Każdy z nas czasem tak ma, że chociaż wie, iż coś koniecznie powinen zrobić, mimo wszystko nie robi tego. Odkłada. Ociaga się. Boi i wynajduje tysiące przeszkód i niemożności. Próbuje zapomnieć a wciąż natrętnie pamięta. W życiu doświadczyłam wielu takich stanów, w których wstydziłam się własnej niemocy i trwania w dziwnym kokonie nicnierobienia w nadziei, że coś samo się za mnie zrobi. Ale nie! Zawsze okazywało się, iż odkładanie czegoś, chowanie na dno szafy niczego nie załatwia a tylko pogarsza moje samopoczucie i samoocenę.
Oczywiście istnieją też problemy z gruntu beznadziejne, za które ma ma po co się brać, bo z góry wiadomo, że się nie uda. Są też tak straszliwie trudne sprawy, że zdaje się, iż zupełnie przerastają nasze możliwości i wytrzymałość psychiczną. Często w moim życiu bywało tak, że gdy czułam się zgnębiona własną niemocą w jakiejś sprawie musiałam poprawić sobie szybko samopoczucie w inny sposób. Sprawić, że odzyskam wiarę w siebie i szacunek. Udowodnić sobie, że coś jednak potrafię i jakąś dziedziną mojej egzystencji władam. Zapracować sobie na jakiś erzatz w dużym stopniu mnie zadowalający. Zrekompensować sobie jakąś dotkliwą niemożność innym sukcesem osiągniętym dzięki swej sile ducha i ciała.
Przykład? Kiedyś bardzo długo nie mogłam znaleźć pracy. Sytuacja była kryzysowa a ja po wielu rozmowach kwalifikacyjnych i odmowach zaczęłam w końcu wierzyć, że sie do niczego nie nadaję, że jest mnóstwo lepszych ode mnie potencjalnych pracowników. Z tego wszystkiego zaczęłam szukać sobie jakiegoś odrywającego mysli od swego bezrobocia zajęcia. I wciągnęłam się w szkole mej córki w przygotowywanie dekoracji w jej klasie, w wykonywanie przeróżnych pomocy dydaktycznych. Stałam się omalże etatową mamą - opiekunką. Jeździłam z dzieciakami na wszystkie wycieczki. Spędziłam kilka pięknych, majowych miesięcy na zielonej szkole. Dzięki temu jakoś doszłam do siebie. Odpoczęłam. Odzyskałam nadszarpnięte ego. Co więcej, zdarzył się cud i wkrótce potem dawna koleżanka licealna poleciła mnie w swojej firmie. Wreszcie znalazłam upragnioną pracę!
Gdy trzeba jestem osobą upartą i twardą a przy tym surową w ocenie samej siebie. To sprawia, że po dniach zawieszenia i samookłamywania odnajduję w sobie wreszcie siłę, konieczną do zrobienia tego, co mogę i co powinnam w danej sytuacji zrobić. Tak stało się i tym razem. Patrząc na siebie, na przybywające mi w zastraszajacym tempie kilogramy, na pogarszajacą sie wydolność organizmu oraz przeróżne dolegliwości, których ilość zaczęła się ostatnio drastycznie powiększać, wreszcie powiedziałam samej sobie - stop Olu! Tak dalej być nie może! Musisz coś ze sobą zrobić żeby dać radę żyć jeszcze długo, zdrowo i pracowicie. Musisz sporo schudnąć i udowodnić sobie, że nie jesteś jakąś łódeczką dryfującą bezwładnie po oceanie, lecz osobą o silnej woli i mocnym charakterze, która powinna coś dla siebie zrobić. Czas się za siebie wziąć i już!
I wzięłam się. Od pierwszomajowego czwartku jestem na głodówce. Ścisłej. To znaczy, że nic nie jem a tylko piję przeróżne rzeczy: zbożową kawę, wodę, ziołowe herbatki oraz rozcieńczone soki. Trzy pierwsze dni głodowania przebiegły bezproblemowo. Trochę mi w brzuchu burczało, trochę głowa bolała i tyle. Najgorzej było czwartego dnia. Odczuwałam przeróżne bóle i kłucia w całym ciele.Jednak nie niepokoiłam się tym wiedząc z wielu książek poradnikowych oraz specjalistycznych stron w Internecie, że to objawy odtruwania organizmu. Po prostu w różnych częściach ciała odkładają się każdemu złogi, śmieci, sól i kamienie. Im jest się starszym, tym tego wiecej. U mnie najwięcej dolegliwosci skupiło sie na części krzyżowej i międzypiersiowej kręgosłupa oraz w jelitach. Bolało tak, że wiele razy w ciągu dnia musiałam się położyć i odpocząć, bo nie czułam się zdolna do żadnego wysiłku. Na szczęście to była pochmurna niedziela, więc nie musiałam iść na pole ani w ogóle wiele robić. Byłam bardzo słaba i ogólnie jakaś otępiała. Podrzemywałam, ale budziło mnie łupanie w skroniach i przejmujace zimno, które odczuwałam mimo opatulenia w dwa koce. Nie chciało mi się ruszyć ani ręką ani nogą.Jednak mimo wszystko zwlekałam się od czasu do czasu z łoża boleści aby zrobić cokolwiek, bo przecież przez mój post zwierzaki nie powinny cierpieć. Im głodówka najzupełniej niepotrzebna!
Pod wieczór zaczęły mnie gnębić marzenia o czymś słodkim. Na myśl o biszkopcie z kremem, galaretką i truskawkami kręciło mi się w głowie a usta były pełne śliny. Potem ni w pięć ni w sześć unaocznił mi się piernik z marmoladą i czekoladą. Poczułam wręcz jego upajający, korzenny zapach. Moje jelita ścisnęły się boleśnie a ja by się jakoś ratować napiłam się gorącej ziołowej herbaty z sokiem i położywszy się znów pod kocyk wzięłam się za książkę M.Tombaka "Jak żyć długo i zdrowo". Zatopiłam się zupełnie w tej mądrej lekturze i na szczęście, zapomniałam o zmorze słodyczy.
Jednak kolejnego dnia, gotując dla Cezarego grochówkę z lubczykiem poczułam się bardzo smutna, gdyż zrozumiałam jak wiele smakołyków mnie omija i omijać przez pewien czas będzie... No trudno! Robię to wszak dla swojego dobra. To tymczasowa tortura na własne życzenie. Muszę teraz traktować jedzenie niczym nałóg, w trakcie leczenia którego jestem. Żadna krzywda mi sie przecież nie dzieje - tak mówia wszelkie poradniki. To tylko urlop od jedzenia. Daję memu organizmowi czas na odpoczynek od trawienia oraz na oczyszczenie się z tego, co w nim zbędne.Schudnę, poczuję się lepiej fizycznie i psychicznie, no i rzecz jasna postaram sie pilnować potem swej diety by znowu nie doprowadzic się do wyglądu pulpecika. Za kilka tygodni będzie już pewnie można zbierać jakieś warzywa z naszych grządek, pojawią się czereśnie i jabłka a więc zdrowe, pyszne jedzonko będę miała zapewnione!
Od początku głodówki Cezary bardzo wspiera mnie we wszystkim, troszczy sie o mnie i pomaga więcej niż zwykle w obowiązkach gospodarskich. Oznajmił mi także, że jeśli nadal wszystko pójdzie mi tak dobrze, jak do tej pory, to i on się za siebie weźmie, bo też trzeba mu parę kilo zrzucić oraz pozbyć się bólów w stawach. Mąż codzienne patrzy na mnie wnikliwie i zauważa, iż tu i ówdzie wyraźnie mnie ubyło. Twarz nie jest już tak okrągła. I w pasie mniej już tłuszczyku. Podziwia mnie w mym karkołomnym postanowieniu, ale jednocześnie martwi się bym sobie jakoś nie zaszkodziła. A od czasu do czasu zajadając kanapkę z pachnącym pasztetem czy oszałamiająco wonnym ogórkiem pyta, czy się nie skuszę? W odpowiedzi uśmiecham się tylko i wypijam szklankę herbatki miętowej albo bzowej. A potem dalej robię swoje.
Ile czasu mam zamiar głodować? Myślę, że tyle, ile wytrzymam. Przede wszystkim jednak chcę zrzucić tyle kilogramów, by mieścić się znowu w ulubionych spodniach. To od początku odchudzania taki mój prowizoryczny miernik, bo miałam przez pewien czas problem ze znalezieniem wagi łazienkowej. Nie działała, wiec kilka tygodni temu gdzieś ją schowałam. Po dwóch dniach postu znalazłam ją wreszcie. Skupiłam się mocno i wówczas naszło mnie przypomnienie, iż swego czasu wyniosłam wagę do naszej rupieciarni, czyli na strych. Przyniosłam ją, przetarłam a potem poprosiłam męża o natychmiastową wymianę baterii. Zważyłam się bojąc się ujrzeć na wyswietlaczu jakąś przerażającą liczbę, ale ucieszyłam się zaraz, gdyż okazało się, że nie jest ze mną aż tak źle! Do optymalnej dla mnie i zupełnie zadowalającej wagi brakuje mi około dziesięciu kilo. To przecież nie tak dużo! Zdopingowana tą pozytywną informacją poczułam się uskrzydlona i radosna a wszelkie problemy z głodówką odeszły, jak ręką odjął.
Doszłam teraz w mojej głodówce do momentu, gdy jestem pełna sił, nic mnie nie boli, czuję się pogodna i wolna oraz mam wrażenie, że mój mózg działa sprawniej. Niczym się nie denerwuję i ze stoickim spokojem patrzę na rzeczy, które przedtem przyprawiały mnie o nerwicę i problemy ze snem. Nawet zaczynam wierzyć, iż te nierozwiązywalne sprawy, które są jak kłębek zamotanych straszliwie nici uda mi się w końcu rozsupłać. Moze coś mądrego wpadnie do tej mojej pracującej teraz na pełnych obrotach głowy i znajdę sposób na wyjście z impasu? I taka pełna jestem pozytywnych myśli, taka odmłodzona...Troszkę mi tylko żal, że ominie mnie coroczna uczta truskawkowa. Przecież teraz sezon na te owoce w pełni...
A poniżej wierszyk, który napisałam wiele lat temu, gdy byłam w trudnej sytuacji i codziennie zmagałam się z przygnębiającymi myślami o własnej niemocy. Zbeształam wówczas siebie mocno tymi słowami i wreszcie popchnęłam się do czynu!
Rusz się, rusz duszo niepozbierana
Zrób, co masz zrobić nareszcie
Nie tkwij w martwocie i rusz się
zaraz
Wciągnij odważniej powietrze
Sama się w dołek swych obaw wkopałaś
Teraz się z niego wygramol
Bo czas ucieka, Ty tylko biadasz
I wciąż powtarzasz to samo
A że się boisz, a że nie umiesz
Dorosła a ciągle jak dziecko
Odnajdź nareszcie w swoim rozumie
Chwilę do startu konieczną
I działaj, działaj wbrew
wszystkiemu
Bo strach jest gorszy niż dzianie
Wyzwól się wreszcie z jarzma lęku
Co się ma stać, niech się stanie!
Do tej pory schudłam cztery kilo!:-))
