Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rośliny. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rośliny. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 8 czerwca 2023

Mądrość roślin…

 


 


   Niewiele osób zastanawia się nad mądrością roślin, a przeważnie nawet jej nie zauważa, tak jakby jej wcale nie było. Co innego zwierzęta. O ich inteligencji się mówi, bada, szuka podobieństw między nimi a nami, ludźmi.  A przecież rośliny to także istoty żywe, które czują, doznają, wiele wiedzą i zdumiewająco dużo potrafią. A pewnie i w jakiś sposób myślą. Owa mądrość roślin manifestuje się przeróżnie (np. w umiejętności pamiętania, przewidywania czy unikania przykrych doznań, czy też w nieoczekiwanej reakcji na pozytywne bodźce).  Jednak mnie ostatnio zadziwia owa mądrość w kontekście umiejętności  przetrwania. Zadziwia, a jednocześnie budzi wiele skojarzeń z zachowaniem ludzkim. Czegoś ważnego uczy a także daje widoki na nagłe odrodzenie siły stłamszonych dotąd ludzi, na ożywienie w nich nowej, uzdrawiającej nadziei, na podjęcie działań, które mogą zmienić przyszłość. Myślę, że bardzo to potrzebne ludziom, którzy na pozór są tak zobojętniali, tak wypruci z ochoty do działania i wiary w jego skuteczność, że zdają się bardziej podobni do zgadzających się na wszystko bez sprzeciwu osłabionych roślinek, niż do żywych, myślących  istot ludzkich.

                                                   ekspansywne chabry górskie


   Ale do rzeczy. Jakaż to obserwacja natury pobudziła mnie do dzisiejszych rozważań? Otóż mam w ogrodzie wielką, okrągłą rabatę, na której środku od lat rósł sobie radośnie i swobodnie posadzony tam niegdyś przeze mnie wrotycz. Bardzo lubię to zioło, jego zapach i wygląd. Cenię też jego zdrowotne właściwości (przeciwzapalne, przeciwwirusowe, przeciwbólowe, odstraszające kleszcze). Wiele razy zresztą pisałam o wrotyczu na tym blogu. Otóż w tym roku mój wrotycz znikł.  Nie pojawił się na wiosnę o swojej zwykłej porze. Natomiast bardzo bujnie porosły na tej samej rabacie posiane w zeszłym roku łubiny oraz przesadzone tam przez kilku laty chabry górskie. I o ile łubiny trzymały się grzecznie przydzielonego sobie północnego kąta kwietnika i nikomu przez to nie zagrażały, to chabry rozrosły po całym dostępnym miejscu, stwarzając gęsty, zwarty busz, nie dający szans na dostęp do światła innym, mniej ekspansywnym roślinom. Jednak przez pewien czas nie dostrzegałam tego, jak bardzo zawłaszczające przestrzeń są te rośliny a przeciwnie, naiwnie cieszyłam się ich obfitym kwitnieniem, tym, że dzięki nim nie mam problemu z plewieniem, bo w ich pobliżu nawet chwasty zdawały się nie rosnąć. Widząc jednak, że chabry panoszą się ponad miarę, że swoim buńczucznym, bezlitosnym rozrostem po prostu duszą inne rośliny, że wciąż nie widać ani jednego listka wrotyczu, że nawet mięta rośnie wyjątkowo słabowicie, w końcu postanowiłam wkroczyć na rabatę i spróbować zrobić w królestwie roślin jakiś porządek. Uzbrojona w rękawiczki i wiadro wzięłam się za wyrywanie bezczelnych chabrów.

   Jedne dawały się wyrwać łatwo i wychodziły z ziemi wraz z korzeniami. Inne opierały się z całej siły i musiałam mocno się zapierać by wygrać z nimi. Bardzo szybko okazało się, że wiadro na odpadki nie wystarczy, że muszę całe naręcza tych upartych roślin po prostu wyrzucać na trawę poza rabatę. Po kilku minutach takiego wyrywania leżał już ich tam wielki stos a wciąż nie było widać końca mego działania. Wewnątrz kwietnika okazało się, iż chabrów było o wiele więcej, niż wydawało mi się, gdy stałam jeszcze z boku. Pod dorodnymi, kwitnącymi już okazale wysokimi chabrami,  w ich dusznym, klaustrofobicznym gąszczu rosło mnóstwo młodych chaberków, pełnych jeszcze zamkniętych pąków. Kucałam między nimi przerażona tą niepomierną ilością. Chabry stały wokół mnie w zwartych, pewnych siebie szeregach i zdawały się nie mieć końca. Niby tak piękne i niewinne a jednocześnie tak zwycięskie, nieprzejednane, przekonane o swojej wszechpotędze i wiecznym panowaniu…Czy nie żal mi było tak bezwzględnie pozbywać się tych kwiatów? Tak, przez chwile miałam wyrzuty sumienia, ale zaraz je odegnałam zrozumiawszy, że takim moim drastycznym działaniem prawdopodobnie ocalam życie innych, schowanych w chabrowym gąszczu roślin. I był to chyba ostatni czas na takie zdecydowane porządki, bo jeszcze chwila a nic poza chabrami już by tam nie rosło. A chabry? Pozbyłam się ich tylko z tej jednej rabaty a przecież mają swoje miejsca w innych częściach mego ogrodu, gdzie bez przeszkód mogą sobie rosnąć, błękitnieć i cieszyć tabuny owadów chętnie obsiadających ich śliczne, delikatne kwiecie.

   W końcu w tym szaleńczym pieleniu doszłam do miejsca, gdzie spodziewałam się zastać wrotycz. Mój piękny, pachnący kamforą i dziką łąką wrotycz. Z przykrością jednak odkryłam, że w tak do niedawna obfitującym w to zioło miejscu przetrwało zaledwie kilka jego rachitycznych, zżółkłych łodyżek. Że nie potrafią utrzymać pionu a ziemia wokół nich jest jałowa, sucha i twarda jak kamień.

- Nic już z was chyba biedaczki nie będzie! – westchnęłam ze smutkiem.

- To moja wina! Gdybym się wcześniej wzięła za to pielenie albo gdybym kiedyś nie posadziła tu tych bezwzględnych chabrów, żyłybyście i zdrowo kwitły jak zawsze, w otoczeniu innych, przyjaznych i łagodnych roślin – rozmyślałam i jakoś gorzko zrobiło mi się na duszy. Zrozumiałam wówczas, że tak jak na tej rabacie, tak i w życiu człowiek podejmuje czasem nieprzemyślane decyzje, że próbuje uwierzyć w coś niby pozytywnego i wiele obiecującego co jednak bardzo szybko obraca się przeciw niemu, pokazując szybko swą prawdziwą, niestety wrogą naturę.

- Jednak przecież zawsze istnieje strzępek nadzieji, odrobina szansy na odrodzenie! Może teraz mając miejsce i dostęp do światła jakimś cudem odrodzą się inne rośliny na mojej rabacie? – szepnęłam do siebie wychodząc z wyczyszczonej porządnie rabaty późnym wieczorem.  Ręce miałam pokaleczone i pokłute, swędzące i piekące mimo grubych, gumowych rękawiczek. Uprzątnęłam stosy chabrów, bluszczyka kurdybanka, podagrycznika i pokrzyw. Wyrzuciłam wszystko na obornik.  Jeszcze na koniec przyniosłam kilka konewek zmieszanej z gnojówką wody i podlałam całą rabatę. Nic więcej już zrobić nie mogłam.  

                                                  młodziutki wrotycz

   Minęło kilka a może kilkanaście dni od tamtej pory. Pewnego popołudnia spektakularna burza z  wielką mocą zagrzmiała w naszych stronach, przynosząc krótkotrwałą, lecz silną ulewę. A potem znowu przez kilka dni nic nie padało. Jednak nawet taki jednorazowy deszcz wystarczył by wkrótce cuda zaczęły się dziać na mojej rabacie. Któregoś poranka wyszłam do ogrodu i jak zawsze zajrzałam w pobliże łubinów w poszukiwaniu ślimaków. Na szczęście żadnych mięczaków tam nie było. Były natomiast w wielkiej obfitości maleńkie, zielone siewki nowych roślinek. Przykucnęłam nad nimi żeby się lepiej przypatrzeć i oto odkryłam ze zdumieniem i wzruszeniem, że to przecież mój wrotycz! Wyrósł wcale nie tam, gdzie się go spodziewałam. Nie na dawnym miejscu, ale po bokach rabaty a nawet poza nią. Na jej obrzeżach. Objawił się wprost znikąd. Czy sam się nagle wysiał, czy może roślina wypuściła swe rozległe, mądre korzenie, które zrobiły zwiad i zdecydowały, gdzie mogą dać impuls do kiełkowania? Zachowanie wrotyczu było dla mnie tajemnicze i wręcz magiczne. A na pewno godne podziwu. Wyrwałam jedną z takich maleńkich, wrotyczowych roślinek. Roztarłam ją w palcach i aż oczy przymknęłam z rozkoszy. Ten cudny kamforowy aromat delikatnie pieścił moje nozdrza i sprawiał, że ni stąd ni zowąd kilka łez potoczyło mi się po policzkach. 



                                        widzicie powyżej jaszczurkę?


   Wstałam i jasnym spojrzeniem powiodłam po mojej rabacie. Jej wygląd zupełnie się odmienił. Mięta pieprzowa wypuściła nowe łodygi, bordowiejąc i zieleniąc się radośnie a przy tym pachnąc wyjątkowo ożywczo. Wielobarwnie zakwitły cudem ocalałe po zimie lwie paszcze.  Melisa porosła gęstym, aromatycznym,  cytrynowym listowiem. Gdzieniegdzie widać było kwitnące, dzikie, młode krzaczki poziomek i samosiejki wrotyczu. Błękitniały pogodnie kępy niezapominajek i różowiały orlików. W gąszczu roślin pomykała brązowa jaszczurka. Nad wszystkim z zapałem uwijały się chmary os, pszczół, muszek i bąków. W tyle, niczym strażnicy tych wszystkich czarodziejskich przemian stały i piękniały irysy oraz moje wielobarwne, ogromne łubiny…


    No cóż.  Niby nic wielkiego się wtedy nie wydarzyło. To był zwyczajny, pogodny poranek w cichym, pogórzańskim przysiółku, ale jednak coś wiosennego i świątecznego, jakiś nowy, pełen radosnej nadziei początek zalśnił w krystalicznym powietrzu…


Etykiety

Aborygeni absurd afirmacja życia agrest apel apel o pomoc asymilacja Australia autoanaliza bajka bal ballada baśń Beksińscy Bieszczady blackout bliskość blog blogi bór cenzura Cesarzowa Ki Cezary chleb choroba ciastka ciepło cywilizacja czarny bez czarny humor czas czekolada czerwiec człowieczeństwo człowiek czułość Dersu Uzała deszcz dieta dobro dom dorosłość drama drama koreańska drewno droga drzewa trawiaste Dubiecko Dwernik Kamień dwudziestolecie międzywojenne dystopia dzieciństwo dzikie bzy ekologia elektryczność erotyk eutanazja fajka fantazja film flash mob fotografie fotoreportaż glebogryzarka głodówka głód gospodarstwo goście góry Góry Flindersa grass tree grill grudzień grzyby Gwiazdka historia historie wędrujące horror humor humoreska idealizm ideologia II wojna światowa informacja inność inspiracja internet jabłka jabłoń Jacuś Jacuś. gospodarstwo Jacuś. lato jajka Jane Eyre Japonia Jawornik Polski jesień jesień życia kalina Kanada kanały kangury kastracja kiełbasa klimat klimatyzm koala kobieta koguty kolęda kolędy komputer komunikacja konfitury konflikt koniec świata konkurs konstrukcja kosmos koszenie kot koziołek kozy Kraków Kresy kryminał kryzys książka kuchnia kulinaria kury kwiaty kwiecień las lato legenda lektura lęk lipa lipiec lis listopad literatura los ludzie luty łąka maciejka macierzyństwo magia maj malarstwo maliny mantry marzenie maska metafora mgła miasteczko odnalezionych myśli Michael Jackson Mikołaj miłość Misia mit młodość moda mróz mróż muzyka muzyka filmowa nadzieja nalewki nałóg natura niebezpieczeństwo niezapominajki noc nowoczesność Nowy Rok obyczaje ocean odchudzanie odpowiedzialność odrodzenie ogrody ogród ojczyzna opowiadanie opowiastka opowieść Orzeszkowa osa Osiecka owoce pamięć pandemia Panna Róża park pasja patriotyzm pejzaż pierniki pies pieski pieśni pieśń piękno piosenka piosenki pisanie płot początek podróż poezja pogoda Pogórze Dynowskie polityka Polska pomidory pomysł poprawność polityczna porady postęp pożar praca prawda prezent protest protesty przedwiośnie przedzimie przemijanie Przemyśl przepis przetrwanie przetwory przeznaczenie przygoda przyjaźń przyroda psy psychologia ptaki radość rak recenzja refleksja relatywizm remont repatriacja reportaż rezerwat Riverland rodzina rok rośliny rower rozmowa rozrywka rozum róże rymowanka rzeka samopoczucie samotność San sarny sąsiedzi sens życia siano sierpień silna wola siła skróty słodycze słońce słowa słowa piosenki słowianie smutek solidarność South Australia spacer spiżarnia spokój społeczeństwo spontaniczność spotkanie stado Star starość strych susza susza. upał szadź szczerość szczęście szerszeń śmiech śmierć śnieg śpiew środowisko świat światło świeta święta świt tajemnica tekst piosenki teksty piosenek tęsknota toaleta tragikomedia trauma troska truskawki uczucia Ukraina upał urodziny uśmiech warzywnik wędrówka wędrówki węgiel wiadomości wiadomość wiatr wierność wiersz wierszyk wieś wieża wigilia Wilsons Promontory wino wiosna wiosnaekologia wirus woda wojna wolność Wołyń wrażliwość wrotycz wrzesień wschód słońca wspomnienia wspomnienie współczesność Wszechświat wybory wychowanie wycieczka wygląd wypadki wypalanie traw wzruszenie zabawa zabawa blogowa zachód słońca zapasy zaproszenie zbiory zdjęcia zdrowie zielarstwo zielononóżki zielononóżki kuropatwiane zima zioła zmiany zupa Zuzia zwierzęta zwyczaje żałoba żart życie życzenia Żydzi żywokost