Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wspomnienie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wspomnienie. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 3 marca 2026

Czy pani wie...

 


   Przeczytawszy niedawno u Pellegriny kopianieba.blogspot.com  ) ciekawego posta na temat kłopotów ze znalezieniem toalety w polskich miastach i miasteczkach stwierdziłam, że to problem mój i Cezarego a także zapewne wielu z nas i że absolutnie nie powinno się go zamiatać pod dywan. Wszak nic co ludzkie nie może nam być obce. Przecież niemożność skorzystania z przybytku, do którego król chodzi piechotą potrafi skutecznie zniechęcić do wędrówki po mieście a nawet sprawić, że człowiekowi zupełnie odechciewa się wychodzenia z domu. W pewnym wieku takie rzeczy stają się bardzo ważne. A zresztą nie tylko wiek ma tu znaczenie, ale także stan zdrowia, nawyki i zwyczajne potrzeby. Oboje z Cezarym, gdy wyruszamy gdzieś na zakupy albo w innych ważnych sprawach musimy być pewni, że będzie zawsze w pobliżu jakieś miejsce, gdzie będzie można sobie ulżyć. W naszym miasteczku to przychodnia, urząd gminy, sklep i stacja benzynowa. Miejskie szalety natomiast u nas nie występują. I w ogóle zdają się coraz bardziej być przeżytkiem, reliktem przeszłości i niepożądaną infrastrukturą. To dziwne...Wszak potrzeby ludzkie nadal są takie same...Natomiast jadąc w dalsze strony, do większych miast też zawsze na początku obczajamy miejsca, teoretycznie przyjazne dla zwykłych istot, takie jak supermarkety, urzędy, przychodnie. Ale czasem wszystko to znajduje się bardzo daleko od nas i wtedy bywa ciężko, oj, ciężko...




   Zainspirowana i namówiona przez Pellegrinę napisałam do znanej melodii „Chatanooga choo choo” zabawną (mam nadzieję!) pioseneczkę na temat kłopotów ze znalezieniem toalety w mieście. Słowa poniżej. Umieszczam tam także linka do instrumentalnej wersji owego utworu a także do filmiku na YT, gdzie ową piosenkę, z innymi polskimi słowami wykonują tańcując wesoło jakże młode jeszcze wówczas i piękne Ewa Kuklińska i Alicja Majewska. Ech, gdzież te czasy!:-))



Czy pani wie...


Czy pani wie, gdzie tutaj można zrobić siusiu?

Bo pilny mus odbiera już cały luz

Gdzie jest wc, gdy mocno człeku coś się chce

Gdzieś szalet znikł, chyba nie siusia tu nikt!


Olaboga, olaboga...


Człowiek w mieście, czuje szczęście

Wiosenny czar

Zjada lody, pije piwko

Bo wokół skwar

Lecz czar mija szybko

Gdy wizytę zwykłą

Chce wykonać w toalecie

Której brak


Tu promocje, tam obniżki

Tam coś za grosz

Może królem być zakupów

Mieć w sobie moc

Lecz gdy go przypili

I musi w tej chwili

Siąść na tronie, nie ma tronu

Nie ma nic


Może pan wie, gdzie tutaj można zrobić siusiu?

Pyta się w krąg, nie mogąc znieść już tych mąk

Wygląda że, ludzie jak duchy stali się

Nie sika nikt, a może to dla nich wstyd


Olaboga, olaboga...


Czy pani wie, gdzie tutaj można zrobić siusiu?

I jeszcze coś, z trzewi dobiega ten głos

Pyta się znów, gdy już nie może dłużej zdzierżyć

A wokół świat nie daje mu dobrych rad


Gdy turysta nie skorzysta

Z przybytku wnet

Wówczas pójdzie w byle krzaki

Albo za sklep

Więcej nie przyjedzie

Bo już będzie wiedzieć

Że to miejsce

Nie dla ludzi

Zwykłych jest


Nie spyta już, gdzie tutaj można zrobić siusiu

Pojedzie het, gdzie nadal czynny wucet

Bo każdy gość, prędzej czy później ma już dość

Bierze go złość, wyrusza w knieje lub w step...



P.S. 
Powyższy post nie bez powodu zilustrowałam zdjęciami kangurów. Otóż w Australii nie tylko w miastach czy w popularnych miejscach turystycznych, ale także w najgorszej głuszy, pośród wielkiej pustki, słowem - wszędzie, znaleźć można czyściutkie i pachnące, zaopatrzone w papier toaletowy toalety dla turystów. Niekiedy żartowalismy z Cezarym, że to chyba tylko dla kangurów, bo turystów tam tyle, co kot napłakał!:-) A inna sprawa, że człowiek nie raz pozazdrościć może zwierzętom ich swobody w załatwianiu się na łonie natury. Pozazdrościć, bo ile się czasem trzeba namęczyć zanim znajdzie się odpowiedni przybytek. A bywa niestety, że się go nie znajdzie i nie zdąży...

środa, 11 grudnia 2024

Pomączyło…

 



 

…I oto znowu pobieliło nasze Pogórze. Niewiele tego śniegu. Ot tyle, ile cukru pudru na racuchach albo odrobiny mąki na stolnicy pozostałej z robienia makaronu. Ale nie wymagam na tę chwilę więcej. Cieszę się z tego, co jest, bo bardzo mi się już śniegu chciało. Szarzyzna panująca uparcie dookoła działała na mnie nieco przygnębiająco. Słonka wprawdzie brakuje, ale ta mączysta białość za oknem sprawia, że odrobinę rozjaśnia się rzeczywistość.I psy też cieszą się tą odrobiną śniegu...



   I jeszcze a propos mąki. Otóż dowiedziałam się niedawno o istnieniu mąki łubinowej. Robi się ją z nasion specjalnego (nie tego ogrodowego) łubinu. I jest podobno bardzo zdrowa. Zawiera mnóstwo białka i ma niski indeks glikemiczny, dlatego dobra jest dla cukrzyków oraz osób na diecie niskowęglowodanowej.  Zaciekawiła mnie ta wiadomość, bo lubię różne takie nowości. Tym bardziej, że na diecie ketogenicznej nie używa się zwyczajnej mąki pszennej, żytniej ani kukurydzianej a tylko tej, nie zawierającej węglowodanów. Całkiem sporo jest takich mąk. Bo to i kokosowa i migdałowa i orzechowa i palmowa i z siemienia lnianego…Można z nich robić różne smakołyki i nie martwić się o poziom cukru we krwi. O ile oczywiście, do przygotowania potraw na ich bazie nie doda się cukru!:-)



   Dlatego kupiłam niedawno pół kilo mąki łubinowej  i postanowiłam wypróbować ją w jakimś wymyślonym przez siebie przepisie. Lubię bowiem sama wymyślać przepisy a jeśli opieram się na cudzych, to robię to swobodnie, nie trzymając się zazwyczaj sztywno receptury. W takich okolicznościach przygotowywanie potraw ma dla mnie posmaczek przygody, eksperymentu, zabawy. A ponieważ nie zapisuję przeważnie swoich przepisów, dlatego za każdym razem wychodzą mi trochę inne smakołyki. Ale to mi nie przeszkadza, bo nie przepadam za powtarzalnością!:-)



   Będąc na diecie ketogenicznej, gdy nie je się zwyczajnego chleba ckni się czasem człowiekowi za jakimś pieczywem. Dlatego tym razem postanowiłam upiec bułeczki.

   W lodówce od dłuższego czasu pokutował kawałek białego sera (ok. 30 dag). I to od niego zaczęłam tym razem robienie ciasta na owe bułeczki. Roztarłam ów ser widelcem. Dodałam do niego trzy jajka i łyżkę miękkiego masła. Wszystko wymieszałam porządnie ze sporą szczyptą soli oraz z dwoma łyżeczkami proszku do pieczenia. Potem zmieliłam w młynku do kawy pół szklanki siemienia lnianego (w ten sposób robi się mąkę lnianą). Dosypałam lnianej mąki do ciasta i wówczas przyszedł czas na mąkę łubinową. Jest żółciutka i przypomina nieco z wyglądu mąkę kukurydzianą. Dosypałam łubinowej mąki do mojego ciasta -  tyle by je zagęścić tak, by dało się z niego ulepić kulki. Ponieważ masa była kleista, pomagało zwilżenie dłoni wodą. Potem obficie posypałam kulki ciasta ziarnem sezamowym, spłaszczyłam je trochę i ułożyłam na wyłożonej papierem blasze. Piekły się ok. pół godziny w temperaturze ok. 200 stopni. Obserwowałam z ciekawością proces ich rośnięcia przez szybkę w piekarniku mojej kuchenki opalanej drewnem. Najpierw pięknie wyrosły, wręcz napuchły tryumfująco. Potem zdecydowały się jednak opaść z rezygnacją. Ale nie do końca, na szczęście. A gdy się pięknie zrumieniły wyjęłam je z pieca i położyłam na kratkę do przestygnięcia. Po około pół godzinie nadawały się do jedzenia.




   Były pachnące orzechami i sezamem, mięciutkie i puszyste w środku a na brzegach lekko chrupiące. W smaku delikatne, podobne nieco do bułeczek drożdżowych, ale bez zapachu drożdży. Za cienkie by je przekrajać na pół, ale dobre by odwrócić je do góry nogami i posmarować gładki spód masłem. No pycha! Zwłaszcza jak się człowiek za chlebem stęsknił, to takie bułeczki wydają mu się prawdziwym rarytasem!:-) Myślę, że równie dobre wyszłyby z użyciem tylko mąki lnianej.  Może tylko nie byłyby tak żółciutkie w środku…Trzeba zatem w przyszłości spróbować i takiej opcji. Ale ponieważ mam tę mąkę łubinową, to zamierzam przy jej pomocy spróbować upiec np. świąteczne pierniczki. To dopiero będzie wyzwanie!:-)



   I jeszcze na koniec luźno związana z tematem tytułowej mączystości dygresja. Otóż czytam ostatnio z ogromnym zainteresowaniem i przejęciem „Drogę przez mękę” Aleksego Tołstoja. To powieść napisana w 1921 roku a opisująca Rosję tuż przed pierwszą wojną światową a potem pogrążoną w zamęcie wojny i rewolucji październikowej. Ach! Nie ma to jak klasyka literatury! Książka ta nie dość, że świetnie jest napisana, to jeszcze wspaniale przetłumaczona przez Władysława Broniewskiego. A w oryginale tytuł jej brzmi „Chożdienie po mukam”. Czyż nie kojarzy się to z mąką?:-) I przypomniało mi się przy tej okazji, że w czasach socjalizmu puszczali w naszej telewizji piękny, rosyjski serial będący ekranizacją tej powieści. Zaczęłam zatem szukać owego serialu w necie. Ale nic nie dawało wpisywanie tam tytułu „Droga przez mękę”. Dopiero gdy wpisałam „Chożdienie po mukam” – eureka! Natychmiast objawił mi się na YT ów radziecki serial wyprodukowany w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku. 



Ależ się ucieszyłam! Poczułam się tak, jakbym cudownie przeniosła się w czasie do swoich lat nastoletnich, gdy z zapałem obserwowałam losy pięknych sióstr Daszy i Katii oraz zakochanego we wrażliwej Daszy  Iwana Tielegina. Przypomniało mi się, że kiedyś bardzo podobały mi się aktorki grające w serialu główne role, ale i dzisiaj podobają mi się równie mocno. Obie bardzo naturalne, bez tony tak modnego obecnie makijażu, wielkookie, emanujące szlachetnością, delikatnością i prostotą. Żadna amerykańska, hollywoodzka aktorka się do nich nie umywa. Powoli oglądam zatem ów serial, starając się jak najwięcej zrozumieć, ale niestety sporo już z języka rosyjskiego zapomniałam…No i pogryzając mięciutkie bułeczki łubinowe jednocześnie zagłębiam się w kolejny tom „Drogi przez mękę” Tołstoja. Jest tam mnóstwo cudownych opisów srogiej, rosyjskiej zimy, męczarni duchowych, szału uczuć,  ale i świetnych, dających do myślenia fragmentów opisujących stan umysłu ludzi żyjących w tamtej epoce, ich lęków i przeczuć, co do tego, co jest i co nadchodzi. Jakże to przypomina mi umysłowość dzisiejszych ludzi. Jak bardzo znowu współczesny świat przesycony zepsuciem obyczajów, nudą i pogonią za silnymi doznaniami zdaje się wisieć na włosku…



…Były to czasy, kiedy miłość, uczucie dobre i zdrowe, uważano za płaskość i przeżytek. Nikt nie kochał, ale wszyscy pożądali i jak zatruci lgnęli do wszystkiego ostrego, rozdzierającego wnętrzności. Dziewczęta ukrywały swą niewinność, żony – wierność. Dekadencja uważana była za przejaw dobrego smaku, neurastenia – za oznakę wyrafinowania. (…) Ludzie wymyślali sobie wady i perwersje, byleby nie zasłużyć na opinię mdłych”. (Droga przez mękę, wyd. 1954, str.7)

   A tymczasem za oknem śnieżna mąka sypie się z nieba i sypie…Może jak całkiem sporo naprószy to któryś z okolicznych gospodarzy wyciągnie swoje sanie i pomknie w dal…? Ech, rozmarzyłam się i zaraz zaczęłam nucić znaną niegdyś piosenke - „Trojki dwie gonią się. Leci w noc dzwoneczków głos…”  Poniżej można jej posłuchać w wykonaniu Reny Rolskiej...

*"Droga przez mękę" (t.1-3)Aleksy Tołstoj, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1954

środa, 26 czerwca 2024

Wreszcie o …agreście!

 



 

Były piosenki o jagodach

O świeżych wiśniach snuto pienia

Na agrest jednak wciąż nie moda

Jakby był nie wart uwiecznienia

 


O sennych jabłkach hity grano

I o truskawkach z Milanówka

Jednak z agrestem znów to samo

Nikt nie poświęcił mu ni słówka

 


Agrest się z niczym nie rymuje

I pewnie tutaj tkwi przyczyna

Poza tym nikt nie wyśpiewuje

O kulkach kwaśnych jak cytryna

 


Liczy się słodycz – słodycz wszędzie

I tylko ona warta ody

Bo wszyscy w słodkim tkwią obłędzie

O to co słodsze wciąż zawody

 


Lecz oto wbrew zwyczajom świętym

Ja agrestowy wierszyk piszę

Dzieciństwa smak w nim jest zaklęty

Więc przerwać dziwną trzeba ciszę!

 


Gdzieś na osiedla mego skraju

Wśród dzikich chaszczy, płotów starych

Dzieci bawiły się jak w raju

A skarbów miały tam bez miary

 


Dziurawych garnków, zgiętych łyżek

Skorup talerzy z wzorkiem złotym

Schodków do czarnych dziur, piwniczek

Gdzie kryły się bezpańskie koty

 


Ach, ileż przygód tam się działo

Wielkich pomysłów, możliwości

Śmiechów i pisków ileż brzmiało

Dzieciarni  pośród zieloności

 


Świat czarodziejski, świat maleńki

Lecz pełen cudów i wolności

Jabłka, porzeczki, mirabelki

I agrest w wielkiej obfitości

 


Prosto w podołek od koszulki

Rwało się agrest raniąc ręce

Lecz nic to bo zielone kulki

Wabiły wciąż by mieć ich więcej

 


Kto więcej zjadł z kolczastych krzaków

Kto się nie skrzywił ani krzyny

Ten budził podziw u dzieciaków

Ten mógł zwycięskie stroić miny


 

A agrest kusił, wołał stale

Gdy kwaśność się zmieniała w słodycz

I gdy w lipcowym dnia upale

Sok agrestowy kapał z brody

 


W tym dzikim raju czas pogodny

Każde spędzało się wakacje

Do domu się wracało głodnym

Gdy brzuch już wołał o kolację

 


Oczy błyszczały od radości

(W kieszeniach agrest tkwił na potem)

Serce nuciło o młodości

Która na życie ma ochotę…

 


Wiersz o dzieciństwie z dala woła

W agreście błyszczy magii promień

Ja siwy kosmyk zgarniam z czoła

Znów uśmiechając się do wspomnień…



P.S. 

Za inspirację do napisania tego wierszyka dziękuję Kitty, która w komentarzu pod poprzednim postem podzieliła się ze mną agrestowym wspomnieniem z dzieciństwa!:-)

 

 

środa, 11 października 2023

Nastrój minionych epok…

 



   Czy pamiętacie stary, kilkuodcinkowy polski serial „Z biegiem lat, z biegiem dni”?  Opowiadał on o losach paru rodzin krakowskich żyjących pod koniec XIX i na początku XX wieku. Jego scenariusz oparty był na kilku powieściach i sztukach z tamtych czasów. Między innymi na „Domu otwartym” M. Bałuckiego oraz na „Moralności pani Dulskiej” G. Zapolskiej. Bardzo lubiłam kiedyś ten serial z powodu świetnie oddanego w nim nastroju przełomu epok i atmosfery samego, zanurzonego w dekadencko-purytańską aurę Krakowa. Ceniłam go również ze względu na świetną obsadę (grali tam głównie krakowscy aktorzy tacy jak np. : A. Polony, T. Budzisz-Krzyżanowska, E. Kolasińska, J. Radziwiłłowicz, J. Stuhr, J. Nowicki) i zapadające w pamięć historie ludzkie, które opowiedziane były tak, że przykuwały uwagę i budziły żywe emocje oraz refleksje nad kondycją człowieka, nad obowiązującymi wtedy i dzisiaj obyczajami.



   Chętnie obejrzałabym po raz kolejny te odcinki, ale niestety, nie znalazłam ich nigdzie w necie. Ot, tylko niewielkie, budzące ochotę na więcej fragmenty. Widać na nich niektóre pamiętne sceny z serialu, ale przede wszystkim objawia się tam mglisty i tajemniczy, oświetlony lampami gazowymi Kraków, szeleszczą długimi sukniami z tiurniurami panie w ogromnych, pełnych ozdób kapeluszach, krążą po brukowanych uliczkach podobne do czarnych irysów sylwetki panów w cylindrach albo melonikach, wyłaniają się spośród migotliwych płomyków świec i lamp naftowych wnętrza mieszczańskich kamienic pełne gdańskich szaf, wielkich kredensów i drewnianych, ozdobionych misternymi rzeźbieniami zegarów. Prawie czuje się przenikający wszystko zapach gorącego wosku, naftaliny, delikatnych perfum, cygar albo podłego piwa sączonego przez bohaterów w podejrzanych szynkach i spelunkach, wszechobecnych na ulicach końskich odchodów oraz mdłej woni przypalonej kapusty dochodzącej z mieszkań w suterenach czy odoru zgnilizny unoszącej się z przepełnionych rynsztoków. Piękno i brzydota, czystość i brud, romantyzm i turpizm, beztroski uśmiech i jęk rozpaczy przenikające się wzajemnie, nieodłączne, będące sednem prawdziwego żywota.

                                                              fotos z serialu "Z biegiem lat, z biegiem dni"

   Rzecz jasna, te króciutkie, odnalezione w necie kawałeczki serialu wcale nie zaspokoiły mojego apetytu na ciekawe opowieści toczące się na przełomie ubiegłych wieków. Wręcz przeciwnie. Tak już mam, że gdy wejdę w jakiś odpowiadający mi klimat, w jego specyficzny koloryt, nie chcę się z nim żegnać, ale wchodzić głębiej i głębiej. Wczuwać się tak mocno, że prawie tam być. Przy okazji przypomniało mi się, jak kiedyś czytając na głos mojej córce „Władcę pierścieni” obie tak mocno to przeżywałyśmy, że nawet idąc potem na spacer po lesie wyobrażałyśmy sobie, że to mokradła, które przemierzał Frodo i śledzący go Gollum. Z każdej kałuży mrugał do nas złoto magiczny pierścień a za każdym drzewem krył się ork, elf albo krasnal…Wyobraźnia szalała, rzeczywistość baśniowo się przekształcała i było to cudowne uczucie.

 




   Nie dziwota więc, że ucieszyłam się, przypadkiem natrafiając w mojej bibliotece na literaturę ułatwiającą mi wejście w epokę końcówki Pozytywizmu, następnie Młodej Polski a wreszcie dwudziestolecia międzywojennego. Z radością odkryłam też, iż akcja owych książek toczy się nieomal dokładnie w tych samych miejscach, co serial „Z biegiem lat, z biegiem dni”. Ach, była to prawdziwa uczta dla mnie!

 




   Gra pozorów” oraz „Światło i cień” to dwa tomy z trzytomowej serii pod zbiorczym tytułem: „Kuchennymi drzwiami” autorstwa Katarzyny Majgier. Na trzeci tom jeszcze poluję, ale mniemam, że będzie równie dobry jak poprzednie. Głównymi bohaterami serii są przedstawiciele różnych warstw społecznych, przede wszystkim chłopstwa, robotników i mieszczaństwa, choć nie brak w niej także postaci reprezentujących wyższe sfery takie jak kler, ziemiaństwo i szlachtę. W powieści znaleźć można mnóstwo smacznych nawiązań do klasyki literatury napisanej ponad sto lat temu oraz do tak znanych postaci żyjących w tamtych czasach, jak Reymont, Wyspiański, Tetmajer, Rydel czy Zapolska.   Jednak najważniejsi są zwyczajni, pełni emocji, marzeń, lęków i rozczarowań, podobni do nas ludzie.




   Na kartach powieści śledzimy między innymi dzieje  Zosi, brutalnie zwolnionej z pracy młodej, ciężarnej służącej. Z rosnącą fascynacją podążamy za Florianem, szukającym swego miejsca w życiu, marzącym o literackiej karierze barwnym młodzieńcu.  Spotykamy bezwzględnie uwodzącego chłopki arystokratę Karola oraz odpłacającego się pięknym za nadobne dziarskiego chłopa Klemensa. A to wszystko w dawnym, nieco dusznym, lecz jednocześnie pełnym nieuchwytnego uroku Krakowie albo na podobnej do reymontowskiej wsi polskiej. Akcja toczy się pośród żyjących pozorami, uwikłanych w tradycyjne role społeczne i ogromnie przywiązanych do nich ludzi tamtych czasów. Wśród podobnych do rachitycznych kwiatków dziewcząt i kobiet, zupełnie zależnych od mężczyzn, uwięzionych w ciasnych gorsetach narzuconych im powinności oraz uprzedzeń. Wśród mężczyzn zupełnie zepsutych moralnie, lecz przyznających sobie prawa do oceniania, poniżania i tłamszenia swych żon, córek i ubogich krewnych. Między szukającymi swego miejsca w życiu ubogimi dziećmi z nieprawego łoża albo świetnie uposażonymi potomkami szanowanych rodów także nie wiedzących co ze sobą począć.



    Lecz najbardziej interesujące z całej tej galerii wielokolorowych istot wydają się nietuzinkowe postaci żeńskie. Te, które  próbują wymknąć się skostniałym zasadom społecznym i wbrew wszystkiemu zmienić je. To m.in. utalentowana artystycznie a przy tym zakochana w innej kobiecie krawcowa Franciszka, czy też Klementyna, interesująca się fotografią, odważna i szczera córka prostej chłopki. Autorka wnikliwie i wzruszająco opisuje  losy i emocje pełnokrwistych, budzących sympatię a często i współczucie ludzi, którzy próbują walczyć o siebie, którzy mimo  ogólnego zakłamania i przenikającej wszystko gry pozorów chcą być sobą i pragną odrobiny osobistego szczęścia. Losy bohaterów powieści splatają się ze sobą w bardzo zaskakujący nieraz sposób a lęk przed opinią publiczną oraz wynikające z niego tajemnice ciążące nad nimi wywierają znaczący wpływ na nich oraz na życia napotkanych przez nich osób. 



  Nie brak również w cyklu „Kuchennymi drzwiami” wątków sensacyjno - kryminalnych czy też nawiązania do spraw i faktów mocno zajmujących umysły współczesnych Krakowian. Tych prostych i tych lepiej wykształconych.  Pogrzebów znanych Polaków, głośnych wesel, pierwszych automobili, odniesień do najnowszych trendów w modzie i malarstwie a nawet do tragedii Titanica. A przede dostrzec można w książkach K.Majgier subtelną i porozumiewawczą zabawę autorki z czytelnikiem w odczytywanie tropów literackich oraz delikatnych nitek łączących je z rzeczywistymi zdarzeniami z tamtych epok.

   Jeszcze na koniec pytania do samej siebie. Dlaczego właściwie tak fascynuje mnie tamta epoka przełomu wieków? Czy chciałabym żyć w tamtych czasach? Cóż,  zawsze uwodziła mnie swym delikatnym, nieco baśniowym urokiem przeszłość sprzed ponad stu lat. Tak bardzo niepodobna do naszej, jak gdyby snem była albo lśniącym w oddali mirażem. Odnoszę wrażenie, iż świat wydawał się wtedy prostszy, bezpieczniejszy, niż dzisiaj, cichszy, skupiony na rzeczywistych przeżyciach, spotkaniach i rozmowach. Czy ludzie byli wówczas szczęśliwsi, niż dzisiaj? Nie da się i chyba nie powinno tego oceniać. Wszystko jak zawsze zależy od konkretnego człowieka, od jego położenia, urodzenia, układów, w jakich przyszło mu żyć. Biedacy wszystko by wówczas zrobili by poprawić swój los i znaleźć się na miejscu jakiegoś bogacza, który z ich punktu widzenia rodząc się w majętnej rodzinie miał wszystko, co człowiekowi do szczęścia może być potrzebne. Z kolei bogacze, otoczeni drogimi meblami, powozami, precjozami, bardzo często tkwili między nimi niczym ptaki w złotej klatce. Zasznurowani w ciasne gorsety tradycji i obyczajów, niezdolni do zmiany swojego przeznaczenia, do wzięcia spraw w swoje ręce i w imię realizacji marzeń zdecydowania się na skok w głęboką wodę. Nigdy nie było łatwo i chyba nie ma idealnych do życia czasów. Jednakże brakuje mi wyraźnie wyczuwalnej kiedyś a dzisiaj prawie nie do znalezienia między ludźmi nutki romantyzmu, pasji, odwagi, siły ducha i szlachetności. 



   Brakuje mi też tamtego piękna, elegancji i subtelności na co dzień w zachowaniu, ubiorze i języku. Czy jednak zamieniłabym się z taką Zosią, Klementyną, czy Franciszką z „Gry pozorów” oraz „”Światła i cienia” i w tamtych realiach chciałabym doświadczać tego, co one? Nie, wystarczy mi, że przeżywam to wszystko w wyobraźni, że pojawia mi się to w ostatnich, najbardziej głębokich snach nad ranem. Wówczas wędruję razem z nimi przez otulony mgłą Kraków, albo przez błotniste dróżki podkrakowskich wiosek. Unoszę rąbek długiej sukni by nie uwalać jej błotem. Słucham hejnału z wieży mariackiej patrząc na okutane w kraciaste chusty kwiaciarki, na śmigłych chłopców na posyłki, pochylonych nad pracą pucybutów i dorożki stukające monotonnie po lśniącym od deszczu bruku.  Spotykam tamtych ludzi w pewien sposób niewinnych, bo nieświadomych, jak w niedalekim czasie ogromnie się ten świat zmieni i jak bardzo następne pokolenia tęsknić będą, do tego co minęło.



   Tak,  tamtego romantycznego świata długich sukien, meloników, latarni gazowych i eleganckich powozów już dzisiaj nie ma. To już tylko zamierzchła historia. Tak, jak nasze obecne czasy dla przyszłych pokoleń staną się kiedyś tak odległe, tak nierealne, że aż bajkowe. Lecz pewnie w przyszłości dzięki książkom, filmom i innym, nieznanym nam dzisiaj jeszcze cudom techniki na chwilę cudownie ożyją. I będzie to niczym magia…



   W oczekiwaniu na trzeci tom tej wielopokoleniowej powieści nie ustaję w poszukiwaniu serialu „Z biegiem lat, z biegiem dni”. A podtrzymując specyficzną atmosferę filmu i książek słucham wspaniałych piosenek z „Piwnicy pod Baranami”. Oglądam też z uśmiechem poniższą, zabawną scenkę inspirowaną „Szałem” Podkowińskiego a przedstawioną genialnie przez Halinę Wyrodek i Jacka Wójcickiego….

 



*Polski serial historyczno-obyczajowy „Z biegiem lat, z biegiem dni”, wyprodukowany w 1980 r.,       w reż. A.Wajdy i E.Kłosińskiego

*Katarzyna Majgier, „Gra pozorów”, t. 1, wyd. „Słowne”, 2022,  415 s,

         oraz „Światło i cień”, t.2, 432 s.

       *link do ciekawego wywiadu z autorką cyklu „Kuchennymi drzwiami”, Katarzyną Majgier:

         Katarzyna Majgier – wywiad. Świat się zmienia (granice.pl)

       * zdjęcia Krakowa użyte do zilustrowania mojego tekstu zrobione zostały przez Cezarego przed wieloma laty


Poniżej link do pierwszego odcinka serialu: "Z biegiem lat, z biegiem dni"  

pierwszy odcinek

środa, 15 marca 2023

Rzeka...

 


   W któryś z niedawnych słonecznych dni pojechaliśmy nad rzekę. Około 11 km od naszego przysiółka wśród wzgórz, łąk i pól majestatycznie przepływa San. Nieczęsto nad nim bywamy, bo zawsze zagonieni, w pośpiechu, w uwikłaniu w tysiące codziennych, powtarzalnych spraw rzadko znajdujemy czas, siłę i chęć by się wyrwać z tego kołowrotku. Jednak są takie chwile, że coś tam człowieka gna, coś uparcie przyzywa. I nieważne, że marcowy wiatr wieje tak, jakby głowę chciał urwać. Po prostu chce się zapomnieć na chwilę o wszystkim. Zostawić za sobą czas i swoją zwyczajną codzienność. Po to by patrzeć w nurt szybko mknącej wody. Wsłuchiwać się w jej szum, plusk,  pełen mocy śpiew. Czuć na twarzy drobne kropelki z rozbryzgujących się obok fal. Wpatrywać się w ciemną, sekretną toń. Zauważać w niej taniec błysków i cieni, migoczących zielonkawo ryb. Przyglądać się dostojnym srebrzysto-omszałym wielkim głazom i  ułożonym wokół nich drobnym, wielobarwnym kamyczkom. Skąd one się tu wzięły? Jak długo tu leżą? Co widziały podczas gdy wody toczyły się między nimi  w dni pogodne i pochmurne, w przeszłe lata, jesienie, zimy i wiosny? Jakie opowieści się tu toczyły? Może wyszepczą coś o tym szorstkie trawy nadrzeczne i giętkie szuwary? 



   A może wcale nie trzeba szukać treści w tym, co jest czystą naturą,  dzikim prądem, wszechwładnym przemijaniem i stałością zarazem? Może wystarczy przez moment nie myśleć o niczym. Zespolić się z tym, co trwa w wiecznym przepływie, w nieokiełznaniu i dzikości, w mądrości i pełni znacznie większej, niż jakakolwiek mądrość człowieka. Odetchnąć głęboko w obliczu tego wspaniałego, kojącego zmysły bezkresu, który był, jest i będzie, gdy po nas ślad dawno już zaginie… Pewnie gdybym na co dzień mieszkała blisko rzeki nie wywierałaby ona na mnie takiego wrażenia. Pewnie bym przywykła i nie zauważała jej mocy oraz piękna. Dlatego chyba dobrze, że tylko co jakiś czas obcować mogę z tą rzeczną magią. A z tego obcowania czerpać lekkość i wolność duszy, dystans do spraw świata, zespolenie z tym co prawdziwe, odwieczne i niepoddające się wpływom ludzkim.



   A że tak się złożyło, iż ostatnia moja wizyta nad Sanem zbiegła się z lekturą pewnej książki o całkiem innej rzece, tym bardziej przemawiała do mnie melodia wzburzonych fal w kolorze indygo, tym mocniej czułam w sobie moc historii, o której w owej książce właśnie czytałam. Wystarczyło przymknąć na chwilę oczy albo niewidzącym wzrokiem zapatrzeć się gdzieś w dal i już współczesny San zamienił się w dziewiętnastowieczną Tamizę. I już znalazłam się w położonej właśnie nad Tamizą Gospodzie pod Łabędziem, w której w dużej mierze toczy się akcja książki Diane Seterfield, „Była sobie rzeka”.



   Nie pierwszy raz na łamach bloga piszę o zachwycających mnie książkach (a przecież tylko o takich warto pisać). Każda z nich  miała w sobie jakiś specyficzny rodzaj magii. Przemawiała głosem prawdy wprost do duszy. Trącała w niej to, co najważniejsze a tak trudno nazywalne w słowach, uczucia i emocje ludzkie tak zazwyczaj niepochwytne i delikatne. Tłumaczyła to, co tak trudne do wytłumaczenia a co nagle, za jej przyczyną stawało się proste i zrozumiałe. Podobne wrażenie wywarł na mnie kontakt z powieścią Diane Setterfield. Miałam uczucie, jakbym od dawna czekała na spotkanie z tą książką a dotknąwszy jej poczuła, rozpoznała w niej to, co znaleźć chciałam, trochę tak jakby ktoś magicznie przelał na karty powieści moje dawne sny i rojenia... Już po przeczytaniu kilku pierwszych stron owej grubej księgi poczułam oczarowanie, zdumienie i wzruszenie.



   Oto miałam przed sobą wspaniałą wielowątkową historię o losach mieszkańców starej, angielskiej gospody oraz wędrowców wnoszących do niej kawałek swojej prawdy, swoich przeżyć. Usiadłszy niewidzialnie pośród bywalców gospody wkraczałam w niezwykłe opowieści o duchach rzeki, o zaginionych dziewczynkach, o cudownie zmartwychwstałych topielcach, o miłościach i rozczarowaniach, o miłości i nienawiści, o lękach i pragnieniach, o sile dobra i zła, o niespełnieniu i przemijaniu…. Atmosfera gospody, jej gościnność, ciepło i zaciszność sprawiały, że wyobrażając sobie, iż trzymam w ręku kufelek zacnego piwa albo cydru wsłuchuję się razem ze wszystkimi w dziwne i fascynujące  opowieści ze świata. A wyznam Wam, iż kiedyś, bardzo dawno temu mnie samej nieco naiwnie i dziecinnie marzyło się mieć taką właśnie gospodę pod lasem i razem z Cezarym prowadzić ją po swojemu goszcząc w niej ciekawych ludzi z okolic i ze świata. A ponieważ realizacja owego marzenia okazała się niemożliwa, swoje tęsknoty na temat takiej gospody zawarłam w kilku historiach publikowanych tu na blogu. Może niektórzy z Was pamiętają jeszcze moją „Gospodę pod złotym liściem”, która była centralnym punktem opowiadań  „Miasteczka odnalezionych myśli”. „Balu na powitanie jesieni”, „Zimowego powrotu wędrowców”? Nieraz też przychodzi mi do głosy, że sam blog jest dla mnie namiastką takiej właśnie baśniowej nieco gospody.



   Tak więc wziąwszy do ręki książkę „Była sobie rzeka” raptem poczułam się jakbym była u siebie. Jakbym wchodziła do zbudowanego z dawnych marzeń i wizji świata. Potem po kilka godzin dziennie chłonęłam w siebie tę lekturę nie rozczarowując się ani na chwilę a wręcz przeciwnie, żałując, iż za szybko czytam i już za moment romans z tą opowieścią będzie już dla mnie tylko cudownym wspomnieniem…I tak się właśnie stało, bo przecież to, co się zaczyna, kiedyś musi się skończyć. Przecież nawet rzeka mknąc tak swobodnie w dal kiedyś wpadnie do morza a tam zmiesza się z wodami innych rzek i po jakimś czasie nie do rozróżnienia staje się to co i dlaczego w niej płynie. Już tyle spotkań z cudownymi książkami za mną… A wszystkie one wpłynęły we mnie i każda coś ważnego zostawiła po sobie. Kolejną kropelkę i jeszcze kolejną... Ale bardzo trudno te krople od siebie oddzielić, rozróżnić, nazwać i wiedzieć skąd się wzięły. Zostają tylko wzruszenia, skojarzenia, strzępki wizji, odpryski marzeń, prawd i odwiecznych tęsknot kłębiących się w nieskończonych wodach duszy…



   A co z książką Diane Setterfield? Ach! Chcąc mimo wszystko przedłużyć ów moment obcowania z tą kunsztownie i magicznie napisaną  a także pięknie wydaną powieścią postanowiłam napisać o niej na blogu. I z tęsknotą wspominam moją wędrówkę nad Sanem, który na jedno marcowe popołudnie przemienił się w pełną tajemnic dziewiętnastowieczną Tamizę…


* "Była sobie rzeka", Diane Setterfield, wyd. Albatros, 2020, 

motto książki: "Za granicami tego świata leżą inne światy. Są miejsca, które można przekraczać. Oto jedno z nich."

poniedziałek, 3 października 2022

Gdyby wiedzieli…

 


 

                           "Zabawa na gdyńskiej plaży" - fotografia ze zbiorów Muzeum Miasta Gdyni

 

   Często czytając książki albo oglądając filmy dziejące się w przededniu drugiej wojny światowej zastanawiałam się jak ci ludzie mogli wtedy żyć tak normalnie, tak zwyczajnie? Czy nie dostrzegali zwiastunów zła, które nieuchronnie nadciągało? Czy byli kompletnie nieświadomi tego, co dzieje się na świecie i za moment może też dziać się na ich podwórku? A może po prostu nie chcieli tego dostrzegać? Lepiej wszak przeżyć swoje życie, to dane nam króciutkie istnienie łątki jednodniówki we względnym spokoju i zadowoleniu, niż tracić czas i energię zamartwiając się tym, na co nie ma się wpływu. Dlatego pewnie ówcześni bagatelizowali wiadomości mogące zaburzyć ten ich optymistyczny ogląd rzeczywistości albo zupełnie odsuwali je od siebie, nie chcąc mieć do czynienia czy też wyśmiewając nawet osoby informujące je o zagrożeniach. Woleli wierzyć, że nie będzie tak źle. Bo nie może być. Bo zawsze wszak jakoś tam będzie. Nie z takich opresji się przecież wychodziło. A poza tym co może taki szary człowiek wobec całej machiny wojennej, wobec polityków, którzy realizują swoje interesy jak zawsze nie przejmując się losem zwykłych zjadaczy chleba? Niewiele, a zatem lepiej odwracać głowę i zajmować się sobą. Bo tylko na to, co blisko nas możemy mieć jakiś wpływ. Na nic więcej.

   W sierpniu 1939 roku kawiarnie, kabarety, kina i teatry pękały wręcz w szwach. Ludzie bawili się, śmiali, tańczyli, znieczulali wszelkiej maści alkoholem i narkotykami, romansowali i kochali się na zabój, płodzili dzieci, wyjeżdżali na letniska, uprawiali sporty, pisali wiersze, piosenki i opowiadania, zbierali w sadach pachnące jabłka by robić z nich pyszne przetwory na zimę. A wszystko to czynili bardzo zachłannie, rozpaczliwie, jak gdyby na zapas, jak gdyby chcieli nacieszyć się tą cudowną intensywnością, zanim pryśnie ich tęczowa bańka mydlana…

  Mam wrażenie, iż teraz jest podobnie. Mimo szalejącej drożyzny, mimo widma braku węgla do ogrzewania domów, mimo postępującej upadłości wielu firm, mimo zapchanych chorymi na depresję oddziałów psychiatrycznych, mimo realnej możliwości blackoutów oraz zagrożenia wojną jądrową życie kwitnie jak gdyby nigdy nic. Jak gdyby istniały dwie różne, lecz równoległe rzeczywistości. I sama już nie wiem, która z nich jest prawdziwa, a która medialna i wirtualna. Może w ogóle wszystko to jest jednym wielkim Matrixem? Albo Titanikiem, na którym orkiestra będzie grać do samego końca, bo tratw ratunkowych i tak dla wszystkich nie starczy…? No bo spójrzcie. Kawiarnie i restauracje, mimo kosmicznych cen, pełne gości. Galerie handlowe – podobnie. Młodzież gromadnie bawi się w swoich pełnej ogłuszającej muzyki klubach. W telewizji jak zawsze jeden kiczowaty program rozrywkowy za drugim, a nieśmieszny kabaret za kolejnym, żenującym kabaretem. Reklama goni reklamę. Wymalowane wyzywająco panienki o bezmyślnych oczach nakręcanych lalek zachęcają do kupna takich to a takich napojów, ubrań, kosmetyków, chipsów oraz telefonów komórkowych. Udający farmaceutów aktorzy szczerząc się optymistycznie namawiają do nabycia leków oraz suplementów na wszelkie przypadłości. W Internecie popularni influencerzy i tiktokerzy kręcą swoje dziwne biznesy zarabiając na klikalności i oglądalności materiałów o modzie, kuchni, podróżach albo sportach ekstremalnych. Wszystko jak gdyby nigdy nic, a nawet bardziej niż zazwyczaj kwitną przejawy rozbuchanej egzystencji, życia aż do upicia…

    I my też, wpisując się w ten trend tu na blogach, w tym naszym przytulnym, budyniowym świecie piszemy zazwyczaj o sprawach błahych i emocjonalnie neutralnych. Tak, jakby o poważnych rzeczach pisać nie wypadało. Jakbyśmy chcieli zostawić je za bramą tego zaczarowanego ogrodu. Jakbyśmy zawarli między sobą jakiś układ, by pewnych tematów lepiej nie poruszać, bo nieruszane zdają się niczym stary niedźwiedź, który śpi. Po cóż więc go budzić? Wystarczy, że zatykamy uszy by nawet nie słyszeć jego chrapania. Zamykamy oczy by nie widzieć jak zwierz przewraca się z boku na bok. I robimy swoje, jak zawsze. Bo cóż innego moglibyśmy zrobić…? Czy może odważnie rzucać się hurmem na owego drzemiącego zwierza, ryzykując iż pierwsi w szeregu zostaną dotkliwie pogryzieni i zjedzeni a reszta śmiałków  w tym czasie zrejteruje i jak zwykle nic poza wstydem i jeszcze większym osamotnieniem nie wyniknie z naszego sprzeciwu…?

   Wielu z nas zmęczonych, zniesmaczonych i znudzonych jest medialnym straszeniem, nagonką na jedną czy drugą opcję polityczną, bezustannym skłócaniem narodu, nawarstwiającymi się absurdami prawnymi oraz gładkimi kłamstwami panów w drogich garniturach.  Wielu to nawet nie obchodzi, bo w tym czasie przeżywa swoje osobiste dramaty i zmaga się z problemami niezwiązanymi z tym wszechogarniającym polityczno-propagandowym bagnem. Komuś sypie się zdrowie. Komuś rozpada się małżeństwo. Ktoś nie może się pozbierać po czyjejś stracie. A ktoś umiera z samotności…Dlatego tu, na blogach stworzyliśmy sobie taką przyjazną, lecz nieco cukierkową enklawę, gdzie próbujemy odpocząć od trudnych tematów i spraw przerastających możliwości naszego zrozumienia oraz wpływu na nie. Wkraczamy do tego wielobarwnego ogrodu z ufnością, iż to miejsce jest naszym ciepłym schronieniem, ucieczką, haustem świeżego powietrza. Dlaczego jednak coraz częściej doznaję wrażenia, że ten blogowy raj utrzymywany w sztucznej sterylności zaczyna się dusić w nazbyt słodkim sosie, zaczyna odstręczać niby luksusowe aquaparki obfitujące w biały piaseczek, sztuczne palmy i turkusowe baseny, lecz bez powodzenia próbujące imitować prawdziwe, tropikalne plaże?

   Ku czemu zmierzamy? Czego szukamy – prawdy, czy iluzji?  Gdzie właściwie jesteśmy, my z krwi i kości? Czujący i myślący. Nieudający nikogo. Na pozór tak pewni swego i urządzeni w życiu a tak naprawdę otoczeni wzburzonym oceanem i coraz bardziej rozbujani na kruchej łódeczce swego losu…? Wiatr pcha tę łódeczkę to w jedną, to w drugą stronę a my skostniali z zimna, otępiali ze zmęczenia nawet już nie chcemy, nie umiemy podnieść porzuconych gdzieś w kącie wioseł…Niech się zatem dzieje co chce. Co ma się dziać. Byleby z tego wszechogarniającego Matrixu udało nam się wyszarpnąć dla siebie odrobinę świętego spokoju i przeżyć jak gdyby nigdy nic kolejny dzień. I kolejny.  Bo gdzieś tam w duszy wciąż kołacze się nam nadzieja, że może wcale nie będzie tak źle, jak się wydaje i już za chwilę się rozpogodzi a my ujrzymy wreszcie na widnokręgu upragniony ląd. Tak sobie dumam razem z wszystkimi bezradnie dryfując na falach. A w deszczowe dni robiąc przetwory z gruszek i malin, czy też walcząc z inwazją myszy na mój dom oraz atakiem pleśni na owoce w ogrodzie, czekam z utęsknieniem na zapowiadaną złotą, polską jesień…

 

   A lato 1939 roku było naprawdę piękne…

  

                                      " Lato 1939 r." - fot. ze zbiorów Narodowego Archiwum Cyfrowego


Poniżej rozmowa z osobą, która w ciekawy sposób patrzy na to, co dzieje się obecnie, Mowi tez o tym co nas czeka. Moim zdaniem warto posluchac...

Wywiad z Katarzyną Szewczyk 

 

Poniżej link do vloga wspaniałego piekarza, który na YT próbuje przekonać ludzi do idei budowania wspólnych pieców chlebowych dla wsiach, z których ludzie będą mogli korzystać kiedy nie będą mogli kupić pieczywa w sklepie albo sami go sobie upiec... 

Piece chlebowe do wspólnego użytku - ciekawy pomysł polskiego piekarza

Etykiety

Aborygeni absurd afirmacja życia agrest apel apel o pomoc asymilacja Australia autoanaliza bajka bal ballada baśń Beksińscy Bieszczady blackout bliskość blog blogi bór cenzura Cesarzowa Ki Cezary chleb choroba ciastka ciepło cywilizacja czarny bez czarny humor czas czekolada czerwiec człowieczeństwo człowiek czułość Dersu Uzała deszcz dieta dobro dom dorosłość drama drama koreańska drewno droga drzewa trawiaste Dubiecko Dwernik Kamień dwudziestolecie międzywojenne dystopia dzieciństwo dzikie bzy ekologia elektryczność erotyk eutanazja fajka fantazja film flash mob fotografie fotoreportaż glebogryzarka głodówka głód gospodarstwo goście góry Góry Flindersa grass tree grill grudzień grzyby Gwiazdka historia historie wędrujące horror humor humoreska idealizm ideologia II wojna światowa informacja inność inspiracja internet jabłka jabłoń Jacuś Jacuś. gospodarstwo Jacuś. lato jajka Jane Eyre Japonia Jawornik Polski jesień jesień życia kalina Kanada kanały kangury kastracja kiełbasa klimat klimatyzm koala kobieta koguty kolęda kolędy komputer komunikacja konfitury konflikt koniec świata konkurs konstrukcja kosmos koszenie kot koziołek kozy Kraków Kresy kryminał kryzys książka kuchnia kulinaria kury kwiaty kwiecień las lato legenda lektura lęk lipa lipiec lis listopad literatura los ludzie luty łąka maciejka macierzyństwo magia maj malarstwo maliny mantry marzenie maska metafora mgła miasteczko odnalezionych myśli Michael Jackson Mikołaj miłość Misia mit młodość moda mróz mróż muzyka muzyka filmowa nadzieja nalewki nałóg natura niebezpieczeństwo niezapominajki noc nowoczesność Nowy Rok obyczaje ocean odchudzanie odpowiedzialność odrodzenie ogrody ogród ojczyzna opowiadanie opowiastka opowieść Orzeszkowa osa Osiecka owoce pamięć pandemia Panna Róża park pasja patriotyzm pejzaż pierniki pies pieski pieśni pieśń piękno piosenka piosenki pisanie płot początek podróż poezja pogoda Pogórze Dynowskie polityka Polska pomidory pomysł poprawność polityczna porady postęp pożar praca prawda prezent protest protesty przedwiośnie przedzimie przemijanie Przemyśl przepis przetrwanie przetwory przeznaczenie przygoda przyjaźń przyroda psy psychologia ptaki radość rak recenzja refleksja relatywizm remont repatriacja reportaż rezerwat Riverland rodzina rok rośliny rower rozmowa rozrywka rozum róże rymowanka rzeka samopoczucie samotność San sarny sąsiedzi sens życia siano sierpień silna wola siła skróty słodycze słońce słowa słowa piosenki słowianie smutek solidarność South Australia spacer spiżarnia spokój społeczeństwo spontaniczność spotkanie stado Star starość strych susza susza. upał szadź szczerość szczęście szerszeń śmiech śmierć śnieg śpiew środowisko świat światło świeta święta świt tajemnica tekst piosenki teksty piosenek tęsknota toaleta tragikomedia trauma troska truskawki uczucia Ukraina upał urodziny uśmiech warzywnik wędrówka wędrówki węgiel wiadomości wiadomość wiatr wierność wiersz wierszyk wieś wieża wigilia Wilsons Promontory wino wiosna wiosnaekologia wirus woda wojna wolność Wołyń wrażliwość wrotycz wrzesień wschód słońca wspomnienia wspomnienie współczesność Wszechświat wybory wychowanie wycieczka wygląd wypadki wypalanie traw wzruszenie zabawa zabawa blogowa zachód słońca zapasy zaproszenie zbiory zdjęcia zdrowie zielarstwo zielononóżki zielononóżki kuropatwiane zima zioła zmiany zupa Zuzia zwierzęta zwyczaje żałoba żart życie życzenia Żydzi żywokost