Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kresy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kresy. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 9 lipca 2023

Był świat…

 



 

Były miasteczka, wsie,  ogródki

Gdzie róże kwitły pośród bylin

Ludzkie wzrastały radości, smutki

Światła i blaski codziennej chwili

 

Rolnicy, kupcy i stolarze

Chłopcy, dziewczyny, starcy, dzieci

Ich powtarzalność zwykłych zdarzeń

Ich świat niezmienny od stuleci

 

Żyli zwyczajnie w swej krainie

Ufali sobie, boskim siłom

Nie przypuszczali, że to zginie

Tak jakby nigdy nic nie było

 

Nie ma tam ruin i cmentarzy

Bezmiar pól dzikich, gdzie wiatr dmucha

Bo tylko wiatr wciąż trwa na straży

Lecz nie ma komu go posłuchać

 

Zapiekłą rdzą pokryte sierpy

I nie ma komu ścinać zboża

Lecz księżyc nadal lśni tam srebrny

Oświetla puste w krąg bezdroża

 

Gdzieś w dołach śmierci, w studniach, rowach

Tkwią jeszcze ślady dawnych pieśni

Lecz coraz bardziej się to chowa

Zanika w chaszczach niepamięci

 

Więcej wiadomo dziś o Troi

Którą po wiekach odkopano

Lecz to jest tylko polski Wołyń

A to już przecież nie to samo…*

 

 

*Czytam ostatnio sporo o tym co działo się osiemdziesiąt lat temu na Wołyniu, Podkarpaciu, w Galicji, na Kresach Rzeczpospolitej. W gminnej bibliotece jest dużo literatury na ten temat. Mnie jednak najbardziej przemówiły do serca dwie pozycje. Jedna, to monografia miasteczka Kisielin i jego okolic napisana przez Włodzimierza Sławosza Dębskiego pt. „Było sobie miasteczko. Opowieść wołyńska”. Druga to kilkutomowa powieść beletrystyczna autorstwa Joanny Jax, książka mocno osadzona w realiach tamtych czasów pt. „Saga wołyńska” (T.1 „Głód”, T.2 „Wojna”, T.3 „Exodus”) .

 


 

 

poniedziałek, 3 stycznia 2022

Opowieść o Tarzanie…

 


 

   Mój ponad osiemdziesięcioletni tata, dowiedziawszy się o kiepskim samopoczuciu naszej ukochanej suni Zuzi opowiedział mi dziś przez telefon historię psa, który był w jego rodzinie prawie siedemdziesiąt lat temu. Owa historia, jak i parę innych z lat jego młodości i dzieciństwa przypomniała mu się niedawno, nabierając takiej wyrazistości i budząc tyle uczuć, jakby wydarzyła się wczoraj.  Często tak bywa, że ludzie w podeszłym wieku nie pamiętają tego, co zdarzyło się wczoraj, mają problemy z kojarzeniem prostych faktów, natomiast ich pamięć co do wydarzeń z zamierzchłych czasów nadal jest zadziwiająco świeża. A dawne zdarzenia często stają się ważniejsze, niż to, co dzieje się wokół nich obecnie.  Jakby współczesna rzeczywistość nie miała takiej wagi, jak to, co było kiedyś. Jakby bezpieczniej było wracać do wspomnień, niż przeżywać to, co dzieje się teraz.

   Cóż, niektórzy z nas bardziej lub mniej świadomie zachowują się podobnie. Grzebiemy w starych zdjęciach, pamiętnikach, listach. Dokopujemy się do czasów, gdy czuliśmy i przeżywaliśmy coś bardzo mocno, co stworzyło podwaliny nas takich, jakimi jesteśmy dzisiaj , jak odczuwamy, co jest dla nas ważne a co nie…

 

A oto historia tatowego psa, przez niego samego odpowiedziana.

 

…Było to mniej więcej dwa lata przed naszą repatriacją z terenów byłej Litwy do Polski.  W domu panowała ogromna bieda. Poza ziemniakami – a i to nie zawsze- nie było co do garnka włożyć. Związek Radziecki, przejąwszy rządy na dawnych kresach Rzeczpospolitej zdusił tam wszelką inicjatywę prywatną, stłamsił rolnictwo, zabierając ludziom tyle plonów ich pracy, że często nie było czym obsiać i obsadzić na wiosnę pól.  Do tego władze radzieckie wprowadziły reglamentację towarów oraz surowe kary za najmniejsze przeciw nowej władzy wykroczenia. Kwitło donosicielstwo i korupcja.  Tatuś z mamusią, kiedyś dość majętni rolnicy, rozkułaczeni,  ubodzy i poniżeni dwoili się i troili, by móc zapewnić licznej gromadce swych dzieci cokolwiek do jedzenia. Zbierało się grzyby i jagody. Łowiło w przeręblach ryby. Zastawiało wnyki na zające i dzikie ptactwo. Wyprzedawało się z gospodarstwa wszystko, co stanowiło jakąś wartość. Byleby było za co kupić worek ziemniaków, mąki czy kapusty. Cokolwiek byle zapchać wiecznie puste brzuchy.

   Dzieci też starały się pomagać rodzicom jak tylko mogły. Pracowały z nimi na polu. Pomagały w domu i w obejściu. Zimą do obowiązków chłopców należało przynoszenie chrustu z lasu. Cienkich i grubszych gałęzi. Wszystkiego, czym dało się w piecu zapalić, ugotować ciepłą strawę, wodę na mycie zagrzać i stworzyć namiastkę ciepła i przytulności.

 

   Tamtego mroźnego, styczniowego dnia (a mrozy były wówczas  w tamtych stronach naprawdę srogie. Nie takie, na jakie dzisiaj przyzwyczajeni do ciepłych kaloryferów ludzie narzekają) trzej bosi (bo rodziców na buty dla nich nie było stać) i okutani w połatane, za małe już kurteczki bracia: Grześ, Olek oraz ja,  opowiadający ci to wszystko Heniuś, brnęliśmy w śniegach po pas by przeszedłszy przez łąkę dostać się do wielkiego, ciągnącego się w każdą stronę na wiele dziesiątek kilometrów lasu. Tam mieliśmy nadzieję znaleźć sporo suchych, zdatnych do pieca gałęzi i szyszek na rozpałkę. Każdy z nas miał w kieszeni sznurek, którym przewiązywało się ogromną wiązkę chrustu, zarzucało na plecy i w ten sposób transportowało do domu. W trakcie tego zbierania sporo było zawsze śmiechu i zabawy. Obrzucania się śniegiem, gonitw między drzewami, pohukiwania i wycia, dzikich zwierząt udawania.

   Rozgrzani, spoceni i rumiani spakowaliśmy każdy swoją wiązkę  chrustu (a ja nazbierałem jeszcze do parcianego worka sporo płatów kory brzozowej, bo mamusia najlepiej nią rozpalać w piecu lubiła). I już mieliśmy się zbierać do powrotu, gdy nagle coś w pobliżu nas zapiszczało żałośnie. Rozejrzeliśmy się z ciekawością i zobaczyliśmy chudego jak szczapka, wynędzniałego szczeniaczka, co to cały zlodowaciałym śniegiem oblepiony, ledwo na nogach się trzymając powoli i resztką sił szedł w naszą stronę, pomocy ludzkiej najwidoczniej łaknąc. Serca w nas zaraz jak wosk stopniały. W naszym domu przeważnie był jakiś kot albo pies. Obok domu stała wyścielona sianem buda. W dawnych, lepszych czasach zawsze stawiało się obok niej miskę mleka z chlebem a po świniobiciu wkładało się do niej kości i tłuste kąski. Wszyscyśmy zwierzątka kochali i bezdomne często przygarniali. W tamtym, najbardziej ubogim czasie akurat żadnego psa nie mieliśmy. I rodzice zadowoleni z tego byli, bo czym byśmy go wyżywili, skoro sami głodem przymieraliśmy?  Jednak wtedy widząc owego na wpół zamrożonego szczeniaka mimo wszystko postanowiliśmy wziąć go ze sobą i rodziców ubłagać by się nie gniewali i dali żyć z nami temu biedakowi. Jako że byłem najmłodszy z braci i mój paltocik nie był tak ciasny jak braci wpakowałem psiaka za pazuchę i powędrowaliśmy w stronę naszej chałupy, modląc się o przychylność rodziców.

   I rodzice zlitowali się nad biednym, psim sierotką. Mama mu jakieś szmaty w pobliżu pieca rozścieliła a Tata obejrzawszy dokładnie przybłędę orzekł, że to pewnikiem wilcze szczenię albo jakiś mieszaniec psa z wilkiem i na pewno kiedyś wyrośnie z niego piękne zwierzę.

   I wyrosło. Karmione na ogół ziemniakami bez omasty a z rzadka, jak udało się co we wnyki złapać, zajęczą kostką, borsuczym sadłem czy wiewiórczą wątróbką, stało się wielce urodziwym, ogromnym wilczyskiem, przywiązanym do nas ogromnie, uwielbiającym zabawy i pieszczoty,  stróżującym wiernie przy naszej chacie, łagodnym, ale nie bojącym się niczego i odpędzającym od niej podejrzanych intruzów. Nazwaliśmy naszego wspaniałego psa Tarzan, bo kiedyś udało nam się obejrzeć w miasteczku w kinie objazdowym amerykański film o tym dzikim człowieku z dżungli i wywarł on wtedy na nas ogromne, niezapomniane wrażenie.

   Minęło jakieś dwa lata. Zbliżała się pora naszego wyjazdu do Polski. Czekaliśmy z niecierpliwością na wszelkie niezbędne pozwolenia, wizę oraz ostateczny termin wyjazdu.  Marzyło nam się rychłe rozpoczęcie nowego, lepszego życia z dala od tutejszej biedy i codziennej niepewności. Niestety, mieliśmy wielkie zmartwienie. Otóż przepisy surowo zakazywały repatriantom zabierania ze sobą innych, niż krowy, zwierząt.  Serca się nam kroiły na myśl, że zmuszeni będziemy zostawić naszego ukochanego Tarzana samego. Prosiliśmy sąsiadów, tych co wyjeżdżać nie zamierzali,  by po naszym odjeździe przygarnęli psisko, ale nikt ani myśleć o tym nie chciał.

- Biedę wszyscy klepiemy. Do garnka nie ma co włożyć. Jakże takiego bysiora mielibyśmy jeszcze wyżywić? – mówili twardo w nasze oczy spoglądając.

- Lepiej byście się go już teraz pozbyli, bo po waszym odjeździe zdziczeje psisko i nic dobrego z niego nie będzie – doradzali „życzliwie”.

   Och! Już lepiej żeby nic nie mówili, niż by takie głupoty mieli mówić! – wzdychaliśmy. Jednak dzień za dniem mijał i nic się w naszej sytuacji nie zmieniało. Tarzan tulił się ufnie do naszych nóg i ani nie przeczuwał jakie zgryzoty w związku z nim mieliśmy.

 

   I oto nagle stał się upragniony cud. Pewnego pogodnego, marcowego dnia wozem zajechał pod nasz dom wędrowny Cygan. Taki co to garnkami i patelniami handlował. Co to noże i nożyczki ostrzył a do tego dużo ciekawych wieści ze świata przywoził. Od razu bardzo mu się nasz Tarzan spodobał. I zaproponował, że kupi go od nas za parę worków ziemniaków, bo bardzo by mu się taki pies do obrony podczas podróży nadał a i potem, jak już wróci do swego domku w lesie, dobry będzie jako stróż przeciw lisom, co to kury wciąż mu z kurnika podbiera.

   Nie pierwszy raz Cygan ów moich rodziców odwiedzał. Jeszcze od przedwojnia go znali i żadnych uprzedzeń do niego nie mieli. A wręcz przeciwnie, wydawał im się uczciwy i godzien zaufania, nie taki jako inne pięknoduchy i lekkoduchy, cygańskie  ptaki wędrowne. Nasz znajomy Cygan gdzieś ponoć w białoruskiej części Sojuza mieszkał. W środku wielkiego boru chatkę miał. Ale przez większą część roku cały kraj objeżdżał sprzedając, co się dało, żeby tylko swej licznej rodzinie jakiś byt zapewnić. Dlatego nie dziwota, że rodzice skwapliwie zgodzili się na taki  interes. Tarzanowi pilnie niezbędny był przecież nowy opiekun i ten tu wprost z nieba im spadał. A i ziemniaki bardzo już były potrzebne, bo przednówek sprawiał, że za dnia bolesny głód kiszki ściskał a nocą spać nie dawał. Cygan obiecał, że jak tylko kartofle dla nas gdzieś zdobędzie, to po psa przyjedzie. Jak zapowiedział, tak też uczynił. Po paru dniach pojawił się na podwórku i zrzuciwszy z wozu kilka worków ziemniaków nałożył Tarzanowi parcianą obrożę, przypiął do niej mocny łańcuch i w kilka chwil potem odjechał z naszym ukochanym psem w siną dal.

   Płakaliśmy za nim przez parę dni. Smutkiem i rozpaczą przejmował nas widok pustej, psiej budy. Łzy ciekły z oczu na myśl o tym, że nigdy już nie usłyszymy jego szczekania i nigdy nie wtulimy twarzy w ciepłą, psią sierść naszego wilka. Ale cóż. I tak było to lepsze, niż troska o to, co stałoby się z samotnym Tarzanem po naszym wyjeździe do Polski.

   A jakiś tydzień po tym, w środku nocy obudziło nas gwałtowne skrobanie i walenie do drzwi. Co mogło się o tej porze do nas dobijać? Upiory to jakieś, potwory czy ludzie podejrzani? Zamordować nas chcą, czy co?

   Zaniepokojony ojciec pierwszy podniósł się z pościeli i chwyciwszy w dłoń jakiś kij niepewnie uchylił drzwi. A z ciemności wprost na niego z całym impetem i ogromną radością runął wielki, kwilący z radości wilk – nasz Tarzan.  Przewrócił tatusia na ziemię i dalejże go wylizywać, dalejże nos wciskać w jego dłonie. Zaraz potem do każdego członka rodziny podbiegł równie gwałtownie się z nim witając i dowody swego wielkiego przywiązania okazując.  W dzień obejrzeliśmy jego łapy i poznaliśmy, że chyba z bardzo daleka przybiegł, bo aż do krwi zdarte miał opuszki palców. Przy jego parcianej obroży wisiał smętnie kawałek łańcucha, jakim go niedawno Cygan do wozu przypiął. Najwidoczniej uciekł swemu nowemu opiekunowi i jakimś psim instynktem się kierując do nas przez dziesiątki kilometrów przyleciał. Jakże mieliśmy go od siebie odpędzić? Wszak z wielkiej miłości to uczynił, żyć bez nas nie umiejąc. I my byliśmy szczęśliwi znowu mając ukochanego psa przy sobie. Postanowiliśmy nawet, że jakoś go do wagonu repatriacyjnego przeszmuglujemy, ukryjemy tam a w razie czego przekupimy kogo trzeba. Na tę okoliczność Mamusia zdobyła dwie butelki bimbru a wiadomo, że alkohol to zawsze najlepsza w każdych okolicznościach waluta.

 

   W końcu wyznaczyli nam termin odjazdu za trzy dni. Wszystko już prawie mieliśmy popakowane. Z mieszaniną lęku i nadziei szykowaliśmy się wszyscy do wielkiej zmiany w naszym życiu. Raptem, dwa dni przed odjazdem Tarzan gdzieś przepadł. Nie wrócił na noc. A sąsiedzi wypytywani o to, czy go gdzie nie widzieli, ramionami tylko wzruszali.  Cała rodzina – rodzice, siostry i my, trzej bracia szukaliśmy go nie tyko po całej wsi, ale i po dalszych okolicach. Lasem ze dwadzieścia kilometrów przeszliśmy tropów naszego psa wypatrując. I nic. W końcu ktoś nam powiedział, że za jakąś suką poleciał. Że podobno widzieli go hen, hen za trzecia wsią, jak się do owej suki w rui umizgał. Pojechaliśmy z braćmi w tamte rejony. Jednak nie znaleźliśmy naszego Tarzana. Podobno z całą watahą psów pobiegł gdzieś na północ. A może na zachód? Nikt tego dokładnie nie wiedział…

 

   Tak czy siak nadszedł dzień odjazdu. Do końca wierzyliśmy, że się pies jeszcie pokaże. Że przyleci w ostatniej chwili i wskoczy do wagonu. Niestety, tak się nie stało. Tarzan przepadł jak kamień w wodę.

   W ponurych nastrojach żegnaliśmy rodzinne strony. Żal było tych lasów, łąk i pól. Żal dobrych ludzi i znajomych miejsc. Żal domu, po którym teraz tylko wiatr hulał a który tak niedawno pełen był przecież rodzinnego gwaru i śmiechu. Ale najbardziej żal było pozostawionego na pewną poniewierkę Tarzana. Niestety, nie mieliśmy już żadnego wpływu na jego dalsze losy…

 

   W kilka miesięcy po naszym przyjeździe do Polski każde z nas zdołało znaleźć dla siebie jakieś dobre miejsce do życia. Rodzice i siostry zamieszkali na Kaszubach, bo tam zaoferowano im pracę i mieszkanie. Ja z braćmi wyjechałem na Śląsk, bo tu można było dobrze zarobić na kopalni. Płynął czas. Urządzaliśmy się powoli. Zawiązywaliśmy nowe znajomości, przyjaźnie i miłości. Jednak w pierwsze święta Bożego Narodzenia wszyscy zjechaliśmy do rodziców na Pomorze. Nie wyobrażaliśmy sobie spędzania tych rodzinnych świąt osobno.

 

   Siedząc przy wigilijnym stole opowiadaliśmy sobie o tym, co działo się z nami przez te kilka miesięcy. Śmialiśmy się i płakaliśmy na przemian siedząc przy nakrytym białym obrusem stole, zajadając pierogi z grzybami i popijając je kompotem z owocowego suszu. Ale najciekawszą a jednocześnie najsmutniejszą historię miał do opowiedzenia nasz ojciec, do którego jego sąsiad z naszej litewskiej wioski list niedawno napisał o tym, co się po naszym wyjeździe działo, opowiadając.

   Otóż w dwa dni po naszym odjeździe z ZSRR na podwórzu przy naszej chacie jak gdyby nigdy nic pojawił się ten huncwot – Tarzan. Szukał nas. Do drzwi drapał. W okna patrzył. Wył i szczekał. Po wsi latał zaglądając we wszystkie zakamarki. I znowu do domu przybiegał. I znowu dobijał się, znowu czekał wiernie wierząc, że wrócimy i jak zawsze przygarniemy go do serca. W końcu wlazł do budy i tam trwał dniami i nocami nic nie jedząc ani nie pijąc. Dobrzy sąsiedzi zlitowali się nad psiskiem. Ziemniaków z mlekiem do miski mu dali i a nawet jakąś smakowitą kość świńską do obgryzienia pod nos podetkali. Pies niczego nie ruszył. Niczym się nie zainteresował. Tylko nocami słychać było jak tęsknie wył i skomlał.

   Dwa tygodnie potem sąsiad zauważył, że pies całkiem nieruchomo w budzie leży. Podszedł, pogłaskał. I nic. Zimne, sztywne ciało.

- Pewnikiem zdechł z tęsknoty za wami – pisał do ojca, który złożywszy starannie list westchnął głęboko i bezradnie zwiesił ramiona.  Zgromadzona przy wigilijnym stole rodzina szlochać zaraz zaczęła. A czy to z żalu za biednym Tarzanem, czy pozostawionym tam daleko na kresach życiem – sami już nie wiedzieliśmy…

 

- Tak to się Oleńko skończyła historia naszego kochanego Tarzana. Aż dziw, że przez tyle lat o niej nie pamiętałem a teraz mi do głowy przyszła i co sobie o tym psie pomyślę, to zaraz łzy się cisną do oczu. Ech, tyle psów potem przecież człowiek miał, teraz też trzy kochane kundelki przy mnie siedzą, ale to tamten najbardziej chyba w serce zapadł. Biedny mój, biedny Tarzan…

- Córeńko! Powrotu do zdrowia Waszej psinie życzę. Cuda się przecież zdarzają. Choć wiadomo, trzeba być przygotowanym na wszystko - szepnął mój Tata na zakończenie naszej telefonicznej rozmowy. Ja zaś spojrzałam na naszą kochaną, podobną do wilczycy, leżącą na legowisku przy drzwiach balkonowych spoglądającą na mnie ze smutkiem chorą Zuzię i powtórzyłam cichutko:

- Trzeba być przygotowanym na wszystko…

 


P.S.

Więcej na temat dziejów mojego taty można przeczytać w publikowanych kilka lat temu na tym blogu opowieściach pt.„Scenki z życia Henryczka” (klik )

 


piątek, 10 stycznia 2014

Scenki z życia Henryczka - cz.3. "Repatriacja"






…Łatwo było powiedzieć – wyjeżdżamy! Jednak po początkowej fali euforii zaczęły pojawiać się nieoczekiwane wątpliwości i przeszkody. Bo naprawdę ciężko pożegnać się na zawsze z domem rodzinnym, dorobkiem całego żywota, z cmentarzem, na którym leżało tylu krewnych, z bliskimi sercu zakątkami a także z pozostającymi na miejscu przyjaciółmi. Ta daleka, nieznana Polska kusiła dostatnim, spokojnym życiem, nowymi perspektywami zawodowymi a nade wszystko większą wolnością.  Była jednak dziwnie obca…Mityczna i nierealna. Będąca zbieraniną nieznanych sobie ludzi o dziwnych dla Kresowiaków nawykach, tradycjach i obyczajach. Krainą z wyśnionej, lecz bardzo dalekiej planety…

- Chciało się jechać! Bardzo chciało! Jednak w bezsenne noce serce dudniło ni to oczekiwaniem wielkiej odmiany losu, ni to panicznego lęku przed nią – opowiada Henryk i widać, że trochę się nawet wstydzi tamtych uczuć i dziecinnych, jego zdaniem, wątpliwości.
- Miałem już prawie osiemnaście lat! Pragnąłem czegoś w życiu dokonać. Uciec od biedy, poniżenia, tych wszystkich codziennych niemożności. Znaleźć prawdziwe szczęście!- błękitne oczy Henryka zalśniły w rozmarzeniu. Po chwili jednak otrząsnął się ze swych serdecznych wizji i gwałtownie spoważniał.  Najwidoczniej przypomniał sobie coś, z czym do tej pory nie umiał się pogodzić.

- Okazało się jednak, że nie cała moja rodzina zamierza przesiedlać się za Bug. Najstarszy brat, Eugeniusz kilka lat po wojnie ożenił się z Rosjanką i nie wiadomo, czy to pod wpływem żony, czy też znajomych przeistoczył się w zażartego komunistę. Związek Radziecki stał się jego prawdziwą ojczyzną a słowo Polska poza politowaniem nie wzbudzało w nim żadnych żywszych uczuć. Ileż to razy przyjeżdżał do nas, do domu, by agitować i przekonywać, jakaż to świetlana przyszłość czeka nas w Kraju Rad, o ile zmienimy poglądy i podporządkujemy się we wszystkim nakazom partii! – Henryk uśmiecha się z przekąsem i mamrocze:

- Aż wstyd opowiadać o takim bracie! Ale tak było! Tak właśnie było!
- Jak on płakał w 1953 po śmierci Stalina! Upił się i ryczał jak osioł, że chyba przyjdzie mu gardło sobie poderżnąć, bo nijak teraz mu żyć bez ojca narodu, bez gwiazdy przewodniej!
- Nawet będąc na emeryturze, w latach dziewięćdziesiątych, kiedy te wszystkie niesamowite zmiany polityczne dokonywały się w krajach byłego bloku socjalistycznego, Eugeniusz nic nie zmądrzał! I wieszczył w listach, które czasami słał do mnie z Leningradu, wielki powrót i ostateczny tryumf wspaniałej idei komunistycznej! W swym mieszkaniu, na specjalnym ołtarzyku trzymał portrety Lenina i Stalina. I chyba modlił się do nich! – żachnął się Henryk przepełniony uczuciami nieutulonego żalu oraz irytacji w stosunku do fanatycznego brata.

- Poza Gienkiem także młodsza ode mnie o rok siostra Felicja nie chciała, a raczej nie mogła wtedy z nami wyjechać. Niedawno wyszła za mąż i była w dość zaawansowanej ciąży. Jej mąż miał dobrą posadę w urzędzie i roiły mu się wielkie plany pięcia po szczeblach kariery urzędniczej. Mimo wszystko Felusia marzyła o tym, że jak trochę dziecko odchowa, to wkrótce do nas w Polsce dołączy. Była bardzo blisko związana z drugą siostrą, Krysią. Papużki nierozłączki, na nie mówiono. Nie wyobrażała sobie życia z dala od niej, od kochanych rodziców…

- Biedna Felusia! – Henryk westchnął i otarł załzawione nagle oczy.
- Tak się z nami żegnała długo! Tak szlochała, gdy wszyscy siedzieliśmy już na swoich tobołkach w wagonie kolejowym! Jej zapłakana twarz to ostatnie, co pamiętam stamtąd…
-  Felicja nigdy nie przyjechała za nami. Urodziła tam kilkoro dzieci. Owdowiała. Z trudem wiązała koniec z końcem. I co jakiś czas słała do nas pełne tęsknoty listy. A w połowie lat osiemdziesiątych nagle zmarła na serce…

 Mężczyzna oddycha ciężko. Wstaje i łyka jakieś leki na uspokojenie. Uśmiecha się przepraszająco:
- Wszyscy w rodzinie mamy problemy z sercem. Ja po zawale. Brat Grześ po dwóch. Krysia też narzeka na kłucia w klatce piersiowej i kiepskie krążenie krwi. A te wszystkie wspomnienia otwierają stare rany i budzą dawne zgryzoty – mówi ze smutkiem, lecz niedługo potem ściskając pocieszająco moją dłoń oświadcza:

- Jednak jak obiecałem, że wszystko ci opowiem, to opowiem! Nie martw się o mnie Oleńko!  Wierz przecież, że my Kresowiacy mamy skłonności do przesadnego roztkliwiania się i zbytniej wylewności!

- Dobrze! Wróćmy więc do początku tamtego exodusu z 1957 roku…Jak to było? Ile czasu trwała podróż? – pytam ponownie ośmielona i znów jak zaczarowana wsłuchuję się w melodyjnie brzmiący, ciepły głos Henryka.

 - Tamtego dnia wiele osób w wagonie pochlipywało – przypomina sobie starszy mężczyzna  -  A jakiś chłopak grał na harmonii patriotyczne, polskie melodie. Śpiewaliśmy razem i patrzyliśmy przez okno na zmienne krajobrazy, na coraz mniej znane strony. Żal serce ściskał, gdy mijaliśmy jakąś wioskę tak bardzo do naszej podobną albo las zupełnie taki sam, jak ten w tyle zostawiony…

- Było nas w wagonie około trzydziestu osób a każdy zabierał ze sobą wszystko, co miało dla niego jakąkolwiek wartość i mogło się w nowym miejscu przydać. Ubrania, garnki, pościel, książki, zegary, centryfugi, rowery, jakieś meble…W ostatnim składzie pociągu, w wagonie towarowym jechały zwierzęta gospodarskie. Często dobiegało nas stamtąd ich muczenie, beczenie, kwiki, rżenie i pianie…Nie było wśród nich głosu naszej krowy. Ją oraz konia sprzedaliśmy przed wyjazdem, decydując się rozpocząć w ojczyźnie zupełnie inne, niż dotąd życie. Bardziej miejskie niż wiejskie i co ważniejsze, wolne od ograniczających nas do tej pory kajdan kolektywizmu. A właśnie z tym kojarzyły nam się polskie PGR-y.

- I wreszcie po mniej więcej trzech tygodniach takiej jazdy dotarliśmy do Polski! – podsumowuje Henryczek i przenosi się w myślach do tamtych pierwszych chwil w ojczyźnie.

- To było do niedawna niemieckie, pomorskie miasto Prabuty. Pusto jakoś i szaro mi się tam zdawało. A może to tylko dzień był taki zachmurzony? Sam nie wiem…
-W Prabutach zakwaterowano nas w obozie dla repatriantów, usytuowanym w jakimś dużym, obskurnym budynku. W wieloosobowych salach. Mieliśmy czekać na ciąg dalszy podróży. Już do ostatecznego miejsca przeznaczenia. Jedni planowali pozostanie gdzieś w tamtych okolicach, na Pomorzu. Inni wybierali się na Śląsk albo Mazury. Tylko my nie wiedzieliśmy, co mamy z sobą począć? Gdzie się udać? Nikogo tu przecież nie znaliśmy…

- To władze polskie nie wyznaczały wam miejsca osiedlenia? Nie pomagały w odnalezieniu się w tej nowej dla was rzeczywistości? – pytam, pamiętając o filmowej sadze Chęcińskiego opisującej dzieje Pawlaków i Kargulów.
- Owszem, kierowały nas do miejscowości, w których istniały możliwości osiedlenia się, przejęcia ziemi, czy całej gospodarki. Mnóstwo jeszcze było wówczas w kraju opustoszałych po wysiedlonych Niemcach terenów. Jednak w naszym przypadku istniał dziwny stan zawieszenia. Zaraz ci powiem, dlaczego – odrzekł tamten i zasępił się przez moment.
- A swoją drogą, jakaż szkoda, że nie wypytałem w swoim czasie dokładniej moich rodziców o tamte sprawy. Teraz mam problem z poukładaniem tego wszystkiego logicznie w głowie – dodał, wzdychając bezradnie.

… Na długo przed wyjazdem z Wileńszczyzny moja mama rozpoczęła intensywne starania o ustalenie miejsca pobytu jej zaginionego w czasie okupacji brata.
- To taka pełna niejasności historia. Znam tylko jej fragmenty, marne strzępki…
- Brat mojej mamusi, Zenek jako jeniec trafił w czasie wojny do Stalagu. Stamtąd pisywał listy. Korespondencja trwała aż do czasu, gdy śmiertelnie obraził się na swoją matkę, czyli babkę moją, która nie zdołała wysłać mu do obozu ciepłych ubrań i koców.
- Nie wiem, czy babka nie chciała mu pomóc, czy bieda taka panowała, czy po prostu nie było możliwości wysłania takiej paczki. Wiem tylko, ze Zenek przestał pisać a babka przestała o nim wspominać…
- Wiem, nie powinno się źle mówić o zmarłych, ale moja babka była naprawdę dziwaczną, kłótliwą i egoistyczną kobietą. Sprzedawała jajka a za pieniądze w ten sposób uzyskane kupowała sobie cukierki. Potem trzymała je w zamkniętej na kluczyk drewnianej skrzynce, która stawiała zawsze wysoko na szafie żebyśmy my, dzieciaki nie mogły się dostać do jej bezcennej zawartości…Pod koniec lat czterdziestych zachorowała na raka żołądka. Przechodziła niewyobrażalne męczarnie. Dom pełen był jej krzyków, jęków i przekleństw…Jedynym, co ją znieczulało i na chwilę uciszało był alkohol. Upijała się więc do nieprzytomności i zasypiała w stodole na sianie.
- Pamiętam taki dzień, gdy nie było skąd i za co zdobyć bimbru. Babka przy mojej pomocy dokaraskała się jakoś do studni i tam, wprost z kolejnych, wyciąganych przeze mnie wiader, piła lodowatą wodę…
- Heniuś! Heniu kochanieńki!Wnuczusiu najmilejszy!  – zawodziła – Ja tobie wszystkie cukierki dam. I czekoladę, co ją mam schowaną na czarną godzinę. Tylko ty zdobądź dla mnie choć butelczynę, chociaż kieliszek gorzałki. Błagam! – jęczała, ściskając mnie mocno za rękę i nie potrafiąc zaznać ani chwili ukojenia…

- No i co się z nią stało? – wstrząśnięta jego zwierzeniem pytam wreszcie nieśmiało, przerywając kolejną, dłuższą chwilę milczenia, w czasie której Henio oddychał ze wzburzeniem i na przemian bezradnie splatał i rozplatał palce.
- Kilka dni potem babka umarła. Pod siennikiem jej łóżka odkryliśmy zlepione w jedną, ohydną masę ogromne ilości cukierków i czekoladek oraz zawinięte w chustę listy od Zenka.
- Parę dni po jej pogrzebie, moja mama poprzez Polski Czerwony Krzyż rozpoczęła starania o odnalezienie wuja. Nie wiadomo czemu wierzyła, miała wręcz pewność, że wuj żyje i wreszcie się do niej odezwie…
- Jednak lata mijały i wciąż nie udawało się trafić na choćby najmniejszy jego ślad …

- Wreszcie, trzeciego dnia pobytu w obozie w Prabutach, podczas cudownie obfitego śniadania, na które uraczono nas chlebem z masłem, rozpływającą się w ustach pasztetową i przepysznym salcesonem dostarczono nam do stołówki tak długo wyczekiwany list.

- To cudownie odnaleziony wuj Zenek pisał z kaszubskiego miasteczka, że zaprasza nas wszystkich do siebie…

wtorek, 7 stycznia 2014

Scenki z życia Henryczka - cz.2. "Za chlebem"





   Henryk nie lubi opowiadać o swoim dzieciństwie. Mówi, że to dla niego najgorszy okres w życiu. Po 1948 roku zaczęły się masowe wywózki Polaków na Syberię. Na ludzi padł blady strach. Nikt nie był pewny dnia ani godziny. Ojciec robił, co mógł by uchronić przed wywiezieniem swą rodzinę. Jeździł do urzędów, wciskał prezenty, pił z kim należało i we wszystkim potakiwał tym pyzatym, chamskim kierownikom kołchozu albo naczelnikom obwodu… 
   Bieda coraz gorsza była i nieustanny głód, który doprowadzał do tego, iż ludzie patrzyli na siebie wilkiem. Starcy umierali. Dzieciaki płakały i błagały o cokolwiek do zjedzenia a bezradne matki zagryzały tylko usta i gotowały jakieś cienkie polewki na obierkach ziemniaków albo na pokrzywach... Sąsiedzi i znajomi żyli z dnia na dzień. Wszyscy poniżeni, stłamszeni przez system, wyzuci z honoru i subtelnych marzeń...Bo przecież jedynym marzeniem było poczucie bezpieczeństwa i jedzenie! Mała, codzienna kromka chleba z masłem!

- Kiedyś, jako nastoletni chłopak wyszedłem na pole. Nade mną niebo było niebieściutkie, spokojne i wszechwładne. A mnie tak mocno głód trzewia ściskał, że żułem koniczynę i szczaw a od tego brzuch tylko bolał. I ukląkłem na tym polu. Dłonie jak do modlitwy złożyłem. Oczy wzniosłem do góry i łkając, zawołałem:
- Boże, Boże jedyny! Spraw by nadeszły kiedyś takie dobre czasy bym mógł codziennie kromkę chleba zjeść. Niczego więcej nie chcę! Tylko tego! Błagam! Spraw to, Boże mój kochany! – głos Henryka drżał. Słyszałam w nim ogrom ówczesnej młodzieńczej nadziei i rozpaczy. Tamtą straszliwą bezradność. A potem zamilkł i tylko jego przyspieszony oddech świadczył o tym, że nie może się otrząsnąć z niewesołych wspomnień. A mnie serce się ścisnęło, bo nagle zrozumiałam dlaczego w domu Henryka zawsze musi być zapas chleba. I nigdy ani jeden kawałek, ani jeden okruch się nie marnuje.
 -Przecież nawet mocno czerstwy chleb można rozmoczyć w mleku i zjeść ze smakiem – przekonuje czasem rodzinę, obserwującą z jakim namaszczeniem  szykuje sobie kolejne skromne śniadanie, podczas gdy w lodówce leżą wędliny i kilka gatunków serów.

- Ach, po co akurat do tamtych koszmarnych czasów wracać, gdy potem było o wiele ciekawiej i weselej…? – chrząknął wreszcie, przerywając tę pełną nabrzmiałych uczuć ciszę.

   Pytam więc, czy poza tymi smutnymi wspomnieniami ma też jakieś pogodne? Czy są takie chwile, które wywołują jego uśmiech.Czy na służbie lepiej mu było, niż w domu?
Zamyśla się, wzdycha…

 - Wiesz Olu, tam na tej służbie to byłem ponad dwa lata. Tęskniłem za bliskimi, ale do domu wracałem tylko na święta a z tamtą rodziną zżyłem się, jak z własną… - wzrusza się i znowu milknie.
- Jak tam u nich było? Co takie małe dziecko mogło w ogóle robić? – zadaję pytanie, bo mimo wszystko chciałabym się dowiedzieć czegoś więcej o tamtych czasach.
- Gospodyni czasem gotowała nam zacierki na mleku albo ziemniaki słoniną omaszczone...Pamiętam, siadaliśmy gromadnie wokół stołu. Każdy ze swoją łyżką w dłoni. I patrzyliśmy jak zaczarowani na wielką, parującą miskę strawy, którą ta dobra kobieta stawiała przed nami. Rzucaliśmy się wszyscy do jedzenia. Nikt nic nie mówił, bo szkoda czasu było na rozmowy. Jedliśmy na wyścigi ze wspólnej misy, tylko łyżki dzwoniły...Nawet przytyłem tam trochę! Mamusia nazachwycać się nie mogła moimi pełnymi policzkami, kiedy mnie na święta w domu powitała... - Henryk zwierza się z tym charakterystycznym, kresowym zaśpiewem w głosie i uśmiecha z rozczuleniem. Chyba znowu w tej chwili jest tamtym małym, sytym i szczęśliwym Henryczkiem!

- A co tam na służbie robiłem? Zimą przeważnie zajmowałem się najmłodszymi dzieciakami gospodarzy. Bawiłem brzdące a starszym w lekcjach pomagałem. Zwłaszcza w matematyce, bo zawsze dobrze mi szło liczenie. Zwierzęta gospodarskie też ja często karmiłem. Najbardziej lubiłem do świnek chodzić. Głaskać te ich śmieszne ryjki. Słomkami łaskotać...
- Przez ciepłe miesiące pasałem bydło, pomagałem na polu albo przy układaniu drzewa na opał. A raz, gdy gospodarz zostawił siekierę wbitą w pieniek i pijany poszedł spać, to ja kupę drzewa sam porąbałem. Bo okazało się, że chociaż mały byłem i szczuplusieńki, to bardzo silny. I potrafiłem udźwignąć takie kloce, jakim starsi ode mnie chłopcy nie dawali rady. W bójkach też byłem niezły, ale nie ma czym się chwalić…

- Mieszkała tam w sąsiedztwie pewna bardzo ładna dziewczynka. I to ją pamiętam z tamtych czasów najwyraźniej.
- Miała cudownie czarne włosy i ciemne jak smoła oczy. I tak ślicznie się uśmiechała, że wzroku od niej oderwać nie można było – głos mężczyzny stał się tkliwy, miękki i drżący. Czułam, że znowu przeżywa mocno tamte chwile.
- Chodziliśmy razem do lasu na grzyby. I ja wkładałem do jej koszyka wszystko, co nazbierałem. A potem ona dla mnie wybierała najładniejsze prawdziwki, żeby się moja gospodyni nie gniewała…
- Marysia jej było na imię. Czasem rozpuszczała swój długi warkocz i wplatała kwiatki we włosy. Wiedziała, że mi się podoba. Śpiewała dla mnie takie cudne piosenki, których ją babunia nauczyła. Nie te rosyjskie, wszechobecnie natrętne, ale delikatne, melodyjne, stare polskie pieśni…A jak biegła do domu i który kwiatek jej wypadł, to ja go zbierałem i do kieszeni ukradkiem wkładałem. I gdy już wszyscy spali trzymałem go mocno do nosa przyciskając i marząc, że się kiedyś z tą Marysią ożenię! – Henryk poważnieje nagle i znów przerywa opowieść.
- I co się stało potem z tą dziewczynką? – nie odpuszczam, choć wiem, że pewnie zaraz dowiem się czegoś smutnego.
- Gdzieś tak na początku lat pięćdziesiątych Marysia wraz ze swymi bliskimi zniknęła nagle. Pewnej nocy cała jej dziesięcioosobowa rodzina przepadła po prostu jak kamień. Została po nich pusta chata. I moje suche kwiatki, które trzymałem potem długo w książeczce do nabożeństwa. Nigdy więcej już Marysi nie spotkałem. Zresztą nie szukałem jej nawet. Tyle innych rzeczy się działo…

- W jakiś czas potem rodzice zaczęli starać się o zgodę na wyjazd do Polski.
 -Wiesz, mnóstwo repatriantów wówczas wracało. My nie mogliśmy wtedy wyjechać…
 -Kiedy już wszystkie, potrzebne dokumenty były w urzędzie repatriacyjnym złożone okazało się, że mama znowu jest w ciąży. Zaledwie w miesiąc po przyjściu na świat mojej najmłodszej siostrzyczki dostaliśmy pozwolenie na wyjazd. Ale to była bardzo mroźna zima. Siostrzyczka była maleńka i chorowita, więc trzeba było odłożyć podróż.
- Wyjechaliśmy w ostatniej turze repatriacji w 1956 czy może siódmym roku…Nie umiem sobie teraz przypomnieć dokładnej daty.
- O wyjeździe dowiedziałem się z listu rodziców, który wysłali do mnie do Karelska, gdzie pracowałem jako elektromonter tuż obok granicy z Finlandią.

  ...Tkwiłem akurat z dziesięć metrów ponad ziemią, mocując do drewnianego słupa druty i operując wielkimi obcęgami, gdy usłyszałem głos brata, który pracował tam razem ze mną, ale akurat tego dnia został w baraku, bo na coś tam niedomagał. Wokół nas była niezmierzona, biała przestrzeń śniegów, zamarzniętych, ogromnych jezior i wystających gdzieniegdzie spomiędzy pofalowanych zasp srebrzystych, pokrytych szronem i lodem, porostów. Widziałem to wszystko z góry i chociaż już ponad dwa lata pracowałem w tamtych stronach, wciąż nie mogłem się tym surowym pięknem nazachwycać.

- Heniu! Heniu – wołał z dołu brat dziwnie podnieconym głosem.
- Złaź szybko, to coś ci powiem!
- Gadaj teraz Grzesiek!-  odkrzyknąłem zirytowany! - Widzisz przecież, że mam robotę!
- A rzućże już w diabły tę całą robotę! To teraz nieważne! – wołał tamten, stojąc na mrozie bez czapki i wymachując szaleńczo jakimś kawałkiem papieru.

   Zlazłem więc niechętnie, mrucząc jakieś niezbyt cenzuralne wyrazy pod adresem zwariowanego, starszego brata. Tamten porwał mnie w objęcia. Wycałował serdecznie a potem obwieścił.
- Gomułce udało się nareszcie załatwić u władz radzieckich zgodę na wysiedlenie Polaków z naszych stron!
- Wyjeżdżamy stąd chłopie! Heniuś! Nareszcie wyjeżdżamy do Polski! – ryknął mi wprost do ucha a potem odtańczyliśmy na tym karelskim śniegu niedźwiedzi taniec radości…


Etykiety

Aborygeni absurd afirmacja życia agrest apel apel o pomoc asymilacja Australia autoanaliza bajka bal ballada baśń Beksińscy Bieszczady blackout bliskość blog blogi bór cenzura Cesarzowa Ki Cezary chleb choroba ciastka ciepło cywilizacja czarny bez czarny humor czas czekolada czerwiec człowieczeństwo człowiek czułość Dersu Uzała deszcz dieta dobro dom dorosłość drama drama koreańska drewno droga drzewa trawiaste Dubiecko Dwernik Kamień dwudziestolecie międzywojenne dystopia dzieciństwo dzikie bzy ekologia elektryczność erotyk eutanazja fajka fantazja film flash mob fotografie fotoreportaż glebogryzarka głodówka głód gospodarstwo goście góry Góry Flindersa grass tree grill grudzień grzyby Gwiazdka historia historie wędrujące horror humor humoreska idealizm ideologia II wojna światowa informacja inność inspiracja internet jabłka jabłoń Jacuś Jacuś. gospodarstwo Jacuś. lato jajka Jane Eyre Japonia Jawornik Polski jesień jesień życia kalina Kanada kanały kangury kastracja kiełbasa klimat klimatyzm koala kobieta koguty kolęda kolędy komputer komunikacja konfitury konflikt koniec świata konkurs konstrukcja kosmos koszenie kot koziołek kozy Kraków Kresy kryminał kryzys książka kuchnia kulinaria kury kwiaty kwiecień las lato legenda lektura lęk lipa lipiec lis listopad literatura los ludzie luty łąka maciejka macierzyństwo magia maj malarstwo maliny mantry marzenie maska metafora mgła miasteczko odnalezionych myśli Michael Jackson Mikołaj miłość Misia mit młodość moda mróz mróż muzyka muzyka filmowa nadzieja nalewki nałóg natura niebezpieczeństwo niezapominajki noc nowoczesność Nowy Rok obyczaje ocean odchudzanie odpowiedzialność odrodzenie ogrody ogród ojczyzna opowiadanie opowiastka opowieść Orzeszkowa osa Osiecka owoce pamięć pandemia Panna Róża park pasja patriotyzm pejzaż pierniki pies pieski pieśni pieśń piękno piosenka piosenki pisanie płot początek podróż poezja pogoda Pogórze Dynowskie polityka Polska pomidory pomysł poprawność polityczna porady postęp pożar praca prawda prezent protest protesty przedwiośnie przedzimie przemijanie Przemyśl przepis przetrwanie przetwory przeznaczenie przygoda przyjaźń przyroda psy psychologia ptaki radość rak recenzja refleksja relatywizm remont repatriacja reportaż rezerwat Riverland rodzina rok rośliny rower rozmowa rozrywka rozum róże rymowanka rzeka samopoczucie samotność San sarny sąsiedzi sens życia siano sierpień silna wola siła skróty słodycze słońce słowa słowa piosenki słowianie smutek solidarność South Australia spacer spiżarnia spokój społeczeństwo spontaniczność spotkanie stado Star starość strych susza susza. upał szadź szczerość szczęście szerszeń śmiech śmierć śnieg śpiew środowisko świat światło świeta święta świt tajemnica tekst piosenki teksty piosenek tęsknota toaleta tragikomedia trauma troska truskawki uczucia Ukraina upał urodziny uśmiech warzywnik wędrówka wędrówki węgiel wiadomości wiadomość wiatr wierność wiersz wierszyk wieś wieża wigilia Wilsons Promontory wino wiosna wiosnaekologia wirus woda wojna wolność Wołyń wrażliwość wrotycz wrzesień wschód słońca wspomnienia wspomnienie współczesność Wszechświat wybory wychowanie wycieczka wygląd wypadki wypalanie traw wzruszenie zabawa zabawa blogowa zachód słońca zapasy zaproszenie zbiory zdjęcia zdrowie zielarstwo zielononóżki zielononóżki kuropatwiane zima zioła zmiany zupa Zuzia zwierzęta zwyczaje żałoba żart życie życzenia Żydzi żywokost