Pokazywanie postów oznaczonych etykietą maj. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą maj. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 19 maja 2025

Minęło 10 lat...

 



   Minęło dziesięć lat od czasu, gdy jeszcze młodzieńczy, pełni siły ducha i ciała oraz nadziei na dobre jutro piechotą wyruszaliśmy z Cezarym do naszego lokalu wyborczego. Wędrówka to była radosna i pogodna. W towarzystwie naszych wesołych psiaków: Zuzi i Jacusia szliśmy przez skąpane w jesiennym słońcu wielobarwne wzgórza i doliny traktując udział w wyborach jako pretekst do wspólnej, wielogodzinnej wycieczki. Oddaliśmy swoje głosy na tych, którzy wydawali nam się wówczas najbardziej obiecującym wyborem a potem powróciliśmy do domu w pogodzie ducha, ze spokojem w duszy, z bólem nóg po wielokilometrowym chodzeniu, ale z zadowoleniem i satysfakcją, że daliśmy radę. (https://wewanderers.blogspot.com/2015/10/szy-jawory-na-wybory.html )




   Po dziesięciu latach ani nam w głowie było porywać się na takie piesze eskapady. Siły już nie te. I ochota nie ta. Ostrogi w piętach znowu się odezwały, dokuczały też ostatnio bóle reumatyczne w plecach i nogach. Co się jeszcze zmieniło od tamtej pory? Nie ma już z nami naszej ukochanej Zuzi a Jacuś jest tak starym psem, że po prostu nie dałby rady przejść takiej odległości. Natomiast zabieranie ze sobą tylko Hipci i Misi byłoby wobec Jacusia dużą niesprawiedliwością. A tego staramy się unikać, nawet rzadziej niż niegdyś chodząc z psami na spacery do lasu. 




   Poza tym wyjątkowo zimny maj oraz towarzyszące mu na przemian ulewne deszcze, opady krupy śnieżnej oraz gradu zdecydowanie zniechęcały do takich wypraw. Wzięła w łeb także nadzieja na to, że powstanie wygodna droga mogąca znacznie skracać dystans do naszego lokalu wyborczego. Owa zwana "liniją" droga, ta wzdłuż której kilka miesięcy temu przeprowadzono ogromną wycinkę buków jest niestety dzisiaj w stanie znacznie gorszym, niż wówczas. Nikt tam niczego nie buduje, nie utwardza, nie prowadzi żadnych prac dających szansę na zmianę stanu rzeczy. Przeciwnie. Błoto, ogromne bajora i rozlewiska są znacznie większe, niż kiedyś, bo nie wyciągają już tej nadmiernej wilgoci rosnące tam niegdyś drzewa. Do tego obniżenie terenu oraz brak obok rowów odprowadzających nadmiar wody też robią swoje. Ot, wycięto drzewa i tyle. Bo pewnie też o to tylko chodziło. A droga niech radzi sobie sama...




   Ze smutkiem obejrzałam ostatnio tę zapomnianą przez bogów i ludzi "liniję." Naszła mnie bowiem myśl, że jakoś bardzo przypomina ona stan naszego państwa, polityki w ogóle. Po rządach jednych i drugich opcji politycznych zdajemy się tonąć w coraz gorszym szambie i póki co nie widać szansy na odmianę. Zresztą wydaje się, iż w ogóle świat toczy ta sama choroba będąca zabójczą mieszanką korupcji, propagandy, zgnilizny moralnej, upadku wszelkich autorytetów, drożyzny, wciskanego na siłę klimatyzmu, nie mówiąc już o toczonej od kilku lat wojnie, której końca nie widać. 




- Tak, wiele się przez te 10 lat zmieniło. Ale nie ma innego sposobu by próbować zahamować ten zjazd po równi pochyłej jak tylko znowu iść i głosować . Choćby po to by potem nie żałować, żeśmy tego nie zrobili – westchnęliśmy z Cezarym i ubrawszy się prawie jak zimą zapakowaliśmy się w pochmurny, lodowaty dzionek majowy do naszego autka aby pomknąć nim przez prawie 20 km okrężną drogą do naszego lokalu wyborczego. 

- Dobrze, że chociaż nasze okolice nie uległy jakimś większym zmianom, że nadal można w tych stronach znaleźć ciszę, spokój, czystą naturę i piękno – stwierdzaliśmy obserwując migające za oknami skąpane w majowej zieleni wzgórza, lasy i łąki.

   Na miejscu napotkaliśmy grupę odzianych elegancko panów w średnim wieku, którzy w wyśmienitych humorach, chichocząc raz po raz po o czymś żywo dyskutowali. Na nasz widok jednak zamilkli i bez słowa wskazali nam kierunek, w którym powinniśmy się udać. Idąc minęliśmy grupkę rozdokazywanych dzieciaków, które oblegały ogromną, nadmuchiwaną zjeżdżalnię. Okazało się, iż lokal wyborczy przeniesiono do jakiejś maleńkiej klitki w dalszej części budynku, natomiast tutaj odbywało się huczne przyjęcie komunijne. W samym lokalu ludzi było niewielu. I wszyscy zdawali się jacyś tacy zmęczeni, szarzy, przemarznięci, chyłkiem wrzucający swe karty do urny wyborczej.

   I my także z Cezarym nie wdając się z nikim w żadne rozmowy szybko zrobiliśmy co do nas należało. Wyciągnęliśmy swoje długopisy i zagłosowaliśmy sercem, zdając sobie z tego sprawę, iż nasz ulubiony kandydat nie ma szans na drugą turę. Pragnęliśmy jednak być wierni sobie. Chcieliśmy by dzięki takim głosom jak nasze zdał sobie sprawę ze swojego realnego poparcia. Za dwa tygodnie znowu czeka nas ta sama jazda i druga tura, w której rozum i rozsądek będzie już musiał wieść prym. Może przynajmniej pogoda bardziej wtedy dopisze? W tę majową niedzielę jednak miotani wiatrem i smagani deszczem z ulgą wsiedliśmy do ciepłego autka i pojechaliśmy do domu, podziwiając jeszcze po drodze monumentalne kłębowiska chmur gromadzące się na pogórzańskim niebie...




niedziela, 5 maja 2024

Co tam na naszej górce…

 

 


 

    Nie bardzo mam teraz siłę i ochotę do pisania na blogu. Jednak czas płynie…Zauważyć to łatwo chociażby po sadzonkach ogórków, które posiane około miesiąca temu są już całkiem duże i dość mają ciasnoty doniczkowej oraz przebywania na parapecie okiennym. Widać jak ogromnie pragną przesadzenia do gruntu, zapuszczenia korzeni, rozrośnięcia się i swobodnego pięcia ku słońcu. I chętnie bym ich pragnienia spełniła, bo obecna omalże letnia aura wydaje się ustabilizowana i bezpieczna.Jednak w prognozach pogody straszą burzami i gradem. Do tego jest obawa, że za kilka dni zimni ogrodnicy przyjdą i jak zwykle pomrożą. Co roku wszak przybywają…Jednak ta wiosna zachowywała się inaczej, niż zawsze. Może więc i ogrodnicy odpuszczą sobie zwyczajową, majową wizytę? Może nawiedzili nas już w kwietniu? Czy to tylko pobożne życzenia…? Biję się z myślami. Co zrobić, żeby było dobrze, by nie zaszkodzić a pomóc…? Rozsądek i rozum każą czekać cierpliwie. Serce i intuicja podpowiadają by iść na żywioł. Co wygra? Doświadczenie życiowe radzi by słuchać rozsądku. Z drugiej strony przypomina się jak wiele razy to jednak serce miało rację.




   A czemu ja tak o tych ogórkowych dylematach…? To przecież mało istotny szczegół. Są wszak ważniejsze sprawy na świecie, niż pora sadzenia ogórków. Jednak to, co dotyczy ogórków, ta trudność w powzięciu dobrej decyzji ma odniesienie do wielu innych, ogólniejszych rzeczy. Każdego dnia, każdej chwili w życiu. Wciąż dokonujemy jakichś wyborów. I w zależności od sytuacji wybieramy ostrożność i czekanie na to, jak rozwinie się stan rzeczy lub działamy spontanicznie, emocjonalnie, wręcz brawurowo. Albo po prostu tak, jak sumienie każe, o ile ono cokolwiek podpowiada i o ile skutecznie go coś nie zagłusza.



   A póki nie podjęłam żadnej decyzji w kwestii ogórków zajmuję się innymi pilnymi rzeczami. Głównie pracą w ogrodzie oraz przy cięciu drewna opałowego, jego łupaniu i zwożeniu pod wiaty albo do drewutni.  Ogrom  tego drewna pierwszego maja zwieźliśmy z Cezarym na nasze podwórze. Prawdopodobnie obróbka takiej ilości drewna zajmie nam większość lata, ale chyba starczy nam ono na dwa następne sezony grzewcze, co oznaczałoby w przyszłym roku wolne od roboty z przygotowaniem opału na zimę. Teraz wprawdzie narobimy się niczym konie pociągowe, ale za to jest nadzieja, że w nagrodę za obecną harówkę za rok o tej porze będziemy swobodni i pełni energii niczym rącze rumaki!:-) Niech tylko zdrowie dopisuje i niech siła się w nas odradza. Do dzieła zatem nasze żylaste, obolałe ręce. Do dzieła gospodarscy sprzymierzeńcy: piło, łuparko, siekiero i taczko!



  




   Tymczasem wiosna wokół bardzo piękna. Na naszej górce królują teraz wszelkie odcieni zieleni. Do tego kwitną bzy, konwalie, lwie paszcze, niezapominajki i czosnek niedźwiedzi. Zaczęły kwitnąć róże pomarszczone, czarne bzy i kaliny. Za chwilę obsypią się kwiatami piwonie i łubiny. Dlatego dobrze jest sobie czasem przysiąść w cieniu na ławeczce pośród tych majowych cudów i odganiając natrętne muszki i komary odpoczywać, pieścić pieski, zapatrzeć się na bogactwo barw, zasłuchać w śpiew ptaków, poczuć te wszystkie aromaty i powiewy unoszące się nad ogrodem…A potem? Znowu do roboty!:-)









Oboje z Cezarym pozdrawiamy Was serdecznie i pogodnego dalszego ciągu maja życzymy!:-)


poniedziałek, 15 maja 2023

Nie zawsze maj jest majem…

 

 



   W maju, jak to w maju. Pracowicie i zielono. Więcej jest się w ogrodzie, niż w domu. Chce się być tam, gdzie tętni życie, wspierać to życie, być jego częścią. Mniej teraz człowieka przejmują i angażują sprawy dalekiego świata. Znacznie bardziej liczy się jego własny, mały a przecież tak bardzo potrzebujący opieki, pracy i starania bliski światek.  Myślę, że podobne odczucia ma większość osób żyjących blisko natury, oddających się jej w zupełności. A natura? Cóż,  jest wymagająca, zawłaszczająca, niecierpliwa, ale i ogromnie szczodra.  W zamian za wszystkie codzienne i nieraz bardzo żmudne czynności obdarza spokojem ducha, uczuciem przywróconej magicznie młodości, satysfakcjonującej sprawczości i towarzyszącej im pożyteczności wszystkich wiosennych działań.



   I tak właśnie na ogół jest u nas. Stopiliśmy się w jedno z otaczającą nas przyrodą. Jesteśmy jej maleńkimi, ufnie sprzęgniętymi z machiną istnienia trybikami. I to wystarcza. Więcej się nie łaknie. Zdrowie i chęci, póki co, pozwalają na wykonywanie obowiązków związanych z gospodarstwem i ziemią. Na ten corocznie powtarzający się taniec wielu nowych planów i zamierzeń, koniecznych i powtarzalnych obowiązków oraz wytrwałej ich realizacji. Tańca, podczas którego ma się wrażenie, że jakaś równowaga jest utrzymana a swoim działaniem stwarzamy coś dobrego.



   No tak, ale czy nie zdarzają nam się pomyłki, błędy, nietrafne decyzje albo porażki? Czy zawsze jesteśmy z siebie zadowoleni? I czy wszystko przebiega tak wspaniale i bezproblemowo, jak niektórym mogłoby się wydawać po lekturze naszego bloga? Bywa różnie. Raz lepiej, raz gorzej. Nikt z nas nie jest przecież ideałem. Czasem się człowiekowi nic nie chce a niekiedy  robi się coś pobieżnie albo byle jak, byleby było, bo po prostu nie ma się siły na więcej. Innym razem działa się mechanicznie, nie rozmyślając wiele o konsekwencjach. Bo po prostu trzeba to właśnie zrobić – tak czy siak a błędy czy straty są przy tym nieuniknione. Człowiek  - ogrodnik pomaga nowemu życiu, ale też decyduje co ma prawo do istnienia a co nie. Co jest przydatne a co zbędne. Jego dziełem są wszak wielkie hałdy wyrwanych z korzeniami chwastów albo przekopane ostrym szpadlem grudy ziemi wraz z kryjącymi się w niej dżdżownicami i innymi niewinnymi stworzonkami. To on przycina co roku gałęzie drzew, kształtując je po swojemu. Przegania z ogrodu wszelkimi możliwymi sposobami (nieraz bardzo drastycznymi) krety, nornice, ślimaki i uznawane przez niego za szkodniki owady. Kształtuje otaczający go świat po swojemu, biorąc odpowiedzialność za to, co robi, choć nie zawsze robi dobrze, choć jego działanie niektórym istnieniom niesie kres albo cierpienie. Jest niczym bóstwo, od którego woli zależy tak wiele. Bóstwo, które przecież będąc częścią koła życia też w pewnym momencie ulegnie destrukcji, bo inne bóstwo lub po prostu przypadek zdecydują o tym, że nadszedł czas nieuchronnego końca.



   A wszak wiadomo, że z każdym rokiem będzie nam w Jaworowie coraz ciężej, że pewnej wiosny może zabraknąć sił, że w końcu i nas może zabraknąć. Bo przecież nic nie trwa wiecznie. Zmieni się wszystko. Palec losu od czasu do czasu beznamiętnie wskazuje na kogoś i to, co wydawało się stałością, wiecznością, a nawet nudną powtarzalnością – raptem znika…A pogodny, beztroski, pełen niezapominajek maj przekształca się nagle w zasnuty melancholią, szary listopad.


   Czasem w najbardziej pogodny i kwitnący rozmaitymi barwami, na pozór beztroski dzień przychodzi mi ta niewesoła myśl do głowy. Lęk przed przyszłością, przed jej nieuchronnością niby czarny ptak przysiada na sercu. Na szczęście, ledwo się pojawia, zaraz znika odegnany przez wszechogarniającą moc odradzającej się, pełnej buzującej energii natury. Bo jakże mogłoby przestać istnieć coś, co żyje tak intensywnie? To przecież jakaś abstrakcja, bluźnierstwo, naruszenie tabu! Po co w ogóle rozmyślać o smutnych rzeczach, przydawać im mocy, zasnuwać ponurym cieniem ten cudowny, zielony czas? Wszak maj ma być majem i basta.




   Ale przecież maje bywają różne dla każdego. Wszystko jest subiektywne, indywidualne, delikatne. Podczas, gdy jedni cieszą się, śmieją, pracują ile sił w mięśniach, inni zastygają w niemocy, smucą się i cierpią, bo właśnie teraz dzieje się u nich coś złego. Albo przypominają sobie coś, co boli i mniej lub bardziej boleć będzie zawsze. I choć bronią się przed tym jak mogą, to bywa, iż uraża ich cudza beztroska. Otwiera rany w ich duszach świat, który tak bezwstydnie, tak do utraty tchu cieszy się tym swoim wszechogarniającym istnieniem.  Ci cierpiący mają wrażenie, że im jest dokoła promienniej, im pogodniej wkoło, tym wyraźniej odcina się w ich sercu boleść, żal, smutek, uczucie niesprawiedliwości, rozpaczy, lęku, bezradności, tęsknoty…Tyle się dzieje w tym samym a tak różnym dla każdego czasie. Każdy odczuwa po swojemu, bo każdemu co innego w danym momencie przypada w udziale. Los, ten pracowity ogrodnik trzyma się swoich planów, nie przejmuje się ludzkimi rojeniami ani tym co wypada, co być powinno. Robi swoje. Wbija ostry szpadel to tu, to tam…



   Cieszę się moim majem, ogromnie go doceniam póki trwa. Jest jeszcze dla nas w Jaworowie dobry i łaskawy. Jeszcze roztacza wielobarwne uroki i blaski. Jeszcze zachęcając do czynu podśpiewuje stare piosenki, głaska, rozwesela, maluje naiwne obrazki, opowiada baśnie o wieczności. Otula kojącą obecnością nawet w pochmurne, chłodne dni. Ale myślę też o tych, dla których maj stracił już ten czar. Coś się niestety zmieniło u nich na zawsze…Przestali czuć się trybikami tej machiny dziania chociaż życie dokoła płynie dalej jak gdyby nigdy nic. I mimo ich ogromnej wyrwy w sercu trwa, będzie trwać i swoim tempem kręcić się po dawnemu. Jednak wreszcie, taką mam nadzieję,  czas powolutku zasklepi i zabliźni tę głęboką ranę. Wreszcie da znowu odrobinę odetchnąć. Pozwoli materii duszy choć trochę zazielenić się kolejnej wiosny i znaleźć powód by starać się na nowo żyć. Po nowemu, inaczej, ale mimo wszystko żyć. Jakkolwiek się da. Bo tylko to się liczy. Ta nasza krótka chwila istnienia. Ta niezwykła wyprawa w nieznane. Ten cudowny lot ku słońcu.



    I właśnie dla  wszystkich bliskim sercu osób, dla tych, których uczucia mocno czuję w sobie, bo są, były czy też będą kiedyś moimi uczuciami ten tekst.




piątek, 13 maja 2022

Płynie wiosenny czas…

 



   Wartko i niepostrzeżenie płynie wiosenny czas. Nieomalże z dnia na dzień zmienia się wystrój otoczenia, zróżnicowanych nabierają barw widoki, pojawiają się nowe detale, zapełniają się puste miejsca w ogrodzie, na kwietnikach i na grządkach. Jest coraz piękniej, barwniej, wonniej, cieplej i bujniej. Z delikatnej, nieśmiałej zieleni kwietniowej wszystko w try miga przekształciło się w gęstą, wieloodcieniową zieloność majową. I gdyby nie zdjęcia z pierwszej połowy kwietnia nie uwierzyłabym, że jeszcze miesiąc temu leżał u nas śnieg a o poranku mróz malował trawy na siwo. Ale mam nadzieję, że to było ostateczne pożegnanie z zimą i nie pojawią się już nocne przymrozki. Tym bardziej, że przed nami jeszcze zimni ogrodnicy oraz strasząca chłodem Zośka, więc na posadzenie czekają jeszcze w skrzynkach delikatne sadzonki ogórków, pomidorów, dyni i cukinii.


kwietniowe zawilce wychylające się nieśmiało spod śniegu
 

kwietniowe spacery po lesie
Hipcia po kąpieli w błotnistej kałuży

pierwsze, delikatne liście buków


    Roboty u nas dużo. Jak zwykle wiosną. Jak u każdego, kto mieszka na wsi i chce dbać o gospodarstwo oraz o kawałek swojej ziemi. Dużo czasu zajęło nam zwożenie drewna do czego bardzo przydał się malutki traktorek z przyczepką. Potem trzeba było to drewno zwieźć pod wiatę, przygotować do siania i sadzenia grządki, pobudować i pomalować nowe płotki i pergole, poprzycinać krzewy, poprzesadzać niektóre rośliny, posiać oraz posadzić warzywa i kwiatki. Można by tak wymieniać w nieskończoność. Im ładniejsza pogoda na dworze, tym więcej spędza się czasu poza domem, tym dłużej się też pracuje. I o ile zdrowie pozwoli i los czymś przykro nie zaskoczy tak pewnie będzie aż do późnej jesieni.


kwitnące wspaniale trzy stareńkie jabłonie

 

   Wieczorami człowiek zmęczony i obolały, ale zadowolony z tego, co udało mu się zrobić nie ma siły ani ochoty na siedzenie przy komputerze, na wczytywanie się w bieżące, nadal niestety niezbyt optymistyczne wiadomości. Przed pesymizmem świata ratuje właśnie ta zwyczajna robota w ogrodzie, bo tylko ona przynosi radość, satysfakcję i poczucie sensu oraz sprawczości. Oczywiście i w takim zwyczajnym, bliskim świecie pojawiają się różne zmartwienia, ale mają one raczej inny kaliber, niż te światowe a poza tym można sobie z nimi samodzielnie jakoś poradzić, w przeciwieństwie do tamtych nadmiernie rozdętych przez media, powtarzanych do znudzenia wieści i prognoz nieodmiennie przytłaczających ogromem zagrożeń.



 

 Ot, zmaga się człowiek w swojej malutkiej banieczce codzienności z nadmierną suszą, z koszeniem rosnącej jak na drożdżach trawy, z mszycami i dokuczliwymi muszkami, z upartym kretem i sprytnymi nornicami, plagą kleszczy, z drzazgą w dłoni, z przypieczonym ostrym słońcem karkiem, z bolącym kręgosłupem, itp., itd.  Ale to są problemy będące częścią zwykłego życia w bliskości natury a przez to coroczne, powtarzające się i nie obezwładniające swoją mocą i uczuciem beznadziei.



 

czosnek niedźwiedzi


majowy stokrotkowo-mniszkowy raj

   Żyje się więc, po prostu żyje i działa na tyle, na ile uporu i sił starcza. A przy tym stara się doceniać każdą chwilę, nawet tę, gdy coś boli, dokucza, swędzi, gdy z nagła dopadają jakieś wspomnienia i smutki, gdy skrzypi w stawach a pot spływa ciurkiem po plecach. I tak biegnie dzień za dniem. A maj powoli wkracza w swoją pełnię…



Pozdrawiamy Was serdecznie z majowego Jaworowa!:-)

Etykiety

Aborygeni absurd afirmacja życia agrest apel apel o pomoc asymilacja Australia autoanaliza bajka bal ballada baśń Beksińscy Bieszczady blackout bliskość blog blogi bór cenzura Cesarzowa Ki Cezary chleb choroba ciastka ciepło cywilizacja czarny bez czarny humor czas czekolada czerwiec człowieczeństwo człowiek czułość Dersu Uzała deszcz dieta dobro dom dorosłość drama drama koreańska drewno droga drzewa trawiaste Dubiecko Dwernik Kamień dwudziestolecie międzywojenne dystopia dzieciństwo dzikie bzy ekologia elektryczność erotyk eutanazja fajka fantazja film flash mob fotografie fotoreportaż glebogryzarka głodówka głód gospodarstwo goście góry Góry Flindersa grass tree grill grudzień grzyby Gwiazdka historia historie wędrujące horror humor humoreska idealizm ideologia II wojna światowa informacja inność inspiracja internet jabłka jabłoń Jacuś Jacuś. gospodarstwo Jacuś. lato jajka Jane Eyre Japonia Jawornik Polski jesień jesień życia kalina Kanada kanały kangury kastracja kiełbasa klimat klimatyzm koala kobieta koguty kolęda kolędy komputer komunikacja konfitury konflikt koniec świata konkurs konstrukcja kosmos koszenie kot koziołek kozy Kraków Kresy kryminał kryzys książka kuchnia kulinaria kury kwiaty kwiecień las lato legenda lektura lęk lipa lipiec lis listopad literatura los ludzie luty łąka maciejka macierzyństwo magia maj malarstwo maliny mantry marzenie maska metafora mgła miasteczko odnalezionych myśli Michael Jackson Mikołaj miłość Misia mit młodość moda mróz mróż muzyka muzyka filmowa nadzieja nalewki nałóg natura niebezpieczeństwo niezapominajki noc nowoczesność Nowy Rok obyczaje ocean odchudzanie odpowiedzialność odrodzenie ogrody ogród ojczyzna opowiadanie opowiastka opowieść Orzeszkowa osa Osiecka owoce pamięć pandemia Panna Róża park pasja patriotyzm pejzaż pierniki pies pieski pieśni pieśń piękno piosenka piosenki pisanie płot początek podróż poezja pogoda Pogórze Dynowskie polityka Polska pomidory pomysł poprawność polityczna porady postęp pożar praca prawda prezent protest protesty przedwiośnie przedzimie przemijanie Przemyśl przepis przetrwanie przetwory przeznaczenie przygoda przyjaźń przyroda psy psychologia ptaki radość rak recenzja refleksja relatywizm remont repatriacja reportaż rezerwat Riverland rodzina rok rośliny rower rozmowa rozrywka rozum róże rymowanka rzeka samopoczucie samotność San sarny sąsiedzi sens życia siano sierpień silna wola siła skróty słodycze słońce słowa słowa piosenki słowianie smutek solidarność South Australia spacer spiżarnia spokój społeczeństwo spontaniczność spotkanie stado Star starość strych susza susza. upał szadź szczerość szczęście szerszeń śmiech śmierć śnieg śpiew środowisko świat światło świeta święta świt tajemnica tekst piosenki teksty piosenek tęsknota toaleta tragikomedia trauma troska truskawki uczucia Ukraina upał urodziny uśmiech warzywnik wędrówka wędrówki węgiel wiadomości wiadomość wiatr wierność wiersz wierszyk wieś wieża wigilia Wilsons Promontory wino wiosna wiosnaekologia wirus woda wojna wolność Wołyń wrażliwość wrotycz wrzesień wschód słońca wspomnienia wspomnienie współczesność Wszechświat wybory wychowanie wycieczka wygląd wypadki wypalanie traw wzruszenie zabawa zabawa blogowa zachód słońca zapasy zaproszenie zbiory zdjęcia zdrowie zielarstwo zielononóżki zielononóżki kuropatwiane zima zioła zmiany zupa Zuzia zwierzęta zwyczaje żałoba żart życie życzenia Żydzi żywokost