Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zdjęcia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zdjęcia. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 16 czerwca 2024

Czerwcowy motyl…

 


…Zaczęło się o poranku. Wyszłam do ogrodu i z miejsca poczułam coś pozytywnego, coś niezwykłego w aurze, w świetle, w zapachu pełnym aromatów świeżo rozkwitłych róż,  w zachwycającym widoku bujności wszelakiej, w otoczeniu bliskim i dalekim. To coś od razu znalazło oddźwięk w mym sercu. I ożywione serce z miejsca zastukało w nagłym wzruszeniu.  W uczuciu ulgi, które objawiło się tak nagle i ożywczo jak długo wyczekiwany deszcz, co spływa na spragnioną, utrudzoną suszą roślinę. Miałam wrażenie jakby baśniowy motyl przysiadł mi na ramieniu i wprost do ucha wyśpiewywał piosenkę o dobru, pięknie, harmonii i spokoju. Ta piosenka w czarodziejski niemal sposób natychmiast odegnała ode mnie wszystkie zgryzoty i smutki. Stanęłam pod obsypaną owocami trześnią i poczułam się jak nowo narodzona. Niczym czysta kartka w pachnącym nowością zeszycie. Pamiętacie to podniosłe odczucie, gdy w czasach zamierzchłych bo wczesnoszkolnych brało się w dłonie taki dziewiczy zeszyt? Zeszyt sprzed bazgrołów, kulfonów, szlaczków i kleksów a przede wszystkim czerwonych podkreśleń i uwag nauczyciela? Ów zeszyt uosabiał jeszcze wówczas wszystko, co piękne, niewinne, pełne obietnic oraz nieskończonych możliwości. Takie właśnie uczucie owładnęło mną wczoraj i w większym czy mniejszym nasileniu trwało do końca dnia. A odnotowuję to, bo coraz rzadziej zdarza mi się tak właśnie czuć. Bo wraz z wiekiem, ze zdarzeniami, których jestem uczestnikiem, świadkiem czy tylko obserwatorem coraz więcej oplata mnie smutków, lęków, złych przeczuć, rozczarowań, nieufności i goryczy. Spraw, które nie pozwalają na beztroskie spojrzenie wokół siebie. Na cieszenie się tym, co jest. Na pójście z radością w dal. A wczoraj ni stąd ni zowąd ta zardzewiała, porośnięta ciernistymi roślinami furtka nagle pozwoliła się otworzyć i odetchnąć głęboko…










   Oto na trześni, na czereśni, na wiśniach, krzewach agrestu i porzeczek błyszczały, rumieniły się ponętnie niezliczone ilości dojrzałych owoców. Tylko zanurzyć się w to oszołamiające bogactwo kolorów, smaków, aromatów i czerpać z niego do woli. Tylko wyciągnąć rękę i zerwać te jeszcze mokre od rosy soczyste i chłodne kuleczki. Rozgryzać i zjadać powoli delektując się każdym kęsem. A w błogiej chwili, gdy w ustach rozlewał się słodko-kwaśno-cierpki smak rozglądać się już za następnymi dojrzałymi smakołykami. Napełniać wiśniami wiaderko i planować, co dobrego można z nich zrobić. Może wspaniały dżem a może rubinową naleweczkę? W międzyczasie zawieszać sobie na uszach gustowne kolczyki z połączonych szypułkami czereśni. I uśmiechać się do szpaczków, co to na wyższych gałęziach z zapałem łasowały, nic sobie z mego sąsiedztwa nie robiąc. I spoglądać na migoczące w słońcu trzmiele i osy. I czuć się jednością z tym wszystkim, znajdując w tej jedności bezpieczeństwo oraz spełnienie.








   Trudno opisać to słowami, bo istnieją wszak uczucia nieujmowalne w słowa. A te, które wybrzmią zdają się nieadekwatne albo banalne. Pewnie w przeszłości pisałam już o podobnych stanach na blogu. Jest tu ponad 700 postów i wielu z nich już nie pamiętam. Z niektórych wyrosłam albo oddaliłam się od nich mentalnie. W danym momencie jednak były dla mnie ważne. Odzwierciedlały bowiem kawałek mojej duszy, pokazywały kim jestem, jak patrzę na życie i świat. Co mnie cieszy, co martwi. Co jest najważniejsze i stałe a co tylko błahe i przelotne.



   Ten wczorajszy dzień czym był właściwie? Po prostu kawałkiem zwyczajnej, czerwcowej codzienności a jednocześnie dotykiem magicznego motyla, który na moment przysiadł na moim ramieniu a potem poleciał gdzieś dalej. Ku innym spragnionym jego obecności ludziom. Pewnie nawet wielu z nich nie zauważyło jego trzepotu, nie usłyszało czarodziejskiej piosenki. Mnie przecież także ta nieuwaga zdarza się nagminne. Ale motyl mimo wszystko uparcie pojawia się  i będzie pojawiał w wielu miejscach. Wbrew coraz bardziej zwariowanemu światu, wbrew natłokowi ponurych zapowiedzi i wieści wytrwale będzie nucić coś po swojemu, tańczyć w promieniach czerwcowego słońca i przynosić największy z możliwych darów. Uczucie prostego szczęścia…




niedziela, 17 września 2023

Bór bagienny…*

 


 

   Żył, był sobie na Pogórzu stary Bór bagienny, sosnowy przez ludzi prawie całkiem zapomniany. Kiedyś wprawdzie utworzono na jego terenie rezerwat przyrody, ale mało kto go odwiedzał. Turystów najbardziej odstraszały roje komarów – dzielnych, borowych strażników. Nie odpowiadały im też ścieżki schowane między zawieszonymi wszędzie niewidzialnymi choć gęstymi firanami pajęczyn, między chaszczami dorodnych pokrzyw, ogromnych skrzypów  bagiennych, łopianów i kolczastych zarośli jeżyn. Irytowali się, kiedy wkraczając na kląskające wilgocią łąki zauważali, że ich stopy zapadają się szybko a eleganckie buciki oblepia muł i wszechobecna rzęsa. Ilekroć krążyli po okolicy jacyś nieliczni śmiałkowie zawsze dało się słyszeć ich głośne utyskiwania a to na podmokłe, błotniste dróżki a to na podstępnie wystające tu i ówdzie z ziemi korzenie a to na dziwne, zupełnie niewytłumaczalne uczucie bycia obserwowanymi.



   Kto i dlaczego miałby ich tam obserwować?  Nikt przecież nie wierzył w takie naiwne bajki. A jednak ten i ów stale o tym wspominał, wciąż dziwne pogłoski rozpowiadał, straszył i odstraszał od odwiedzin Boru. Dlatego tylko prawdziwi zapaleńcy albo nieświadomi niczego turyści z rzadka decydowali się zanurzyć w te dziwne i odstręczające, bagienne ostępy. Krążyli po nich sami nie wiedząc po co?  Coś ciekawego znaleźć pewnie chcieli, jakąś atrakcję, która przykuje ich uwagę albo pozwoli zrobić wspaniałe zdjęcia i pochwalić się potem nimi przed znajomymi. Niczego takiego jednak nie dostrzegali albo też dostrzec nie potrafili. Szybko zatem zniechęceni, zapoceni i przez komary, gzy oraz kleszcze pokąsani wychodzili z lasu oddychając z wielką ulgą, że ta krótka wycieczka już za nimi, że bez wyrzutów sumienia mogą odhaczyć kolejny punkt na mapie. Potem wsiadali w swoje hałaśliwe samochody albo sadowili się na siodełkach rowerów i odjeżdżali byle dalej stąd.


  


   Bór cieszył się z tego, bo nie lubił być przez żadnych intruzów niepokojony. Zależało mu na bezczasie, ciszy, niezmienności. Na pełnej swobodzie wszystkich leśnych mieszkańców: żab, ropuch, traszek, jaszczurek, kaczek i kuropatw, żmij i zaskrońców, lisów, kun i saren…Na zgodnych z porami roku naturalnych przemianach przyrody, na bogactwie jej kolorów, zapachów, znaczeń. Tylko wtedy Bór czuł się bezpiecznie i błogo. Tylko wtedy oddychał pełną piersią. A gdy znowu wśród bagiennych drzew i krzewów zapanowywała zwyczajna, pełna dzikości i swobody codzienność uśmiechał się do siebie promiennie i szeptał, że zawsze właśnie tak być powinno…



   Tego pogodnego, wrześniowego popołudnia Bór spoglądał z nostalgią w niebo. Właśnie przelatywały nad nim ostatnie klucze dzikich gęsi. Żegnały się już z Pogórzem. Jakże szybko to wszystko się działo! Wszak dopiero co cieszył się ich przylotem, ich radosnym powitaniem. A teraz rozstawały się z tymi okolicami a w ich okrzykach słychać było nutkę żalu, ale i podekscytowanie tym, co czekało na nie gdzieś tam daleko! Tak daleko, że Bór nawet nie umiał sobie tego wyobrazić. Wszak nigdy nie ruszał się z miejsca i tyle wiedział o świecie, ile mu ptaki opowiedziały. O cudach, niezwykłych barwach i przestrzeniach ukrytych gdzieś za widnokręgiem. Tak naprawdę nigdy go nie ciągnęło, by zobaczyć te wszystkie wspaniałości na własne oczy, lecz mimo to czuł w sobie teraz niezrozumiałą tęsknotę a nawet cień smutku... Nie umiał go jednak ani nazwać ani oswoić.



   Szybko jednak otrząsnął się z tego dziwnego stanu, bowiem dostrzegł, że dwoje ludzi śmiało wkracza na jego teren.

 - I dobrze! – westchnął – Dzisiaj wyjątkowo jest mi na rękę ich wizyta. Przynajmniej nie będę rozmyślał o tym, o czym nie powinienem.

- Zobaczmy, kogóż to wiatr mi dzisiaj przywiał! Trzeba się będzie z nimi trochę zabawić! – zachichotał głośno i nieco złośliwie. A ta para ludzkich istot, która wchodziła właśnie w zarośniętą jeżynami ścieżkę odczuła jego śmiech jako złowieszcze skrzypienie starych sosen, osik i olch rozciągających ponad nimi swe żylaste ramiona.

- Żeby nam tylko nic na łeb nie zleciało! – zaniepokoił się mężczyzna i przyśpieszywszy kroku mocniej naciągnął czapkę na uszy.



- Pogoda się zmienia, to i wieje! – odparła kobieta i ciekawie uniosła głowę wpatrując się w głęboką zieleń sosnowych koron i widoczny między wyrazisty błękit nieba. Dostrzegła tam też kilka przebarwionych na pomarańczowo, żółto i czerwono listków. Niektóre z nich wirowały w powietrzu a potem leciały gdzieś hen, hen oddalając się i w końcu zupełnie znikając jej z oczu.  I choć widok ten był zachwycający, to poczuła w sercu jakiś smutek…



- Przemijanie… - szepnęła. A Bór słysząc jej szept z niezrozumiałym dla siebie upodobaniem powtórzył  kilkukrotnie: przemijanie, przemijanie, przemijanie… A była w tym szepcie łagodność, ale i bolesna tęsknota, pogodzenie i żal zarazem.



- Popatrz! Tu wygląda na to, iż ścieżki się rozchodzą. Możemy iść tam, w ten gąszcz, gdzie prowadzą nas znaki szlaku, ale możemy też chyba iść tutaj, w lewo. Coś tam lśni w oddali! – nagle towarzysz kobiety przystanął i odgarnąwszy na bok wielkie liście paproci ukazał nieużywaną od lat przez nikogo tajemniczą dróżkę.



- Idziemy! – szybko podjęła decyzję kobieta.

- Zawsze przecież możemy tu wrócić! – dodała odważnie.

   I powędrowali śmiało po mięciutkim poszyciu złożonym z sosnowych igieł, starych liści, kępek wrzosów, mchu, paproci i wonnych krzaczków bagna zwyczajnego. Niedawny poszum między drzewami ustał. Zrobiło się zupełnie cicho, spokojnie a nawet sennie. Nawet bzyczenie komarów ucichło.



   Bór tymczasem postanowił poddać próbie tych dwoje śmiałków. Nie chciał zrobić im żadnej krzywdy, ale po prostu zobaczyć, z kim ma do czynienia. Oto ukazał im w pobliżu widok na porośnięte rzęsą urokliwe rozlewisko. Intensywna, jaskrawa zieleń roślin pokrywająca powierzchnię wody sprawiała wrażenie wytrzymałej, twardej powierzchni. I aż kusiła by na nią wejść, by zajrzeć, co skrywa się za tajemniczą, porośniętą soczystą trawą wysepką. Jednak bezkarnie chodzić po niej mogły tylko ważki, muszki i motyle. Dla człowieka wkroczenie w głąb owej szmaragdowej krainy niechybnie skończyć by się mogło wciągnięciem w głębinę a nawet utonięciem. W dawnych czasach zdarzały się wszak w tych stronach dziwne zaginięcia. Ot, poszedł jeden z drugim torfu nakopać albo ryb nałowić i znikał na zawsze w szlamowatych odmętach tutejszych bagnisk…



- Uważaj! Zobacz, jak szybko można się tu zapaść! – mężczyzna ostrzegł kobietę, która ze swym aparatem fotograficznym odrobinę za daleko weszła między trawy, suche badyle i kaliny.

- Już, już się cofam!  - sapnęła tamta i z głośnym plaśnięciem wyciągnęła z moczarów obute w gumowce nogi.  



- Ale pięknie tu, prawda? – zapytała, gdy już bezpiecznie stali ramię w ramię i przyglądali się wodnym odbiciom brzóz wyrastających po drugiej stronie bajora. Pachniało sosnowymi igłami, grzybami, zbutwiałymi liśćmi, tatarakiem i bagienną wodą.

- Prawda! – odrzekł cicho jej towarzysz.





- Pewnie, że pięknie! – rzekł Bór - Wszak robię wszystko by było tu najlepiej, jak tylko się da. To dom dla tysięcy istnień. To mój osobny, szczęśliwy świat, który będzie trwał zawsze. Byleby nikt nie zakłócał jego spokoju…Byleby nikt nie chciał tu wprowadzać swoich praw i porządków! – Bór westchnąwszy głęboko bezradnie zapatrzył się w nieboskłon przeczuwając nieuchronne zmiany, które nadciągały z oddali. Zmiany, o których od dawna opowiadały mu ptaki, owady i inne leśne stworzenia. Przemiany, na które nie miał wpływu…



- Choć wiesz, pewnie nie powinienem ci tego mówić, ale mam nieokreślone uczucie, że ktoś na nas patrzy! – dodał po chwili zmienionym nieco głosem mężczyzna.

- Ja też czuję coś takiego, ale o dziwo, wcale się nie boję! Iw ogóle mam wrażenie, jakbyśmy nie byli tu naprawdę, ale jak gdyby ta wędrówka nam się tylko śniła– odparła kobieta i uważnie rozejrzała się dokoła. Las jak gdyby nigdy nic rósł wokół zielony i pełen życiodajnej wilgoci, bujny i wonny.



- Czy to sen, czy nie sen, ale zaczyna się chmurzyć! Wróćmy na szlak i przejdźmy go do końca, jeśli mamy zdążyć przed deszczem! – zarządził mężczyzna i już po chwili oboje wędrowali wytyczonym niegdyś oficjalnym szlakiem.  Obejrzeli kilka leśnych oczek wodnych, stawików i szmaragdowych bagnisk. Szli ostrożnie po chybotliwych, drewnianych mostkach, pod którymi rozciągały się niebezpieczne mokradła. Przekraczali zwalone, omszałe, stare drzewa i zapadliska ziemne, z których w dawnych czasach wydobywano torf.  Próbowali przepysznych, czarnych jeżyn. Rozcierali w palcach pachnące igiełki sosen i bagna zwyczajnego. Podziwiali wielkie, podmokłe łąki widoczne w oddali. Delikatnie gładzili dłońmi mięciutkie gęstwiny mchów albo szorstkich porostów. Przypatrywali się z podziwem tutejszym wielkim purchawkom. Wsłuchiwali się  w kojący szelest liści, w skrzypienie gałązek, w dalekie okrzyki bytujących tu ptaków. Z rozkoszą wciągali w płuca powietrze przesycone charakterystycznym aromatem szykujących się do jesiennego sezonu roślin. Śledzili przepływ obłoków na niebie i wpatrywali się w ich odbicia na wodzie. Przeczuwany dopiero co deszcz chyba się jednak rozmyślił i niebo znów się wypogodziło. A Bór trwał wokół nich życzliwie cichy, spokojny, zamyślony a może tylko senny…











- I niech tak właśnie będzie tu zawsze! Na pewno jeszcze kiedyś tu zajrzymy! – szepnęli ludzie na koniec swojej wędrówki patrząc z tęsknym uśmiechem za siebie. A potem zzuli gumowce i ubrawszy zwykłe buty turystyczne wsiedli do samochodu i pojechali dalej odkrywać kolejne niezwykłe miejsca Pogórza Dynowskiego…

 

*Powyższa opowieść dotyczy położonego w pobliżu Dubiecka rezerwatu „Broduszurki”.

 


P.S. W tym tygodniu czeka nas zmiana dostawcy Internetu. Gdybym długo nie odpisywała na komentarze, będzie to oznaczać, że mam problem z dostępem do sieci.

niedziela, 19 kwietnia 2020

Maskarada…





   Chciałabym pokazać wam tutaj trochę najnowszych zdjęć zrobionych podczas zeszłego tygodnia w naszym ogrodzie i wokół niego. Chciałabym żebyście mogli zobaczyć jak śmiało poczyna sobie wiosna, która ożywiona mocą słońca każe rozkwitać drzewkom owocowym i zwyczajnym mleczom, zielenić się brzozom i wierzbom, tworzyć nabrzmiałe pączki na lipie – staruszce oraz na krzewach bzu, dyrygować śpiewem ptaków i kumkaniem żab, budzić dokuczliwe muszki i inne latające owady, coraz bardziej rozbłękitniać niebo i kolorować widok pobliskiego lasu, rozweselać psy a nam wystawiać twarze ku życzliwym promieniom. Tak, chciałabym to tutaj pokazać, tylko nie wiem, czy się to uda, gdyż wkradł się na blogi jakiś złośliwy wirus, który sprawia, że publikowane wcześniej zdjęcia znikają, zakryte przez maskę dziwacznego okienka z ironicznie (moim zdaniem) uśmiechniętą gębusią. Nie mam na ten irytujący stan rzeczy żadnego wpływu, tak jak nic nie mogę poradzić na przymus noszenia przez nas wszystkich uprzykrzającej życie maski.










   A miałam, niestety, w ubiegłym tygodniu okazję poznać na samej sobie, jak niewygodna jest taka maseczka, choć uszyta przez mnie z mięciutkiego materiału, choć dopasowana i przyjemnie błękitna jak kawałek nieba. Ważne i niecierpiące zwłoki sprawy kazały jechać mnie i Cezaremu do miasta a traf chciał, że stało się to w pierwszym dniu obowiązywania narodowej maskarady. Dobrze, że parę dni wcześniej, tknięta jakimś przeczuciem uszyłam dla nas obojga maseczki. Miały czekać na jakiś odległy czas, gdy będziemy musieli wyprawić się z naszego bezpiecznego siedliska. Jednak los chciał, że pojawiła się pilna konieczność wyruszenia stąd ku cywilizacji już w ubiegły czwartek i piątek. 





   Szokiem jest takie zetknięcie się po paru tygodniach dobrowolnej kwarantanny z ową opanowaną przez strach przed wirusem ludzkością. Szokiem widok zamaskowanych oraz odzianych w gumowe rękawiczki osobników, długich kolejek do sklepów, z odległością międzyludzką już nawet nie dwu, ale i pięciometrową, szokiem milczenie tych ludzi w kolejce i popatrywanie na siebie z podejrzliwością a nawet lękiem. Przez te parę tygodni świat jeszcze bardziej oszalał, upodobnił się do rzeczywistości z książek Orwella i Huxleya. A widać to tym wyraźniej, im bardziej nasza tutejsza, wiejska, oparta na bliskości z naturą rzeczywistość nie zmienia się wcale a jeśli już to tylko na lepsze, bo coraz cieplej i barwniej dookoła. Ale wracając do maseczki, to nie wiem, czy da się do stałego noszenia jej przyzwyczaić. Bo to nie dość, że okulary się pocą, to skóra pod spodem swędzi, to gorąco jest i duszno, to wciąż człowieka korci (choć nie wolno), żeby poprawić to ustrojstwo, uwolnić choć na chwilę nos, podrapać go i wydmuchać go w chusteczkę, bo wciąż ma się wrażenie, że się zapycha.  I co z tego, że niektóre z tychże przesłon na twarz są nawet ładne i pomysłowe, skoro tak w nich niewygodnie, a ponoć i niezdrowo, bo chcąc nie chcąc wdycha się osiadające na materiale wirusy i bakterie, które w innych okolicznościach rozpierzchły by się daleko wraz z powietrzem? No i niepokoi ta perspektywa ich noszenia  -  wielomiesięczna może i kilkuletnia. Takoż i nieprzepuszczających powietrza rękawiczek, pod którymi skóra spływa potem. Jeszcze teraz wiaterek nieco chłodzi nasze rozgrzane ciała i twarze a co będzie latem które znowu zapowiada się sucho i upalnie? Może maseczka to mniejsze zło a może nie…Wszystko okaże się z czasem. W końcu wszelkie maski zostaną zdjęte, płatki kwiatów opadną a drzewa wydadzą owoce...





    Ech, życie, życie…Czy ktokolwiek z nas jeszcze dwa miesiące temu mógł przypuszczać jak bardzo zmieni się nasza zwyczajna, nieco nudna codzienność? Jakie będą nami targać emocje? Jakie pojawią się lęki, frustracje, niemożności, zakazy i nakazy, mury międzyludzkie, moralne dylematy?  Przeczytałam niedawno na którymś z internetowych portali, iż w stanie Georgia w USA, z powodu ogromnej ilości zachorowań także wprowadzono przymus zamaskowywania oblicz ludzkich a ponieważ każda zasłona jest lepsza od żadnej zniesiono tam nawet wieloletni zakaz ubierania białych, spiczastych kapturów Ku Klux Klanu. Kto wie, może w tych prześcieradłach na głowach jest nieco wygodniej niż w zwyczajnych, mocno przylegających do skóry maseczkach? Ale skoro znowu wolno chodzić w tychże prześcieradłach, czy nie doprowadzi to to wznowienia działalności tegoż ponurego stowarzyszenia ?( o ile oczywiście ta informacja o kapturach jest prawdą a nie kolejnym fake newsem). Pewnie więcej obserwacji, refleksji i spostrzeżeń ma w związku z tym mieszkająca od kilku lat w tym stanie Maria K., autorka świetnego podróżniczego bloga „Pakuj walizki”( Pakuj walizki  ).




   A wracając do naszego „tu i teraz”( w obecnych czasach cały świat dzieli podobne troski, więc coraz bardziej rozmywają się wszelkie podziały i granice, wszyscy jedziemy na tym samym wózku.) - to jakoś trzeba sobie z tym wszystkim radzić. Oby tylko zdrowie było. Oby nic się do nas nie przyczepiło, nie zaburzyło resztek normalności i spokoju. Oby mieć coś, co pociesza, oddala, przywraca równowagę, uśmiech, radość życia i nadzieję. Dla nas z Cezarym ratunkiem w tej sytuacji jest obcowanie z przyrodą w ogrodzie. Są spacery do lasu, które (o szczęście niepojęte!) znowu będą możliwe od poniedziałku. Jest rozmowa z rodziną, sąsiadami i znajomymi (niestety, głownie telefoniczna). Jest oglądanie wesołych memów i filmików na YT, albo wręcz przeciwnie, zapoznawanie się z tymi traktującymi na serio o tym, co się dzieje, po obejrzeniu których coraz wyraźniej rozumiemy jak łatwo można zmanipulować i zastraszyć ludzkość, jak pokrętne mogą być interesy niewidzialnych władców tego świata i jak mocno w obecnej sytuacji trzeba bronić swego instynktu, rozsądku, moralności, wolności wewnętrznej i niezależności. 


   
    A co do tytułowej maskarady, to pod spodem wklejam linka do piosenki pod tym tytułem śpiewanej przez wspaniałą Stanisławę Celińską. Już w zeszłym roku chciałam polecić tutaj wysłuchanie tej pieśni, ale wciąż inne tematy zdawały mi się pilniejsze. Polecam zatem ją teraz, tym bardziej, iż jej słowa nabrały obecnie zupełnie nowego wymiaru.


   Pozdrawiam Was serdecznie od nas obojga i kończę tego posta z nadzieją, że zamieszczone tutaj zdjęcia będą widoczne, że nie zakryje ich jakaś wirtualny, zamaskowany wirus internetowy. A gdyby nawet zakrył, to zapewniam Was, że świat za oknem z dnia na dzień jest coraz piękniejszy, że natura nie straciła swojej prawdziwości oraz pozytywnego oddziaływania na ludzkość  i wystarczy tylko otworzyć oczy i mimo jakiejkolwiek maski by zobaczyć to, co powinno być dostrzeżone!:-)*

 


Etykiety

Aborygeni absurd afirmacja życia agrest apel apel o pomoc asymilacja Australia autoanaliza bajka bal ballada baśń Beksińscy Bieszczady blackout bliskość blog blogi bór cenzura Cesarzowa Ki Cezary chleb choroba ciastka ciepło cywilizacja czarny bez czarny humor czas czekolada czerwiec człowieczeństwo człowiek czułość Dersu Uzała deszcz dieta dobro dom dorosłość drama drama koreańska drewno droga drzewa trawiaste Dubiecko Dwernik Kamień dwudziestolecie międzywojenne dystopia dzieciństwo dzikie bzy ekologia elektryczność erotyk eutanazja fajka fantazja film flash mob fotografie fotoreportaż glebogryzarka głodówka głód gospodarstwo goście góry Góry Flindersa grass tree grill grudzień grzyby Gwiazdka historia historie wędrujące horror humor humoreska idealizm ideologia II wojna światowa informacja inność inspiracja internet jabłka jabłoń Jacuś Jacuś. gospodarstwo Jacuś. lato jajka Jane Eyre Japonia Jawornik Polski jesień jesień życia kalina Kanada kanały kangury kastracja kiełbasa klimat klimatyzm koala kobieta koguty kolęda kolędy komputer komunikacja konfitury konflikt koniec świata konkurs konstrukcja kosmos koszenie kot koziołek kozy Kraków Kresy kryminał kryzys książka kuchnia kulinaria kury kwiaty kwiecień las lato legenda lektura lęk lipa lipiec lis listopad literatura los ludzie luty łąka maciejka macierzyństwo magia maj malarstwo maliny mantry marzenie maska metafora mgła miasteczko odnalezionych myśli Michael Jackson Mikołaj miłość Misia mit młodość moda mróz mróż muzyka muzyka filmowa nadzieja nalewki nałóg natura niebezpieczeństwo niezapominajki noc nowoczesność Nowy Rok obyczaje ocean odchudzanie odpowiedzialność odrodzenie ogrody ogród ojczyzna opowiadanie opowiastka opowieść Orzeszkowa osa Osiecka owoce pamięć pandemia Panna Róża park pasja patriotyzm pejzaż pierniki pies pieski pieśni pieśń piękno piosenka piosenki pisanie płot początek podróż poezja pogoda Pogórze Dynowskie polityka Polska pomidory pomysł poprawność polityczna porady postęp pożar praca prawda prezent protest protesty przedwiośnie przedzimie przemijanie Przemyśl przepis przetrwanie przetwory przeznaczenie przygoda przyjaźń przyroda psy psychologia ptaki radość rak recenzja refleksja relatywizm remont repatriacja reportaż rezerwat Riverland rodzina rok rośliny rower rozmowa rozrywka rozum róże rymowanka rzeka samopoczucie samotność San sarny sąsiedzi sens życia siano sierpień silna wola siła skróty słodycze słońce słowa słowa piosenki słowianie smutek solidarność South Australia spacer spiżarnia spokój społeczeństwo spontaniczność spotkanie stado Star starość strych susza susza. upał szadź szczerość szczęście szerszeń śmiech śmierć śnieg śpiew środowisko świat światło świeta święta świt tajemnica tekst piosenki teksty piosenek tęsknota toaleta tragikomedia trauma troska truskawki uczucia Ukraina upał urodziny uśmiech warzywnik wędrówka wędrówki węgiel wiadomości wiadomość wiatr wierność wiersz wierszyk wieś wieża wigilia Wilsons Promontory wino wiosna wiosnaekologia wirus woda wojna wolność Wołyń wrażliwość wrotycz wrzesień wschód słońca wspomnienia wspomnienie współczesność Wszechświat wybory wychowanie wycieczka wygląd wypadki wypalanie traw wzruszenie zabawa zabawa blogowa zachód słońca zapasy zaproszenie zbiory zdjęcia zdrowie zielarstwo zielononóżki zielononóżki kuropatwiane zima zioła zmiany zupa Zuzia zwierzęta zwyczaje żałoba żart życie życzenia Żydzi żywokost