Pokazywanie postów oznaczonych etykietą historia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą historia. Pokaż wszystkie posty

środa, 20 listopada 2024

Jak w lustrzanej sali…

 

   Kilka dni temu skończyłam czytać powieść historyczną pt. „Szkoła luster” autorstwa Ewy Stachniak.  I odtąd odnajduję wciąż jej ślady w sobie. Ślady, które są niby wszechobecne haczyki, do których przyczepiają się spostrzeżenia dotyczące tego, co obserwuję współcześnie, tego jaki jest świat, jacy wciąż są ludzie. I choć mam cały stos książek do przeczytania, to myślami wciąż wracam do „Szkoły luster”. Nie pora zatem jeszcze brać się za nic kolejnego, skoro w duszy wciąż brzmi tamta melodia. Nie ma pośpiechu. Najwidoczniej trzeba ją do końca przeżyć, wyśpiewać i przebrzmieć by w sposób naturalny mogła ucichnąć i zrobić miejsce dla następnej. Listopad wszak wyraźniej niż inne miesiące sprzyja długim, swobodnym namysłom, podróżom po krainie refleksji i wzruszeń. A ja cenię sobie taki właśnie czas…

   No tak. Lecz pora napisać, co właściwie mnie tak urzeka, przywołuje i przytrzymuje wciąż przy owej opasłej, bo prawie 500 stron liczącej powieści? Cóż.  Próbuję samej sobie to wytłumaczyć i za każdym razem odpowiedź jest inna, wręcz trudna do ujęcia w słowa. Bo to trochę jak zakochanie. Przychodzi znikąd by owładnąć człowiekiem. Śpiewa mu w duszy słodko brzmiącą melodią i nie dopuszcza do głosu innych. A po jakimś czasie nie wiadomo dlaczego – cichnie…

   Lecz teraz, póki jeszcze melodia gra, spróbuję jakoś w sobie te wszystkie uczucia okiełznać i nazwać. Po co? Dla siebie samej, gdyż pragnę zatrzymać chwile, pozostawić po nich jakiś ślad a po kilku latach zajrzeć do tego tekstu i odnaleźć coś ważnego na nowo. Przypomnieć sobie czym kiedyś żyłam, co mnie ożywiało i przejmowało a zatem jaka byłam. I zapytać samą siebie – czy nadal taka jestem? Czy piasek stale przesypujący się w klepsydrze czasu wyrzeźbił na nowo moje „ja”? I piszę to też dla Was, czyli dla tych, co szukają wciąż wartej przeczytania lektury i którzy jak mniemam cenią w niej podobne jak ja rzeczy. Prawdę uczuć, szczerość i odwagę ich wyrażania. Umiejętność poruszenia w duszy czegoś najważniejszego, czegoś,  co otwiera furtkę do śmiałego wejścia w głąb siebie…Do przejrzenia się w kolejnym zwierciadle niczym w ogromnej sali pełnej luster…

    Wróćmy do książki. Po pierwsze fascynuje mnie sama epoka, w której rozgrywa się akcja powieści. Czasy rządów Ludwika XV, jego wnuka Ludwika Augusta XVI (Kapeta) i jego żony Marii Antoniny a wreszcie terror rewolucji francuskiej. Epoka z jednej strony rozpasanego luksusu i wyzysku, przebogatych, rozłożystych sukien, rozbudowanych, pokrytych pudrem fryzur i doklejanych tu i ówdzie pieprzyków, braku norm moralnych, sztywnej etykiety dworskiej, zakłamania i rozwiązłości seksualnej. A z drugiej czasy skrajnej biedy, cuchnących rynsztoków, braku perspektyw na poprawę losu oraz straszliwej samotności, która dotyczy i dotyczyć będzie tak samo biednych, jak i bogatych. Bo człowiek mimo tego co ma, czy pomimo tego, czego nie ma w środku wciąż pozostaje tak samo złaknionym dobra i akceptacji człowiekiem. A osiągnięcie tego wciąż jest tak samo trudne. Pozostają więc tylko pozory, złudzenia, udawanie, samooszukiwanie się i gonienie za cieniem…

                                                                                              Maria Antonina

   Główna bohaterka powieści, Veronique, trafiając do królewskiego domu rozpusty zwanego „Parkiem jeleni” jako kilkunastoletnia, naiwna elevka – panienka do towarzystwa,  szybko dojrzewa i rozumie tym więcej, im więcej złudzeń traci, im bardziej pożegnać się musi ze swoimi wyobrażeniami i dziecinnymi marzeniami. Ma bowiem grać wciąż taką rolę, jaka jest przez innych oczekiwana i akceptowana. Najlepiej by była jak śliczna, żywa lalka. Gotowa zawsze do zabawy, ale i mająca świadomość tego, że właśnie niczym zużytą lalkę można ją będzie kiedyś wyrzucić w kąt.  O tym m.in. traktuje poniższy fragment powieści:

 

Kobiety mają w życiu szczególne obowiązki, klarowała nam mademoiselle. Winnyśmy być ujmujące, posłuszne, wolne od perfidii i pozy. Musimy nieustannie kontrolować emocje. Wystrzegać się wszystkiego, co ordynarne. Jedzenia zbyt szybko i zbyt dużo, biegania, podskoków, tupania, podnoszenia głosu, przeklinania, okazywania smutku czy radości. Wiadomość o śmierci bliskiej osoby oraz oświadczyny należy przyjąć z takim samym opanowaniem – powtarzała. Zawsze się uśmiechajcie, czy jest wam wesoło, czy nie. Niech wasze oczy błyszczą, niezależnie od tego, o czym myślicie.”(„Szkoła luster”. s. 78)

 

   Po drugie najważniejszy jest dla mnie w powieści sposób opisania spraw i  uczuć ludzi tamtej epoki, ukazanych głównie poprzez  żywot zwyczajnej dziewczyny a potem kobiety, istoty od której tak niewiele zależy, która może być tylko zabawką w rękach możnych, cynicznych i wszechwładnych panów, i której uczucia nie mają dla nich najmniejszego znaczenia.  Najbardziej chyba ciekawym aspektem owej powieści jest przedstawienie całego życia głównej bohaterki a potem jej córki. Ich naiwności i marzycielstwa przeradzającego się z czasem w mądrą dojrzałość, rezygnację, smutek, rozpacz, gorycz, demencję czy nawet szaleństwo. Ich kompletną bezradność wobec sztywnej roli, którą na nich nałożono. I próby odnalezienia w tym wszystkim odrobiny szczęścia. A tego szczęścia na równi przecież poszukują magnaci, żebracy i prostytutki. Królowie i służący. Gospodynie i hrabiny na włościach.  Prostacy i szlachcice. I wszystkim ono umyka niczym niepochwytny motyl….Ale dla wszystkich bezcenne są chwile, których nie da się kupić za wszystkie dobra świata. Chwile, które się nagle znikąd pojawiają i błyszczą w sercu niczym najcenniejsze brylanty. A zdarzają się wówczas, gdy czuje się, że ktoś nas akceptuje takim, jakim jesteśmy, gdy czujemy spokój, dobro, miłość, wzajemne zaufanie i bezpieczeństwo, gdy nie męczą złe sny i przeczucia, gdy nie musimy gonić za niczym, zazdrościć nikomu, ale po prostu poczuć się dobrze tu i teraz, w swojej skórze, w swojej codzienności, w swojej epoce. A wszystkie epoki, choć na pozór tak różne, to przecież bardzo są do siebie podobne. I w tamtej, osiemnastowiecznej i w obecnej tak samo dużo jest niesprawiedliwości, niepewności i zakłamania. Lecz my na ogół widzimy tylko część prawdy. Tę, którą rządzący chcą abyśmy dostrzegali. I póki tylko mogą korzystają z władzy aby uszczknąć dla siebie tak dużo jak się da. A zwykli ludzie znoszą wszystko potulnie aż do czasu gdy czara niesprawiedliwości i bezwstydu się przeleje i znowu jakaś rewolucja nie ogarnie mas….Bo przecież ludzie się nie zmieniają a historia lubi się powtarzać, czyż nie?

 

                                                                                            rewolucja francuska

„Nie ma dnia bez zamieszek i demonstracji. Przeciwko rosnącym cenom, spekulantom żywności, kontrrewolucjonistom ukrywającym się wśród „prawdziwych patriotów”(…) A król? Ludwik XVI? Uwięziony z całą rodziną w Temple. Ludwik Ostatni – jak mówią o nim teraz na ulicach, bo Francja jest już republiką wolną od królewskiej władzy.(…) To nie do wiary, że był kiedyś tylko Ludwikiem Augustem, niezgrabnym chłopcem na pałacowym dachu, marzącym by uciec na morze, myśli Marie-Louise.Przekupki z Les Halles nazywają Ludwika wieprzem o nienasyconym apetycie. A jego żonę – harpią sycącą się francuskimi pieniędzmi(…) Austriacką suką odpowiedzialną za wszystkie nieszczęścia Francji”, („Szkoła luster”,s.343-344)

 

   Nie chcę i chyba nie powinnam pisać więcej o treści „Szkoły luster” aby nie zdradzić nic z jej fabuły, aby zachować ciekawość przyszłych czytelników, co do losów jej bohaterek. Tak czy siak pewna jestem, że warto wziąć tę powieść do ręki. Warto poświęcić na nią kilka wieczorów. Na pewno nie był to zmarnowany czas…

   Autorka książki, filolog -  anglista Ewa Stachniak mieszka od dawna w Kanadzie. I napisała tę i kilka innych powieści w języku angielskim. A na język polski przy aprobacie autorki przetłumaczyła je świetnie Ewa Rajewska. Okazuje się, iż powieści E.Stachniak są znane i poczytne w wielu krajach. Jestem dumna, że polska autorka jest w świecie tak bardzo ceniona. I doczekać się nie mogę, kiedy będę mogła poznać inne książki tej pisarki. Muszę podpowiedzieć bibliotekarkom w mojej bibliotece by koniecznie zakupiły inne jej dzieła. Spodziewam się, że zanurzona w kolejnych jej powieściach znowu będę mogła uczestniczyć w prawdziwej uczcie literackiej. Bo przecież tylko takim ucztom warto poświęcać czas i umysł. Od tego się nie tyje, od tego zdrowie nie szwankuje a wręcz przeciwnie pojawia się w duszy kolejna, nieznana dotąd komnata, którą można po swojemu wypełniać myślami, emocjami, skojarzeniami i wspomnieniami.

   Pragnąc nadal pozostać w klimacie tamtej epoki obejrzałam sobie na CDA film Sofii Coppoli pt”Maria Antonina” z 2006 r. Szukałam w nim podobnej głębi, podobnej refleksji co w książce Ewy Stachniak. Dotknąć chciałam prawdy psychologicznej, odnaleźć coś ludzkiego i przejmującego w osobie ostatniej królowej Francji. Tej, co otaczała się niewyobrażalnym wręcz bogactwem, nie mogąc znaleźć prostego szczęścia czy też miłości w sobie i obok siebie.  Nieoczekiwanie zalała mnie fala współczucia. Znalazłam bowiem w tej postaci sporo smutku, samotności i niedojrzałości, bezradności i śmieszności, fatalizmu i naiwności. Znalazłam, bo chyba tego właśnie wypatrywałam. Każdy pewnie znajduje to, czego szuka. Ale jaka naprawdę była Maria Antonina? Tego nie wie chyba nikt. Wiadomo jednak, że przypisywane jej słowa o tym, iż lud skoro nie ma chleba powinien jeść ciastka nie wyszły tak naprawdę z jej ust. Aż tak cyniczna, bezmyślna i okrutna jednak nie była, lecz komuś zależało by w takim świetle ją potomnym przedstawić…Owo zdanie jest częścią legendy przypisywanej owej nieszczęsnej kobiecie, wprzęgniętej w tryby historii i potraktowanej z całym okrucieństwem tamtej epoki… Dzisiaj też zresztą przypisuje się wielu osobom stwierdzenia, które wcale nie były przez nie wypowiedziane, lecz media wmawiają nam coś zupełnie innego. Plotki, pomówienia, oszczerstwa mają się świetnie i nadal odgrywają ogromną rolę w kształtowaniu opinii publicznej - niezależnie od epoki. A o Marii Antoninie ciekawie piszą np. w poniższym artykule w Oko. Press:

Artykuł o Marii Antoninie

 

                                                                                                fotos z filmu

   I jeszcze wspomnieć chcę na koniec o pewnym indywiduum, które żyje obecnie a które ze swoim umiłowaniem do luksusu jak ulał pasowałoby do epoki Ludwika XV. Pewnie zresztą tego typu postaci znaleźć można dzisiaj na pęczki. Bo przecież zawsze byli i istnieć będą tacy, co pchają się do władzy dla spodziewanych zysków, dla ogromnych bogactw i lukratywnych  apanaży. Otóż przeczytałam artykuł o obecnym wiceministrze rolnictwa, Michale Kołodziejczaku, który kocha się w drogim obuwiu i bez najmniejszego wstydu chwali się tym, że paraduje po budynku Sejmu w mokasynach za 17 tys. zł….Tylko czekać aż sprawi sobie fryzurę w stylu Marii Antoniny!:-)))

Drogie buty Kołodziejczaka


"Szkoła Luster", Ewa Stachniak, wyd. Znak, Kraków 2022, 485 s.

czwartek, 18 kwietnia 2024

Caryce i Kilkujadki…



   „Inteligentny, lecz zły człowiek to najgorszy rodzaj potwora moralnego” - zdanie, które gdzieś niedawno przeczytałam mocno zapadło mi w pamięć i pobudziło do refleksji. No bo tak właśnie jest. Niestety najczęściej tacy właśnie ludzie pchają się do władzy pragnąc rządzić innymi a najlepiej całym światem. Tylko władza ich raduje, syci, podnieca. Tylko całkowita kontrola nad bliźnimi satysfakcjonuje i uspokaja. I to w równym stopniu dotyczy obu płci, choć jak wiadomo do tej pory o wiele mniej kobiet niż mężczyzn sprawowało realną władzę. Jednak wszystko się zmienia. Dzisiaj (jak prawią poprawne politycznie media) płci jest znacznie więcej a do tego coraz więcej kobiet zarządza krajami, organizacjami, ministerstwami. I niestety, wiele z nich pokazuje jak mało różnią się od mężczyzn w jakości sprawowania owej władzy. Jak bardzo potrafią być autorytarne, bezlitosne, mściwe, zaborcze i zazdrosne…


   Tego typu ludzi nie skłoni się do pełnej wzajemnego szacunku rozmowy czy chociażby autorefleksji. Wydają się niereformowalni. Zabetonowani w poczuciu swojej wyższości i lepszości. Zachwyceni sobą. Pogardzający słabszymi i biedniejszymi. Nie uznający żadnych autorytetów. Zawsze pewni siebie, przekonani do swych racji, cyniczni i niezdolni do współczucia, pójścia na kompromis czy spontanicznej bezinteresowności. Na nic uderzanie do ich serc, do wspólnych doświadczeń, do tradycji, moralności i honoru. To dla nich puste słowa. Słowa godne wyszydzenia. Nie da się z nimi porozumieć, przekonać do czegoś, co stałoby w sprzeczności z ich doświadczeniami i interesami. Są zamknięci wewnętrznie i jak gdyby oddzieleni od reszty bliźnich pancerną szybą. Pełni tłumionej agresji, pasji i gniewu. Zaborczy i nieprzewidywalni. Potrafiący jednak dla własnych korzyści udawać kogoś zupełnie innego. Na pokaz uśmiechać się serdecznie, tryskać dobrym humorem, emanować wdziękiem, elokwentnie i ze swadą zabierać głos na niemal każdy temat, wywoływać podziw widzów i słuchaczy, porywać za sobą innych. I nie przestawać przy tym kontrolować sytuacji, wytrwale tkając swą sieć, na zimno oceniając kogo należy zniszczyć a kogo nagrodzić i jaka maska jest dla nich w danym momencie najbardziej przydatna...




   Skąd biorą się tacy ludzie? Czy są z gruntu źli? Czy tacy już się urodzili, czy może jakieś traumatyczne doświadczenia w dzieciństwie wywarły na nich tak destrukcyjny wpływ? Co można by było odkryć, gdyby dostać się do samego ich jądra, do najbardziej mrocznych czeluści ich duszy? Być może byłby tam lęk przed uczuciami i przed ich zranieniem, obawa przed obnażeniem swych emocji, głęboko skrywane poczucie niższości i niezabliźnionej krzywdy…Pewnie można by im współczuć, można by nawet starać się im pomóc, gdyby nie to, iż robią wszystko, by nie przyznać się do tego, że jakiejkolwiek pomocy potrzebują, że coś jest z nimi nie tak. Wręcz przeciwnie. Za wszelką cenę starają się sprawiać jak najlepsze wrażenie. Nie odkrywać nigdy swoich słabości. Tego typu ludzi zdarza nam się spotkać na co dzień i przez jakiś czas nie rozpoznać w nich potworów moralnych, bo przecież wyglądają i zachowują się jak każdy z nas. Dopiero przy bliższym poznaniu okazuje się, kto zacz. 
    O takich ludziach, jeśli są bohaterami literackimi, ciekawie się czyta. Szwarc charaktery dodają kolorytu każdej książkowej czy filmowej opowieści. Pomagają mocniej utożsamić się z głównymi bohaterami a jednocześnie oczyścić się z własnych, nieujawnionych często traum i emocji. Ale to tylko pasjonująca fikcja, jeśli nawet oparta jest na faktach autentycznych, to i tak łatwa do odcięcia się od niej, swobodnego przejścia w inne rejony, a wreszcie i zapomnienia. Jednakże gdy dotyczy ona życia realnego, a co gorsza, jeśli się od takiego czarnego charakteru w jakiś sposób zależy, wtedy już nie jest interesująco a po prostu strasznie. Pułapka zależności od socjopatów i psychopatów jest tak sprytnie skonstruowana, że ofiara nie potrafi jej opuścić a co gorsza, czasem nawet i jej dostrzec. Są i tacy, co kochają te swoje pułapki oraz zarządzających nimi władców. I tu przypomina mi się od razu genialna komedia J.Machulskiego „Kingsajz” oraz pochodząca z niego piosenka o krainie krasnoludków, Szuflandii…I widzę zaraz uśmiechającego się szatańsko granego świetnie przez J.Stuhra tyrana tej krainy, nadszyszkownika Kilkujadka…


   Niestety, cała historia ludzkości pokazuje nam, że do władzy najczęściej dochodzili właśnie tacy diabelscy osobnicy z przerośniętym ego. Władza zawsze nieodmiennie przyciąga do siebie istoty wyzute z empatii i pozytywnych emocji a umiejętnie udające upragnionych zbawców oraz miłosiernych samarytan. Cały czas jednak uparcie kroczące po trupach do celu. I tu przychodzi na myśl cała galeria takich postaci: Neron, Caryca Katarzyna II, Stalin, Hitler, Mao Zedong, Pinochet, Kim Ir Sen…A jest przecież mnóstwo innych, nieznanych z imienia, bo zawsze schowanych w cieniu bezwzględnych zarządców. Szarych eminencji, mających być może jeszcze większą władzę, niż ci widoczni na świeczniku…

   A skoro tych potworów moralnych tylu było kiedyś, znaczy to, że i dziś ich nie brakuje. Nie będę tu wymieniać konkretnych nazwisk, bo pewnie każdy z nas ma kogoś takiego na myśli. Niestety, w chaosie codziennych wydarzeń i sprzecznych wiadomości coraz trudniej określić jednoznacznie, kto jest kim. Za kim rzeczywiście warto iść a przeciwko komu należałoby powstać. Podzielonymi, ogłupionymi czy też zobojętniałymi narodami znacznie łatwiej jest rządzić. Dlatego jedyną bronią zwykłego człowieka może być tylko jego rozsądek, intuicja i moralność, a przede wszystkim odwaga swobodnego, niezależnego myślenia i mówienia na głos tego, co się myśli. Bardzo ważna jest też wierność własnym tradycjom i przekonaniom oraz dystans do tego, co się dzieje. Coraz trudniej dzisiaj jednak o takie wartości. Najtrudniej zaś zachować ów dystans bo historia cały czas się toczy i tworzy, stale nas dotyczy, zahacza coraz mocniej i rani. Zresztą, nie zawsze ów dystans jest dobry. Oznacza on bowiem najczęściej próbę nie zwracania uwagi na zło, które się dzieje, chowanie głowy w piasek, bierność. A skoro ktoś jest bierny, to ktoś inny czynnie podejmuje za niego decyzje. I zło rozrasta się swobodnie dalej przez nikogo nie powstrzymywane.

   A tymczasem w mateczniku dziejów rodzą się wciąż kolejni zdemoralizowani, żądni władzy osobnicy wymyślający nowe sposoby na złupienie i skrzywdzenie zwyczajnych ludzi. Nieustannie prą do rządów albo jeśli już je mają, to za żadne skarby nie chcą możliwości ich sprawowania stracić. A pod pozorami czynienia dobra dla ludzkości czy planety ciemiężą słabszych od siebie, napadają na inne narody, przejmują cudze ziemie. Inni mają nieco odmienne, bardziej wysublimowane sposoby działania. Trudniejsze do jednoznacznej oceny, bo sprytniejsze, bo prowadzone pod płaszczykiem pozytywnych reform. I to oni wprowadzają kuriozalne przepisy, restrykcyjne prawa, autorytarne doktryny i szalone ideologie niszczące spokój oraz codzienność człowieka. Niezwykle sugestywnie wmawiają wszystkim jakie to szczytne ideały nimi powodują a tak naprawdę, jak zwykle chodzi im tylko i wyłącznie o dobry interes, o zysk i władzę. Prą do przodu niczym tarany niszcząc głos sprzeciwu na swej drodze, skrzętnie cenzurując wszystko i wszystkich, co by im mogło ową władzę odebrać. Dbają aby propaganda ukazywała ich wyłącznie w pozytywnym świetle, by na ich idealnym wizerunku nie pojawiła się najmniejsza rysa, mogąca dać podległym im istotom nieco do myślenia. Świat wprost roi się od okrutnych, lecz uśmiechających się niby gwiazdy filmowe caryc, czy też ubranych w drogie garnitury bezwzględnych Kilkujadków oraz ich wiernych pomagierów. A my co? My siedzimy grzecznie w swoich szufladkach, naciągając mocno czapkę na uszy oraz oczy i pokornie przyjmując swój los pragnących jedynie świętego spokoju dobrych krasnoludków. I tak to się toczy niczym w baśni…



wtorek, 12 marca 2024

Ciemna strona…słońca

 


 

    To nieprawda, przecież słońce to nie księżyc i nie ma ciemnej strony. Jednak w moim tekście mowa będzie o Australii, krainie która powszechnie kojarzona jest ze słońcem, beztroską, wolnością i tęczowym snem na jawie. I cóż, także ta cudowna kraina ma niestety swoją ciemną stronę, choć wielu o niej nie wie a może nie chce wiedzieć, bo łatwiej i przyjemniej się żyje, jeśli postrzega się dalekie strony jako baśniowe ostoje spełnionych marzeń. Ale wszystko na tym świecie ma swój awers i rewers a to, co na pozór wygląda idealnie, bardzo często skrywa pod podszewką brud, cierpienie i zło. A nie mówienie, czy nie pisanie o tym niczego nie zmienia. Wręcz przeciwnie. Sprawia, że jeśli nie wyciągnie się odpowiedniej lekcji z pewnych kart swojej historii, to zło w takim czy innym wydaniu może się powtórzyć i w przyszłości zahaczać swym ostrym pazurem nie spodziewające się niczego istoty.   

   Dawno już nie pisałam o Australii a kiedyś zdarzało mi się to dość często. Jest tak z dwóch powodów. Po pierwsze moje wspomnienia stamtąd już coraz bardziej bledną, zacierają się a niektóre zupełnie znikają. A po drugie mocno rozczarowało mnie czy nawet zraniło wyjątkowo zamordystyczne podejście władz Australii do problemów covidowych w latach 2020 - 2022. Zamieszczałam tu na blogu teksty o ogromnych protestach Australijczyków przeciwko drastycznym obostrzeniom i przymusowi szczepień z tamtego okresu (a były to chyba najsroższe i najbardziej dotkliwe obostrzenia na całym świecie). Relacjonowałam policyjny terror panujący na ulicach Melbourne. Pobicia, aresztowania, odbieranie praw obywatelskich, zwolnienia z pracy. Smutno mi było, przykro i wstyd, że kraj który kiedyś pokochałam, który wspominałam jako oazę wolności i słonecznej sielanki stał się w tamtym czasie ponurym przedsionkiem piekła.

   Kilka lat temu pisałam na blogu o smutnej historii Aborygenów (https://wewanderers.blogspot.com/2019/02/aborygeni-lud-zamierzchy-lud-wspoczesny.html

   To wyjątkowo ciemna karta z dziejów Australii. Ale nie jedyna, niestety…Bo jest i następna, o której mam zamiar napisać właśnie dzisiaj. Otóż chcę Wam opowiedzieć o strasznym procederze, który przez wiele lat krzywdził dziesiątki tysięcy dzieci, przymusowo zwożonych z Wielkiej Brytanii do sierocińców i na farmy australijskie. Były tam wykorzystywane jako tania siła robocza, poddawano je przemocy seksualnej, głodzono, maltretowano, poniżano, separowano na zawsze od rodzin i okłamywano, że ich bliscy pomarli lub się ich wyrzekli. Aby oddać grozę położenia owych nieszczęśliwych, małych migrantów przytaczam poniżej zestaw kar jakie nakładano na dzieci w australijskich sierocińcach. Kar za jakiekolwiek nieposłuszeństwo czy tak błahe rzeczy jak np. moczenie nocne. Było to np. zamykanie w ciemnej piwnicy, w szafie lub w maleńkiej celi i stanie przez wiele godzin w jednej pozycji, polewanie zimnymi prysznicami, nakaz chodzenia nago pośród rówieśników,  czy całodzienne pozbawianie jedzenia i picia. Taki sam zimny chów obowiązywał zresztą także od dawna w angielskich  domach dziecka ( tu przypomina się np. okropny przytułek, do jakiego trafiła Jane Eyre, bohaterka powieści Ch.Bronte). Nikt nie zastanawiał się wówczas nad uczuciami i prawami małych podopiecznych. Były niczym więcej jak żywymi przedmiotami, z którymi wolno było robić wszystko, co tylko bezlitosnym wychowawcom przyszło do głowy.

   Taka przymusowa emigracja dzieci odbywała się nie tylko w stronę Antypodów. Królestwo Wielkiej Brytanii wysyłało bowiem dzieci do wszystkich swoich zamorskich terytoriów. Do Kanady, Nowej Zelandii, RPA i Zimbabwe. Wszędzie czekał je podobny los. Praca ponad siły, krzywda, izolacja, ból fizyczny i psychiczny. Trauma i wpływający na dorosłe już życie ciężki uraz psychiczny.



    Przyczynkiem do podjęcia tego tematu jest przeczytana przeze mnie jakiś czas temu książka pt. „Skazane na poniewierkę”.  Autorka, Diney Costeloe opisuje w swej powieści historię dwóch dziewczynek Rity i Rosie, które na jakiś czas były oddane do sierocińca przez matkę ( wdowę po lotniku) a wkrótce zostały bez jej wiedzy i zgody wysłane do Australii. Obiecywano im tam radosne, pełne swobody, wspaniałe życie wśród plaż, słońca i pomarańczy. Życie, które miało wyglądać jak niekończące się, cudowne wakacje a w rzeczywistości stawało się okrutną poniewierką i dojmującą samotnością, pozbawieniem prywatności i prawa do posiadania rzeczy osobistych a do tego zupełnym uzależnieniem od psychopatycznych wychowawców, dysfunkcyjnych rodzin zastępczych i nieludzkiego, biurokratycznego systemu opieki społecznej. W istocie te dzieci były ubezwłasnowolnionymi, młodymi istnieniami, które dały się plastycznie kształtować i wykorzystywać zgodnie z potrzebami władz danych państw. Białymi istotami mogącymi stanowić przeciwwagę dla zbyt dużej, zdaniem anglosaskich biurokratów, ilości tubylczych Aborygenów, czarnoskórych czy też Indian, sprawiających samozwańczym panom tychże ziem mnóstwo problemów i przysparzających pracy.

 


   Wróćmy jednak do początku powieści…Już sam fakt, że matka może oddać swoje dzieci do sierocińca czy przytułku – przeraża, budzi oburzenie, sprzeciw i gniew. Mimo wszystko czytelnik stara się zrozumieć postępowanie owej nieszczęsnej kobiety, wytłumaczyć je jej trudną sytuacją rodzinną, słabym charakterem, kompletną zależnością od ojczyma dziewczynek, tyrana, który zmusił kobietę do wyrzeczenia się własnych dzieci. Jednak wstrząsający los, który potem jest udziałem dwóch bezbronnych dziewczynek budzi tak wielkie współczucie, że nie udaje się znaleźć dla ich matki wystarczającego usprawiedliwienia jej postępku. I choć żal także owej biednej, bezwolnej i zastraszonej kobiety, zmuszonej do tak nieludzkiego zachowania, to jednak znacznie bardziej żal jej córeczek. Niczemu przecież niewinnych. Pragnących po prostu żyć bezpiecznie w domu rodzinnym, ufnym w miłość i opiekę swej rodzicielki a tak nagle i bezwzględnie z tego co znane i kochane wyrwanych.

    Akcja książki rozpoczyna się w Anglii, tuż po zakończeniu drugiej wojny światowej, jednak proceder, o którym mowa trwał od lat dwudziestych do siedemdziesiątych dwudziestego wieku. Oddano w tym okresie do sierocińców ok. 500 tys. maluchów a wywieziono z kraju ponad sto pięćdziesiąt tysięcy dzieci w wieku przeważnie od siedmiu do dziesięciu lat, odciążając w ten sposób niewydolny brytyjski system opieki społecznej i jednocześnie zasilając tanią siłą roboczą docelowe kraje zesłania. Twórcy i wykonawcy owego masowego odsyłania dzieci tłumaczyli go różnie. Np. chęcią pozbycia się z kraju hołoty i biedoty nie rokującej według nich szans na poprawę swej sytuacji. Innym razem znowu usprawiedliwiali się potrzebą zasilenia byłych kolonii brytyjskich dawką nowego, dobrego materiału genetycznego oraz chęcią dania swym podopiecznym dobrego zawodu na przyszłość (np. farmera).

   Większości obywateli wydawało się,  iż ówczesnemu systemowi opieki społecznej przyświecały szczytne ideały. Jego założeniem było wszak umieszczanie w sierocińcach tylko tych dzieciaków, których rodziny były rozbite (samotna matka), ubogie, nie rokujące szans na wyjście z zaklętego kręgu powielania życia w skrajnej biedzie i zależności od państwa. Dlatego też ów proceder zamykania dzieci w domach opieki oraz w odsyłaniu do innych krajów trwał tak długo. Wielu zdawało się, że nic złego się z owymi malcami nie dzieje. A wręcz przeciwnie, dużo zyskują, od kiedy państwo wzięło na siebie odpowiedzialność za ich życie. Wygodniej im było nie wiedzieć. I dopiero po wielu latach okazało się jak z tą państwową opieką było naprawdę. Jak wiele cierpień i niesprawiedliwości było udziałem owych młodych Anglików oraz ich rodzin.  

   Oczywiście książka, o której wspominam nie jest dla mnie jedynym źródłem informacji o losie wysyłanych do Australii dzieci. Będąc w kraju koali zetknęłam się już z tą tematyką. W 2009 roku  głośna była sprawa przeprosin wystosowanych przez ówczesnego premiera Australii, Kevina Rudda w stosunku do zesłanych kiedyś do jego kraju białych dzieci, nazywanych obecnie zapomnianym pokoleniem, zapomnianymi Australijczykami (forgotten generation) .  Przepraszam za tragedię utraconego dzieciństwa. Przepraszam, że jako dzieci zostaliście oderwani od swoich rodziców i umieszczeni w instytucjach, gdzie padaliście ofiarą nadużyć. Przepraszam za psychiczne cierpienia, emocjonalny głód i brak miłości, czułości oraz troski” – mówił wtedy premier a starsi już ludzie, do których trafiały te przeprosiny (dotąd ok. siedem tysięcy wywiezionych niegdyś do Australii osób mieszka żyje nadal w tym kraju) płakali jak dzieci przypominając sobie to wszystko, czego kiedyś doświadczyli, do czego przez lata byli zmuszani. Wszak tamte wydarzenia z dzieciństwa wywarły wpływ na resztę ich życia. Na skutek młodzieńczych traum, poczucia separacji i odtrącenia wielu z nich nie potrafiło nawiązać bliskich relacji z innymi ludźmi. Doświadczało depresji i stanów lękowych. Miało problemy tożsamościowe oraz zaburzenia osobowości.  Czy takie oficjalne przeprosiny mogły tu cokolwiek zmienić, naprawić? Może tylko tyle, że osoby owe nareszcie mogły zacząć mówić głośno o swoich problemach. Zacząć szukać pomocy u specjalistów. Spotykać się z innymi, doświadczającymi podobnych stanów ludźmi.

   W jakiś czas potem podobne przeprosiny w stosunku do tychże zapomnianych dzieci wystosował premier Wielkiej Brytanii, Gordon Brown.

 


   A wracając do książki Diney Costeloe „Skazane na poniewierkę”. Uważam, że jest dobrze, z dużą umiejętnością wczucia się w swych bohaterów napisana. Trzyma w napięciu. Wzrusza i przejmuje. Na długo pozostaje w pamięci. Sprawia, że człowiek zastanawia się jak by sam postąpił na miejscu owych dwóch dziewczynek. A wreszcie najważniejsze pytanie: jak potoczyły się losy Rity i Rosie? Czy mimo wszystko udało im się odnaleźć w życiu szczęście? Czy spotkały się w końcu z mamą albo ukochaną babcią? Jak zmieniły je te wszystkie traumatyczne doświadczenia?  W czytelniku budzą się też refleksje jak wiele z jego własnych przeżyć z dzieciństwa wywarło silny wpływ na zachowanie, psychikę, na dalsze koleje życia. Wielu z nas nosi wszak w sobie jakiś żal czy gniew, jakieś wspomnienie odległego cierpienia, które do dzisiaj sprawia, że jesteśmy tacy a nie inni. Wielu też dzięki dawnym traumatycznym przeżyciom potrafi lepiej zrozumieć przeżycia innych, słuchać ich, rozmawiać i pomagać im otworzyć się, uwolnić z siebie demony i zmory, które tkwią w duszy od dawna i sprawiają, że wciąż coś tam w środku boli i uwiera…I choć na zewnątrz widać kolorową i promienną, pachnącą eukaliptusem, pocztówkową Australię, to wewnątrz skrywa się i boi ujawnienia ciemna strona słońca…

 


„Skazane na poniewierkę” , Duney Costeloe, wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2015, 606 stron

Poniżej zamieszczam link do krótkiego filmu dokumentalnego na temat zapomnianych Australijczyków. M.in. posłuchać tam można kilku wypowiedzi osób, które na własnej skórze jako dzieci doświadczyły wielu tych wszystkich strasznych rzeczy, o których piszę powyżej.



poniedziałek, 3 października 2022

Gdyby wiedzieli…

 


 

                           "Zabawa na gdyńskiej plaży" - fotografia ze zbiorów Muzeum Miasta Gdyni

 

   Często czytając książki albo oglądając filmy dziejące się w przededniu drugiej wojny światowej zastanawiałam się jak ci ludzie mogli wtedy żyć tak normalnie, tak zwyczajnie? Czy nie dostrzegali zwiastunów zła, które nieuchronnie nadciągało? Czy byli kompletnie nieświadomi tego, co dzieje się na świecie i za moment może też dziać się na ich podwórku? A może po prostu nie chcieli tego dostrzegać? Lepiej wszak przeżyć swoje życie, to dane nam króciutkie istnienie łątki jednodniówki we względnym spokoju i zadowoleniu, niż tracić czas i energię zamartwiając się tym, na co nie ma się wpływu. Dlatego pewnie ówcześni bagatelizowali wiadomości mogące zaburzyć ten ich optymistyczny ogląd rzeczywistości albo zupełnie odsuwali je od siebie, nie chcąc mieć do czynienia czy też wyśmiewając nawet osoby informujące je o zagrożeniach. Woleli wierzyć, że nie będzie tak źle. Bo nie może być. Bo zawsze wszak jakoś tam będzie. Nie z takich opresji się przecież wychodziło. A poza tym co może taki szary człowiek wobec całej machiny wojennej, wobec polityków, którzy realizują swoje interesy jak zawsze nie przejmując się losem zwykłych zjadaczy chleba? Niewiele, a zatem lepiej odwracać głowę i zajmować się sobą. Bo tylko na to, co blisko nas możemy mieć jakiś wpływ. Na nic więcej.

   W sierpniu 1939 roku kawiarnie, kabarety, kina i teatry pękały wręcz w szwach. Ludzie bawili się, śmiali, tańczyli, znieczulali wszelkiej maści alkoholem i narkotykami, romansowali i kochali się na zabój, płodzili dzieci, wyjeżdżali na letniska, uprawiali sporty, pisali wiersze, piosenki i opowiadania, zbierali w sadach pachnące jabłka by robić z nich pyszne przetwory na zimę. A wszystko to czynili bardzo zachłannie, rozpaczliwie, jak gdyby na zapas, jak gdyby chcieli nacieszyć się tą cudowną intensywnością, zanim pryśnie ich tęczowa bańka mydlana…

  Mam wrażenie, iż teraz jest podobnie. Mimo szalejącej drożyzny, mimo widma braku węgla do ogrzewania domów, mimo postępującej upadłości wielu firm, mimo zapchanych chorymi na depresję oddziałów psychiatrycznych, mimo realnej możliwości blackoutów oraz zagrożenia wojną jądrową życie kwitnie jak gdyby nigdy nic. Jak gdyby istniały dwie różne, lecz równoległe rzeczywistości. I sama już nie wiem, która z nich jest prawdziwa, a która medialna i wirtualna. Może w ogóle wszystko to jest jednym wielkim Matrixem? Albo Titanikiem, na którym orkiestra będzie grać do samego końca, bo tratw ratunkowych i tak dla wszystkich nie starczy…? No bo spójrzcie. Kawiarnie i restauracje, mimo kosmicznych cen, pełne gości. Galerie handlowe – podobnie. Młodzież gromadnie bawi się w swoich pełnej ogłuszającej muzyki klubach. W telewizji jak zawsze jeden kiczowaty program rozrywkowy za drugim, a nieśmieszny kabaret za kolejnym, żenującym kabaretem. Reklama goni reklamę. Wymalowane wyzywająco panienki o bezmyślnych oczach nakręcanych lalek zachęcają do kupna takich to a takich napojów, ubrań, kosmetyków, chipsów oraz telefonów komórkowych. Udający farmaceutów aktorzy szczerząc się optymistycznie namawiają do nabycia leków oraz suplementów na wszelkie przypadłości. W Internecie popularni influencerzy i tiktokerzy kręcą swoje dziwne biznesy zarabiając na klikalności i oglądalności materiałów o modzie, kuchni, podróżach albo sportach ekstremalnych. Wszystko jak gdyby nigdy nic, a nawet bardziej niż zazwyczaj kwitną przejawy rozbuchanej egzystencji, życia aż do upicia…

    I my też, wpisując się w ten trend tu na blogach, w tym naszym przytulnym, budyniowym świecie piszemy zazwyczaj o sprawach błahych i emocjonalnie neutralnych. Tak, jakby o poważnych rzeczach pisać nie wypadało. Jakbyśmy chcieli zostawić je za bramą tego zaczarowanego ogrodu. Jakbyśmy zawarli między sobą jakiś układ, by pewnych tematów lepiej nie poruszać, bo nieruszane zdają się niczym stary niedźwiedź, który śpi. Po cóż więc go budzić? Wystarczy, że zatykamy uszy by nawet nie słyszeć jego chrapania. Zamykamy oczy by nie widzieć jak zwierz przewraca się z boku na bok. I robimy swoje, jak zawsze. Bo cóż innego moglibyśmy zrobić…? Czy może odważnie rzucać się hurmem na owego drzemiącego zwierza, ryzykując iż pierwsi w szeregu zostaną dotkliwie pogryzieni i zjedzeni a reszta śmiałków  w tym czasie zrejteruje i jak zwykle nic poza wstydem i jeszcze większym osamotnieniem nie wyniknie z naszego sprzeciwu…?

   Wielu z nas zmęczonych, zniesmaczonych i znudzonych jest medialnym straszeniem, nagonką na jedną czy drugą opcję polityczną, bezustannym skłócaniem narodu, nawarstwiającymi się absurdami prawnymi oraz gładkimi kłamstwami panów w drogich garniturach.  Wielu to nawet nie obchodzi, bo w tym czasie przeżywa swoje osobiste dramaty i zmaga się z problemami niezwiązanymi z tym wszechogarniającym polityczno-propagandowym bagnem. Komuś sypie się zdrowie. Komuś rozpada się małżeństwo. Ktoś nie może się pozbierać po czyjejś stracie. A ktoś umiera z samotności…Dlatego tu, na blogach stworzyliśmy sobie taką przyjazną, lecz nieco cukierkową enklawę, gdzie próbujemy odpocząć od trudnych tematów i spraw przerastających możliwości naszego zrozumienia oraz wpływu na nie. Wkraczamy do tego wielobarwnego ogrodu z ufnością, iż to miejsce jest naszym ciepłym schronieniem, ucieczką, haustem świeżego powietrza. Dlaczego jednak coraz częściej doznaję wrażenia, że ten blogowy raj utrzymywany w sztucznej sterylności zaczyna się dusić w nazbyt słodkim sosie, zaczyna odstręczać niby luksusowe aquaparki obfitujące w biały piaseczek, sztuczne palmy i turkusowe baseny, lecz bez powodzenia próbujące imitować prawdziwe, tropikalne plaże?

   Ku czemu zmierzamy? Czego szukamy – prawdy, czy iluzji?  Gdzie właściwie jesteśmy, my z krwi i kości? Czujący i myślący. Nieudający nikogo. Na pozór tak pewni swego i urządzeni w życiu a tak naprawdę otoczeni wzburzonym oceanem i coraz bardziej rozbujani na kruchej łódeczce swego losu…? Wiatr pcha tę łódeczkę to w jedną, to w drugą stronę a my skostniali z zimna, otępiali ze zmęczenia nawet już nie chcemy, nie umiemy podnieść porzuconych gdzieś w kącie wioseł…Niech się zatem dzieje co chce. Co ma się dziać. Byleby z tego wszechogarniającego Matrixu udało nam się wyszarpnąć dla siebie odrobinę świętego spokoju i przeżyć jak gdyby nigdy nic kolejny dzień. I kolejny.  Bo gdzieś tam w duszy wciąż kołacze się nam nadzieja, że może wcale nie będzie tak źle, jak się wydaje i już za chwilę się rozpogodzi a my ujrzymy wreszcie na widnokręgu upragniony ląd. Tak sobie dumam razem z wszystkimi bezradnie dryfując na falach. A w deszczowe dni robiąc przetwory z gruszek i malin, czy też walcząc z inwazją myszy na mój dom oraz atakiem pleśni na owoce w ogrodzie, czekam z utęsknieniem na zapowiadaną złotą, polską jesień…

 

   A lato 1939 roku było naprawdę piękne…

  

                                      " Lato 1939 r." - fot. ze zbiorów Narodowego Archiwum Cyfrowego


Poniżej rozmowa z osobą, która w ciekawy sposób patrzy na to, co dzieje się obecnie, Mowi tez o tym co nas czeka. Moim zdaniem warto posluchac...

Wywiad z Katarzyną Szewczyk 

 

Poniżej link do vloga wspaniałego piekarza, który na YT próbuje przekonać ludzi do idei budowania wspólnych pieców chlebowych dla wsiach, z których ludzie będą mogli korzystać kiedy nie będą mogli kupić pieczywa w sklepie albo sami go sobie upiec... 

Piece chlebowe do wspólnego użytku - ciekawy pomysł polskiego piekarza

piątek, 18 lutego 2022

Historia kołem się toczy…

 

                                                                             protesty przed parlamentem w Ottawie (fot. z Internetu)


 

   Niestety, sprawy w Kanadzie nie wyglądają w tym momencie dobrze. Rząd kanadyjski na czele z Justinem Trudeau postanowił spacyfikować pokojowy protest truckerów. I robi to w sposób zdecydowany, bezlitosny oraz wyjątkowo perfidny. Wprowadzono tam stan wyjątkowy i choć musi go jeszcze zatwierdzić parlament, to służby policyjne już działają zgodnie z prawami takiego stanu nadzwyczajnego. Zaczęto od zabierania truckerom benzyny, drewna na opał i jedzenia, aby zniechęcić ich do protestów w głodzie i chłodzie. Nie wahano się zamrozić prawie 20 mln dolarów zgromadzonych na kilku serwisach prowadzących zbiórki finansowe od darczyńców z całego świata. Co więcej, banki zajmują konta protestującym oraz firmom, do których należą ciężarówki. Towarzystwa ubezpieczeniowe zawieszają im ubezpieczenia. A od wczoraj zaczęły się w Ottawie aresztowania osób biorących udział w protestach.

   Nadal w kanadyjskich środkach masowego przekazu mówi się o tym, że protestujący są terrorystami, faszystami i osobami ogromnie niebezpiecznymi dla otoczenia. I mimo tego, że coraz więcej osób jest świadomych tego jak jest naprawdę owa kłamliwa narracja nasila się. Ma to sprawić, aby zmalało moralne poparcie dla owych protestów i aby zniechęcić ludzi do przyłączania się do nich oraz jakiegokolwiek pomagania kierowcom ciężarówek oraz innym buntownikom.

   (Jeśli chcecie poczytać o tym więcej, to na końcu posta umieszczam linki do stron z wiadomościami na ten temat.)

 

                                                                                    protestujący na ulicach Ottawy,  fot. z Internetu

   To wszystko co dzieje się teraz w Kanadzie budzi przygnębienie, sprzeciw a nawet gniew u wszystkich ludzi miłujących prawdę i wolność, walczących z totalitaryzmem władz poszczególnych krajów. Protest truckerów kanadyjskich dał bowiem ludziom nadzieję, że da się odwrócić bieg rzeczy, że jeśli ów protest rozleje się na cały świat, uda się wygrać z siłami zła. Bo dobro jest silniejsze niż zło i prędzej czy później wygrywa. Aby tak się stało potrzeba jednak czasu, wytrwałości, cierpliwości i zrozumienia dla mechanizmów rządzących światem i ludzkimi zachowaniami. Domyślać się też można, iż zwolenników sanitaryzmu, segregacjonizmu oraz wyznawców religii covidiańskiej wiadomości o rządowych atakach na Konwój Wolności cieszą i zapewne tryumfują teraz widząc, iż uciszani są owi bezrozumni według nich awanturnicy oraz bezczelni wichrzyciele, terroryści, foliarze i bandyci. 

   Popatrzcie na poniższy filmik i oceńcie sami czy protestujący na ulicach Kanady pokojowi, przyjaźnie nastawieni do wszystkich, zjednoczeni wspólną, szlachetną ideą wolności ludzie rzeczywiście zasługują na powyższe miana.



   Cóż.W życiu tak jest, że raz pod wozem, raz na wozie. Nic nie trwa wiecznie – co z jednej strony rzecz jasna pociesza a z drugiej smuci…Smuci, bo to, co dobre też się kiedyś kończy. A pociesza, bo historia kołem się toczy. I tak jak spacyfikowano i stłamszono kiedyś polski ruch oporu w czasach Solidarności, tak kilka lat potem odrodził się on, dając początek rewolucyjnym przemianom na całym świecie, doprowadzając do obalenia muru berlińskiego oraz socjalistycznego ustroju w Polsce oraz innych demoludach. Zapewne podobnie będzie i tym razem. Kanadyjski Konwój Wolności, który wyruszył do stolicy z pragnieniem wynegocjowania zniesienia restrykcji pandemicznych stał się czymś znacznie większym. Stał się rewolucyjnym zaczynem zmian społecznych na całym świecie. Buntem przeciwko władzy elit i korporacji. Przeciw zdehumanizowaniu pracy ludzkiej. Przeciw odbieraniu praw zwykłym ludziom i nakładaniu na nich coraz większej ilości obowiązków, podatków i mandatów. I choć teraz wydaje się, że autorytarne rządy póki co są górą, to świadomość niesprawiedliwości oraz sprzeciw ludu wobec niej rośnie. I będzie rósł, póki nie znajdzie ujścia i póki nie rozpocznie się wielkie odrodzenie takich idei jak, poszanowanie godności ludzkiej, solidarności, jedności i wolności. Przede wszystkim wolności.

 * * *

 Póki co jednak jest, jak jest. Trwa nagonka na osmielających się wyrażać swoje zdanie ludzi. Na odważne jednostki, które nie schylają pokornie głów i z roli przedmiotów, numerków pesel, do których spychają ich rządzący znowu chcą wejść w rolę podmiotów, osób mogących świadomie i odpowiedzialnie decydować  o sobie, swoim życiu, o wychowaniu swych dzieci.

   Ważny to czas, pełen sprzecznych emocji, nadziei mieszającej się z rezygnacją i bezradnością, poczuciem solidarności międzyludzkiej z poczuciem podzielenia, skłócenia i wrogości. Trzeba jednak przejść przez ten etap, wierząc, iż musi być gorzej zanim stanie się lepiej. I że ludzi dobrej woli jest więcej...

  

                                            Tamara Lich, jedna z gł. organizatorek Konwoju Wolności (fot, z Internetu)

 Mnie najbardziej zasmuciło internetowe, pożegnalne wystąpienie jednej z głównych organizatorek Konwoju Wolności Tamary Lich, która spodziewając się rychłego aresztowania zwróciła się z pełnym emocji apelem do uczestników oraz sympatyków owego konwoju.  Mówiła o tym, jak bardzo dumna jest ze wszystkich osób, które poparły Konwój Wolności, jak bardzo wierzy w jego idee i w to, że dobro w końcu zwycięży. Ze łzami w oczach szepnęła, że w tym momencie więcej zrobić nie może, ale prosi wszystkich by nadal pokojowo walczyli o zwycięstwo, by nie załamywali się, by wierzyli, że we wszystkim co robili do tej pory jest głęboki sens i że muszą to robić nadal.  Bo ważą się losy świata. I to od nich, od nas – zwykłych, prostych, nie dających się podzielić ludzi, od nas odważnych kobiet i mężczyzn zależy jego przyszłość.

 


   Nazajutrz po owym internetowym wystąpieniu Tamara została aresztowana.

 


Niestety, nadal bardzo dziwny jest ten świat…

 

 

 Linki na temat aktualnej sytuacji w Kanadzie:

 pacyfikacja Konwoju Wolności

terror w Kanadzie 

Etykiety

Aborygeni absurd afirmacja życia agrest apel apel o pomoc asymilacja Australia autoanaliza bajka bal ballada baśń Beksińscy Bieszczady blackout bliskość blog blogi bór cenzura Cesarzowa Ki Cezary chleb choroba ciastka ciepło cywilizacja czarny bez czarny humor czas czekolada czerwiec człowieczeństwo człowiek czułość Dersu Uzała deszcz dieta dobro dom dorosłość drama drama koreańska drewno droga drzewa trawiaste Dubiecko Dwernik Kamień dwudziestolecie międzywojenne dystopia dzieciństwo dzikie bzy ekologia elektryczność erotyk eutanazja fajka fantazja film flash mob fotografie fotoreportaż glebogryzarka głodówka głód gospodarstwo goście góry Góry Flindersa grass tree grill grudzień grzyby Gwiazdka historia historie wędrujące horror humor humoreska idealizm ideologia II wojna światowa informacja inność inspiracja internet jabłka jabłoń Jacuś Jacuś. gospodarstwo Jacuś. lato jajka Jane Eyre Japonia Jawornik Polski jesień jesień życia kalina Kanada kanały kangury kastracja kiełbasa klimat klimatyzm koala kobieta koguty kolęda kolędy komputer komunikacja konfitury konflikt koniec świata konkurs konstrukcja kosmos koszenie kot koziołek kozy Kraków Kresy kryminał kryzys książka kuchnia kulinaria kury kwiaty kwiecień las lato legenda lektura lęk lipa lipiec lis listopad literatura los ludzie luty łąka maciejka macierzyństwo magia maj malarstwo maliny mantry marzenie maska metafora mgła miasteczko odnalezionych myśli Michael Jackson Mikołaj miłość Misia mit młodość moda mróz mróż muzyka muzyka filmowa nadzieja nalewki nałóg natura niebezpieczeństwo niezapominajki noc nowoczesność Nowy Rok obyczaje ocean odchudzanie odpowiedzialność odrodzenie ogrody ogród ojczyzna opowiadanie opowiastka opowieść Orzeszkowa osa Osiecka owoce pamięć pandemia Panna Róża park pasja patriotyzm pejzaż pierniki pies pieski pieśni pieśń piękno piosenka piosenki pisanie płot początek podróż poezja pogoda Pogórze Dynowskie polityka Polska pomidory pomysł poprawność polityczna porady postęp pożar praca prawda prezent protest protesty przedwiośnie przedzimie przemijanie Przemyśl przepis przetrwanie przetwory przeznaczenie przygoda przyjaźń przyroda psy psychologia ptaki radość rak recenzja refleksja relatywizm remont repatriacja reportaż rezerwat Riverland rodzina rok rośliny rower rozmowa rozrywka rozum róże rymowanka rzeka samopoczucie samotność San sarny sąsiedzi sens życia siano sierpień silna wola siła skróty słodycze słońce słowa słowa piosenki słowianie smutek solidarność South Australia spacer spiżarnia spokój społeczeństwo spontaniczność spotkanie stado Star starość strych susza susza. upał szadź szczerość szczęście szerszeń śmiech śmierć śnieg śpiew środowisko świat światło świeta święta świt tajemnica tekst piosenki teksty piosenek tęsknota toaleta tragikomedia trauma troska truskawki uczucia Ukraina upał urodziny uśmiech warzywnik wędrówka wędrówki węgiel wiadomości wiadomość wiatr wierność wiersz wierszyk wieś wieża wigilia Wilsons Promontory wino wiosna wiosnaekologia wirus woda wojna wolność Wołyń wrażliwość wrotycz wrzesień wschód słońca wspomnienia wspomnienie współczesność Wszechświat wybory wychowanie wycieczka wygląd wypadki wypalanie traw wzruszenie zabawa zabawa blogowa zachód słońca zapasy zaproszenie zbiory zdjęcia zdrowie zielarstwo zielononóżki zielononóżki kuropatwiane zima zioła zmiany zupa Zuzia zwierzęta zwyczaje żałoba żart życie życzenia Żydzi żywokost