Przeczytawszy niedawno u Pellegriny ( kopianieba.blogspot.com ) ciekawego posta na temat kłopotów ze znalezieniem toalety w polskich miastach
i miasteczkach stwierdziłam, że to problem mój i Cezarego a także
zapewne wielu z nas i że absolutnie nie powinno się go zamiatać
pod dywan. Wszak nic co ludzkie nie może nam być obce. Przecież
niemożność skorzystania z przybytku, do którego król chodzi
piechotą potrafi skutecznie zniechęcić do wędrówki po mieście a
nawet sprawić, że człowiekowi zupełnie odechciewa się
wychodzenia z domu. W pewnym wieku takie rzeczy stają się bardzo
ważne. A zresztą nie tylko wiek ma tu znaczenie, ale także stan
zdrowia, nawyki i zwyczajne potrzeby. Oboje z Cezarym, gdy wyruszamy
gdzieś na zakupy albo w innych ważnych sprawach musimy być pewni,
że będzie zawsze w pobliżu jakieś miejsce, gdzie będzie można
sobie ulżyć. W naszym miasteczku to przychodnia, urząd gminy,
sklep i stacja benzynowa. Miejskie szalety natomiast u nas nie
występują. I w ogóle zdają się coraz bardziej być przeżytkiem,
reliktem przeszłości i niepożądaną infrastrukturą. To
dziwne...Wszak potrzeby ludzkie nadal są takie same...Natomiast jadąc
w dalsze strony, do większych miast też zawsze na początku
obczajamy miejsca, teoretycznie przyjazne dla zwykłych istot, takie
jak supermarkety, urzędy, przychodnie. Ale czasem wszystko to
znajduje się bardzo daleko od nas i wtedy bywa ciężko, oj,
ciężko...
Zainspirowana i namówiona przez Pellegrinę
napisałam do znanej melodii „Chatanooga choo choo” zabawną (mam
nadzieję!) pioseneczkę na temat kłopotów ze znalezieniem toalety
w mieście. Słowa poniżej. Umieszczam tam także linka do
instrumentalnej wersji owego utworu a także do filmiku na YT, gdzie
ową piosenkę, z innymi polskimi słowami wykonują tańcując
wesoło jakże młode jeszcze wówczas i piękne Ewa Kuklińska i Alicja
Majewska. Ech, gdzież te czasy!:-))
Czy pani wie...
Czy pani wie, gdzie tutaj można zrobić
siusiu?
Bo pilny mus odbiera już cały luz
Gdzie jest wc, gdy mocno człeku coś
się chce
Gdzieś szalet znikł, chyba nie siusia
tu nikt!
Olaboga, olaboga...
Człowiek w mieście, czuje szczęście
Wiosenny czar
Zjada lody, pije piwko
Bo wokół skwar
Lecz czar mija szybko
Gdy wizytę zwykłą
Chce wykonać w toalecie
Której brak
Tu promocje, tam obniżki
Tam coś za grosz
Może królem być zakupów
Mieć w sobie moc
Lecz gdy go przypili
I musi w tej chwili
Siąść na tronie, nie ma tronu
Nie ma nic
Może pan wie, gdzie tutaj można
zrobić siusiu?
Pyta się w krąg, nie mogąc znieść
już tych mąk
Wygląda że, ludzie jak duchy stali
się
Nie sika nikt, a może to dla nich
wstyd
Olaboga, olaboga...
Czy pani wie, gdzie tutaj można zrobić
siusiu?
I jeszcze coś, z trzewi dobiega ten
głos
Pyta się znów, gdy już nie może
dłużej zdzierżyć
A wokół świat nie daje mu dobrych
rad
Gdy turysta nie skorzysta
Z przybytku wnet
Wówczas pójdzie w byle krzaki
Albo za sklep
Więcej nie przyjedzie
Bo już będzie wiedzieć
Że to miejsce
Nie dla ludzi
Zwykłych jest
Nie spyta już, gdzie tutaj można
zrobić siusiu
Pojedzie het, gdzie nadal czynny wucet
Bo każdy gość, prędzej czy później
ma już dość
Bierze go złość, wyrusza w knieje
lub w step...
P.S.
Powyższy post nie bez powodu zilustrowałam zdjęciami kangurów. Otóż w Australii nie tylko w miastach czy w popularnych miejscach turystycznych, ale także w najgorszej głuszy, pośród wielkiej pustki, słowem - wszędzie, znaleźć można czyściutkie i pachnące, zaopatrzone w papier toaletowy toalety dla turystów. Niekiedy żartowalismy z Cezarym, że to chyba tylko dla kangurów, bo turystów tam tyle, co kot napłakał!:-) A inna sprawa, że człowiek nie raz pozazdrościć może zwierzętom ich swobody w załatwianiu się na łonie natury. Pozazdrościć, bo ile się czasem trzeba namęczyć zanim znajdzie się odpowiedni przybytek. A bywa niestety, że się go nie znajdzie i nie zdąży...
…I oto znowu pobieliło nasze Pogórze. Niewiele tego
śniegu. Ot tyle, ile cukru pudru na racuchach albo odrobiny mąki na stolnicy
pozostałej z robienia makaronu. Ale nie wymagam na tę chwilę więcej. Cieszę się
z tego, co jest, bo bardzo mi się już śniegu chciało. Szarzyzna panująca uparcie
dookoła działała na mnie nieco przygnębiająco. Słonka wprawdzie brakuje, ale ta
mączysta białość za oknem sprawia, że odrobinę rozjaśnia się rzeczywistość.I psy też cieszą się tą odrobiną śniegu...
I jeszcze a propos
mąki. Otóż dowiedziałam się niedawno o istnieniu mąki łubinowej. Robi się ją z
nasion specjalnego (nie tego ogrodowego) łubinu. I jest podobno bardzo zdrowa. Zawiera
mnóstwo białka i ma niski indeks glikemiczny, dlatego dobra jest dla cukrzyków oraz
osób na diecie niskowęglowodanowej. Zaciekawiła mnie ta wiadomość, bo lubię różne takie
nowości. Tym bardziej, że na diecie ketogenicznej nie używa się zwyczajnej mąki
pszennej, żytniej ani kukurydzianej a tylko tej, nie zawierającej węglowodanów.
Całkiem sporo jest takich mąk. Bo to i kokosowa i migdałowa i orzechowa i
palmowa i z siemienia lnianego…Można z nich robić różne smakołyki i nie martwić
się o poziom cukru we krwi. O ile oczywiście, do przygotowania potraw na ich
bazie nie doda się cukru!:-)
Dlatego kupiłam
niedawno pół kilo mąki łubinowej i
postanowiłam wypróbować ją w jakimś wymyślonym przez siebie przepisie. Lubię
bowiem sama wymyślać przepisy a jeśli opieram się na cudzych, to robię to
swobodnie, nie trzymając się zazwyczaj sztywno receptury. W takich
okolicznościach przygotowywanie potraw ma dla mnie posmaczek przygody,
eksperymentu, zabawy. A ponieważ nie zapisuję przeważnie swoich przepisów,
dlatego za każdym razem wychodzą mi trochę inne smakołyki. Ale to mi nie
przeszkadza, bo nie przepadam za powtarzalnością!:-)
Będąc na diecie
ketogenicznej, gdy nie je się zwyczajnego chleba ckni się czasem człowiekowi za
jakimś pieczywem. Dlatego tym razem postanowiłam upiec bułeczki.
W lodówce od
dłuższego czasu pokutował kawałek białego sera (ok. 30 dag). I to od niego
zaczęłam tym razem robienie ciasta na owe bułeczki. Roztarłam ów ser widelcem.
Dodałam do niego trzy jajka i łyżkę miękkiego masła. Wszystko wymieszałam
porządnie ze sporą szczyptą soli oraz z dwoma łyżeczkami proszku do pieczenia.
Potem zmieliłam w młynku do kawy pół szklanki siemienia lnianego (w ten sposób
robi się mąkę lnianą). Dosypałam lnianej mąki do ciasta i wówczas przyszedł
czas na mąkę łubinową. Jest żółciutka i przypomina nieco z wyglądu mąkę kukurydzianą.
Dosypałam łubinowej mąki do mojego ciasta - tyle by je zagęścić tak, by dało się z niego
ulepić kulki. Ponieważ masa była kleista, pomagało zwilżenie dłoni wodą. Potem obficie
posypałam kulki ciasta ziarnem sezamowym, spłaszczyłam je trochę i ułożyłam na wyłożonej
papierem blasze. Piekły się ok. pół godziny w temperaturze ok. 200 stopni.
Obserwowałam z ciekawością proces ich rośnięcia przez szybkę w piekarniku mojej
kuchenki opalanej drewnem. Najpierw pięknie wyrosły, wręcz napuchły
tryumfująco. Potem zdecydowały się jednak opaść z rezygnacją. Ale nie do końca,
na szczęście. A gdy się pięknie zrumieniły wyjęłam je z pieca i położyłam na
kratkę do przestygnięcia. Po około pół godzinie nadawały się do jedzenia.
Były pachnące orzechami
i sezamem, mięciutkie i puszyste w środku a na brzegach lekko chrupiące. W
smaku delikatne, podobne nieco do bułeczek drożdżowych, ale bez zapachu
drożdży. Za cienkie by je przekrajać na pół, ale dobre by odwrócić je do góry
nogami i posmarować gładki spód masłem. No pycha! Zwłaszcza jak się człowiek za
chlebem stęsknił, to takie bułeczki wydają mu się prawdziwym rarytasem!:-)
Myślę, że równie dobre wyszłyby z użyciem tylko mąki lnianej.Może tylko nie byłyby tak żółciutkie w środku…Trzeba
zatem w przyszłości spróbować i takiej opcji. Ale ponieważ mam tę mąkę łubinową,
to zamierzam przy jej pomocy spróbować upiec np. świąteczne pierniczki. To
dopiero będzie wyzwanie!:-)
I jeszcze na koniec
luźno związana z tematem tytułowej mączystości dygresja. Otóż czytam ostatnio z
ogromnym zainteresowaniem i przejęciem „Drogę przez mękę” Aleksego Tołstoja. To
powieść napisana w 1921 roku a opisująca Rosję tuż przed pierwszą wojną
światową a potem pogrążoną w zamęcie wojny i rewolucji październikowej. Ach! Nie ma to jak klasyka literatury! Książka
ta nie dość, że świetnie jest napisana, to jeszcze wspaniale przetłumaczona
przez Władysława Broniewskiego. A w oryginale tytuł jej brzmi „Chożdienie po
mukam”. Czyż nie kojarzy się to z mąką?:-) I przypomniało mi się przy tej
okazji, że w czasach socjalizmu puszczali w naszej telewizji piękny, rosyjski
serial będący ekranizacją tej powieści. Zaczęłam zatem szukać owego serialu w
necie. Ale nic nie dawało wpisywanie tam tytułu „Droga przez mękę”. Dopiero gdy
wpisałam „Chożdienie po mukam” – eureka! Natychmiast objawił mi się na YT ów
radziecki serial wyprodukowany w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku.
Ależ
się ucieszyłam! Poczułam się tak, jakbym cudownie przeniosła się w czasie do
swoich lat nastoletnich, gdy z zapałem obserwowałam losy pięknych sióstr Daszy
i Katii oraz zakochanego we wrażliwej Daszy Iwana Tielegina. Przypomniało mi się, że kiedyś
bardzo podobały mi się aktorki grające w serialu główne role, ale i dzisiaj
podobają mi się równie mocno. Obie bardzo naturalne, bez tony tak modnego
obecnie makijażu, wielkookie, emanujące szlachetnością, delikatnością i
prostotą. Żadna amerykańska, hollywoodzka aktorka się do nich nie umywa. Powoli
oglądam zatem ów serial, starając się jak najwięcej zrozumieć, ale niestety
sporo już z języka rosyjskiego zapomniałam…No i pogryzając mięciutkie bułeczki
łubinowe jednocześnie zagłębiam się w kolejny tom „Drogi przez mękę” Tołstoja.
Jest tam mnóstwo cudownych opisów srogiej, rosyjskiej zimy, męczarni duchowych, szału uczuć, ale i świetnych, dających
do myślenia fragmentów opisujących stan umysłu ludzi żyjących w tamtej epoce,
ich lęków i przeczuć, co do tego, co jest i co nadchodzi. Jakże to przypomina
mi umysłowość dzisiejszych ludzi. Jak bardzo znowu współczesny świat przesycony
zepsuciem obyczajów, nudą i pogonią za silnymi doznaniami zdaje się wisieć na
włosku…
„…Były to czasy,
kiedy miłość, uczucie dobre i zdrowe, uważano za płaskość i przeżytek. Nikt nie
kochał, ale wszyscy pożądali i jak zatruci lgnęli do wszystkiego ostrego, rozdzierającego
wnętrzności. Dziewczęta ukrywały swą niewinność, żony – wierność. Dekadencja
uważana była za przejaw dobrego smaku, neurastenia – za oznakę wyrafinowania. (…)
Ludzie wymyślali sobie wady i perwersje, byleby nie zasłużyć na opinię mdłych”.
(Droga przez mękę, wyd. 1954, str.7)
A tymczasem za oknem
śnieżna mąka sypie się z nieba i sypie…Może jak całkiem sporo naprószy to
któryś z okolicznych gospodarzy wyciągnie swoje sanie i pomknie w dal…? Ech, rozmarzyłam się i zaraz zaczęłam nucić znaną niegdyś piosenke - „Trojki
dwie gonią się. Leci w noc dzwoneczków głos…” Poniżej można jej posłuchać w wykonaniu Reny Rolskiej...
*"Droga przez mękę" (t.1-3)Aleksy Tołstoj, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1954
Za inspirację do napisania tego wierszyka dziękuję Kitty, która w komentarzu pod poprzednim postem podzieliła się ze mną agrestowym wspomnieniem z dzieciństwa!:-)
Czy pamiętacie
stary, kilkuodcinkowy polski serial „Z
biegiem lat, z biegiem dni”?Opowiadał on o losach paru rodzin krakowskich żyjących pod koniec XIX i na
początku XX wieku. Jego scenariusz oparty był na kilku powieściach i sztukach z
tamtych czasów. Między innymi na „Domu otwartym” M. Bałuckiego oraz na
„Moralności pani Dulskiej” G. Zapolskiej. Bardzo lubiłam kiedyś ten serial z
powodu świetnie oddanego w nim nastroju przełomu epok i atmosfery samego,
zanurzonego w dekadencko-purytańską aurę Krakowa. Ceniłam go również ze względu
na świetną obsadę (grali tam głównie krakowscy aktorzy tacy jak np. : A. Polony,
T. Budzisz-Krzyżanowska, E. Kolasińska, J. Radziwiłłowicz, J. Stuhr, J. Nowicki)
i zapadające w pamięć historie ludzkie, które opowiedziane były tak, że
przykuwały uwagę i budziły żywe emocje oraz refleksje nad kondycją człowieka,
nad obowiązującymi wtedy i dzisiaj obyczajami.
Chętnie obejrzałabym po raz
kolejny te odcinki, ale niestety, nie znalazłam ich nigdzie w necie. Ot, tylko
niewielkie, budzące ochotę na więcej fragmenty. Widać na nich niektóre pamiętne
sceny z serialu, ale przede wszystkim objawia się tam mglisty i tajemniczy,
oświetlony lampami gazowymi Kraków, szeleszczą długimi sukniami z tiurniurami
panie w ogromnych, pełnych ozdób kapeluszach, krążą po brukowanych uliczkach
podobne do czarnych irysów sylwetki panów w cylindrach albo melonikach,
wyłaniają się spośród migotliwych płomyków świec i lamp naftowych wnętrza
mieszczańskich kamienic pełne gdańskich szaf, wielkich kredensów i drewnianych,
ozdobionych misternymi rzeźbieniami zegarów. Prawie czuje się przenikający
wszystko zapach gorącego wosku, naftaliny, delikatnych perfum, cygar albo podłego
piwa sączonego przez bohaterów w podejrzanych szynkach i spelunkach,
wszechobecnych na ulicach końskich odchodów oraz mdłej woni przypalonej kapusty
dochodzącej z mieszkań w suterenach czy odoru zgnilizny unoszącej się z przepełnionych
rynsztoków. Piękno i brzydota, czystość i brud, romantyzm i turpizm, beztroski uśmiech
i jęk rozpaczy przenikające się wzajemnie, nieodłączne, będące sednem
prawdziwego żywota.
fotos z serialu "Z biegiem lat, z biegiem dni"
Rzecz jasna, te
króciutkie, odnalezione w necie kawałeczki serialu wcale nie zaspokoiły mojego
apetytu na ciekawe opowieści toczące się na przełomie ubiegłych wieków. Wręcz
przeciwnie. Tak już mam, że gdy wejdę w jakiś odpowiadający mi klimat, w jego specyficzny
koloryt, nie chcę się z nim żegnać, ale wchodzić głębiej i głębiej. Wczuwać się
tak mocno, że prawie tam być. Przy okazji przypomniało mi się, jak kiedyś
czytając na głos mojej córce „Władcę pierścieni” obie tak mocno to
przeżywałyśmy, że nawet idąc potem na spacer po lesie wyobrażałyśmy sobie, że
to mokradła, które przemierzał Frodo i śledzący go Gollum. Z każdej kałuży
mrugał do nas złoto magiczny pierścień a za każdym drzewem krył się ork, elf
albo krasnal…Wyobraźnia szalała, rzeczywistość baśniowo się przekształcała i
było to cudowne uczucie.
Nie dziwota
więc, że ucieszyłam się, przypadkiem natrafiając w mojej bibliotece na
literaturę ułatwiającą mi wejście w epokę końcówki Pozytywizmu, następnie
Młodej Polski a wreszcie dwudziestolecia międzywojennego. Z radością odkryłam
też, iż akcja owych książek toczy się nieomal dokładnie w tych samych
miejscach, co serial „Z biegiem lat, z biegiem dni”. Ach, była to prawdziwa
uczta dla mnie!
„Gra pozorów” oraz „Światło i cień” to dwa tomy z trzytomowej serii pod zbiorczym
tytułem: „Kuchennymi drzwiami”
autorstwa Katarzyny Majgier. Na trzeci tom jeszcze poluję, ale mniemam, że
będzie równie dobry jak poprzednie. Głównymi bohaterami serii są
przedstawiciele różnych warstw społecznych, przede wszystkim chłopstwa,
robotników i mieszczaństwa, choć nie brak w niej także postaci reprezentujących
wyższe sfery takie jak kler, ziemiaństwo i szlachtę. W powieści znaleźć można
mnóstwo smacznych nawiązań do klasyki literatury napisanej ponad sto lat temu
oraz do tak znanych postaci żyjących w tamtych czasach, jak Reymont, Wyspiański,
Tetmajer, Rydel czy Zapolska.Jednak
najważniejsi są zwyczajni, pełni emocji, marzeń, lęków i rozczarowań, podobni
do nas ludzie.
Na kartach
powieści śledzimy między innymi dziejeZosi,
brutalnie zwolnionej z pracy młodej, ciężarnej służącej. Z rosnącą fascynacją podążamy
za Florianem, szukającym swego miejsca w życiu, marzącym o literackiej karierze
barwnym młodzieńcu. Spotykamy
bezwzględnie uwodzącego chłopki arystokratę Karola oraz odpłacającego się
pięknym za nadobne dziarskiego chłopa Klemensa. A to wszystko w dawnym, nieco
dusznym, lecz jednocześnie pełnym nieuchwytnego uroku Krakowie albo na podobnej
do reymontowskiej wsi polskiej. Akcja toczy się pośród żyjących pozorami, uwikłanych
w tradycyjne role społeczne i ogromnie przywiązanych do nich ludzi tamtych
czasów. Wśród podobnych do rachitycznych kwiatków dziewcząt i kobiet, zupełnie
zależnych od mężczyzn, uwięzionych w ciasnych gorsetach narzuconych im powinności
oraz uprzedzeń. Wśród mężczyzn zupełnie zepsutych moralnie, lecz przyznających
sobie prawa do oceniania, poniżania i tłamszenia swych żon, córek i ubogich
krewnych. Między szukającymi swego miejsca w życiu ubogimi dziećmi z nieprawego
łoża albo świetnie uposażonymi potomkami szanowanych rodów także nie wiedzących
co ze sobą począć.
Lecz najbardziej interesujące z całej tej galerii
wielokolorowych istot wydają się nietuzinkowe postaci żeńskie. Te, którepróbują wymknąć się skostniałym zasadom
społecznym i wbrew wszystkiemu zmienić je. To m.in. utalentowana artystycznie a
przy tym zakochana w innej kobiecie krawcowa Franciszka, czy też Klementyna, interesująca
się fotografią, odważna i szczera córka prostej chłopki. Autorka wnikliwie i
wzruszająco opisujelosy i emocje
pełnokrwistych, budzących sympatię a często i współczucie ludzi, którzy próbują
walczyć o siebie, którzy mimo ogólnego
zakłamania i przenikającej wszystko gry pozorów chcą być sobą i pragną odrobiny
osobistego szczęścia. Losy bohaterów powieści splatają się ze sobą w bardzo
zaskakujący nieraz sposób a lęk przed opinią publiczną oraz wynikające z niego
tajemnice ciążące nad nimi wywierają znaczący wpływ na nich oraz na życia
napotkanych przez nich osób.
Nie brak również w cyklu „Kuchennymi drzwiami” wątków
sensacyjno - kryminalnych czy też nawiązania do spraw i faktów mocno zajmujących
umysły współczesnych Krakowian. Tych prostych i tych lepiej wykształconych. Pogrzebów znanych Polaków, głośnych wesel,
pierwszych automobili, odniesień do najnowszych trendów w modzie i malarstwie a
nawet do tragedii Titanica. A przede dostrzec można w książkach K.Majgier
subtelną i porozumiewawczą zabawę autorki z czytelnikiem w odczytywanie tropów
literackich oraz delikatnych nitek łączących je z rzeczywistymi zdarzeniami z
tamtych epok.
Jeszcze na
koniec pytania do samej siebie. Dlaczego właściwie tak fascynuje mnie tamta
epoka przełomu wieków? Czy chciałabym żyć w tamtych czasach? Cóż, zawsze uwodziła mnie swym delikatnym, nieco
baśniowym urokiem przeszłość sprzed ponad stu lat. Tak bardzo niepodobna do
naszej, jak gdyby snem była albo lśniącym w oddali mirażem. Odnoszę wrażenie,
iż świat wydawał się wtedy prostszy, bezpieczniejszy, niż dzisiaj, cichszy,
skupiony na rzeczywistych przeżyciach, spotkaniach i rozmowach. Czy ludzie byli
wówczas szczęśliwsi, niż dzisiaj? Nie da się i chyba nie powinno tego oceniać.
Wszystko jak zawsze zależy od konkretnego człowieka, od jego położenia,
urodzenia, układów, w jakich przyszło mu żyć. Biedacy wszystko by wówczas
zrobili by poprawić swój los i znaleźć się na miejscu jakiegoś bogacza, który z
ich punktu widzenia rodząc się w majętnej rodzinie miał wszystko, co
człowiekowi do szczęścia może być potrzebne. Z kolei bogacze, otoczeni drogimi
meblami, powozami, precjozami, bardzo często tkwili między nimi niczym ptaki w
złotej klatce. Zasznurowani w ciasne gorsety tradycji i obyczajów, niezdolni do
zmiany swojego przeznaczenia, do wzięcia spraw w swoje ręce i w imię realizacji
marzeń zdecydowania się na skok w głęboką wodę. Nigdy nie było łatwo i chyba
nie ma idealnych do życia czasów. Jednakże brakuje mi wyraźnie wyczuwalnej
kiedyś a dzisiaj prawie nie do znalezienia między ludźmi nutki romantyzmu,
pasji, odwagi, siły ducha i szlachetności.
Brakuje mi też tamtego piękna,
elegancji i subtelności na co dzień w zachowaniu, ubiorze i języku. Czy jednak
zamieniłabym się z taką Zosią, Klementyną, czy Franciszką z „Gry pozorów” oraz „”Światła
i cienia” i w tamtych realiach chciałabym doświadczać tego, co one? Nie,
wystarczy mi, że przeżywam to wszystko w wyobraźni, że pojawia mi się to w
ostatnich, najbardziej głębokich snach nad ranem. Wówczas wędruję razem z nimi
przez otulony mgłą Kraków, albo przez błotniste dróżki podkrakowskich wiosek. Unoszę
rąbek długiej sukni by nie uwalać jej błotem. Słucham hejnału z wieży
mariackiej patrząc na okutane w kraciaste chusty kwiaciarki, na śmigłych chłopców
na posyłki, pochylonych nad pracą pucybutów i dorożki stukające monotonnie po lśniącym
od deszczu bruku. Spotykam tamtych ludzi
w pewien sposób niewinnych, bo nieświadomych, jak w niedalekim czasie ogromnie
się ten świat zmieni i jak bardzo następne pokolenia tęsknić będą, do tego co
minęło.
Tak,tamtego romantycznego świata długich sukien,
meloników, latarni gazowych i eleganckich powozów już dzisiaj nie ma. To już
tylko zamierzchła historia. Tak, jak nasze obecne czasy dla przyszłych pokoleń
staną się kiedyś tak odległe, tak nierealne, że aż bajkowe. Lecz pewnie w
przyszłości dzięki książkom, filmom i innym, nieznanym nam dzisiaj jeszcze
cudom techniki na chwilę cudownie ożyją. I będzie to niczym magia…
W oczekiwaniu na
trzeci tom tej wielopokoleniowej powieści nie ustaję w poszukiwaniu serialu „Z
biegiem lat, z biegiem dni”. A podtrzymując specyficzną atmosferę filmu i
książek słucham wspaniałych piosenek z „Piwnicy pod Baranami”. Oglądam też z uśmiechem poniższą, zabawną scenkę inspirowaną „Szałem” Podkowińskiego a
przedstawioną genialnie przez Halinę Wyrodek i Jacka Wójcickiego….
*Polski serial historyczno-obyczajowy
„Z biegiem lat, z biegiem dni”, wyprodukowany w 1980 r., w reż. A.Wajdy i E.Kłosińskiego
*Katarzyna Majgier, „Gra
pozorów”, t. 1, wyd. „Słowne”, 2022,415
s,
oraz „Światło i cień”, t.2, 432 s.
*link do
ciekawego wywiadu z autorką cyklu „Kuchennymi drzwiami”, Katarzyną Majgier:
W któryś z
niedawnych słonecznych dni pojechaliśmy nad rzekę. Około 11 km od naszego
przysiółka wśród wzgórz, łąk i pól majestatycznie przepływa San. Nieczęsto nad
nim bywamy, bo zawsze zagonieni, w pośpiechu, w uwikłaniu w tysiące codziennych,
powtarzalnych spraw rzadko znajdujemy czas, siłę i chęć by się wyrwać z tego
kołowrotku. Jednak są takie chwile, że coś tam człowieka gna, coś uparcie przyzywa.
I nieważne, że marcowy wiatr wieje tak, jakby głowę chciał urwać. Po prostu
chce się zapomnieć na chwilę o wszystkim. Zostawić za sobą czas i swoją
zwyczajną codzienność. Po to by patrzeć w nurt szybko mknącej wody. Wsłuchiwać się
w jej szum, plusk, pełen mocy śpiew.
Czuć na twarzy drobne kropelki z rozbryzgujących się obok fal. Wpatrywać się w
ciemną, sekretną toń. Zauważać w niej taniec błysków i cieni, migoczących zielonkawo
ryb. Przyglądać się dostojnym srebrzysto-omszałym wielkim głazom i ułożonym wokół nich drobnym, wielobarwnym
kamyczkom. Skąd one się tu wzięły? Jak długo tu leżą? Co widziały podczas gdy
wody toczyły się między nimiw dni
pogodne i pochmurne, w przeszłe lata, jesienie, zimy i wiosny? Jakie opowieści
się tu toczyły? Może wyszepczą coś o tym szorstkie trawy nadrzeczne i giętkie szuwary?
A może wcale nie trzeba szukać treści w tym,
co jest czystą naturą,dzikim prądem,
wszechwładnym przemijaniem i stałością zarazem? Może wystarczy przez moment nie
myśleć o niczym. Zespolić się z tym, co trwa w wiecznym przepływie, w
nieokiełznaniu i dzikości, w mądrości i pełni znacznie większej, niż
jakakolwiek mądrość człowieka. Odetchnąć głęboko w obliczu tego wspaniałego,
kojącego zmysły bezkresu, który był, jest i będzie, gdy po nas ślad dawno już
zaginie… Pewnie gdybym na co dzień mieszkała blisko rzeki nie wywierałaby ona
na mnie takiego wrażenia. Pewnie bym przywykła i nie zauważała jej mocy oraz
piękna. Dlatego chyba dobrze, że tylko co jakiś czas obcować mogę z tą rzeczną
magią. A z tego obcowania czerpać lekkość i wolność duszy, dystans do spraw
świata, zespolenie z tym co prawdziwe, odwieczne i niepoddające się wpływom
ludzkim.
A że tak się złożyło,
iż ostatnia moja wizyta nad Sanem zbiegła się z lekturą pewnej książki o
całkiem innej rzece, tym bardziej przemawiała do mnie melodia wzburzonych fal w
kolorze indygo, tym mocniej czułam w sobie moc historii, o której w owej
książce właśnie czytałam. Wystarczyło przymknąć na chwilę oczy albo niewidzącym
wzrokiem zapatrzeć się gdzieś w dal i już współczesny San zamienił się w dziewiętnastowieczną
Tamizę. I już znalazłam się w położonej właśnie nad Tamizą Gospodzie pod
Łabędziem, w której w dużej mierze toczy się akcja książki Diane Seterfield, „Była
sobie rzeka”.
Nie pierwszy raz na
łamach bloga piszę o zachwycających mnie książkach (a przecież tylko o takich
warto pisać). Każda z nich miała w sobie
jakiś specyficzny rodzaj magii. Przemawiała głosem prawdy wprost do duszy.
Trącała w niej to, co najważniejsze a tak trudno nazywalne w słowach, uczucia i
emocje ludzkie tak zazwyczaj niepochwytne i delikatne. Tłumaczyła to, co tak
trudne do wytłumaczenia a co nagle, za jej przyczyną stawało się proste i
zrozumiałe. Podobne wrażenie wywarł na mnie kontakt z powieścią Diane Setterfield.
Miałam uczucie, jakbym od dawna czekała na spotkanie z tą książką a dotknąwszy
jej poczuła, rozpoznała w niej to, co znaleźć chciałam, trochę tak jakby ktoś magicznie
przelał na karty powieści moje dawne sny i rojenia... Już po przeczytaniu kilku
pierwszych stron owej grubej księgi poczułam oczarowanie, zdumienie i
wzruszenie.
Oto miałam przed
sobą wspaniałą wielowątkową historię o losach mieszkańców starej, angielskiej
gospody oraz wędrowców wnoszących do niej kawałek swojej prawdy, swoich przeżyć.
Usiadłszy niewidzialnie pośród bywalców gospody wkraczałam w niezwykłe opowieści
o duchach rzeki, o zaginionych dziewczynkach, o cudownie zmartwychwstałych
topielcach, o miłościach i rozczarowaniach, o miłości i nienawiści, o lękach i
pragnieniach, o sile dobra i zła, o niespełnieniu i przemijaniu…. Atmosfera
gospody, jej gościnność, ciepło i zaciszność sprawiały, że wyobrażając sobie,
iż trzymam w ręku kufelek zacnego piwa albo cydru wsłuchuję się razem ze
wszystkimi w dziwne i fascynujące opowieści ze świata. A wyznam Wam, iż kiedyś,
bardzo dawno temu mnie samej nieco naiwnie i dziecinnie marzyło się mieć taką
właśnie gospodę pod lasem i razem z Cezarym prowadzić ją po swojemu goszcząc w
niej ciekawych ludzi z okolic i ze świata. A ponieważ realizacja owego marzenia
okazała się niemożliwa, swoje tęsknoty na temat takiej gospody zawarłam w kilku
historiach publikowanych tu na blogu. Może niektórzy z Was pamiętają jeszcze moją
„Gospodę pod złotym liściem”, która była centralnym punktem opowiadań „Miasteczka odnalezionych myśli”. „Balu na
powitanie jesieni”, „Zimowego powrotu wędrowców”? Nieraz też przychodzi mi do
głosy, że sam blog jest dla mnie namiastką takiej właśnie baśniowej nieco gospody.
Tak więc wziąwszy
do ręki książkę „Była sobie rzeka” raptem poczułam się jakbym była u siebie. Jakbym
wchodziła do zbudowanego z dawnych marzeń i wizji świata. Potem po kilka godzin
dziennie chłonęłam w siebie tę lekturę nie rozczarowując się ani na chwilę a
wręcz przeciwnie, żałując, iż za szybko czytam i już za moment romans z tą
opowieścią będzie już dla mnie tylko cudownym wspomnieniem…I tak się właśnie stało,
bo przecież to, co się zaczyna, kiedyś musi się skończyć. Przecież nawet rzeka
mknąc tak swobodnie w dal kiedyś wpadnie do morza a tam zmiesza się z wodami
innych rzek i po jakimś czasie nie do rozróżnienia staje się to co i dlaczego w
niej płynie. Już tyle spotkań z cudownymi książkami za mną… A wszystkie one
wpłynęły we mnie i każda coś ważnego zostawiła po sobie. Kolejną kropelkę i
jeszcze kolejną... Ale bardzo trudno te krople od siebie oddzielić, rozróżnić,
nazwać i wiedzieć skąd się wzięły. Zostają tylko wzruszenia, skojarzenia, strzępki
wizji, odpryski marzeń, prawd i odwiecznych tęsknot kłębiących się w nieskończonych
wodach duszy…
A co z książką
Diane Setterfield? Ach! Chcąc mimo wszystko przedłużyć ów moment obcowania z tą
kunsztownie i magicznie napisaną a także
pięknie wydaną powieścią postanowiłam napisać o niej na blogu. I z tęsknotą
wspominam moją wędrówkę nad Sanem, który na jedno marcowe popołudnie przemienił
się w pełną tajemnic dziewiętnastowieczną Tamizę…
* "Była sobie rzeka", Diane Setterfield, wyd. Albatros, 2020,
motto książki: "Za granicami tego świata leżą inne światy. Są miejsca, które można przekraczać. Oto jedno z nich."
"Zabawa na gdyńskiej plaży" - fotografia ze zbiorów Muzeum Miasta Gdyni
Często czytając
książki albo oglądając filmy dziejące się w przededniu drugiej wojny światowej
zastanawiałam się jak ci ludzie mogli wtedy żyć tak normalnie, tak zwyczajnie?
Czy nie dostrzegali zwiastunów zła, które nieuchronnie nadciągało? Czy byli kompletnie
nieświadomi tego, co dzieje się na świecie i za moment może też dziać się na
ich podwórku? A może po prostu nie chcieli tego dostrzegać? Lepiej wszak
przeżyć swoje życie, to dane nam króciutkie istnienie łątki jednodniówki we
względnym spokoju i zadowoleniu, niż tracić czas i energię zamartwiając się
tym, na co nie ma się wpływu. Dlatego pewnie ówcześni bagatelizowali wiadomości
mogące zaburzyć ten ich optymistyczny ogląd rzeczywistości albo zupełnie
odsuwali je od siebie, nie chcąc mieć do czynienia czy też wyśmiewając nawet
osoby informujące je o zagrożeniach. Woleli wierzyć, że nie będzie tak źle. Bo
nie może być. Bo zawsze wszak jakoś tam będzie. Nie z takich opresji się
przecież wychodziło. A poza tym co może taki szary człowiek wobec całej machiny
wojennej, wobec polityków, którzy realizują swoje interesy jak zawsze nie
przejmując się losem zwykłych zjadaczy chleba? Niewiele, a zatem lepiej
odwracać głowę i zajmować się sobą. Bo tylko na to, co blisko nas możemy mieć
jakiś wpływ. Na nic więcej.
W sierpniu 1939 roku
kawiarnie, kabarety, kina i teatry pękały wręcz w szwach. Ludzie bawili się,
śmiali, tańczyli, znieczulali wszelkiej maści alkoholem i narkotykami,
romansowali i kochali się na zabój, płodzili dzieci, wyjeżdżali na letniska, uprawiali
sporty, pisali wiersze, piosenki i opowiadania, zbierali w sadach pachnące jabłka
by robić z nich pyszne przetwory na zimę. A wszystko to czynili bardzo
zachłannie, rozpaczliwie, jak gdyby na zapas, jak gdyby chcieli nacieszyć się
tą cudowną intensywnością, zanim pryśnie ich tęczowa bańka mydlana…
Mam wrażenie, iż
teraz jest podobnie. Mimo szalejącej drożyzny, mimo widma braku węgla do
ogrzewania domów, mimo postępującej upadłości wielu firm, mimo zapchanych
chorymi na depresję oddziałów psychiatrycznych, mimo realnej możliwości
blackoutów oraz zagrożenia wojną jądrową życie kwitnie jak gdyby nigdy nic. Jak
gdyby istniały dwie różne, lecz równoległe rzeczywistości. I sama już nie wiem,
która z nich jest prawdziwa, a która medialna i wirtualna. Może w ogóle
wszystko to jest jednym wielkim Matrixem? Albo Titanikiem, na którym orkiestra będzie
grać do samego końca, bo tratw ratunkowych i tak dla wszystkich nie starczy…? No
bo spójrzcie. Kawiarnie i restauracje, mimo kosmicznych cen, pełne gości.
Galerie handlowe – podobnie. Młodzież gromadnie bawi się w swoich pełnej
ogłuszającej muzyki klubach. W telewizji jak zawsze jeden kiczowaty program
rozrywkowy za drugim, a nieśmieszny kabaret za kolejnym, żenującym kabaretem. Reklama
goni reklamę. Wymalowane wyzywająco panienki o bezmyślnych oczach nakręcanych
lalek zachęcają do kupna takich to a takich napojów, ubrań, kosmetyków, chipsów
oraz telefonów komórkowych. Udający farmaceutów aktorzy szczerząc się
optymistycznie namawiają do nabycia leków oraz suplementów na wszelkie
przypadłości. W Internecie popularni influencerzy i tiktokerzy kręcą swoje
dziwne biznesy zarabiając na klikalności i oglądalności materiałów o modzie,
kuchni, podróżach albo sportach ekstremalnych. Wszystko jak gdyby nigdy nic, a
nawet bardziej niż zazwyczaj kwitną przejawy rozbuchanej egzystencji, życia aż
do upicia…
I my też, wpisując się w ten trend tu na
blogach, w tym naszym przytulnym, budyniowym świecie piszemy zazwyczaj o
sprawach błahych i emocjonalnie neutralnych. Tak, jakby o poważnych rzeczach
pisać nie wypadało. Jakbyśmy chcieli zostawić je za bramą tego zaczarowanego
ogrodu. Jakbyśmy zawarli między sobą jakiś układ, by pewnych tematów lepiej nie
poruszać, bo nieruszane zdają się niczym stary niedźwiedź, który śpi. Po cóż
więc go budzić? Wystarczy, że zatykamy uszy by nawet nie słyszeć jego
chrapania. Zamykamy oczy by nie widzieć jak zwierz przewraca się z boku na bok.
I robimy swoje, jak zawsze. Bo cóż innego moglibyśmy zrobić…? Czy może odważnie
rzucać się hurmem na owego drzemiącego zwierza, ryzykując iż pierwsi w szeregu zostaną
dotkliwie pogryzieni i zjedzeni a reszta śmiałkóww tym czasie zrejteruje i jak zwykle nic poza
wstydem i jeszcze większym osamotnieniem nie wyniknie z naszego sprzeciwu…?
Wielu z nas
zmęczonych, zniesmaczonych i znudzonych jest medialnym straszeniem, nagonką na
jedną czy drugą opcję polityczną, bezustannym skłócaniem narodu,
nawarstwiającymi się absurdami prawnymi oraz gładkimi kłamstwami panów w
drogich garniturach. Wielu to nawet nie
obchodzi, bo w tym czasie przeżywa swoje osobiste dramaty i zmaga się z
problemami niezwiązanymi z tym wszechogarniającym polityczno-propagandowym
bagnem. Komuś sypie się zdrowie. Komuś rozpada się małżeństwo. Ktoś nie może
się pozbierać po czyjejś stracie. A ktoś umiera z samotności…Dlatego tu, na
blogach stworzyliśmy sobie taką przyjazną, lecz nieco cukierkową enklawę, gdzie
próbujemy odpocząć od trudnych tematów i spraw przerastających możliwości
naszego zrozumienia oraz wpływu na nie. Wkraczamy do tego wielobarwnego ogrodu z
ufnością, iż to miejsce jest naszym ciepłym schronieniem, ucieczką, haustem
świeżego powietrza. Dlaczego jednak coraz częściej doznaję wrażenia, że ten
blogowy raj utrzymywany w sztucznej sterylności zaczyna się dusić w nazbyt
słodkim sosie, zaczyna odstręczać niby luksusowe aquaparki obfitujące w biały
piaseczek, sztuczne palmy i turkusowe baseny, lecz bez powodzenia próbujące
imitować prawdziwe, tropikalne plaże?
Ku czemu
zmierzamy? Czego szukamy – prawdy, czy iluzji? Gdzie właściwie jesteśmy, my z krwi i kości?
Czujący i myślący. Nieudający nikogo. Na pozór tak pewni swego i urządzeni w
życiu a tak naprawdę otoczeni wzburzonym oceanem i coraz bardziej rozbujani na
kruchej łódeczce swego losu…? Wiatr pcha tę łódeczkę to w jedną, to w drugą
stronę a my skostniali z zimna, otępiali ze zmęczenia nawet już nie chcemy, nie
umiemy podnieść porzuconych gdzieś w kącie wioseł…Niech się zatem dzieje co
chce. Co ma się dziać. Byleby z tego wszechogarniającego Matrixu udało nam się wyszarpnąć
dla siebie odrobinę świętego spokoju i przeżyć jak gdyby nigdy nic kolejny
dzień. I kolejny. Bo gdzieś tam w duszy wciąż
kołacze się nam nadzieja, że może wcale nie będzie tak źle, jak się wydaje i
już za chwilę się rozpogodzi a my ujrzymy wreszcie na widnokręgu upragniony ląd.
Tak sobie dumam razem z wszystkimi bezradnie dryfując na falach. A w deszczowe
dni robiąc przetwory z gruszek i malin, czy też walcząc z inwazją myszy na mój
dom oraz atakiem pleśni na owoce w ogrodzie, czekam z utęsknieniem na
zapowiadaną złotą, polską jesień…
A lato 1939 roku
było naprawdę piękne…
" Lato 1939 r." - fot. ze zbiorów Narodowego Archiwum Cyfrowego
Poniżej rozmowa z osobą, która w ciekawy sposób patrzy na to, co dzieje się obecnie, Mowi tez o tym co nas czeka. Moim zdaniem warto posluchac...
Poniżej link do vloga wspaniałego piekarza, który na YT próbuje przekonać ludzi do idei budowania wspólnych pieców chlebowych dla wsiach, z których ludzie będą mogli korzystać kiedy nie będą mogli kupić pieczywa w sklepie albo sami go sobie upiec...