Minęło dziesięć lat od czasu, gdy jeszcze młodzieńczy, pełni siły ducha i ciała oraz nadziei na dobre jutro piechotą wyruszaliśmy z Cezarym do naszego lokalu wyborczego. Wędrówka to była radosna i pogodna. W towarzystwie naszych wesołych psiaków: Zuzi i Jacusia szliśmy przez skąpane w jesiennym słońcu wielobarwne wzgórza i doliny traktując udział w wyborach jako pretekst do wspólnej, wielogodzinnej wycieczki. Oddaliśmy swoje głosy na tych, którzy wydawali nam się wówczas najbardziej obiecującym wyborem a potem powróciliśmy do domu w pogodzie ducha, ze spokojem w duszy, z bólem nóg po wielokilometrowym chodzeniu, ale z zadowoleniem i satysfakcją, że daliśmy radę. (https://wewanderers.blogspot.com/2015/10/szy-jawory-na-wybory.html )
Po dziesięciu latach ani nam w głowie było porywać się na takie piesze eskapady. Siły już nie te. I ochota nie ta. Ostrogi w piętach znowu się odezwały, dokuczały też ostatnio bóle reumatyczne w plecach i nogach. Co się jeszcze zmieniło od tamtej pory? Nie ma już z nami naszej ukochanej Zuzi a Jacuś jest tak starym psem, że po prostu nie dałby rady przejść takiej odległości. Natomiast zabieranie ze sobą tylko Hipci i Misi byłoby wobec Jacusia dużą niesprawiedliwością. A tego staramy się unikać, nawet rzadziej niż niegdyś chodząc z psami na spacery do lasu.
Poza tym wyjątkowo zimny maj oraz towarzyszące mu na przemian ulewne deszcze, opady krupy śnieżnej oraz gradu zdecydowanie zniechęcały do takich wypraw. Wzięła w łeb także nadzieja na to, że powstanie wygodna droga mogąca znacznie skracać dystans do naszego lokalu wyborczego. Owa zwana "liniją" droga, ta wzdłuż której kilka miesięcy temu przeprowadzono ogromną wycinkę buków jest niestety dzisiaj w stanie znacznie gorszym, niż wówczas. Nikt tam niczego nie buduje, nie utwardza, nie prowadzi żadnych prac dających szansę na zmianę stanu rzeczy. Przeciwnie. Błoto, ogromne bajora i rozlewiska są znacznie większe, niż kiedyś, bo nie wyciągają już tej nadmiernej wilgoci rosnące tam niegdyś drzewa. Do tego obniżenie terenu oraz brak obok rowów odprowadzających nadmiar wody też robią swoje. Ot, wycięto drzewa i tyle. Bo pewnie też o to tylko chodziło. A droga niech radzi sobie sama...
Ze smutkiem obejrzałam ostatnio tę zapomnianą przez bogów i ludzi "liniję." Naszła mnie bowiem myśl, że jakoś bardzo przypomina ona stan naszego państwa, polityki w ogóle. Po rządach jednych i drugich opcji politycznych zdajemy się tonąć w coraz gorszym szambie i póki co nie widać szansy na odmianę. Zresztą wydaje się, iż w ogóle świat toczy ta sama choroba będąca zabójczą mieszanką korupcji, propagandy, zgnilizny moralnej, upadku wszelkich autorytetów, drożyzny, wciskanego na siłę klimatyzmu, nie mówiąc już o toczonej od kilku lat wojnie, której końca nie widać.
- Tak, wiele się przez te 10 lat zmieniło. Ale nie ma innego sposobu by próbować zahamować ten zjazd po równi pochyłej jak tylko znowu iść i głosować . Choćby po to by potem nie żałować, żeśmy tego nie zrobili – westchnęliśmy z Cezarym i ubrawszy się prawie jak zimą zapakowaliśmy się w pochmurny, lodowaty dzionek majowy do naszego autka aby pomknąć nim przez prawie 20 km okrężną drogą do naszego lokalu wyborczego.
- Dobrze, że chociaż nasze okolice nie uległy jakimś większym zmianom, że nadal można w tych stronach znaleźć ciszę, spokój, czystą naturę i piękno – stwierdzaliśmy obserwując migające za oknami skąpane w majowej zieleni wzgórza, lasy i łąki.
Na miejscu napotkaliśmy grupę odzianych elegancko panów w średnim wieku, którzy w wyśmienitych humorach, chichocząc raz po raz po o czymś żywo dyskutowali. Na nasz widok jednak zamilkli i bez słowa wskazali nam kierunek, w którym powinniśmy się udać. Idąc minęliśmy grupkę rozdokazywanych dzieciaków, które oblegały ogromną, nadmuchiwaną zjeżdżalnię. Okazało się, iż lokal wyborczy przeniesiono do jakiejś maleńkiej klitki w dalszej części budynku, natomiast tutaj odbywało się huczne przyjęcie komunijne. W samym lokalu ludzi było niewielu. I wszyscy zdawali się jacyś tacy zmęczeni, szarzy, przemarznięci, chyłkiem wrzucający swe karty do urny wyborczej.
I my także z Cezarym nie wdając się z nikim w żadne rozmowy szybko zrobiliśmy co do nas należało. Wyciągnęliśmy swoje długopisy i zagłosowaliśmy sercem, zdając sobie z tego sprawę, iż nasz ulubiony kandydat nie ma szans na drugą turę. Pragnęliśmy jednak być wierni sobie. Chcieliśmy by dzięki takim głosom jak nasze zdał sobie sprawę ze swojego realnego poparcia. Za dwa tygodnie znowu czeka nas ta sama jazda i druga tura, w której rozum i rozsądek będzie już musiał wieść prym. Może przynajmniej pogoda bardziej wtedy dopisze? W tę majową niedzielę jednak miotani wiatrem i smagani deszczem z ulgą wsiedliśmy do ciepłego autka i pojechaliśmy do domu, podziwiając jeszcze po drodze monumentalne kłębowiska chmur gromadzące się na pogórzańskim niebie...







r











