Popadało!
Nareszcie obficie zlało u nas ziemię a zdaje się, że to jeszcze nie koniec
opadów, bo i dzisiaj niebo po słonecznym poranku zaczyna znowu się chmurzyć. I
bardzo dobrze! Tutejsza spieczona ziemia wchłonie każdą kropelkę i odwdzięczy się
krystalicznie czystym powietrzem oraz obfitością kolorów i roślin w ogrodach, w
lasach, na polach i łąkach. Już tak jest! Wszystko pachnie. Ziemia nareszcie
oddycha z ulgą! A obfitujące we wszelkie odcienie szarości niebo obiecuje
kolejną, sporą porcję dobroczynnej wody.
Wieczorami wychodzę
do ogrodu z wiaderkiem wypełnionym do połowy wodą z solą i pracowicie zbieram z
grządek i trawników ślimaki. Ich obecność oraz ślimacza żarłoczność to jedyny
minus deszczu. Jednak zbierając ohydne pomrowy mam okazje dokładnie obejrzeć
sobie rosnące jak na drożdżach warzywa i kwitnące coraz to nowe kwiateczki,
zerknąć w górę, na drzewa owocowe oblepione jak jeszcze nigdy jabłkami,
gruszkami i śliwkami. Popatrzeć na rozległe przestrzenie łąk i lasów dookoła. Zachwycić się cudownym aromatem będących właśnie w pełni
rozkwitu lip, róż oraz bogatej w
niepowtarzalną, oszałamiającą wręcz woń liliowej, drobnokwiateczkowej, jakże
niepozornej z wyglądu maciejki. Tego
roku posiałam maciejkę gdzie tylko się dało, w doniczkach i na grządkach. Mam nadzieję,
że będzie kwitnąć całe lato i otulać cały ogród w swój najwspanialszy na
świecie, niemożliwy wręcz do opisania zapach.
Moja mama kochała zapach maciejki
i ja też od kiedy tutaj mieszkam nie wyobrażam sobie bez niej wiosenno-letnich
wieczorów. Maciejka to wspaniały przykład na to, że naprawdę skromna,
nierzucająca się w oczy roślinka może pozytywnie zaskakiwać i zachwycać
bardziej niż pyszniące się bogatym wyglądem róże, piwonie czy lilie. Tak samo
bywa też z ludźmi! Jak często zdarza się, że te cudownie piękne dziewczyny,
przy bliższym poznaniu wiele tracą. Szybko rozczarowują, nudzą i odstręczają od
siebie a ta ich niezwykła uroda okazuje się tylko profesjonalnym makijażem,
maską za którą nie kryje się nic wartego zgłębiania. Natomiast te niepozorne
okularnice, nieśmiałe, szare myszki pochylone nad jakaś lekturą albo pracą, we
właściwy sposób zagadnięte a później cierpliwie oswojone okazują się ciekawe i
pełne rzadkiego blasku. Tylko musi znaleźć się ktoś, kto będzie chciał poznać
je lepiej, nie zrażać się brakiem papuzich barw oraz hollywoodzkiego uśmiechu
za milion dolarów!
Wcześnie rano
wybiegam z domu w gumiakach i koszuli nocnej. Z mokrej trawy woda aż skacze
kropelkami wysoko do góry. Osiada diamentowym lśnieniem na każdym liściu i
owocu. Nawet siatkowy płotek ozdabia w przyciągające oko brylantowe błyski. W
porzeczkach lśni pąsowo słoneczny promień a z dojrzewających owoców młodej
trześni, poruszonych przez kilka żarłocznych szpaczków spada na mnie zimny
prysznic. Śmieję się i piszczę zaskoczona a potem uciekam dalej.
Lecę do kurzej
części ogrodu. Za mną nieodłączne Misia i Hipcia. Tam psiakom wchodzić nie
wolno, bo znając ich dzikie zapędy zaraz napadłyby na biedne kurki i marny
byłby los mego drobiu. Zostają za bramką, wiernie czekając tam na mnie. Wypuszczam
kury z kurnika. Wsypuję im pszenicy do karmnika. Kogut od razu donośnie nawołuje
wszystkie swoje żony.
Przemierzam mokry trawnik. Krople wody znowu tańczą i
podskakują wysoko. Mijam kwitnące teraz jadalne kasztany. Oglądam krzaki pomidorów, które po wczorajszej ulewie ugięły
się nieco i chyba o kilkanaście centymetrów urosły. Podwiązuję je po raz już
chyba czwarty tej wiosny. Zerkam też na rosnące obok cukinie. One również wydają
się większe niż wczoraj. To samo jest z dyniami, kapustami i ziołami na grządce w
kształcie łezki. Nigdy jeszcze nie miałam tak bujnej i wysokiej mięty jak w tym
roku.
Spoglądam na
przyległy do budynku gospodarczego warzywnik. Oho! Koperek wygląda coraz lepiej.
Cudnie perlą się na nim kropelki deszczu. Nareszcie porządnie podlane wyrosły ładnie buraczki, papryki,
sałata i fasolka. Ogórki też zaczynają
wypuszczać już wąsy. Oj, czuję, że urodzaj w tym roku będzie ogromny. Co ja z
tym wszystkim pocznę?!:-)
Koty się
pobudziły. Miałczą do mnie na powitanie ze strychu, na którym sypiają w letniej
porze. Zaraz przyniosę im świeże jedzonko. Wygłaskam porządnie. Tymczasem Misia, ta nasza cyrkówka sprawnie wspina się do nich po drabinie. Byleby
być bliżej, powąchać albo i kłapnąć szczęką. Żaden z pozostałych naszych psów
nie potrafi się wspinać. Nawet nie próbują takich sztuczek. Zresztą im koty nie
dziwne, widziały je nie raz. Wiedzą dobrze, kto zacz. Nie raz pewnie spotkały się z
ich ostrymi pazurkami, więc nie pchają się do nich wcale. Misia zna tylko koci zapach, słyszy wydawane
przez nie dźwięki. To dla niej wciąż fascynująca, nierozwiązana zagadka. Dlatego
rozmiałczany strych jest dla niej nieodmiennie silnym wabikiem. Nie wiedząc jak wysoko
wchodzi, nie boi się widocznie tej wysokości. Dobrze, że drabina kończy się z pół metra
przed wejściem na strych, bo i tam by pewnie się dostała i szalała za kotami
skacząc po stosach siana. Czym prędzej odwodzę ją stamtąd stanowczym wołaniem”
Misia, złaź! Złaź szybciutko!” Posłusznie złazi natychmiast ta moja
kochana mądralka. Jest najmniejsza i najlżejsza z wszystkich psów. Dlatego czasem
jeszcze z wysileniem biorę ją na ręce. Teraz też całą w emocjach przypada do mnie i wspina się aż do piersi
prosząc bym ją dźwignęła i popieściła chwilkę. Mokrusieńka jest okropnie, ale
tulę ją mocno do siebie, całuję w białą główkę, szepczę parę miłych słów na uszko a potem znowu stawiam ten słodki
ciężar na trawie. Biegnie za mną w podskokach do domu.
Jestem kompletnie
przemoczona. Muszę się przebrać i wyjąc pranie z pralki, bo słyszę, że właśnie się
skończyło. Powieszę je na dworze, bo nawet gdyby znowu popadało, to je tylko
lepiej wypłucze a gdy wiatr pogórzański je przewieje i wysuszy porządnie, to
pachnieć będzie piękniej niż wszystkie płyny do płukania razem wzięte.To będzie zapach łąk, traw, świeżego siana, wody, ziemi
i nieba. Czy ktoś na świecie potrafi zrobić perfumy o tak cudownym aromacie?
Oto początek
dnia, do wieczora wydawałoby się tak wiele jeszcze godzin. Jednak przelecą one
w try miga na pracy w ogrodzie, na zakupach, gotowaniu, myciu naczyń, sprzątaniu,
karmieniu zwierzaków, być może też spacerze do lasu w poszukiwaniu pierwszych
prawdziwków oraz pisaniu dalszego ciągu „Karczmy na rozstaju dróg”, o ile oczywiście czas
pozwoli i najdzie mnie kolejna fala natchnienia. Piszę te moją "Karczmę" już od pół roku. Za mną już 31 części a końca tej toczącej się podczas drugiej wojny światowej historii póki co nie widać! Ale dobrze mi się pisze, więc póki mam pomysły na ciąg dalszy, będę kontynuować tę opowieść...
Tymczasem kolejny dzionek roztacza przede mną swe wyzwania, nadzieje i obietnice. A potem znowu przyjdzie
wieczór i jak nie będzie padać, to wyruszę z wiaderkiem ze słoną wodą na obchód
moich włości…
W imieniu swoim i Cezarego pozdrawiam wszystkich serdecznie życząc obfitego deszczu tym, którzy czekają na deszcz oraz życzliwego słońca tym, którzy stęsknili się już za jego promieniami!:-)







































