niedziela, 25 maja 2014

Na polu…






   Upał i robota! Robota i upał! Od kiedy ulewne deszcze minęły i dało się wejść na pole nie tonąc po kolana w błocie pracujemy tam co dnia aż do zmierzchu. Kiedyś już pisałam, że zachciało się nam w tym roku większego niż dotychczas warzywnika, no to mamy za swoje! Pole jest wymagające i uparte. A przy tym bardzo zachłanne i o czas człowieka zazdrosne. Jak nas wchłonęło, tak nie popuszcza. Rozpuszczone jak dziadowski bicz! A na nim nieustanna walka z perzem, przekopywanie, tłuczenie motyką, grabienie, sianie, sadzenie, plewienie, ogradzanie, rowów wokół kopanie, znowu chwastów wyciąganie…A to wszystko na połaci wielkości piętnaście na trzydzieści dwa metry. To chyba coś około 480 metrów kwadratowych! Ileż potu z nas się już polało! Ileż kompotów, soków i zwykłej wody z cukrem i kwaskiem cytrynowym wypiliśmy (gdy się już kompoty i soki skończyły!). Ileż kwękania i stękania z siebie wydaliśmy! Jak czarne mamy paznokcie i odciski na dłoniach od grabi i motyki!  A polu wciąż mało!
   Gdera, sarka i marudzi to pole, nasz okrutny władca feudalny: - Róbcie, jak się wam chciało! Nie ma zlitowania! Samiście sobie pańszczyznę narzucili, to macie harować aż mi się spodoba i pozwolę wam na chwilę wytchnienia!
   Oto, co udało się nam zasiać i zasadzić: ziemniaki, kapustę, seler, koper, pietruszkę, pasternak, rzodkiewkę, czarną rzepę, marchewkę, cebule, koper, buraki ćwikłowe i naciowe, majeranek, bazylię, sałat przeróżnych mrowie, ogórki, pomidory, paprykę, fasolę, groch, dynie, cukinię i coś tam jeszcze, ale…mózg mi paruje i więcej nie pamiętam!
   Jak się wiekszość z tego dobra uda, to będzie pysznego jedzonka na świeżo i na przetwory zimowe. Do teraz zjadamy jeszcze zeszłoroczne. Bardzo się przydają wszelkie sosy, kompoty i lecza, mrożonki i suszonki żeby zrobić szybki obiadek i …znowu na pole do roboty lecieć.
   A poza polem jest jeszcze zajęcie codzienne z karmieniem zwierząt związane. Cztery kwoki opiekują się swoimi maleństwami a także zaadoptowały pod swe ciepłe skrzydła pisklęta wyległe w inkubatorze. Dumne matki siedzą w osobnych, wydzielonych w kurnikach, zamkniętych pomieszczeniach, gdzie mają spokój i nie muszą walczyć o pokarm z resztą łakomych, dorosłych kur. Największe kurczęta ma pstrokata czubatka polska. Już wyprowadza je do ogrodu. Już świat im wielki pokazuje. A w porach posiłków wraca do swojego zagrodzonego domku i głośno gdacząc domaga się od gospodyni kolejnej porcji jedzenia. Codziennie rano szykuję wielką michę smakowitości dla kwok i ich małych a poza tym dwa wiadra paszy dla pozostałych kur. Także dla kotów i Zuzi trzeba ugotować jakowego mięsa i kości, ryżu czy makaronu. 
   Nie zapominam też oczywiście o meczącym towarzystwie. Wyprowadzać mus  kozy na pole o wczesnym poranku a około dziewiątej już zabierać, żeby ich słońce nie przypiekło. Potem przez cały dzionek kozie panny oraz ich przyszły małżonek Łobuz Kurdybanek polegują w chłodnym budynku gospodarczym, żując siano i nacięte przez nas gałęzie z dzikich drzew owocowych. A pod wieczór, kiedy się nareszcie ochłodzi kozule wędrują ochoczo na łąkę w strefę cienia. I tam pasą się radośnie aż do zmroku. 
   A my jak mamy chwilkę to przysiadamy na ławeczce pod dębem i cieszymy się przyjemnym chłodkiem spoglądając z dumą i radością na nasze pole, którego gderliwe pomruki ucichają do następnego ranka i zdaje się, że pole nawet śpiewa nam cichutko nareszcie ugłaskane całodzienną pracą naszych rąk. 

  Dzisiaj od rana suche jak pieprz pole świergocze głosami skowronków prostą modlitwą o deszcz. Spogląda ku niebu z pełną wiary nadzieją. Niebo zaś odpowiada melodią wiatru i kłębiastych chmurek. Kto wie? Może wysłucha prośby naszego pola...? A jak nie, to wiadra i konewki pójdą w ruch!

sobota, 17 maja 2014

Zza kurtyny deszczu... - "Basia"





Dziś pierwszy dzień szkoły, wyczekany moment!
Spotka tyle dzieci, pobawią się razem
Idzie z wielką tytą, dłonie ma spocone
Ale to nieważne, w sercu tyle marzeń!

Mama gdzieś tam z dala pośród tłumu ludzi
A klony czerwienią już malują listki
Może między nimi wróżka się obudzi
I o małej Basi powie dzisiaj wszystkim?

Że chce przyjaciółkę prawdziwą tu znaleźć
Podzielić się wszystkim, zabrać w swoje światy
Fruwać jak motyle, między liśćmi szaleć
Szukać koniczynek, zbierać razem kwiaty

Że uwielbia bajki własne opowiadać
Wycinać z kartonu postaci baśniowe
Potem w ich usteczka swoje myśli wkładać
I przygody co dzień wymyślać im nowe

Że wśród trawek widzi elfy, skrzaty, gnomy
I słyszy muzykę wprost z smoczej pieczary
Nagle Basia słyszy głosik nieznajomy:
- Hej! Śpiąca królewno, może szukasz pary?

Obok stała śliczna dziewczynka z kucykiem
Wyciągała rękę, żeby wejść na stopnie
Basia dłoń jej dała z radosnym okrzykiem
-Będziesz moją parą? Cieszę się okropnie!

Razem usiądziemy? Chcesz dropsa z nadzieniem?
Chciała dać smakołyk Basia koleżance
Tamta się wyrwała, mówiąc z obrzydzeniem
- Puszczaj mnie! Nie czujesz? Pocą ci się palce!

I poszła do innej dziewczynki wesołej
Podjadać jej z tyty drogie czekoladki
A Basia posmutniała, spojrzawszy na szkołę
W dal gdzieś odpływały dawnych marzeń statki

Pani jej do pary dała wnet chłopczyka
Który ciągle płakał, bał się wielkiej sali
Potem się zawstydził, bo się nagle zsikał
A klonowa wróżka zniknęła w oddali…

                                                                                                           (kiedyś w czasie deszczu napisane...)

czwartek, 15 maja 2014

Zza kurtyny deszczu... - "Kaśka"






  Czasem coś mnie dręczy. Czyjaś smutna historia zasłyszana od przyjaciół, sąsiadów lub znajomych albo jakiś wstrząsający reportaż czy scena z filmu fabularnego zapadnie tak głęboko w serce, że na długo zapomnieć o sobie nie daje i drąży, zawadza, zaburza spokój ducha. Budzi poczucie smutku, niemocy, bezradności i niezgody na zło, brak wrażliwości bliźnich oraz na niesprawiedliwość losu. 
   Zostają takie historie we mnie jak cierń. A niekiedy bolą tak mocno, że muszę je z siebie wypłakać wierszem. A gdy jeszcze deszcz tak pada i pada niczym w czas późnej jesieni, to i w duszy robi się dziwnie smutno, melancholijne. Płyną z tym deszczem przypomnienia, skojarzenia i monotonna muzyka uparcie bębniących o parapety kropel.
   Każdy ma swoje sposoby na przepracowanie w sobie takich stanów.  Dobrze wziąć się wówczas za jakaś  odciągającą od szaroburych myśli robotę fizyczną - sprzątanie, gotowanie, plewienie, przekopywanie grządek, przemeblowywanie, garnków szorowanie, pranie ręczne itp. Ale czasem to nie wystarcza. Wówczas po prostu siadam i piszę…
   I oto jedna z takich właśnie bolesnych historii zapisana wierszem zza kurtyny deszczu…

Kaśka

Godzina wybija, a on z biura wraca
Ona obiad kończy, dom na błysk zrobiony
Wszystko perfekcyjnie, całodzienna praca
Żeby się odprężył, był zadowolony

Potem się położy, poda mu gazetę
Niech spokojnie czyta dobre wiadomości
Ona siądzie blisko, by swoją kobietę
Mógł dotknąć, gdy zechce w przypływie czułości

Ale on zmarszczony, chyba go coś go drażni
A ona sztywnieje, znowu się zaczyna
Wreszcie zerka na nią i syczy wyraźnie
-Nie gap się tak na mnie! Durna cielęcina!

Więc biegnie do kuchni, lęku myśli płyną
I znów drga nerwowo jej lewa powieka
A on krzyczy – Kaśka! Wychodzę na wino!
Nie wiem, kiedy wrócę. Z kolacją nie czekaj!

Cicho w domu teraz. Podchodzi do lustra
Zegar obok tyka, drży nieszczęsne serce
Całkiem niepotrzebna, zużyta i pusta
Oczy podkrążone. Makijaż? – To śmieszne!

Ciemno już za oknem, słowik śpiewa wierny
Może on powróci w weselszym humorze?
Włączą telewizor, popatrzą na dziennik
Pójdą spać do łóżka o normalnej porze

Mijają godziny, kładzie się zmęczona
Natychmiast zasypia jak w cieplutkiej wacie
Ale nagle budzi się, bo przerażona
Słyszy jego okrzyk – Gdzie są moje kapcie?!

Gdzieś je położyła? Mają być na miejscu!
Cały dzień się lenisz, gdy ja tyram ciężko!
Z łóżka się zerwała, zabolało w sercu
Stoją tam na szafce! – krzyknęła – na pewno!

Kapcie zagubione, znalezione złości
On już nad nią stoi i podnosi rękę
Ona się skuliła w niemej bezsilności
A słowik wieczorną śpiewa swą piosenkę…





sobota, 10 maja 2014

Koła ratunkowe...





Kiedy lęk przydusi, przeczucia osaczą 
Upiory zwątpienia tańczą dookoła
Chłód się wkrada w serce, czarne myśli kraczą
I nie ma już gdzie uciec, przed zmęczeniem schować
Są koła ratunkowe, co na podorędziu
Czekają, by szepnąć o świecie, o szczęściu
Wino, książka, rozmowa, jakiś wiersz z szuflady
Telefon do kogoś, kto samotnie czeka
Czyjeś ciepłe słowa, czyjeś dobre rady
I jakaś melodia, płynąca z daleka
A do tego mrówki, które wiedzą więcej
I ciągle od nowa budują mrowisko
Znowu biorą trawkę, niosąc ją czym prędzej
Nie myśląc o nodze, która zgniecie wszystko
I jest to, co teraz -  przecież to wciąż nasze
Nie zbrukane żalem, nieznośną goryczą
Nie myśleć co potem - potem będzie zawsze
Sycić się na zapas zielenią i ciszą...

                                                                Dla Ani-Pantery i dla ...***


czwartek, 8 maja 2014

Wczesnomajowe wieści od Jaworów...





   Każdy dzień przynosi nowe radości, troski, pomysły i powinności. O smutkach szybko się zapomina, bo trzeba mieć siły i dający energię oraz napęd do dalszego działania optymizm. Co dzień jest przecież tyle ważnych do zrobienia czynności! Nie na wszystko starcza czasu, ale staramy się jak możemy. Na naszym bardzo późno zaoranym przez życzliwego sąsiada polu ostatnio cały dzień tłukliśmy pracowicie motykami i grabiami wielkie, twarde grudy ziemi, żeby dało się w niej warzywa upragnione zasiać. A zachciało się nam w tym roku warzywnika dwa razy większego, niż w zeszłym roku! To i roboty jest dwa razy więcej. Ale to tak cudownie jeść swoje, ekologicznie wyhodowane zioła oraz jarzynki i nie oglądać się wcale na te bezsmakowe, sklepowe. A ziemię, choć mamy ciężką w uprawie, gliniastą i twardą, to przy tym bardzo żyzną. Wzbogaconą kurzym obornikiem i dodatkowo, efektywnymi, pożytecznymi organizmami, którymi obficie podlewaliśmy i nadal podlewać będziemy grządki. I teraz ten ogromny szmat ziemi czeka na obsianie. Myśleliśmy, że zrobimy to wczoraj, ale wietrzysko było tak straszliwe, że by nam wszystkie nasiona wywiało.  Na razie więc zasadziliśmy kilka rzędów ziemniaków, trochę kapusty, selery, pory i ogromne ilości kilku gatunków cebuli.


    
   W obrębie ogrodu mamy malutki warzywnik, na którym zasiałam kilka gatunków sałat. Bujnie zieleni  się już tam szczypior jesiennego i wczesnego czosnku, szczypiorek cebulki siedmiolatki oraz mój ukochany lubczyk, którego dodaję nieomalże do wszystkiego. Najczęściej na śniadanie zjadamy teraz jajecznicę z odrobiną lubczyku i dużą ilością szczypiorku, który rwę po porannym obrządku naszych zwierząt. Przy odgraniczających je od siebie drabinkach posiałam groszek pachnący i nasturcję. Mam nadzieję, że się będą ładnie pięły. W skrzynkach pokażą się pewnie wkrótce pierwsze siewki moich ukochanych, choć bardzo niepozornych kwiatuszków – maciejek.
   A propos zwierzyńca, to w różnym czasie cztery kwoki ( dwie czubatki polskie i dwie zielononóżki kuropatwiane) zapragnęły zostać matkami, czyli „zakwoczyły”, jak to się u nas mówi. Przygotowaliśmy więc dla nich wyścielone pachnącym sianem skrzynki z ażurowymi pokrywkami. Włożyliśmy do środka pojemniki z pszenicą i wodą i zamknęliśmy tak kwoczki by inne kury z kurników nie dokładały im swoich jajek. A teraz należy czekać cierpliwie na wyklucie maleństw. I oto pstrokata czubatka najwcześniej doczekała się piskląt. Na początku tego tygodnia maleńkie łepetynki kurczaczków zaczęły wyglądać ciekawie spośród jej piór. Troskliwa kurka czule się nimi opiekuje a one poćwierkują radośnie schowane w jej ciepłej puszystości albo zajmują się wyjadaniem przygotowywanych dla nich przeze mnie smakołyków: siekanych jajek na twardo, zmieszanych z bułką tartą, płatkami owsianymi, ryżem, makaronem i parzoną pokrzywą.

   Po dwudziestym maja zaczną się też wylęgać kurczęta z jajek włożonych do inkubatora. Kiedy przyjdzie pora podłożę te pisklęta kwokom, aby zajęły się nimi troskliwie i wychowały po matczynemu, pokazując im wielki świat oraz ucząc wszystkiego, co każda kurka wiedzieć powinna. 

   Pozostałe kury beztrosko biegają po ogrodzie i codziennie dzielnie znoszą jajka, które sprzedaję przyjeżdżającym tu do nas znajomym albo przesyłam za pomocą poczty w kartonach wyłożonych pachnącym sianem.

   Nasz słodki koziołeczek Łobuz Bluszczyk herbu Kurdybanek chorował nam przez dwa dni i musiał jeździć z nami do weterynarza aby dostawać zastrzyki z antybiotykiem. Za bardzo nabiegał się z kozami po łące, zazipał, zgrzał i od tego wszystkiego zaziębił. Aż dostał biedaczek czterdzieści jeden stopni gorączki i osowiały zupełnie stracił apetyt, zasypiał na stojąco albo leżał całymi godzinami w swojej stajence bez najmniejszego zainteresowania światem zewnętrznym. Na szczęście wszystko już z nim dobrze. Musimy tylko teraz bardziej na malucha uważać. Nie pozwalać mu tak szaleńczo brykać i przede wszystkim nie spuszczać na raz wszystkich kóz z uwięzi, bo stają się wtedy nieokiełznane i Kurdybanek nie ma szans by dotrzymać im kroku, chociaż bardzo się stara.


   A ponieważ moja wiedza o kozach wciąż jest jeszcze niewielka, w czasie choroby koźlaczka postanowiłąm zasięgnąć rady bardziej doświadczonej w tej materii osoby. Zadzwoniłam więc do Magdy Spokostanki a ona spokojnie i życzliwie podpowiedziała mi, jakie rośliny działają leczniczo na kozy i na jakie objawy chorobowe u moich brodatych zwierzaków powinnam zwracać baczną uwagę. Okazuje się, że świetne są gałązki wierzby, zawierajacej w sobie naturalne salicyliany i działajacej przeciwzapalnie oraz przeciwbólowo. Na bóle brzucha i wzdęcia dobry jest piołun a na wzmocnienie i uzupełnienie braków witaminowych młoda pokrzywa. Jeszcze raz serdecznie dziękuję Ci Madziu za pomoc!:-))


  
    Co kilka dni gotujemy w parniku pięćdziesiąt kilo drobnych ziemniaków paszowych dla kur przedtem obierając je pracowicie z długaśnych kłączy, którymi porosły bardzo obficie. A kłącza te zawierają w sobie silnie działającą truciznę, dlatego koniecznie trzeba się ich pozbyć przed gotowaniem. Kiedy pada, jak dzisiaj, to podczas tego obierania siedzimy sobie na kanapie w drewutni i pracując na cztery ręce w ciągu godziny napełniamy pięć wiader przebranymi ziemniakami. Z jednego boku pomekują do nas kozule, zajęte przeżuwaniem sianka. Z drugiej strony, z ustawionych przy kostkach słomy skrzynek dochodzą ciche gdakania oczekujących na potomstwo kwoczek i poćwierkujących cichutko pierwszych kurczątek.


   
   Drewutnią nazywamy środkową część budynku gospodarczego, w którym przechowujemy drewno na opał, słomę, trociny, ziemniaki oraz wszystkie narzędzia, urządzenia i klamoty, które mogą się do czegoś przydać. Tutaj jest też pomieszczenie dla kóz. Natomiast w bocznych częściach budynku mieszczą się kurniki i stajenka Kurdybanka.


  
    Udało nam się niedawno kupić upragnioną kuchenkę na węgiel. Cezary – specjalista od skutecznego targowania nabył ją od sympatycznego rolnika pod Krosnem. A w bonusie dostał jeszcze nowiutką umywalkę do ubikacji i bojler. Kuchenka jest w świetnym stanie (tylko rok była użytkowana) i czeka teraz na podłączenie w kuchni na parterze. Sami nie damy rady, niestety, zrobić tego samodzielnie, bo wymaga to jednak fachowej wiedzy hydraulicznej. A chcieliśmy ją mieć już od dawna, ponieważ dwie kuchenki gazowe, które użytkujemy dotąd pożerają ogromne ilości gazu z butli, zwłaszcza, gdy piekę ciasta czy chleby. Marzyliśmy o kuchni węglowej i o sprzężeniu jej podkową z kaloryferami i bojlerami. To uwolni nas nareszcie od codziennego palenia w piecu centralnego ogrzewania celem pozyskania ciepłej wody do mycia.

  Popołudniami odwiedzają nas sąsiedzi albo nasi młodzi przyjaciele oraz nowi osiedleńcy. Coraz więcej jest ciekawych, sympatycznych ludzi przybywających w nasze strony. Cieszymy się z tego i z przyjemnością słuchamy ich opowieści, relacji z pierwszych dni pobytu w tych pięknych, podkarpackich okolicach, wspomnień z dotychczasowego, bardzo intensywnego i męczącego, miejskiego życia.
   Zbójecki lis nie pojawił się więcej w obrębie naszej posesji i miejmy nadzieję, że na dobre dał sobie z tym spokój. Stale się teraz na dworze kręcimy. Pracując na polu czy w ogrodzie mamy baczenie na nasze kurki. W czasie pogody kozy pasą się blisko płotu. Zuzia zazwyczaj poleguje przy nich. A lis, jeśli nas obserwuje z dala, pewnie tylko w bezsilnej złości zaciska szczęki i biegnie szukać kurzych przysmaków gdzie indziej (ostatnio kilkoro naszych sąsiadów zwierzyło się, że i u nich sobie ten rudy zabójca pofolgował)!


   A na naszą łąkę znów przyleciał piękny bocian! Pewnie ten sam, co w zeszłym roku. Przechadzał się po niej wczoraj kilka godzin pozując do fotografii i niczym się nie płosząc. Cezary pstrykał więc zdjęcie za zdjęciem a ja w tym czasie gotowałam ogromny gar zupy jarzynowej z dużą ilością lubczyku, pietruszki, suszonego pora i marchewki. Wyszła przepyszna, co potwierdzili pałaszując po kilka talerzy nasi przemili, młodzi goście. Ech, życie potrafi być piękne!

  

sobota, 3 maja 2014

Pogrom…





   Niewesoły mieliśmy ten świąteczny, trzeciomajowy dzień. A przynajmniej drugą jego połowę, bo pierwszą spędziliśmy w miłym ciepełku domowym, gotując, piekąc i sprzątając. Nawet cieszyliśmy się, że chłodniej na dworze się zrobiło i popadywało. Dzięki temu można było bez wyrzutów sumienia odpocząć, nie uwijając się pracowicie w ogrodzie czy na polu. Zmęczeni czuliśmy się już tą codzienną dreptaniną oraz ciężką harówką od świtu do zmierzchu, dlatego usprawiedliwieni pogodą i świętem, w ramach relaksu krzątaliśmy się w domu, robiąc to na co nie ma czasu na codzień. Zuzia, która nie cierpi deszczu spała jak kamień na kanapie. Koty na parapetach. Nawet kozy opanowała jakaś senność, czy też ociężałość i wcale dzisiaj nie pchały się na dwór. Leniwie przeżuwały siano w koziarni i najzupełniej je to zadowalało.

    I byłoby tak cudownie, gdyby nagle nie stało się coś, na co żaden z farmerów nie ma wpływu a co, niestety, zdarza się dość często w gospodarstwach wiejskich. Było tuż po dwunastej, gdy kury wszczęły nagle straszliwy rwetes. Cezary otworzył okno i zauważył, że biegają po ogrodzie jak oszalałe. Zaalarmowany tym widokiem zaczął coś krzyczeć w ich stronę a ja tak jak stałam, w samych kapciach i z krótkim rękawkiem wybiegłam do ogrodu a potem ślizgając się po mokrej trawie i błocie zdyszana dotarłam do bramki wiodącej do wybiegu dla kur. A tam? Własnie ogromny lis uciekał w stronę płotu, pysk mając pełen piór a za sobą pozostawiając głośne kurze krzyki i lamenty. Z łatwością przeskoczył płot, co do którego łudziliśmy się dotąd, że daje on jakąś ochronę przed tego typu drapieżnikami a potem hyżo umknął w las. Mróz przeleciał mi po krzyżu. Pełna najgorszych przeczuć biegłam po błocie w stronę rozgdakanych kur, bojąc się co zastanę na miejscu.

   Od razu ujrzałam kilka martwych, kurzych ciał i mnóstwo piór walających się wszędzie. Niektóre kurki za krzakiem czarnego bzu zbite były w ogłupiałe stadko, które po tym, co się wokół nich działo ze strachu zapomniały drogi do kurnika. Przybiegł Cezary z Zuzią. Wypuścił ją w stronę lasu, by pobiegła za rudym zabójcą. A potem oboje wędrując po ogrodzie szacowaliśmy ogrom ptasiego nieszczęścia. Znaleźliśmy pięć martwych kur i dwa padłe koguty. Jedna, bardzo poturbowana zielononóżka mocno kulała i z trudem weszła po szczebelkach wiodących do kurnika. Widać też było, iż kilka kurek zdołał drapieżca wynieść poza teren naszej posesji, bo na polu walało się mnóstwo kolorowego pierza.

   Zdruzgotana tym widokiem automatycznie pozbierałam w ogromne naręcze wszystkie te martwe, a jeszcze ciepłe ciała i poszłam do domu, aby oskubać je z pierza, wypatroszyć, umyć i zamrozić. Nie dla nas oczywiście, ale dla naszych zwierząt. Przynajmniej nie zmarnują się w ten sposób a koty i Zuzia będą mieć to mięso, które lubią najbardziej. Żadne to dla nas pocieszenie, ale cóż zrobić…

   Podczas gdy ja z wprawą oprawiałam ptactwo Cezary wybrał się z wiatrówką do lasu by zapolować na lisa. Wracając po kilkunastu minutach ujrzał go jak skrada się po naszym polu, najwyraźniej mając ochotę na ponowną wizytę u kur zielononóżek. Zuzia pogoniła go sprintem, ale oczywiście nie dogoniła. Umknął w las, w sobie tylko znane kryjówki i tam odpoczywał sobie spokojnie przed kolejną, zbójecką wyprawą. 

   Tymczasem pogoda poprawiła się na tyle, że przestało padać i słońce na chwilę wyjrzało zza chmur. Cezary wyszedł więc z kozami na pole i tam pasąc je, czuwał nad bezpieczeństwem pozostałych w ogrodzie kur. Biedaczki najpierw długo tkwiły struchlałe w swym wigwanie a potem, zapomniawszy o strasznym wydarzeniu zajęły się swoim zwyczajem grzebaniem w ziemi i wyszukiwaniem robaków. Cezary, siedząc na ławce i obserwując je, kurzył papierosa za papierosem, mocno przeżywając ten lisi atak na nasze bezbronne kurki. Cały czas rozmyślał nad sposobami schwytania napastnika, lub przynajmniej odstraszenia go na dobre. Od czasu do czasu odbierał ode mnie kolejne wiadro pełne piór i wnętrzności a następnie wrzucał je do kompostownika.

   Potem znowu zrobiło się zimno i zaczęło padać. Spojrzałam na zegar. Wskazywał godzinę trzecią. Akurat skończyłam robotę z kurami, wybiegłam więc do męża by razem z nim szybko przyprowadzić kozy z pola i zamknąć je w koziarni a Łobuza Kurdybanka w jego małym pomieszczeniu. Zagoniliśmy też wszystkie kury do kurników dawszy im pierwej złożonej z ziemniaków i śruty paszy do środka. Była to nietypowa jak dla nich godzina wejścia do kurnika, ale widać i one nie miały dzisiaj większej ochoty na przebywanie na dworze, bo bez sprzeciwów weszły do domków by gromadnie zająć się ucztowaniem.

   Zupełnie bez apetytu zjedliśmy z Cezarym świąteczny rosół rozmawiając o naszych nieszczęsnych kurach. O tym bezwzględnym, lisim pogromie.O tym, co możemy zrobić, by jakoś zapobiec takim wydarzeniom w przyszłości. Trzeba by skonstruować jakąś pułapkę na zbója albo czatować na niego i najlepiej spryciarza zastrzelić a może przez jakis czas w ogóle nie wypuszczać wcale kur z kurników? Może w ten sposób lis zapomni o nich i pójdzie w inne strony? Ech, że też się ta pogoda popsuła! Gdyby nie to, jak zwykle spędzilibyśmy dzisiejszy dzień na pracy w ogrodzie i nie doszłoby do żadnego nieszczęścia. Dlaczego tak jest, że co się człowiek czymś ucieszy, poczuje się szczęsliwy i odważy się to głośno powiedzieć, to go zaraz złośliwy los czymś dobije? Jakby jakiś zły duch czuwał na straży by nie było zbyt sielankowo...

   Tak rozmawiając oraz wzdychając smutno, bezradni i dziwnie zmęczeni powlekliśmy się do pokoju, włączyliśmy telewizor, by bez zainteresowania patrzeć na migające w nim obrazki a potem zasnąć jak kamienie…

* Na zdjęciu powyżej obok białego jajka widać na białym talerzyku dziwne, pomarańczowe kulki. To są niewykształcone jeszcze jajka, które wyjęłam z brzuchów patroszonych kur. W ciągu kolejnych dni zniosłyby je w swych bezpiecznych gniazdach. Jak zwykle...

Etykiety

apel apel o pomoc asymilacja Australia autoanaliza bajka bal ballada baśń Beksińscy Bieszczady blog blogi Cesarzowa Ki chleb choroba czarny bez czas czerwiec deszcz dobro dom drama drama koreańska drewno droga dzieciństwo ekologia erotyk fajka film fotografie głodówka gospodarstwo góry Góry Flindersa grudzień Gwiazdka historia horror humor humoreska informacja inność internet Jacuś Jacuś. gospodarstwo Jacuś. lato jajka jesień kalina kangury kastracja koala kobieta koguty komputer komunikacja konfitury koniec świata konkurs kot koziołek kozy Kresy kryminał kuchnia kulinaria kury kwiaty las lato lipa lis listopad łąka macierzyństwo malarstwo marzenie mgła miasteczko odnalezionych myśli Mikołaj miłość Misia moda muzyka nadzieja nałóg natura Nowy Rok obyczaje ocean odchudzanie odpowiedzialność ogrody opowiadanie opowiastka opowieść pamięć park pasja patriotyzm pies pieśni piosenka płot początek podróż poezja Pogórze Dynowskie polityka poprawność polityczna porady prawda prezent przedwiośnie przemijanie przepis przetwory przygoda przyjaźń psy psychologia recenzja refleksja relatywizm repatriacja reportaż Riverland rower rozmowa samotność sąsiedzi sens życia siano sierpień silna wola skróty słowa smutek South Australia strych szczęście śmierć święta świt tajemnica tekst piosenki teksty piosenek tęsknota uczucia upał urodziny uśmiech wędrówki węgiel wieś wiosna wirus woda wolność wrażliwość wspomnienia wspomnienie wychowanie zabawa zaproszenie zdrowie zielononóżki zielononóżki kuropatwiane zima zupa Zuzia zwierzęta życie życzenia