Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podróż. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podróż. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 23 października 2017

Od mgły do…mgły, cz. 1





…Nigdy drugi raz nie jest taki, jak pierwszy. Choć oczekujesz tego, choć powtarzasz coś właśnie po to by znowu odczuć to samo, co odczułeś kiedyś. Ciągnie Cię niewidzialna nitka jak lunatyka, który podąża ku magicznemu światłu księżyca, ale ten księżyc świeci już inaczej, o czymś innym chce Ci szeptać, nieznane jeszcze mgły rozgarniać, a zamiast przedłużać dawny sen, czymś odmiennym owiewa, budzi. Budzi nowe myśli i uczucia, ku którym nie dążyłeś, ale które były i czekały jako kolejny zakręt na Twojej ścieżce, jako głębia o nowej wymowie i kolorycie, jako całkiem odmienna karta opowieści…

   Piątkowy świt powitał nas gęstą mgłą. Nie widać było od nas domu sąsiadów ani nawet górki po drugiej stronie drogi. Wszędzie tylko mgła, niczym gęsto pleciona, mleczno - siwa kurtyna oddzielająca nas od barw świata i realizacji kolejnego marzenia. A tym marzeniem było ponowne wyruszenie w Bieszczady, zdobycie kolejnego szczytu, poczucie znowu tej radości, wolności, uskrzydlenia i mocy. Jednak rozciągająca się dookoła mgła kazała nam zwątpić w możliwość realizacji tego pragnienia. Kazała się zatrzymać i zastanowić nad sensem wyprawy oraz zrewidować zupełnie swoje plany. No bo jakże tu jechać w góry, skoro po pierwsze przy braku widoczności szalenie niebezpieczna to będzie jazda a po drugie, po cóż tam jechać, skoro na miejscu też pewnie niczego nie da się zobaczyć? Mocno rozczarowani mglistą pogodą (a jak wynikało z prognoz miał to być ostatni pogodny dzień przed zmianą aury) poczuliśmy się jakby ktoś spuścił z nas powietrze. Zamiast się pakować i szykować do podróży, jak było zaplanowane, siedliśmy przy komputerach i zaczęliśmy wertować strony z prognozami pogody na ten dzień, wpatrywać się w szarą nicość widoczną z zainstalowanych na bieszczadzkich stokach kamerek, wychodzić do ogrodu w oczekiwaniu na najmniejsze choćby przejaśnienie, na nadzieję…
   Ale nie, wszechwładna mgła trwała w najlepsze i tylko ciemność wczesnego świtu ustąpiła jaśniejszym odcieniom budzącego się dnia. Jak zupełnie inna była to pogoda niż ta słoneczna wczorajsza i przedwczorajsza, gdy wędrowaliśmy w towarzystwie psów po naszym lesie i wystawialiśmy twarze ku słońcu rozpinając bluzy i zdejmując mokre od potu czapki!


 Jak szybko i bez zapowiedzi jesień przebrała wielobarwną, lekką sukienkę i odziała się w gruby, szarością mgły, nagłą nagością gałęzi w ogrodzie, nieustępliwym dżdżem i przenikliwym chłodem tkany płaszcz…



   I tak minęło kilka godzin. Psy spały pokotem na kanapach i fotelach a my popadając w coraz silniejszą niemoc i usiłując się z niej wyrwać popijaliśmy kawę, potem herbatę z miodem i imbirem, słuchaliśmy muzyki, oglądaliśmy zdjęcia z poprzedniej wyprawy, zjedliśmy po zupce chińskiej, krzątaliśmy się niemrawo po domu oddając się oraz bardziej we władanie pajęczyny zniechęcenia…A tak inny miał to być dzień…

- Czarek! Jedźmy gdziekolwiek, bylebyśmy jechali! Przecież to nie muszą być Bieszczady. Zresztą na nie chyba już za późno, bo dziesiąta dochodzi. Wybierzmy się na jakąś krótką wycieczkę. Może przynajmniej uda nam się zrobić jakieś ciekawe zdjęcia na naszym Pogórzu? Może nad Sanem będzie ciekawie? W końcu i mgła może być przecież interesująca – zawołałam wreszcie stoczywszy pierwej w sobie walkę z wszystkimi za i przeciw.
- No dobrze, jedźmy! Mnie też się chce gdzieś z domu ruszyć! – zgodził się skwapliwie mój mąż – Zerknę tylko na mapę i pomyślę, w którą stronę najlepiej byłoby pojechać.
- A ja zrobię nam w tym czasie trochę kanapek na drogę. Zapakuję plecak i hajda na spotkanie nowej przygody! – odparłam zadowolona z takiego obrotu sprawy i z nową energią zabrałam się do roboty.

   Kilkanaście minut potem, pożegnawszy rozżalone naszym odjazdem psy, powoli staczaliśmy się srebrnym autkiem krętą i stromą dróżką w dół wsi. Stamtąd natomiast wzięliśmy kierunek na Dynów. Z niego zaś nieznaną nam dotąd szosą podążyliśmy na Starą Birczę. Mgła w tamtych okolicach to rzedła, to gęstniała na zmianę. Nie była jednak tak nieprzenikniona jak w naszym górskim przysiółku. I nie jechało się tak źle, jak można się było spodziewać. Cieszyliśmy się, żeśmy mimo wszystko z domu się jednak wyrwali. Wpatrywaliśmy się w mgliste przestrzenie i rosła w nas ciekawość, co jeszcze się zdarzy, co zobaczymy i jakie refleksje będą naszym udziałem tego dnia…

  W pewnym momencie ujrzawszy z daleka otulone mglistym oparem ruiny jakiegoś zamku postanowiliśmy przy nim właśnie zrobić pierwszy postój i dowiedzieć się czegoś o tym tajemniczym miejscu, sfotografować je jak najlepiej…



   Były to ruiny dworu obronnego Starzeńskich, jak głosiła umieszczona przy wjeździe na zamkowy parking tablica. Ród ten był w posiadaniu zamku od dziewiętnastego wieku. Natomiast wcześniej budowla ta, wraz z przyległym do niej parkiem i wsią należała do Kmitów (XV w.), potem od połowy XVI w. do Stadnickich, następnie Ossolińskich, Podolskich i Parysów. Zamczysko to rozbudowywano przez wieki. Każdy zamieszkujący go ród dodawał coś od siebie. Dbał o park, powiększał zasoby biblioteki i archiwum, dokładał kolejną kartę w historii tego miejsca, przetykając ją nićmi fascynujących legend i mrożących krew w żyłach opowieści o niesnaskach, zemstach i krwawych zatargach między sąsiadami, o wojnach przewalających się przez okolice, o powstaniu styczniowym, w czasie którego ukrywali się tu jego przywódcy – generałowie Marian Langiewicz i Ludwik Mierosławski. 


   A propos ciekawych legend…Podobno zamek wybudowała królowa Bona dla swego kochanka wojewody Firleja. Przez długie lata tu właśnie spotykali się w tajemnicy przed wszystkimi. Na pamiątkę tych czasów dwie baszty zamkowe do dziś noszą ich imiona…Kolejna legenda opowiada o jednym z właścicieli zamku, Stanisławie Stadnickim, zwanym diabłem łańcuckim. Był on typem awanturnika, zbójnika i pieniacza znanym w całej okolicy a nawet w Małopolsce. Nieustępliwie  dokuczał swemu sąsiadowi Wapowskiemu, który niebacznie opowiedział się przeciw niemu w sporze z innym sąsiadem. Stadnicki mścił się raz po raz i najeżdżał dobra tamtego w Dynowie. Natomiast syn Stadnickiego, zwany diablątkiem łańcuckim wymyślił jeszcze perfidniejszą formę zemsty. Kazał zbudować bowiem ogromną tamę na płynącym nieopodal Sanie. Na skutek tego rzeka kompletnie zalała dobra do Wapowskiego należące…



   Oglądałam tajemnicze ruiny z mieszaniną fascynacji i smutku dumając jak zwykle w takich miejscach o tym, iż kiedyś trwało tu i tętniło życie, zwykłe, codzienne, przezwyciężające wichry historii i wyroki Losu. Wyobrażałam sobie jak wielkie przetaczały się tu huragany ogromnych namiętności i romantycznych miłości. Myślałam też, iż swą nitkę wiła tu nieustannie codzienna, nieraz pewnie nudna dla ówczesnych, ale dająca złudzenie trwałości, powtarzalność. Ówcześni panowie, podkręcając zawadiacko wąsy wyjeżdżali na polowanie w okoliczne, obfitujące w płową zwierzynę bukowe lasy albo strzelali do kaczek w mokradłach nadsańskich. Bladolice, wytworne panie, ubrane w długie, ciężkie suknie dostojnie przemierzały zamkowe krużganki, spoglądając w dal i marząc o poznaniu tajemnic przyszłości. A może nosząc pod sercem swe dzieciątka pragnęły dla nich tylko spokoju i niezmienności? A potem te maleństwa otulone w atłasy i koronki spały bezpiecznie w drewnianych kołyskach w komnatach na piętrze pod opieką nianiek, które nuciły im do snu stare,  znane tu przez wszystkich kołysanki i bajanki pogórzańskie…? Gdzieś tam w dole panny służące kucając nad brzegiem Sanu wytrwale tłukły pranie drewnianymi pałkami a następnie wieszały je gdzieś przy zamku od południowej strony, żeby szybko wyschło w życzliwych promieniach słonka. Pachołkowie przekomarzali się ze sobą wesoło opowiadając o rumianych dziewkach kuchennych, dając obroku zadbanym koniom i przeczesując ich piękne grzywy. Kupcy z dalekiego świata przekraczali bramy zamku przywożąc ze sobą zamorskie przyprawy, mieniące się złotem tkaniny i dużo ciekawych opowieści. Kowal mocno bił w kowadło a echo niosło ten dźwięk po całej okolicy. Dzwony kościoła odmierzały kolejne godziny zwyczajnego trwania. Chmury różnej wielkości i barwy przepływały nad tym miejscem przynosząc poprawę albo pogorszenie pogody.  Komuś nadzieję dając a komuś odbierając. Rozmowy, szepty, śmiechy, westchnienia, nawoływania, dziecięce  gaworzenia, śpiewy, żarty i szlochy – te odgłosy zwyczajnego życia trwały tu od setek lat i nic nie zapowiadało by miało się to nagle zmienić…




    A jednak wszystko skończyło się nieodwołalnie wraz z wybuchem drugiej wojny światowej. Najpierw zamek zawłaszczyli Niemcy, potem Rosjanie, profanując, grabiąc i niszcząc tutejsze skarby bez opamiętania. W proch rozwiało się ogromne archiwum i bogata biblioteka zamkowa. A w 1947 roku bandy UPA  ostatecznie dokończyły dzieła dewastacji wysadzając wszystkie tutejsze budowle i zamieniając je w kupę ruin. I chyba nie pozostała po zamku nawet żadna fotografia, żaden szkic mogący oddać prawdziwą urodę tej wspaniałej budowli…Tylko pracujący tu od kilkunastu lat archeolodzy, odkopując pracowicie kamień po kamieniu próbują domyślić się rzeczywistego kształtu zamczyska i wszystkich przylegających doń budynków. A miejscowi włodarze oraz pasjonaci i wielbiciele regionalnej historii usiłują ochronić posiadłość przed postępującym nadal zniszczeniem oraz rozsławić to unikalne miejsce i zdobyć fundusze na jego utrzymanie. Na przykład w 2013 roku zorganizowano w ruinach zamku wspaniałą imprezę plenerową, w której brało udział mnóstwo miejscowej młodzieży oraz przyjezdnych, zainteresowanych krzewieniem wiedzy o dawnych dziejach. Można na ten temat poczytać tutaj. Dla mnie i Cezarego dodatkowym smaczkiem tej historii jest fakt, iż jeden z organizatorów tejże imprezy, pan Zbigniew Rojek, odwiedził nas niespodziewanie w styczniu 2015 roku w Jaworowie, opowiadając wówczas o swoich zainteresowaniach i dotychczasowych kolejach losu. O tych odwiedzinach przeczytać można tutaj



   Ale wróćmy teraz do jesieni 2017 roku. Mgliste, tajemnicze pejzaże wokół zamku zdawały się wymarzonym miejscem dla nakręcenia jakiegoś horroru czy napisania powieści grozy. W zupełnej ciszy chodziliśmy jak zaczarowani po tym pełnym cmentarnego nastroju miejscu. Brodząc w mokrych, jesiennych trawach i oglądając marne resztki dawnej świetności tego dworu obronnego fotografowaliśmy co się dało, wydobywając z mgły pozostałości ceglastych baszt, murów i porastających je chaszczy, podziwiając nadal prezentującą się wspaniale, skąpaną we mgle aleję grabową…



- I co teraz? – zapytałam po kilkunastu minutach uciekając przed chłodnym, melancholijnym dotykiem mgły i pakując się z ulgą do przytulnego, ciepłego wnętrza naszego samochodu. Zmarzłam trochę a moje ulubione, stare trampki były prawie zupełnie przemoczone. Wcisnęłam szybko nogi pod siedzenie samochodu, żeby Cezary nie dojrzał owych mokrych butów i aby w trosce o mój stan zdrowia nie zadecydował o zbyt szybkim końcu dzisiejszej przygody…
- Możemy jechać dalej. Mam wrażenie, że mgła zaczyna powoli zanikać. Zobaczysz, że zaraz zrobi się piękny, ciepły dzień. To co, Oleńko? Jedziemy? – odparł dziarskim głosem mój mąż i z apetytem skonsumowawszy kanapkę z żółtym serem odpalił silnik naszego starego rumaka.
- Jedziemy! Byle dalej przed siebie! – westchnęłam po raz ostatni oglądając się na ukryte we mgle ruiny zamku Starzeńskich.  I już za moment zostawiając za sobą posępne mury zamczyska a zanurzając się w kolejny, mleczny opar mknęliśmy odważnie w kierunku nieodkrytych jeszcze miejsc, w stronę falującego nieustannie woalu mgły a przede wszystkim w stronę upragnionego słońca…

 c.d.n.
  

sobota, 14 lutego 2015

Wyprawa w krainę słońca...Cz.5 - "Powrót nad oceanem"



   

   To między innymi tamten niemiłosierny upał i wynikające z tego zmęczenie zdecydowało o tym, iż nie będziemy kontynuować naszej drogi na południe i nie dotrzemy do jeziora Eyre, a być może i dalej, do samej świętej góry Uluru – najważniejszego dla Aborygenów miejsca w Australii. Pocieszaliśmy się wówczas, że może kiedy indziej, w bardziej sprzyjającej porze znowu uda nam się wyruszyć w tamte strony. Niestety, los przy naszej wydatnej pomocy zdecydował zupełnie inaczej…



   A już w drodze powrotnej ( a wracaliśmy ma się rozumieć - dla urozmaicenia - inną drogą niż jechaliśmy przedtem) odwiedziliśmy w portowe miasto nadoceaniczne Port Augusta. Miasto pełne współczesnych Aborygenów.


   Spacerując ulicami Port Augusty i pochłaniając wielkie porcje wściekle słodkich lodów zerkaliśmy dyskretnie na tubylców tak po prostu krążących między sklepami, rodzinnie zajadających lody, czy siedzących na krawężnikach i nonszalancko popalających papierosy. Aborygeni przeważnie ubrani byli w klapki-japonki albo też przemieszczali się zupełnie boso. Na sobie mieli jakieś powyciągane koszulki i byle jakie gatki. Zdecydowanie lepiej by wyglądali tak jak niegdyś - nadzy, z bumerangiem albo tubą didgeridoo w dłoniach, wymalowani w tajemnicze kropeczki… Ale cóż - cywilizacja zmienia i unifikuje wszystko. A oni chcąc nie chcąc musieli się dostosować. Ale chyba mają wciąż tego samego ducha, swoistą dumę i niezależność, bo widać to było w ich spojrzeniach oraz w sposobie poruszania się. Patrzyli wyzywająco, albo wręcz przeciwnie, wzrokiem niewidzącym, jakby świat wokół istniał niby nie warta zauważenia mgła. Mimo powyciąganych koszulek made in China mieli w sobie prawdę i moc…Jedni kruczoczarni, inni rudzi albo blondyni - bo takie kolory włosów nie są wśród nich niczym dziwnym. Niektórzy o pięknych, szlachetnych, jakby wyrzeźbionych z z mahoniu twarzach. A niektórzy znowu o fizjonomiach przerażająco brzydkich, lecz niepospolitych, pierwotnych a schowanych za pogardliwym, zblazowanym uśmieszkiem…. 


   Niezwykle to wszystko było dla mnie fascynujące, bo w Melbourne niezbyt często widywałam Aborygenów. Niestety, nie odważyłam się zrobić im w Port Augusta ani jednego zdjęcia, ponieważ Aborygeni nienawidzą tego. Fotografowanie twarzy jest dla nich często jakimś nieprzekraczalnym tabu. Beztroskim zabraniem im kawałka duszy. Pogardliwym, przedmiotowym wręcz potraktowaniem. Może gdybym spytała o pozwolenie, to któryś z nich by się na pozowanie zgodził. Nie miałam jednak na tyle odwagi a z szacunku dla nich robić zdjęć z ukrycia nie chciałam. Zresztą czas nas gonił. Trzeba było ruszać w dalszą drogę.



   Po krótkiej jeździe zatrzymaliśmy się  w pobliżu zatoki w Port Augusta olśnieni niezwykłym, opalizującym na różowo kolorem wody w słonym jeziorze utworzonym po lewej stronie szosy biegnącej nad oceanem. Widok był wspaniały, natomiast zapach starego, zepsutego sera docierający z tego akwenu do naszych nozdrzy kazał nam czym prędzej wsiadać w jeepa i uciekać z tego smrodliwego miejsca byle dalej stamtąd!



   Następnym przystankiem była mała miejscowość Port Germein, szczycąca się posiadaniem najdłuższego na świecie, drewnianego molo, mierzącego niegdyś prawie 2 kilometry a dzisiaj około 1,6 km. Wybraliśmy się oczywiście na przechadzkę do samego końca tego biało-niebieskiego pomostu. Po drodze mijaliśmy kąpiące się w przybrzeżnych wodach dzieciaki a spragnieni ochłody także zanurzaliśmy od czasu do czasu stopy w turkusowych płyciznach zatoki. Tam, gdzie było głębiej stali wytrwale rybacy i wyławiali co chwilę fantastycznie niebieskie, wielkie kraby. Tych krabów jest tam tak wiele, że raz w roku odbywa się w Port Germain święto „crabbingu”, czyli połowów tych niezwykłych skorupiaków. 



   Kilkadziesiąt kilometrów dalej, gdzieś za masteczkiem zwanym Port Pirie, już na pożegnanie zatrzymaliśmy się raz jeszcze i po raz ostatni ochłodziliśmy nogi w oceanicznych wodach spokojnej Zatoki Spencera. Przed nami była już tylko bardzo długa, męcząca droga powrotna.
 





Nazajutrz  po powrocie w liście do rodziny pisałam:

 Jadąc już dalej bez ustanku koło pierwszej w nocy dotarliśmy wreszcie do Melbourne po tej obfitującej w wiele wrażeń, emocji i atrakcji, tygodniowej podróży. A tak tym wszystkim byliśmy nabuzowani, podnieceni, że usnąć udało nam się dopiero około wpół do czwartej! W sumie przejechaliśmy wówczas ponad trzy tysiące kilometrów, zatrzymując się wielokrotnie po drodze na zobaczenie czegoś, na sfotografowanie, na spacer, na odpoczynek, na nocleg. Przedłużyliśmy naszą podróż o jeden dzień, bo to są naprawdę rozległe przestrzenie i nie sposób zobaczyć nawet jednej tysięcznej wycinka tej krainy w ciągu tego czasu. A chciałoby się tak podróżować i podróżować bez końca! To wciąga jak narkotyk, chociaż jest jednocześnie męczące, z powodu straszliwego upału i monotonii podróży.
   Przeciętnie temperatura oscylowała wówczas wokół 40 stopni a czasem słupek na termometrze skakał nawet do ponad 50 stopni Celcjusza!
 Jednak mimo wszystkich niedogodności taka bezkresna wędrówka to za każdym razem wspaniała, pełna emocji i niepowtarzalnych przeżyć przygoda…”

   Skończyłam czytać stary list i spojrzałam na białe przestrzenie za podkarpackim oknem. Gdy zaczynałam spisywać wspomnienia z tej gorącej podróży lutowa mgła cichą, senną rzeką płynęła ponad koronami drzew, wplatała się między bezlistne krzewy i cieniste parowy…Odcinała nas zupełnie od świata dając złudzenie, że nie istnieje wcale reszta rzeczywistości. Cała reszta jest przecież tylko dziwnym, kolorowym snem. Kartką w przeczytanej dawno temu książce… Kartką, którą dopiero przewrócę, przeczytam…Teraz kończę moją opowieść. Zniknęła mglistość za oknem, nastała pora przedwiosennego, ostrego niczym w Australii słońca. Jednak strzępy mgły pozostały w duszy. Zawsze już chyba tam będą. Dziwna nieokreśloność…Jestem tutaj. I jestem tam. Wrastam w tę mgłę i w tamto słońce, w tutejszy chłód i w tamten upał, w nieustraszony wiatr, który krąży po świecie i szepcze, że wszędzie jest blisko, a wszystko, czego mi trzeba mogę dotknąć, że mam to w zasięgu uczuć, wyobraźni i snu…



    Patrzę na tamte kolorowe zdjęcia sprzed lat. Nieuchwytna wirujesz w słonecznych wspomnieniach Australio. Muśnięta tylko wycieczkami w Twe niezmierzone przestrzenie, podróżami w wielobarwne oddale, codziennym, zwykłym życiem oraz nieustanną ambiwalencją uczuć zostałaś tam i we mnie…Szamanko. Nie dajesz się zapomnieć…

Szamanka

Australia to samotność ubrana w barwy piękna
To muszla szczerozłota, która na dwoje pękła
To przestrzeń nieodkryta, czy trzeba ją odkrywać?
Im dalej, tym goręcej i pustki wielkiej dywan

A w pustce głuche szepty, w dzikości tkwiąc odwiecznej
Wabią wędrowców ku sobie mitami, wizjami, wierszem
W ten busz idź, w tę woń tajemnicy i nie patrz za siebie bo po co?
Papugi Ci krzyczą nad głową, jaszczurki swym srebrem migocą

A gdzieś tam deszczowe lasy, paprocie wielkie jak drzewa
Horyzont niedościgły, didgeridoo rozbrzmiewa
A między rozgwiazdami, w oceanicznej otchłani
Potwory szaleją z głębin, okrutny turkus mami

Kraina nieokiełznana i niepodległa czasowi
Uśmiecha się jak szamanka, jej magii nie da się złowić
Ubrana w woalkę sekretów, pachnąca obietnicą
Leciutko biegnie przed siebie i woła wędrowca...w nicość...


     Serdecznie dziękuję wszystkim wiernym czytelnikom za towarzyszenie nam w tej sentymentalnej podróży i dotrwanie z nami do jej końca!:-))






czwartek, 12 lutego 2015

Wyprawa w krainę słońca...Cz.4 - "Góry Flindersa"




   


   

   Wreszcie pokazały się zielone tablice informujące o bliskości miasteczek położonych w obrębie gór Flindersa. W miejscowości Hawker, ostatniej przed wjechaniem w dziki outback zatankowaliśmy do pełna samochód i już byliśmy gotowi na spotkanie z upragnionym celem naszej podróży – jednymi z najstarszych na świecie i najbardziej dzikich gór. 

 




   Łańcuchy górskie ciągną się tu przez nieomal 500 kilometrów. Najwyższym szczytem jest Saint Mary's Peak (1190 m n.p.m.). Park narodowy tych gór liczy sobie prawie tysiace kilometrów kwadratowych. Trzeba by tu spędzić parę miesięcy by zobaczyć wszystko co najważniejsze. My mieliśmy przed sobą zaledwie kilka dni zwiedzania…



   I oto one. Podobne do ciągnącego się w nieskończoność smoczego grzbietu i kolorowe jak najwspanialsza baśń fantasy grzbiety gór. Zarysowują się przed nami coraz wyraźniej.  Wytrzeszczamy oczy i rozdziawiamy w zachwycie usta, zupełnie zapominając o dotkliwym żarze uparcie lejącym się ze styczniowego nieba. Jakże zaskakuje nas koloryt i wielowarstwowa faktura tych wzniesień.  Z folderów turystycznych udało nam się dowiedzieć, iż mają one tak cudowne pomarańczowo – żółto - brązowe odcienie i niezwykłe kształty, gdyż zbudowane są z kolorowych skał osadowych, zawierających spore domieszki rud ołowiu i miedzi. Właśnie dzięki temu tworzą niesamowicie malownicze i niepodobne do żadnych innych ciągnące się w nieskończoność, wielobarwne łańcuchy. 


   Żyją tam dziesiątki tysięcy różnokolorowych kangurów, walabi, ogromnych strusi emu, kolorowych papug i wielkich orłów. Jest tam po prostu jak na ożywionej pocztówce z Australii. Wszędzie pomarańczowo-ziemiste drogi, skaliste ścieżki a wokół kolorowe przestrzenie porostów, buszu i eukaliptusów. A dookoła skaliste, rozpalone słońcem, buchające niezwykłymi barwami góry, niteczki wielokilometrowych, ekstremalnych szlaków, zwaliska liczących kilkaset milionów lat skał, grupy bujnych cyprysów, trawodrzew, akacji, skrubu, drzew gumowych i niteczki wyschniętych, biało-niebieskich koryt prastarych rzek. 




    Od kilku tygodni tam nie padało, więc wszystkie miejscowe potoczki i jeziora wyschły, ale podobno po deszczu wszystko to ożywa, błękitnieje od silnych, wzburzonych nurtów. Zmienia zupełnie nastrój i koloryt. Tworzą się mniejsze i większe jeziora. Barwami oszałamiają kwietne kobierce. My, będąc tam w najcieplejszym i najsuchszym sezonie letnim dostrzegliśmy po drodze zaledwie jakieś marne resztki wody w wielkim korycie rzeki, a od razu dodawało to głębi tej pomarańczowo złotej, suchej okolicy.



   Późnym popołudniem dojechaliśmy do Wilpena Pound, ogromnego, bo zajmującego powierzchnię aż 9 hektarów, przypominającego wielki krater meteorytowy, naturalnego amfiteatru otoczonego łańcuchami górskimi. Kiedyś był on miejscem zgromadzeń aborygeńskich ludów. Dziś pozostały tu po nich liczne pamiątki w postaci malowideł i rysunków naskalnych. W XIX wieku znajdowało się tutaj wielkie gospodarstwo liczące 120 tysięcy owiec! Nie potrzebowano żadnych zagród bo dwa pasma górskie w naturalny sposób wyznaczały wielkie pastwisko. Do dziś można tu zobaczyć dom rodziny Hill, która niegdyś prowadziła tę hodowlę. Kotlina Wilpena Pund nazywana jest małym rajem na ziemi, ponieważ wydaje się idealnym miejscem do pieszych wędrówek po buszu, obserwacji dzikich zwierząt, wspinaczek i przejażdżek kamienistymi korytami wyschniętych rzek. Najlepiej widać piękno Wilpeny oraz wiodącej do niej malowniczej drogi, gdy dotrze się na wzniesienie, gdzie jest punkt widokowy (Razorback Lookout). 




   Miejsca na nocleg poszukaliśmy na polu campingowym ośrodka wypoczynkowego Wilpena. Rozłożyliśmy namiot na różowo-piaszczystym terenie między eukaliptusami. W pobliżu mieliśmy sanitariat z porządnymi prysznicami i toaletami. A jedynymi naszymi sąsiadami byli bardzo kiepsko mówiący po angielsku, niezbyt towarzyscy Francuzi. A więc nie narzucaliśmy się im i chadzaliśmy swoimi drogami, ciesząc się wspaniałymi widokami dookoła, ciszą i bezludziem.





   Wieczorem udawaliśmy się natomiast do centrum naszego ośrodka wypoczynkowego, gdzie w skromnie, lecz ładnie urządzonej restauracji raczyliśmy się zimnym piwem oraz oferowanymi tamże egzotycznymi smakołykami, charakterystycznymi dla kuchni australijskiej. Były to grillowanie kawałki mięsa kangura, krokodyla i strusia podawane z frytkami oraz nieodłączną sałatką Coleslaw.
   Jak nam to smakowało? Prawdę mówiąc nie nadzwyczajnie! Mięso kangura jest zbyt  włókniste, suche i bardzo czerwone! Krokodyl zanadto tłusty i kurczakowaty. A struś prawie jak stary indyk! Ale lubiliśmy zawsze próbować wszystkiego, co się dało, nie wybrzydzając i poprzez dziwne, regionalne smaki poznawać w ten sposób pełniej krainę tęczy. A tak właśnie nazywają czasem Australię przybywający do niej cudzoziemcy. Dlaczego? Ponieważ prawie po każdym deszczu, czy byle mżawce, na niebie pojawia się tam cudownie wyrazista tęcza. I utrzymuje się długo, dając okazję takim jak my, domorosłym fotografom, do utrwalania jej po wielekroć w różnych fazach pojawiania się i zanikania. W górach Flindersa jednakże nie dane nam było ujrzeć tęczy, ponieważ przez czas pobytu w tamtych okolicach niebo trwało nad nami zupełnie bezchmurne i nie zapowiadało się by przed jesienią miało się to zmienić.



   A wracając jeszcze do naszych wieczornych odwiedzin w restauracji ciekawą dla nas rozrywką było wspólne z przebywającymi tam gośćmi oglądanie telewizyjnej relacji z rozgrywek meczy tenisowych na Australia Open. Jakże się tym Australijczycy podniecali! Jakież entuzjastyczne okrzyki wydawali, gdy któryś z ich ulubieńców powalał nieomal na łopatki swego przeciwnika.  Ich faworytem był wówczas rudowłosy Australijczyk Lleyton Hewitt. Naszym zaś działający niczym niezmordowany cyborg Rafael Nadal. Dzisiaj nie pamiętam już, kto wówczas wygrał. Wciąż jednak mam w pamięci pełne blasku oczy tamtych rozemocjonowanych Australijczyków, ich ogorzałe twarze i tę niepowtarzalną atmosferę przeżywanych wspólnie wzruszeń. Nie wiedzieliśmy jeszcze wówczas, iż za rok o tej porze sami będziemy śledzić na żywo tenisowe rozgrywki obserwując je z ekscytacją na położonych w pobliżu centrum Melbourne kortach. Na własne oczy widzieliśmy wówczas umięśnioną Serenę Williams oraz przystojnego Rafaela Nadala! Wokół nas szaleli rozemocjonowani ludzie. Pogryzali pop-corn i chipsy. Krzyczeli dopingując swych faworytów tak głośno, że nie słychać było własnego głosu. Zażarte potyczki trwały aż do nocy. A ciekawskie gwiazdy zaglądały na tą ludzką ciżbę poprzez ogromny, magicznie rozsuwany dach kortów.



   Pierwszego poranka spędzonego na górskim obozowisku wstaliśmy bardzo wcześnie obudzeni przez wlewające się nam do namiotu złociste światło świtu. Nie przejmując się wcale swobodnym, domowym negliżem powędrowaliśmy przed siebie w stronę pomalowanej na intensywnie pomarańczowe odcienie widocznej w oddali góry.


 Mijaliśmy pasące się wszędzie, nie zwracające na nas najmniejszej uwagi kangury oraz uśpione jeszcze namioty innych, odległych od nas obozowiczów. Powietrze było cudownie rzeźkie. Niebo bławatkowe. A ponad buszem kołowały papugi kakadu, galah i rozele, lśniąc czerwienią, żółcią, różem, zielenią i błękitem. Ptaki obsiadły także gromadnie suche gałęzie rosnących w pobliżu powyginanych od wichrów drzewek, kazuaryn, oraz wielkich eukaliptusów z gatunku drzew gumowych. 



   Nagle tę pełną słodyczy ciszę przerwały histeryczne chichoty szarobiałych kokabur, zresztą także należących do gatunku papug.  Pewnie się czegoś wystraszyły albo tylko chciały nam dać znać o swoim istnieniu. Zawirowało w powietrzu. Tuman kurzu wzniósł się wysoko. I po chwili nie było już widać w pobliżu ani jednej papużki…


   Wróciliśmy szybko do obozu i w kilkanaście minut potem mknęliśmy już przed siebie, chcąc zwiedzić jak najwięcej wabiących nas zewsząd swym czarem zakamarków gór Flindersa.



    Jadąc za znakami trafiliśmy do tajemniczego, aborygeńskiego wąwozu, zwanego Sacred Canyon, gdzie panowała kompletna cisza i jakiś nastrój monumentalnej wielkości oraz niepojętej, obcej magii. Pomarańczowe skały w kanionie pokrywały wykonane tysiące lat temu tajemnicze rysunki Aborygenów ze szczepu Adnyamathanha. Aby zrozumieć, co one przedstawiają i pojąć, iż był to swoisty kod komunikowania się między członkami plemienia trzeba przestudiować dokładnie tablicę z objaśnieniami tychże rysunków. Tablica postawiona była tuż przy szlaku. Zobaczyliśmy na niej proste, piktograficzne znaki: okręgi, ślimaczki, strzałki, półkola oraz kilkoma kreskami oddane podobizny ludzkie
   Studiowałam ją z szacunkiem i przejęciem, wyobrażając sobie jak niezwykłe życie toczyło się w tych okolicach setki, tysiące lat temu. Jak bardzo cywilizacja białych osadników wyrugowała stąd utrwalony przez tysiąclecia naturalny porządek rzeczy, zamieniając to i inne miejsca w przepiękny, oddany na pastwę często przypadkowych i nieświadomych rangi tego miejsca turystów park narodowy, przemierzających tę mityczną krainę w kolorowych autokarach i hałaśliwych autach z napędem na cztery koła...



   

    Chcę wierzyć jednak, że siła i duch Australii nie podda się do końca naporowi współczesnej kultury i technicyzacji. Wszystko to, choć tak przytłaczająco wszechobecne, zniknąć może tak szybko, jak woda w słonych jeziorach. I wróci stare, niezniszczalne piękno nieograniczonej niczym natury. Wrócą i odrodzą się w pełni ludzie z tej ziemi się wywodzący. A magia tych skał, dolin, jaskiń i rzek znów przemówi z całą wyrazistością. Ożyją mity, tubylcze sny, legendy i tradycje. Odezwie się znowu świat, który istniał tutaj ponad 40 tysięcy lat zanim nastały rządy białych, jakże aroganckich ludzi.



Mit



W tysiącach, milionach kropeczek,
w tych wirach i splotach skupienia
Wyłania się rzeka bez kresu, 
wokół czerwona trwa ziemia

 Przy skale srebrzysta jest ścieżka,
to wąż, który pełznie lękliwie
Bo dalej kołuje orzeł, rozgląda sięwokół wnikliwie

A stara kobieta klęcząca coś
szepcze wnukowi od świtu
I palce w farbie zamacza, wzór biegnie magiczny, wspaniały
Czerwienie, zielenie i biele, i
granat jak tło tego mitu
Staruszka spogląda przed siebie a potem szepcze – patrz, mały:
…Wąż błyska nową nadzieją i umknąć chce drogą krętą
A orzeł w niego wpatrzony przemierza krainę tę świętą 
Ucieczka trwa w nieskończoność i pogoń, co nie zna zmęczenia
Czy nigdy nie zmierzą się w walce? Czy spoczną w spokoju strumienia?
Lecz zobacz, już kula słoneczna wynurza się nad falami
A orzeł przysiada za drzewem, zasadzkę szykuje wężowi
Tam kaczek stado nadpływa, by bawić się promieniami
A widząc orła znikają, w błękitnej tajemnic toni
Lecz zguba czai się wszędzie, wąż skręca za wielkim drzewem…
-Co dalej babuniu będzie?
-Me palce to wiedzą, ja nie wiem… 
I śni się ta stara historia i żyją legendy i znaki
A stara kobieta na kamień nakłada magiczne swe plamki...



   Z innej tablicy natomiast dowiedziałam się, czym kiedyś odżywiali się przebywający w tych stronach Aborygeni. Jakież to przysmaki rodzi ta spieczona słońcem, fascynująca miedziano - żółta ziemia? Okazuje się, że w górach Flindersa natknąć się można na dziką odmianę pomarańczy zwaną przez lud z plemienia Yuras igą, a także na dzikie gruszki zwane maiaką. Rosną tam także drzewa Urti owocujące dzikimi brzoskwiniami. A z akacji nazywanej przez tubylców Nguri dało się pozyskiwać pożywne nasiona, które po utłuczeniu na mąkę nadawały się do wypieku chleba. Natomiast nektar z pałkowatych kwiatów trawodrzew po rozpuszczeniu w wodzie tworzył wyśmienity, słodki napój. Z kolei liście ogromnego, rosnącego nad brzegami rzeki czerwonego eukaliptusa Wida wykorzystywane były do sporządzania lekarstw na gorączkę i przeziębienia. W diecie tutejszych Aborygenów były oczywiście także zwierzęta: mrówki, cykady, dzikie pszczoły i ich miód, kangury, wombaty oraz ryby, które w sezonie deszczowym występowały w górskich rzekach w wielkiej obfitości…



   W innej części gór Flindersa widzieliśmy pozostałości opuszczonych sto lat temu siedzib ludzkich – pionierów osiedlających się tam w dziewiętnastym wieku. Były to małe, kamieniste, rozpadające się chaty dziewiętnastowiecznych osadników. Te ceglasto-gliniaste szczątki domów mają swoją ciekawą historię i ducha przeszłości, a są australijskimi zabytkami, bo przecież o inne zabytki trudno w kraju, który liczy zaledwie dwieście lat istnienia. Zwiedzaliśmy pozostałości po dawnych cmentarzach. Obejrzeliśmy też ruiny osady Kanyaka Homestead, gdzie istniał w XIX wieku najbardziej oddalony od stolicy stanu Adelajdy budynek poczty. Powodem osiadlania w tych dziewiczych okolicach była kopalnia odkrywkowa węgla brunatnego (w miejscowości Leigh Creek) oraz złoża srebra,  rud ołowiu i miedzi.





   Kilkukrotnie wjeżdżaliśmy na wysokie szczyty, aby zachłysnąć się pięknem okolicy, tymi ciągnącymi się w nieskończoność oranżowymi górami albo widoczną w oddali niezmierzoną sawanną. Wierzyć się nam nie chciało, że może istnieć takie piękno, spokój, oszałamiający bezkres. I prawie nigdzie nie spotkaliśmy żywego ducha! Niekiedy tylko widywaliśmy w oddali jakieś znikające za linią horyzontu, pokryte pomarańczowym pyłem auto terenowe. A poza tym krążyliśmy łososiowymi w odcieniu, kamienistymi drogami tak bardzo dalekimi od cywilizacji, iż zastanawialiśmy się niekiedy, czy aby nie przenieśliśmy się w czasie i czy za chwilę nie wyskoczy nam na drogę jakiś nagi Aborygen z oszczepem, przeganiając nas zazdrośnie ze swych sekretnych miejsc!




   Zamiast rzeczonego Aborygena napotykaliśmy często grupki kroczących dostojnie strusi emu. Te ogromne ptaki popatrywały na nas uważnie i gdy próbowaliśmy się zbliżyć odbiegały na bezpieczną odległość, aby paść się na trawach i wyjadać spośród nich nasiona oraz owady. Ukryci bezpiecznie za krzakami fotografowaliśmy je aż do czasu, gdy znudzone odmaszerowały spokojnie w gęstwinę pobliskiego buszu. 



  Żałowałam, iż nie natrafiliśmy wówczas na ich okres godowy. Moglibyśmy wówczas wysłuchać ich charakterystycznych, buczących dźwięków a może i zaobserwować taneczne, miłosne podchody tak, jak w pobliżu Melbourne udało nam się po wielekroć być świadkami kangurzych zalotów. A propos godów, to przypomniało mi się wtedy, iż u emu to głównie samiec poświęca się wysiadywaniu jaj i opiece nad potomstwem, podczas gdy samica zajmuje się zdobywaniem pożywienia i pogaduszkami ze swymi siostrami i przyjaciółkami. Tak więc, modne obecnie „tacierzyństwo” nie jest jakimś oryginalnym pomysłem ludzi, ale rozsądnym wzięciem przykładu z zachowań tych największych na świecie, mądrych ptaków.


   Na naszym górskim campingu, gdzie spędziliśmy kilka nocy mieliśmy do czynienia z prawie zupełnie oswojonymi kangurami, które dały się głaskać, karmić i poić. Spoglądały nam ufnie w oczy. Cierpliwie pozowały do zdjęć a potem wciskały się do namiotu i gmerały w torbach w poszukiwaniu przysmaków. A były przy tym tak namolne i silne, iż z ogromnym trudem udawało się je wypchnąć z namiotu i odwrócić uwagę czymś na zewnątrz. Z tego wszystkiego żałowaliśmy, iż zaczęliśmy je częstować, bo wprost nie dało się odczepić od tych sympatycznych, lecz upartych torbaczy. 




   Byliśmy niczym dobrzy Mikołajowie dla tamtejszych spragnionych zwierzątek, bo szczodrze dokarmialiśmy kangury oraz okoliczne ptactwo naszym suchym pieczywem, nalewaliśmy im wody do miski, polewaliśmy spieczoną, złaknioną odrobiny wilgoci ziemię. Ach, jak te stworzenia się tym cieszyły! Ptaki zlatywały się gromadami i nie wierząc własnym oczom gremialnie piły wodę z miski. Chyba pierwszy raz w życiu miały możność pić z jakiegoś naczynia, bo najpierw nie wiedziały nawet, co to za przedmiot i do czego właściwie służy?! Okrążały raz po raz miskę, dziobały ją i usiłowały zajrzeć pod spód. Wreszcie ośmieliwszy się widocznie wszystkie po kolei wykąpały się w tej cudownie zimnej wodzie. Rozkoszowały się każdą kroplą i każdym okruchem bułki. Podskakiwały. Wyrywały sobie jedzenie z dziobków. Moczyły skrzydełka a potem rozpościerały je szeroko, rozkoszując się wilgocią. A my obserwowaliśmy ich igraszki z ogromną przyjemnością!




   Także i my, spędzając całe dnie w tym gorącym, suchym powietrzu korzystaliśmy z każdej nadarzającej się okazji by zaznać ożywczej kąpieli, czy przynajmniej spryskania twarzy chłodną wodą. Po zwiedzeniu kolejnych ruin domków osadników przysiadaliśmy pod ustawionymi na szlaku wiatami i polewaliśmy się wzajemnie kubkami zimnej wody, czerpanej z ogromnych, zaopatrzonych w kraniki baniaków, ustawionych tam zapewne dla takich jak my, przegrzanych turystów…
   Mimo upału góry Flindersa zdawały się nam cudownie ocalałym rajem. Krainą, którą dane nam było zaledwie delikatnie dotknąć, przeczuć, i na zawsze pozostawić nas w zachwycie, oszołomieniu i szacunku dla potęgi dzikiej, wciąż tajemniczej, nie zepsutej jeszcze przez człowieka natury…



* W następnym odcinku opiszę nasz powrót do domu...I to już będzie ostatnia część tej przydługiej, australijskiej opowieści...

Etykiety

Aborygeni absurd afirmacja życia agrest apel apel o pomoc asymilacja Australia autoanaliza bajka bal ballada baśń Beksińscy Bieszczady blackout bliskość blog blogi bór cenzura Cesarzowa Ki Cezary chleb choroba ciastka ciepło cywilizacja czarny bez czarny humor czas czekolada czerwiec człowieczeństwo człowiek czułość Dersu Uzała deszcz dieta dobro dom dorosłość drama drama koreańska drewno droga drzewa trawiaste Dubiecko Dwernik Kamień dwudziestolecie międzywojenne dystopia dzieciństwo dzikie bzy ekologia elektryczność erotyk eutanazja fajka fantazja film flash mob fotografie fotoreportaż glebogryzarka głodówka głód gospodarstwo goście góry Góry Flindersa grass tree grill grudzień grzyby Gwiazdka historia historie wędrujące horror humor humoreska idealizm ideologia II wojna światowa informacja inność inspiracja internet jabłka jabłoń Jacuś Jacuś. gospodarstwo Jacuś. lato jajka Jane Eyre Japonia Jawornik Polski jesień jesień życia kalina Kanada kanały kangury kastracja kiełbasa klimat klimatyzm koala kobieta koguty kolęda kolędy komputer komunikacja konfitury konflikt koniec świata konkurs konstrukcja kosmos koszenie kot koziołek kozy Kraków Kresy kryminał kryzys książka kuchnia kulinaria kury kwiaty kwiecień las lato legenda lektura lęk lipa lipiec lis listopad literatura los ludzie luty łąka maciejka macierzyństwo magia maj malarstwo maliny mantry marzenie maska metafora mgła miasteczko odnalezionych myśli Michael Jackson Mikołaj miłość Misia mit młodość moda mróz mróż muzyka muzyka filmowa nadzieja nalewki nałóg natura niebezpieczeństwo niezapominajki noc nowoczesność Nowy Rok obyczaje ocean odchudzanie odpowiedzialność odrodzenie ogrody ogród ojczyzna opowiadanie opowiastka opowieść Orzeszkowa osa Osiecka owoce pamięć pandemia Panna Róża park pasja patriotyzm pejzaż pierniki pies pieski pieśni pieśń piękno piosenka piosenki pisanie płot początek podróż poezja pogoda Pogórze Dynowskie polityka Polska pomidory pomysł poprawność polityczna porady postęp pożar praca prawda prezent protest protesty przedwiośnie przedzimie przemijanie Przemyśl przepis przetrwanie przetwory przeznaczenie przygoda przyjaźń przyroda psy psychologia ptaki radość rak recenzja refleksja relatywizm remont repatriacja reportaż rezerwat Riverland rodzina rok rośliny rower rozmowa rozrywka rozum róże rymowanka rzeka samopoczucie samotność San sarny sąsiedzi sens życia siano sierpień silna wola siła skróty słodycze słońce słowa słowa piosenki słowianie smutek solidarność South Australia spacer spiżarnia spokój społeczeństwo spontaniczność spotkanie stado Star starość strych susza susza. upał szadź szczerość szczęście szerszeń śmiech śmierć śnieg śpiew środowisko świat światło świeta święta świt tajemnica tekst piosenki teksty piosenek tęsknota toaleta tragikomedia trauma troska truskawki uczucia Ukraina upał urodziny uśmiech warzywnik wędrówka wędrówki węgiel wiadomości wiadomość wiatr wierność wiersz wierszyk wieś wieża wigilia Wilsons Promontory wino wiosna wiosnaekologia wirus woda wojna wolność Wołyń wrażliwość wrotycz wrzesień wschód słońca wspomnienia wspomnienie współczesność Wszechświat wybory wychowanie wycieczka wygląd wypadki wypalanie traw wzruszenie zabawa zabawa blogowa zachód słońca zapasy zaproszenie zbiory zdjęcia zdrowie zielarstwo zielononóżki zielononóżki kuropatwiane zima zioła zmiany zupa Zuzia zwierzęta zwyczaje żałoba żart życie życzenia Żydzi żywokost