nie dzieje. Te sklepowe, obślizgłe już nazajutrz po
zakupie wyroby absolutnie się do nich nie umywają.
Coraz więcej
grzybiarzy pojawia się w naszym lesie. Pewnie więc i my niebawem wyruszymy na
jakieś grzybobranie. A póki co nadal mamy sporo pracy w ogrodzie i tylko
niekiedy znajdujemy czas by wybierać się na krótkie, widokowe przejażdżki po
okolicach. Już tyle razy oglądane i fotografowane wciąż nas bowiem te okolice
zachwycają. I coraz częściej stwierdzamy, że wcale nie trzeba wybierać się
nigdzie daleko, skoro tak blisko znaleźć można prawdziwe cuda. Cuda natury...
I to by chyba
było na tyle dzisiaj, bo i tak za bardzo się już chyba rozpisałam. Słuchając wiedźmińskich piosenek gorąco pozdrawiamy
Was oboje z Cezarym, za Waszą obecność tutaj serdecznie dziękujemy, dobrego,
spokojnego czasu życzymy i …do napisania!:-)
P.S.
I jeszcze jedno. Od jakiegoś czasu czytuję bloga pisanego przez niezwykle utalentowana literacko osobę. To MaB z bloga "KrólestwoMab" https://maabkingdom.blogspot.com/ Zdecydowanie warto do niej zajrzeć. A szczególnie polecam jej teksty miłośnikom prozy Sapkowskiego oraz Wiedźmina. MaB pisze bowiem teraz powieśc w odcinkach w cudownym, wiedźmińskim klimacie! To własnie jej opowieść natchnęła mnie ostatnio do słuchania muzyki i piosenek z filmowej wersji "Wiedźmina".
…Wrzesień przyniósł nam spore ochłodzenie a także
znaczącą zmianę kolorystyki pogórzańskich pejzaży. Wokół jest coraz bardziej
jesiennie, choć wydaje się, że jeszcze na to za wcześnie. Płowe trawy na łąkach
jak okiem sięgnąć złocą się i lśnią w świetle słońca wyrazistą, opalizującą
poświatą. Liście drzew przebarwiając się na żółto, rudo i brzoskwiniowo przez
chwilę wirują w wielobarwnym tańcu a potem cichutko szeleszcząc osiadają
warstwa za warstwą na nienapojonej od dawna ziemi. Dojrzałe i ciężkie od słodkiego soku kiście
winogron niby zapałeczki łamią się pod
swym ciężarem i spadają na uschły trawnik. Zaczęły już kwitnienie astry
marcinki. Ich niemalże bezlistne, zrudziałe łodygi nie wydały w tym roku zbyt wielu
kwiatów. Nie widać, niestety między nimi jak zawsze o tej porze rojów beztroskich,
kolorowych motyli.Może jeszcze się
pojawią, a może i im zaszkodziły tegoroczne upały i wyjątkowo nie odwiedzą
jaworowego ogrodu? W tym sezonie nie ma też prawie wcale w naszych stronach
kleszczy. Pewnie w palącym słońcu poschły na krzewach nie mogąc doczekać się
wilgoci i żywiciela. Nieobecność kleszczy oraz ślimaków wydaje się jedyną
korzyścią z tego kończącego się już diametralnie gorącego i suchego lata. Tutejsza
przyroda umęczona permanentnym brakiem opadów (a trwa to u nas już kilka
miesięcy) i jakichkolwiek szans na odrodzenie zieleni, bezradna wobec toczącej ją coraz dogłębniej
suszy najwidoczniej zdecydowała, że pora szykować się do jesieni. Pora już
chyba pożegnać złudzenia o ożywczych deszczach, o cudownym ratunku dla
spieczonej, ledwie dychającej natury. Na nic bunty, frustracje i próżne
nadzieje. Trzeba dostosować się i pogodzić z tym, co jest. Nareszcie odpocząć
po letnich męczarniach, szykując się na to, co nieuniknione, na zimę, która
naturze przyniesie upragniony, spokojny sen i błogą hibernację a ludziom…? No
właśnie. Też chciałoby się usnąć i nie martwić już niczym. Odciąć się od napływających
zewsząd niewesołych wiadomości czy złych przeczuć a potem obudzić wypoczętym i chętnym
do działania, gdy już dokoła panować będzie radosna, optymistyczna wiosna i
uskrzydlać będą co dnia nowonarodzone, wielobarwne marzenia…
A tymczasem w
rozmowach z sąsiadami i znajomymi wiele teraz troski o byt, zwierzeń o starych
i nowych problemach, pełno trwożnych pytań bez odpowiedzi. Niechciane i
uciszane niepokoje wyłażą zewsząd popiskując niecierpliwie niby myszy gotujące
się do gromadnej inwazji na marnie zabezpieczony na taki atak spichlerz. Ta
okrutna susza jest ogromnym, ale jednak tylko jednym z mrowia dokuczliwych zmartwień.
Wydaje się także symbolem tego, jak my i natura bezradni jesteśmy w obliczu destrukcyjnych,
wszechogarniających zmian, które ni stąd ni zowąd mogą nas dotknąć. Ma się
wrażenie, że jakaś monstrualna, ciemna chmura zawisła nad przyszłością zapobiegliwych
i pracowitych, lecz coraz bardziej bezradnych teraz ludzi. Można od niej
odwracać głowę, można udawać, że jej nie ma i próbować cieszyć się okruchami
zwyczajnego życia, ale niestety, groza tej złowieszczej chmury coraz bardziej
daje o sobie znać…
Patrzę na piękno
gotującego się do kolejnej pory roku Pogórza. Chłonę je wszystkimi zmysłami,
pragnąc czerpać z niego poczucie bezpieczeństwa, spokój i pociechę, a przede
wszystkim oderwanie od niewesołych myśli o tym, co czai się blisko i daleko. Swoją
drogą, jakie to dziwne i abstrakcyjne nawet doznanie. Oto całe światy chwieją
się w posadach, oto ludzkość jest świadkiem gwałtownych przemian społeczno-politycznych,
oto prują się tak mocne do niedawna materie normalnej codzienności a tymczasem
jesień jak gdyby nigdy nic wkracza w nasze życie malując pejzaże po swojemu. W
przeciwieństwie jednak do poprzednich jesieni, w tegorocznej, tak na pozór urokliwej
i kolorowej,dostrzegam obraz znużenia, bezradności
i cierpienia.
To już dwunasta
jesień, którą dane nam będzie spędzić w tych okolicach. Każda z tych jesieni
była nieco inna a jednak w jakiś sposób podobna do siebie. Wiele z nich
przynosiło kolejne fale zwyczajnych radości i smutków, a także zdarzeń nagłych
a znaczących, niemożliwych wcześniej do przewidzenia. W ich obliczu człowiek
musiał sporo rzeczy w sobie przewartościować. Z czymś się nieodwołalnie
pożegnać. Wciąż rzeźbić siebie na nowo. Starać się zrozumieć więcej, ale i
pogodzić z tym, a nawet zaakceptować to, czego pojąć i zmienić nie sposób. Iść
naprzód. I przede wszystkim ocalać w sobie…siebie. Oboje z Cezarym tacy sami a
jednak trochę inni idziemy zatem i iść nie przestaniemy, póki sił w mięśniach i
zapału w sercach nie braknie.
Zbliża się dziesiąta
rocznica istnienia tego bloga. Ze zdumieniem konstatuję ten fakt, bo po
pierwsze bardzo szybko to przeleciało a po drugie zakładając to wirtualne
miejsce, nie przypuszczałam, iż tak długo będzie ono trwać i tak bardzo się
rozrastać. Kilkaset zamieszczonych tu tekstów oraz kilkadziesiąt tysięcy
fotografii dokumentuje nasze tutejsze życie, nastroje, kolory, marzenia,
zmartwienia, pogodę a przede wszystkim liczne, blogowe znajomości, które przez
pewien czas intensywnie kwitły, ale potem więdły zapewne po to, by mogły się
narodzić inne…
Na początku blog
zdawał się być ot,zabaweczką, rozrywką
na długie jesienne wieczory. Potem zaczął się zmieniać w rodzaj internetowego
pamiętnika, czy może nawet w odmianę wirtualnego, przytulnego domu. Bywał też
specyficznym lustrem, w którym przeglądałam się, chcąc zbadać jakie zmiany
zaszły we mnie przez te lata, ile zostało we mnie dawnej Oli, czy wciąż
rozpoznaję się w tym odbiciu i czy się z nim utożsamiam. Różnie to bywa…Coraz
mniej odnajduję w sobie rozmarzonej, ufnej idealistki. Coraz więcej dostrzegam
graniczącego z pesymizmem realizmu a czasem nawet (zwłaszcza jeśli idzie o
ogląd współczesnego świata) radykalizmu. Cóż. Wiek ma swoje prawa. Gromadzone
latami doświadczenia, obserwacje oraz towarzysząca im wiedza o świecie i
ludziach robi swoje. Każdy z nas się zmienia czy tego chce, czy nie. Nie można przecież
pozostać na zawsze szybującą w obłokach wyobraźni naiwną, poetyczną Anią z Zielonego Wzgórza czy też wiecznie
optymistyczną Pollyanną.Jednak miło
jest odnajdywać w sobie ich maleńkie cząstki, nigdy niegasnące promienie
nadziei, ukryte nieraz pod grubą warstwą pragmatyzmu.
Oboje z Cezarym
dziękujemy wszystkim stałym czytelnikom i komentatorom tego bloga za Waszą
życzliwą obecność tutaj i wyrażamy nadzieję, że jeszcze przez jakiś czas
będziemy mogli się na blogowych łamach spotykać. Na to będzie miało wpływ wiele
rzeczy, ale w najbliższym okresie decydujący może okazać się po prostu brak
prądu elektrycznego, który jak nas zewsząd straszą już wkrótce stać się może
dobrem luksusowym a nawet niedostępnym. Zatem póki nam wszystkim jeszcze nie
wyłączyli światła, póki trwają nasze swojskie, małe światy wraz z kolejną
jesienią pozdrawiamy Was serdecznie pod tym samym niebem!:-))