Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książka. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 8 lutego 2026

Powroty w odcieniach sepii...

 




...Za oknem mglisto, chłodno, wilgotno. Natura otula się we wszystkie odcienie sepii. Trwa chwilowa, lutowa odwilż. Duże ilości ciężkiego śniegu zalegają jeszcze na polach i poboczach dróg, lecz coraz większe widać już połaci ubiegłorocznej trawy i błota. W domu ciepło od opalanego drewnem pieca, na którym powolutku pyrka zupa fasolowa na wędzonce. A ja doglądając jej od czasu do czasu siedzę przy kuchennym stole i czytam sobie nieśpiesznie, z lubością i tkliwością w duszy...




   Lubię wracać do książek po wielekroć już przeczytanych, tak jak do muzyki wiele razy już słuchanej czy też do filmów kiedyś oglądanych. Wracam do nich jak do starych, dobrych przyjaciół, po których wiem, czego się spodziewać, którzy dadzą mi w danej chwili to, czego właśnie potrzebuję. Wystarczy jakiś impuls, jakieś odżywające ni stąd ni zowąd wspomnienie, leciutka nutka wzruszenia czy tęsknoty szepczącej coś w duszy i oto sięgam znowu do dzieł, które nigdy mi się nie znudzą, które potrafią przenieść mnie wyobraźnią i emocjami tam, gdzie czułam coś mocno i wyraźnie. A czucie to oznaczało przeważnie spokój, wzruszenie, zamyślenie, oddalenie od tego, co jest a przybliżenie do tego, co chciałabym by było. Rzadko potrafią dać mi to obecnie czytane książki, nowo poznane piosenki , utwory muzyczne czy filmowe dzieła. Owszem, zajmują oczy, ducha i serce przez jakiś czas, ale większość po zapoznaniu się z nimi ulatuje gdzieś bez śladu jakby ich nigdy nie było. A te dawne są i będą niby góry, które chce się oglądać i podziwiać, na które wciąż i wciąż chce się w swoim tempie wspinać, pamiętając emocje towarzyszące wspinaczce oraz wspaniałe widoki rozpościerające się po drodze. Podobnie bywa też z ludźmi. Im jesteśmy starsi, tym bardziej doceniamy swoje stare znajomości i przyjaźnie. Są sprawdzone przez lata, dają pewność dobrych relacji i nie zapowiadają rozczarowujących zaskoczeń. Zatem zazwyczaj podtrzymujemy je myślą, słowem i czynem, bo stanowią dla nas prawdziwe, bezcenne bogactwo. Trwają niby schronienie, do którego miło się wraca by się ogrzać, odetchnąć, porozumieć nawet bez słów. Oczywiście bywa też tak z nowo poznanymi osobami. Niekiedy udaje się spotkać ludzi, którzy stają się nam prawie tak bliscy, jak ci znani od dawna. Jednak to raczej rzadkie sytuacje. Wyjątki potwierdzające ogólną regułę.




   Czy owa chęć powrotów do tego, co się już zna i lubi świadczy o starzeniu się, o skostnieniu umysłu, o tak częstej u starszych osób skłonności do zanurzania się we wspomnienia, bo tylko tam czują się swobodnie i bezpiecznie, tylko tam czas zatrzymał się dla nich w takiej formie jaką akceptowali, w jakiej czuli się na swoim miejscu? Być może...Wiele starzejących się ludzi lubi przenosić się myślami w przeszłość, a nieraz zamęczać otoczenie wspominaniem minionych czasów, opowieściami tyle razy już słyszanymi, że aby nie umrzeć z nudów wpuszcza się je jednym a wypuszcza drugim uchem. Jednak jeśli chodzi o mnie, to od kiedy tylko pamiętam, lubiłam sięgać po to, co już znałam i ceniłam, odnawiać starą znajomość oraz pogłębiać ją. Może zatem zawsze byłam taka młoda - stara...?




   Myślę, że każdy z nas ma takie swoje ulubione utwory, które nigdy się nie nudzą i w których mimo wielokrotnego czytania, oglądania albo słuchania poza spodziewanymi doznaniami zawsze można znaleźć coś nowego. Wraz z upływem lat patrzymy na te same treści trochę inaczej, bo sami się zmieniamy, bo po nowemu postrzegamy pewne rzeczy, bo nagle potrafimy ujrzeć i docenić coś, nad czym kiedyś nasza uwaga zbytnio się nie skupiała. Dlatego nie sądzę, iż stratą czasu jest sięganie do dawniej czytanych książek. A wręcz przeciwnie. To dla mnie dowód, że potrafię zrozumieć i odczuć więcej niż kiedyś, więcej oraz inaczej. A choć coraz częściej nawiedzają mnie ponure myśli o nieuchronnym starzeniu się i otępieniu umysłu, o objawach demencji czy z nagła pojawiającej się i długo utrzymującej mgły mózgowej, to owe nowe spostrzeżenia pojawiające się w trakcie lub po lekturze, owe świeże doznania i wzruszenia trochę owej degeneracji mózgu przeczą. Taką przynajmniej mam nadzieję. I desperacko staram się jej trzymać, bo czegoś przecież trzymać się trzeba.




   Ostatnio przytargawszy z gminnej biblioteki pokaźny stos nowych lektur odłożyłam je na regał bez większego zainteresowania. Jakoś odechciało mi się wgryzać w nowe historie, poznawać nowych bohaterów. Na samą myśl o tym odczuwałam znużenie i niechęć. Spojrzałam na te piękne, lecz nazbyt krzykliwe okładki obiecujące nie wiadomo jakie cuda w środku i westchnęłam z irytacją. Coś się we mnie najwidoczniej w tamtej chwili zacięło albo i znarowiło.

  • Jakoś nie mam chęci by wsiadać do tych kolorowych aut sportowych i w szaleńczej jeździe doświadczać ekscytacji na ostrych zakrętach dróg aby już nazajutrz pamiętać z tego raczej niewiele albo zgoła nic – pomyślałam.

  • Wszystko już było. A to co jest jakże często z tamtego się wywodzi, będąc zaledwie lichą kalką, imitacją, desperackim usiłowaniem bycia nietuzinkowym...

  • Tak niewiele zdarza się naprawdę chwytających za serce i dających do myślenia, ważnych, oryginalnych treści. Niestety! Większość to fast food. Ot! Zjeść, strawić i już za chwilę znowu czuć się głodnym, bo w tym sztucznym jedzeniu było wszak bardzo mało odżywczych składników – szepnęłam na widok owego imponującego stosu dzieł literackich z biblioteki.

  • Ale człowiek wciąż szuka...Naiwnie goni za mirażem. Nie traci nadziei, że znowu napotka prawdziwe olśnienie...

  • Jednak teraz tak naprawdę marzy mi się podróż w czasie... Wyjście na spotkanie mnie dawnej i skonfrontowanie ze mną obecną. Bo przecież wciąż się zmieniam. Czegoś nowego doświadczam. Lekcja życia trwa...

  • Dawno temu dotarło do mnie, że nie potrzebuję nigdzie daleko jeździć ani przenosić się cieleśnie gdziekolwiek, także i do dawnych czasów. Wszystko dzieje się przecież w głowie...W małej kropli wody mieszczą się całe światy. Wystarczy by moja wyobraźnia gdzieś mnie przeniosła. Jeszcze raz, jeszcze raz... - omiotłam uważnym spojrzeniem ustawione na regale książki – klasyki, stare, serdeczne przyjaciółki. Czułym wzrokiem prześlizgnęłam się po „Nocach i dniach”, „Lalce”, „Mistrzu i Małgorzacie”, „Ziemi obiecanej”, „Nad Niemnem”, „Zbrodni i karze”, „Annie Kareninie”, „Władcy pierścieni”... Nadal jednak nie odczułam w sobie wyraźnego odzewu. Nadal nie decydowałam się na wejście do magicznego powozu, po brukowanym trakcie mającym potoczyć się hen w wabiącą dal. Popatrzyłam zatem wyżej i uśmiechnęłam się, bo wreszcie dostrzegłam to, ku czemu serce mocniej zabiło. Lekko zawirowało mi w głowie i przeniosłam się w jakieś odmienne rejony istnienia. Otaczała mnie inna od mojej rzeczywistość w kolorach sepii. Uniosłam leciutko rąbek aksamitnej sukni. Poprawiłam woalkę przy kapeluszu oraz cieniutkie mitenki na dłoniach. A potem z ufnością wstąpiłam na pierwszy stopień karety mającej zawieźć mnie w głąb znanej i bliskiej sercu opowieści...

   Bo oto ona sama nie wiem jak delikatnie dała mi znak, zatem skwapliwie wyłuskałam ją spośród innych. A wyłuskawszy z miejsca zapragnęłam wrócić do tego grubego tomu, który od kilku lat ufnie stał na półce i pokrywając się kurzem cierpliwie czekał aż znowu nabiorę ochoty by się weń zanurzyć. Oprawiony w ciemny, skóropodobny materiał, bez żadnych ilustracji i zbędnych ozdób wabił nienarzucającym się, cichym i subtelnym urokiem staroświeckiej, niemodnej historii. I natychmiast przypomniało mi się, co jedna z jej głównych bohaterek – Marynia Pławicka mówiła o różnicy między pamięcią a wspomnieniem:

„ Bo pamięć to jest skład, w którym leży przeszłość, a wspomnienie ma miejsce wówczas, gdy się do tego składu schodzi, żeby coś wydobyć.”




   Owym składem, do którego tak skwapliwie weszłam, ową karetą, którą miałam ochotę pojechać w bliskie duszy rejony była tym razem. „Rodzina Połanieckich”, powieść autorstwa Henryka Sienkiewicza wydana w 1894 roku. Tak, wiem. Dla wielu osób to niewarta lektury ramota, nudne, staroświeckie czytadło, pełne archaizmów, opisów przyrody i dziewiętnastowiecznych realiów. Rozwlekły romans podlany nieznośnym sosem ckliwości, romantyzmu, pozytywizmu a na dodatek odwołania do naiwnej idei panslawizmu oraz mesjanizmu chrześcijaństwa. Można na tę powieść popatrzeć w ten sposób, jednak dla mnie to coś znacznie więcej. To ogrom treści dających do myślenia, do porównania z czasami i ludźmi współczesnymi, do sposobności przejrzenia się w refleksjach bohaterów niczym w lustrze. To wejście do zaprzyjaźnionego, pełnego bliskich znajomych domu. To sposobność przeżycia czegoś, co człowieka czymś pozytywnym wypełnia, oddala od obecnych trosk i lęków. To niezwykła podróż w głąb siebie. A właśnie to jest dla mnie najważniejsze w każdej lekturze. Nie tyle dzianie, lecz owo wgłębianie się w psychikę bohaterów, a do tego wspólnota refleksji z nimi, bliźniaczych skojarzeń, wzruszeń, podobieństw niektórych doświadczeń...Książka obfituje w głębokie i ciekawe przemyślenia jej głównego bohatera, Stanisława Połanieckiego i to stanowi jej ogromną przewagę nad ekranizacją utworu Sienkiewicza, świetnym moim zdaniem serialem nakręconym w latach siedemdziesiątych dwudziestego wieku. Także i do tego serialu czasem wracam a muzyki W. Kilara mu towarzyszącej z upodobaniem i zachwytem słucham.




  Czy i Wy lubicie sięgać po stare, dobre czytadła? A jeśli tak, to po jakie? Ciekawa jestem jakie wywołuje to w Was emocje i uczucia? Jaka książka jest dla Was przyjaciółką, do której tęsknicie, gdy jej dawno nie odwiedzacie i do której po wielekroć wracacie...?


środa, 11 grudnia 2024

Pomączyło…

 



 

…I oto znowu pobieliło nasze Pogórze. Niewiele tego śniegu. Ot tyle, ile cukru pudru na racuchach albo odrobiny mąki na stolnicy pozostałej z robienia makaronu. Ale nie wymagam na tę chwilę więcej. Cieszę się z tego, co jest, bo bardzo mi się już śniegu chciało. Szarzyzna panująca uparcie dookoła działała na mnie nieco przygnębiająco. Słonka wprawdzie brakuje, ale ta mączysta białość za oknem sprawia, że odrobinę rozjaśnia się rzeczywistość.I psy też cieszą się tą odrobiną śniegu...



   I jeszcze a propos mąki. Otóż dowiedziałam się niedawno o istnieniu mąki łubinowej. Robi się ją z nasion specjalnego (nie tego ogrodowego) łubinu. I jest podobno bardzo zdrowa. Zawiera mnóstwo białka i ma niski indeks glikemiczny, dlatego dobra jest dla cukrzyków oraz osób na diecie niskowęglowodanowej.  Zaciekawiła mnie ta wiadomość, bo lubię różne takie nowości. Tym bardziej, że na diecie ketogenicznej nie używa się zwyczajnej mąki pszennej, żytniej ani kukurydzianej a tylko tej, nie zawierającej węglowodanów. Całkiem sporo jest takich mąk. Bo to i kokosowa i migdałowa i orzechowa i palmowa i z siemienia lnianego…Można z nich robić różne smakołyki i nie martwić się o poziom cukru we krwi. O ile oczywiście, do przygotowania potraw na ich bazie nie doda się cukru!:-)



   Dlatego kupiłam niedawno pół kilo mąki łubinowej  i postanowiłam wypróbować ją w jakimś wymyślonym przez siebie przepisie. Lubię bowiem sama wymyślać przepisy a jeśli opieram się na cudzych, to robię to swobodnie, nie trzymając się zazwyczaj sztywno receptury. W takich okolicznościach przygotowywanie potraw ma dla mnie posmaczek przygody, eksperymentu, zabawy. A ponieważ nie zapisuję przeważnie swoich przepisów, dlatego za każdym razem wychodzą mi trochę inne smakołyki. Ale to mi nie przeszkadza, bo nie przepadam za powtarzalnością!:-)



   Będąc na diecie ketogenicznej, gdy nie je się zwyczajnego chleba ckni się czasem człowiekowi za jakimś pieczywem. Dlatego tym razem postanowiłam upiec bułeczki.

   W lodówce od dłuższego czasu pokutował kawałek białego sera (ok. 30 dag). I to od niego zaczęłam tym razem robienie ciasta na owe bułeczki. Roztarłam ów ser widelcem. Dodałam do niego trzy jajka i łyżkę miękkiego masła. Wszystko wymieszałam porządnie ze sporą szczyptą soli oraz z dwoma łyżeczkami proszku do pieczenia. Potem zmieliłam w młynku do kawy pół szklanki siemienia lnianego (w ten sposób robi się mąkę lnianą). Dosypałam lnianej mąki do ciasta i wówczas przyszedł czas na mąkę łubinową. Jest żółciutka i przypomina nieco z wyglądu mąkę kukurydzianą. Dosypałam łubinowej mąki do mojego ciasta -  tyle by je zagęścić tak, by dało się z niego ulepić kulki. Ponieważ masa była kleista, pomagało zwilżenie dłoni wodą. Potem obficie posypałam kulki ciasta ziarnem sezamowym, spłaszczyłam je trochę i ułożyłam na wyłożonej papierem blasze. Piekły się ok. pół godziny w temperaturze ok. 200 stopni. Obserwowałam z ciekawością proces ich rośnięcia przez szybkę w piekarniku mojej kuchenki opalanej drewnem. Najpierw pięknie wyrosły, wręcz napuchły tryumfująco. Potem zdecydowały się jednak opaść z rezygnacją. Ale nie do końca, na szczęście. A gdy się pięknie zrumieniły wyjęłam je z pieca i położyłam na kratkę do przestygnięcia. Po około pół godzinie nadawały się do jedzenia.




   Były pachnące orzechami i sezamem, mięciutkie i puszyste w środku a na brzegach lekko chrupiące. W smaku delikatne, podobne nieco do bułeczek drożdżowych, ale bez zapachu drożdży. Za cienkie by je przekrajać na pół, ale dobre by odwrócić je do góry nogami i posmarować gładki spód masłem. No pycha! Zwłaszcza jak się człowiek za chlebem stęsknił, to takie bułeczki wydają mu się prawdziwym rarytasem!:-) Myślę, że równie dobre wyszłyby z użyciem tylko mąki lnianej.  Może tylko nie byłyby tak żółciutkie w środku…Trzeba zatem w przyszłości spróbować i takiej opcji. Ale ponieważ mam tę mąkę łubinową, to zamierzam przy jej pomocy spróbować upiec np. świąteczne pierniczki. To dopiero będzie wyzwanie!:-)



   I jeszcze na koniec luźno związana z tematem tytułowej mączystości dygresja. Otóż czytam ostatnio z ogromnym zainteresowaniem i przejęciem „Drogę przez mękę” Aleksego Tołstoja. To powieść napisana w 1921 roku a opisująca Rosję tuż przed pierwszą wojną światową a potem pogrążoną w zamęcie wojny i rewolucji październikowej. Ach! Nie ma to jak klasyka literatury! Książka ta nie dość, że świetnie jest napisana, to jeszcze wspaniale przetłumaczona przez Władysława Broniewskiego. A w oryginale tytuł jej brzmi „Chożdienie po mukam”. Czyż nie kojarzy się to z mąką?:-) I przypomniało mi się przy tej okazji, że w czasach socjalizmu puszczali w naszej telewizji piękny, rosyjski serial będący ekranizacją tej powieści. Zaczęłam zatem szukać owego serialu w necie. Ale nic nie dawało wpisywanie tam tytułu „Droga przez mękę”. Dopiero gdy wpisałam „Chożdienie po mukam” – eureka! Natychmiast objawił mi się na YT ów radziecki serial wyprodukowany w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku. 



Ależ się ucieszyłam! Poczułam się tak, jakbym cudownie przeniosła się w czasie do swoich lat nastoletnich, gdy z zapałem obserwowałam losy pięknych sióstr Daszy i Katii oraz zakochanego we wrażliwej Daszy  Iwana Tielegina. Przypomniało mi się, że kiedyś bardzo podobały mi się aktorki grające w serialu główne role, ale i dzisiaj podobają mi się równie mocno. Obie bardzo naturalne, bez tony tak modnego obecnie makijażu, wielkookie, emanujące szlachetnością, delikatnością i prostotą. Żadna amerykańska, hollywoodzka aktorka się do nich nie umywa. Powoli oglądam zatem ów serial, starając się jak najwięcej zrozumieć, ale niestety sporo już z języka rosyjskiego zapomniałam…No i pogryzając mięciutkie bułeczki łubinowe jednocześnie zagłębiam się w kolejny tom „Drogi przez mękę” Tołstoja. Jest tam mnóstwo cudownych opisów srogiej, rosyjskiej zimy, męczarni duchowych, szału uczuć,  ale i świetnych, dających do myślenia fragmentów opisujących stan umysłu ludzi żyjących w tamtej epoce, ich lęków i przeczuć, co do tego, co jest i co nadchodzi. Jakże to przypomina mi umysłowość dzisiejszych ludzi. Jak bardzo znowu współczesny świat przesycony zepsuciem obyczajów, nudą i pogonią za silnymi doznaniami zdaje się wisieć na włosku…



„…Były to czasy, kiedy miłość, uczucie dobre i zdrowe, uważano za płaskość i przeżytek. Nikt nie kochał, ale wszyscy pożądali i jak zatruci lgnęli do wszystkiego ostrego, rozdzierającego wnętrzności. Dziewczęta ukrywały swą niewinność, żony – wierność. Dekadencja uważana była za przejaw dobrego smaku, neurastenia – za oznakę wyrafinowania. (…) Ludzie wymyślali sobie wady i perwersje, byleby nie zasłużyć na opinię mdłych”. (Droga przez mękę, wyd. 1954, str.7)

   A tymczasem za oknem śnieżna mąka sypie się z nieba i sypie…Może jak całkiem sporo naprószy to któryś z okolicznych gospodarzy wyciągnie swoje sanie i pomknie w dal…? Ech, rozmarzyłam się i zaraz zaczęłam nucić znaną niegdyś piosenke - „Trojki dwie gonią się. Leci w noc dzwoneczków głos…”  Poniżej można jej posłuchać w wykonaniu Reny Rolskiej...

*"Droga przez mękę" (t.1-3)Aleksy Tołstoj, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1954

środa, 20 listopada 2024

Jak w lustrzanej sali…

 

   Kilka dni temu skończyłam czytać powieść historyczną pt. „Szkoła luster” autorstwa Ewy Stachniak.  I odtąd odnajduję wciąż jej ślady w sobie. Ślady, które są niby wszechobecne haczyki, do których przyczepiają się spostrzeżenia dotyczące tego, co obserwuję współcześnie, tego jaki jest świat, jacy wciąż są ludzie. I choć mam cały stos książek do przeczytania, to myślami wciąż wracam do „Szkoły luster”. Nie pora zatem jeszcze brać się za nic kolejnego, skoro w duszy wciąż brzmi tamta melodia. Nie ma pośpiechu. Najwidoczniej trzeba ją do końca przeżyć, wyśpiewać i przebrzmieć by w sposób naturalny mogła ucichnąć i zrobić miejsce dla następnej. Listopad wszak wyraźniej niż inne miesiące sprzyja długim, swobodnym namysłom, podróżom po krainie refleksji i wzruszeń. A ja cenię sobie taki właśnie czas…

   No tak. Lecz pora napisać, co właściwie mnie tak urzeka, przywołuje i przytrzymuje wciąż przy owej opasłej, bo prawie 500 stron liczącej powieści? Cóż.  Próbuję samej sobie to wytłumaczyć i za każdym razem odpowiedź jest inna, wręcz trudna do ujęcia w słowa. Bo to trochę jak zakochanie. Przychodzi znikąd by owładnąć człowiekiem. Śpiewa mu w duszy słodko brzmiącą melodią i nie dopuszcza do głosu innych. A po jakimś czasie nie wiadomo dlaczego – cichnie…

   Lecz teraz, póki jeszcze melodia gra, spróbuję jakoś w sobie te wszystkie uczucia okiełznać i nazwać. Po co? Dla siebie samej, gdyż pragnę zatrzymać chwile, pozostawić po nich jakiś ślad a po kilku latach zajrzeć do tego tekstu i odnaleźć coś ważnego na nowo. Przypomnieć sobie czym kiedyś żyłam, co mnie ożywiało i przejmowało a zatem jaka byłam. I zapytać samą siebie – czy nadal taka jestem? Czy piasek stale przesypujący się w klepsydrze czasu wyrzeźbił na nowo moje „ja”? I piszę to też dla Was, czyli dla tych, co szukają wciąż wartej przeczytania lektury i którzy jak mniemam cenią w niej podobne jak ja rzeczy. Prawdę uczuć, szczerość i odwagę ich wyrażania. Umiejętność poruszenia w duszy czegoś najważniejszego, czegoś,  co otwiera furtkę do śmiałego wejścia w głąb siebie…Do przejrzenia się w kolejnym zwierciadle niczym w ogromnej sali pełnej luster…

    Wróćmy do książki. Po pierwsze fascynuje mnie sama epoka, w której rozgrywa się akcja powieści. Czasy rządów Ludwika XV, jego wnuka Ludwika Augusta XVI (Kapeta) i jego żony Marii Antoniny a wreszcie terror rewolucji francuskiej. Epoka z jednej strony rozpasanego luksusu i wyzysku, przebogatych, rozłożystych sukien, rozbudowanych, pokrytych pudrem fryzur i doklejanych tu i ówdzie pieprzyków, braku norm moralnych, sztywnej etykiety dworskiej, zakłamania i rozwiązłości seksualnej. A z drugiej czasy skrajnej biedy, cuchnących rynsztoków, braku perspektyw na poprawę losu oraz straszliwej samotności, która dotyczy i dotyczyć będzie tak samo biednych, jak i bogatych. Bo człowiek mimo tego co ma, czy pomimo tego, czego nie ma w środku wciąż pozostaje tak samo złaknionym dobra i akceptacji człowiekiem. A osiągnięcie tego wciąż jest tak samo trudne. Pozostają więc tylko pozory, złudzenia, udawanie, samooszukiwanie się i gonienie za cieniem…

                                                                                              Maria Antonina

   Główna bohaterka powieści, Veronique, trafiając do królewskiego domu rozpusty zwanego „Parkiem jeleni” jako kilkunastoletnia, naiwna elevka – panienka do towarzystwa,  szybko dojrzewa i rozumie tym więcej, im więcej złudzeń traci, im bardziej pożegnać się musi ze swoimi wyobrażeniami i dziecinnymi marzeniami. Ma bowiem grać wciąż taką rolę, jaka jest przez innych oczekiwana i akceptowana. Najlepiej by była jak śliczna, żywa lalka. Gotowa zawsze do zabawy, ale i mająca świadomość tego, że właśnie niczym zużytą lalkę można ją będzie kiedyś wyrzucić w kąt.  O tym m.in. traktuje poniższy fragment powieści:

 

„Kobiety mają w życiu szczególne obowiązki, klarowała nam mademoiselle. Winnyśmy być ujmujące, posłuszne, wolne od perfidii i pozy. Musimy nieustannie kontrolować emocje. Wystrzegać się wszystkiego, co ordynarne. Jedzenia zbyt szybko i zbyt dużo, biegania, podskoków, tupania, podnoszenia głosu, przeklinania, okazywania smutku czy radości. Wiadomość o śmierci bliskiej osoby oraz oświadczyny należy przyjąć z takim samym opanowaniem – powtarzała. Zawsze się uśmiechajcie, czy jest wam wesoło, czy nie. Niech wasze oczy błyszczą, niezależnie od tego, o czym myślicie.”(„Szkoła luster”. s. 78)

 

   Po drugie najważniejszy jest dla mnie w powieści sposób opisania spraw i  uczuć ludzi tamtej epoki, ukazanych głównie poprzez  żywot zwyczajnej dziewczyny a potem kobiety, istoty od której tak niewiele zależy, która może być tylko zabawką w rękach możnych, cynicznych i wszechwładnych panów, i której uczucia nie mają dla nich najmniejszego znaczenia.  Najbardziej chyba ciekawym aspektem owej powieści jest przedstawienie całego życia głównej bohaterki a potem jej córki. Ich naiwności i marzycielstwa przeradzającego się z czasem w mądrą dojrzałość, rezygnację, smutek, rozpacz, gorycz, demencję czy nawet szaleństwo. Ich kompletną bezradność wobec sztywnej roli, którą na nich nałożono. I próby odnalezienia w tym wszystkim odrobiny szczęścia. A tego szczęścia na równi przecież poszukują magnaci, żebracy i prostytutki. Królowie i służący. Gospodynie i hrabiny na włościach.  Prostacy i szlachcice. I wszystkim ono umyka niczym niepochwytny motyl….Ale dla wszystkich bezcenne są chwile, których nie da się kupić za wszystkie dobra świata. Chwile, które się nagle znikąd pojawiają i błyszczą w sercu niczym najcenniejsze brylanty. A zdarzają się wówczas, gdy czuje się, że ktoś nas akceptuje takim, jakim jesteśmy, gdy czujemy spokój, dobro, miłość, wzajemne zaufanie i bezpieczeństwo, gdy nie męczą złe sny i przeczucia, gdy nie musimy gonić za niczym, zazdrościć nikomu, ale po prostu poczuć się dobrze tu i teraz, w swojej skórze, w swojej codzienności, w swojej epoce. A wszystkie epoki, choć na pozór tak różne, to przecież bardzo są do siebie podobne. I w tamtej, osiemnastowiecznej i w obecnej tak samo dużo jest niesprawiedliwości, niepewności i zakłamania. Lecz my na ogół widzimy tylko część prawdy. Tę, którą rządzący chcą abyśmy dostrzegali. I póki tylko mogą korzystają z władzy aby uszczknąć dla siebie tak dużo jak się da. A zwykli ludzie znoszą wszystko potulnie aż do czasu gdy czara niesprawiedliwości i bezwstydu się przeleje i znowu jakaś rewolucja nie ogarnie mas….Bo przecież ludzie się nie zmieniają a historia lubi się powtarzać, czyż nie?

 

                                                                                            rewolucja francuska

„Nie ma dnia bez zamieszek i demonstracji. Przeciwko rosnącym cenom, spekulantom żywności, kontrrewolucjonistom ukrywającym się wśród „prawdziwych patriotów”(…) A król? Ludwik XVI? Uwięziony z całą rodziną w Temple. Ludwik Ostatni – jak mówią o nim teraz na ulicach, bo Francja jest już republiką wolną od królewskiej władzy.(…) To nie do wiary, że był kiedyś tylko Ludwikiem Augustem, niezgrabnym chłopcem na pałacowym dachu, marzącym by uciec na morze, myśli Marie-Louise.Przekupki z Les Halles nazywają Ludwika wieprzem o nienasyconym apetycie. A jego żonę – harpią sycącą się francuskimi pieniędzmi(…) Austriacką suką odpowiedzialną za wszystkie nieszczęścia Francji”, („Szkoła luster”,s.343-344)

 

   Nie chcę i chyba nie powinnam pisać więcej o treści „Szkoły luster” aby nie zdradzić nic z jej fabuły, aby zachować ciekawość przyszłych czytelników, co do losów jej bohaterek. Tak czy siak pewna jestem, że warto wziąć tę powieść do ręki. Warto poświęcić na nią kilka wieczorów. Na pewno nie był to zmarnowany czas…

   Autorka książki, filolog -  anglista Ewa Stachniak mieszka od dawna w Kanadzie. I napisała tę i kilka innych powieści w języku angielskim. A na język polski przy aprobacie autorki przetłumaczyła je świetnie Ewa Rajewska. Okazuje się, iż powieści E.Stachniak są znane i poczytne w wielu krajach. Jestem dumna, że polska autorka jest w świecie tak bardzo ceniona. I doczekać się nie mogę, kiedy będę mogła poznać inne książki tej pisarki. Muszę podpowiedzieć bibliotekarkom w mojej bibliotece by koniecznie zakupiły inne jej dzieła. Spodziewam się, że zanurzona w kolejnych jej powieściach znowu będę mogła uczestniczyć w prawdziwej uczcie literackiej. Bo przecież tylko takim ucztom warto poświęcać czas i umysł. Od tego się nie tyje, od tego zdrowie nie szwankuje a wręcz przeciwnie pojawia się w duszy kolejna, nieznana dotąd komnata, którą można po swojemu wypełniać myślami, emocjami, skojarzeniami i wspomnieniami.

   Pragnąc nadal pozostać w klimacie tamtej epoki obejrzałam sobie na CDA film Sofii Coppoli pt”Maria Antonina” z 2006 r. Szukałam w nim podobnej głębi, podobnej refleksji co w książce Ewy Stachniak. Dotknąć chciałam prawdy psychologicznej, odnaleźć coś ludzkiego i przejmującego w osobie ostatniej królowej Francji. Tej, co otaczała się niewyobrażalnym wręcz bogactwem, nie mogąc znaleźć prostego szczęścia czy też miłości w sobie i obok siebie.  Nieoczekiwanie zalała mnie fala współczucia. Znalazłam bowiem w tej postaci sporo smutku, samotności i niedojrzałości, bezradności i śmieszności, fatalizmu i naiwności. Znalazłam, bo chyba tego właśnie wypatrywałam. Każdy pewnie znajduje to, czego szuka. Ale jaka naprawdę była Maria Antonina? Tego nie wie chyba nikt. Wiadomo jednak, że przypisywane jej słowa o tym, iż lud skoro nie ma chleba powinien jeść ciastka nie wyszły tak naprawdę z jej ust. Aż tak cyniczna, bezmyślna i okrutna jednak nie była, lecz komuś zależało by w takim świetle ją potomnym przedstawić…Owo zdanie jest częścią legendy przypisywanej owej nieszczęsnej kobiecie, wprzęgniętej w tryby historii i potraktowanej z całym okrucieństwem tamtej epoki… Dzisiaj też zresztą przypisuje się wielu osobom stwierdzenia, które wcale nie były przez nie wypowiedziane, lecz media wmawiają nam coś zupełnie innego. Plotki, pomówienia, oszczerstwa mają się świetnie i nadal odgrywają ogromną rolę w kształtowaniu opinii publicznej - niezależnie od epoki. A o Marii Antoninie ciekawie piszą np. w poniższym artykule w Oko. Press:

Artykuł o Marii Antoninie

 

                                                                                                fotos z filmu

   I jeszcze wspomnieć chcę na koniec o pewnym indywiduum, które żyje obecnie a które ze swoim umiłowaniem do luksusu jak ulał pasowałoby do epoki Ludwika XV. Pewnie zresztą tego typu postaci znaleźć można dzisiaj na pęczki. Bo przecież zawsze byli i istnieć będą tacy, co pchają się do władzy dla spodziewanych zysków, dla ogromnych bogactw i lukratywnych  apanaży. Otóż przeczytałam artykuł o obecnym wiceministrze rolnictwa, Michale Kołodziejczaku, który kocha się w drogim obuwiu i bez najmniejszego wstydu chwali się tym, że paraduje po budynku Sejmu w mokasynach za 17 tys. zł….Tylko czekać aż sprawi sobie fryzurę w stylu Marii Antoniny!:-)))

Drogie buty Kołodziejczaka


"Szkoła Luster", Ewa Stachniak, wyd. Znak, Kraków 2022, 485 s.

wtorek, 12 marca 2024

Ciemna strona…słońca

 


 

    To nieprawda, przecież słońce to nie księżyc i nie ma ciemnej strony. Jednak w moim tekście mowa będzie o Australii, krainie która powszechnie kojarzona jest ze słońcem, beztroską, wolnością i tęczowym snem na jawie. I cóż, także ta cudowna kraina ma niestety swoją ciemną stronę, choć wielu o niej nie wie a może nie chce wiedzieć, bo łatwiej i przyjemniej się żyje, jeśli postrzega się dalekie strony jako baśniowe ostoje spełnionych marzeń. Ale wszystko na tym świecie ma swój awers i rewers a to, co na pozór wygląda idealnie, bardzo często skrywa pod podszewką brud, cierpienie i zło. A nie mówienie, czy nie pisanie o tym niczego nie zmienia. Wręcz przeciwnie. Sprawia, że jeśli nie wyciągnie się odpowiedniej lekcji z pewnych kart swojej historii, to zło w takim czy innym wydaniu może się powtórzyć i w przyszłości zahaczać swym ostrym pazurem nie spodziewające się niczego istoty.   

   Dawno już nie pisałam o Australii a kiedyś zdarzało mi się to dość często. Jest tak z dwóch powodów. Po pierwsze moje wspomnienia stamtąd już coraz bardziej bledną, zacierają się a niektóre zupełnie znikają. A po drugie mocno rozczarowało mnie czy nawet zraniło wyjątkowo zamordystyczne podejście władz Australii do problemów covidowych w latach 2020 - 2022. Zamieszczałam tu na blogu teksty o ogromnych protestach Australijczyków przeciwko drastycznym obostrzeniom i przymusowi szczepień z tamtego okresu (a były to chyba najsroższe i najbardziej dotkliwe obostrzenia na całym świecie). Relacjonowałam policyjny terror panujący na ulicach Melbourne. Pobicia, aresztowania, odbieranie praw obywatelskich, zwolnienia z pracy. Smutno mi było, przykro i wstyd, że kraj który kiedyś pokochałam, który wspominałam jako oazę wolności i słonecznej sielanki stał się w tamtym czasie ponurym przedsionkiem piekła.

   Kilka lat temu pisałam na blogu o smutnej historii Aborygenów (https://wewanderers.blogspot.com/2019/02/aborygeni-lud-zamierzchy-lud-wspoczesny.html. 

   To wyjątkowo ciemna karta z dziejów Australii. Ale nie jedyna, niestety…Bo jest i następna, o której mam zamiar napisać właśnie dzisiaj. Otóż chcę Wam opowiedzieć o strasznym procederze, który przez wiele lat krzywdził dziesiątki tysięcy dzieci, przymusowo zwożonych z Wielkiej Brytanii do sierocińców i na farmy australijskie. Były tam wykorzystywane jako tania siła robocza, poddawano je przemocy seksualnej, głodzono, maltretowano, poniżano, separowano na zawsze od rodzin i okłamywano, że ich bliscy pomarli lub się ich wyrzekli. Aby oddać grozę położenia owych nieszczęśliwych, małych migrantów przytaczam poniżej zestaw kar jakie nakładano na dzieci w australijskich sierocińcach. Kar za jakiekolwiek nieposłuszeństwo czy tak błahe rzeczy jak np. moczenie nocne. Było to np. zamykanie w ciemnej piwnicy, w szafie lub w maleńkiej celi i stanie przez wiele godzin w jednej pozycji, polewanie zimnymi prysznicami, nakaz chodzenia nago pośród rówieśników,  czy całodzienne pozbawianie jedzenia i picia. Taki sam zimny chów obowiązywał zresztą także od dawna w angielskich  domach dziecka ( tu przypomina się np. okropny przytułek, do jakiego trafiła Jane Eyre, bohaterka powieści Ch.Bronte). Nikt nie zastanawiał się wówczas nad uczuciami i prawami małych podopiecznych. Były niczym więcej jak żywymi przedmiotami, z którymi wolno było robić wszystko, co tylko bezlitosnym wychowawcom przyszło do głowy.

   Taka przymusowa emigracja dzieci odbywała się nie tylko w stronę Antypodów. Królestwo Wielkiej Brytanii wysyłało bowiem dzieci do wszystkich swoich zamorskich terytoriów. Do Kanady, Nowej Zelandii, RPA i Zimbabwe. Wszędzie czekał je podobny los. Praca ponad siły, krzywda, izolacja, ból fizyczny i psychiczny. Trauma i wpływający na dorosłe już życie ciężki uraz psychiczny.



    Przyczynkiem do podjęcia tego tematu jest przeczytana przeze mnie jakiś czas temu książka pt. „Skazane na poniewierkę”.  Autorka, Diney Costeloe opisuje w swej powieści historię dwóch dziewczynek Rity i Rosie, które na jakiś czas były oddane do sierocińca przez matkę ( wdowę po lotniku) a wkrótce zostały bez jej wiedzy i zgody wysłane do Australii. Obiecywano im tam radosne, pełne swobody, wspaniałe życie wśród plaż, słońca i pomarańczy. Życie, które miało wyglądać jak niekończące się, cudowne wakacje a w rzeczywistości stawało się okrutną poniewierką i dojmującą samotnością, pozbawieniem prywatności i prawa do posiadania rzeczy osobistych a do tego zupełnym uzależnieniem od psychopatycznych wychowawców, dysfunkcyjnych rodzin zastępczych i nieludzkiego, biurokratycznego systemu opieki społecznej. W istocie te dzieci były ubezwłasnowolnionymi, młodymi istnieniami, które dały się plastycznie kształtować i wykorzystywać zgodnie z potrzebami władz danych państw. Białymi istotami mogącymi stanowić przeciwwagę dla zbyt dużej, zdaniem anglosaskich biurokratów, ilości tubylczych Aborygenów, czarnoskórych czy też Indian, sprawiających samozwańczym panom tychże ziem mnóstwo problemów i przysparzających pracy.

 


   Wróćmy jednak do początku powieści…Już sam fakt, że matka może oddać swoje dzieci do sierocińca czy przytułku – przeraża, budzi oburzenie, sprzeciw i gniew. Mimo wszystko czytelnik stara się zrozumieć postępowanie owej nieszczęsnej kobiety, wytłumaczyć je jej trudną sytuacją rodzinną, słabym charakterem, kompletną zależnością od ojczyma dziewczynek, tyrana, który zmusił kobietę do wyrzeczenia się własnych dzieci. Jednak wstrząsający los, który potem jest udziałem dwóch bezbronnych dziewczynek budzi tak wielkie współczucie, że nie udaje się znaleźć dla ich matki wystarczającego usprawiedliwienia jej postępku. I choć żal także owej biednej, bezwolnej i zastraszonej kobiety, zmuszonej do tak nieludzkiego zachowania, to jednak znacznie bardziej żal jej córeczek. Niczemu przecież niewinnych. Pragnących po prostu żyć bezpiecznie w domu rodzinnym, ufnym w miłość i opiekę swej rodzicielki a tak nagle i bezwzględnie z tego co znane i kochane wyrwanych.

    Akcja książki rozpoczyna się w Anglii, tuż po zakończeniu drugiej wojny światowej, jednak proceder, o którym mowa trwał od lat dwudziestych do siedemdziesiątych dwudziestego wieku. Oddano w tym okresie do sierocińców ok. 500 tys. maluchów a wywieziono z kraju ponad sto pięćdziesiąt tysięcy dzieci w wieku przeważnie od siedmiu do dziesięciu lat, odciążając w ten sposób niewydolny brytyjski system opieki społecznej i jednocześnie zasilając tanią siłą roboczą docelowe kraje zesłania. Twórcy i wykonawcy owego masowego odsyłania dzieci tłumaczyli go różnie. Np. chęcią pozbycia się z kraju hołoty i biedoty nie rokującej według nich szans na poprawę swej sytuacji. Innym razem znowu usprawiedliwiali się potrzebą zasilenia byłych kolonii brytyjskich dawką nowego, dobrego materiału genetycznego oraz chęcią dania swym podopiecznym dobrego zawodu na przyszłość (np. farmera).

   Większości obywateli wydawało się,  iż ówczesnemu systemowi opieki społecznej przyświecały szczytne ideały. Jego założeniem było wszak umieszczanie w sierocińcach tylko tych dzieciaków, których rodziny były rozbite (samotna matka), ubogie, nie rokujące szans na wyjście z zaklętego kręgu powielania życia w skrajnej biedzie i zależności od państwa. Dlatego też ów proceder zamykania dzieci w domach opieki oraz w odsyłaniu do innych krajów trwał tak długo. Wielu zdawało się, że nic złego się z owymi malcami nie dzieje. A wręcz przeciwnie, dużo zyskują, od kiedy państwo wzięło na siebie odpowiedzialność za ich życie. Wygodniej im było nie wiedzieć. I dopiero po wielu latach okazało się jak z tą państwową opieką było naprawdę. Jak wiele cierpień i niesprawiedliwości było udziałem owych młodych Anglików oraz ich rodzin.  

   Oczywiście książka, o której wspominam nie jest dla mnie jedynym źródłem informacji o losie wysyłanych do Australii dzieci. Będąc w kraju koali zetknęłam się już z tą tematyką. W 2009 roku  głośna była sprawa przeprosin wystosowanych przez ówczesnego premiera Australii, Kevina Rudda w stosunku do zesłanych kiedyś do jego kraju białych dzieci, nazywanych obecnie zapomnianym pokoleniem, zapomnianymi Australijczykami (forgotten generation) .  „Przepraszam za tragedię utraconego dzieciństwa. Przepraszam, że jako dzieci zostaliście oderwani od swoich rodziców i umieszczeni w instytucjach, gdzie padaliście ofiarą nadużyć. Przepraszam za psychiczne cierpienia, emocjonalny głód i brak miłości, czułości oraz troski” – mówił wtedy premier a starsi już ludzie, do których trafiały te przeprosiny (dotąd ok. siedem tysięcy wywiezionych niegdyś do Australii osób mieszka żyje nadal w tym kraju) płakali jak dzieci przypominając sobie to wszystko, czego kiedyś doświadczyli, do czego przez lata byli zmuszani. Wszak tamte wydarzenia z dzieciństwa wywarły wpływ na resztę ich życia. Na skutek młodzieńczych traum, poczucia separacji i odtrącenia wielu z nich nie potrafiło nawiązać bliskich relacji z innymi ludźmi. Doświadczało depresji i stanów lękowych. Miało problemy tożsamościowe oraz zaburzenia osobowości.  Czy takie oficjalne przeprosiny mogły tu cokolwiek zmienić, naprawić? Może tylko tyle, że osoby owe nareszcie mogły zacząć mówić głośno o swoich problemach. Zacząć szukać pomocy u specjalistów. Spotykać się z innymi, doświadczającymi podobnych stanów ludźmi.

   W jakiś czas potem podobne przeprosiny w stosunku do tychże zapomnianych dzieci wystosował premier Wielkiej Brytanii, Gordon Brown.

 


   A wracając do książki Diney Costeloe „Skazane na poniewierkę”. Uważam, że jest dobrze, z dużą umiejętnością wczucia się w swych bohaterów napisana. Trzyma w napięciu. Wzrusza i przejmuje. Na długo pozostaje w pamięci. Sprawia, że człowiek zastanawia się jak by sam postąpił na miejscu owych dwóch dziewczynek. A wreszcie najważniejsze pytanie: jak potoczyły się losy Rity i Rosie? Czy mimo wszystko udało im się odnaleźć w życiu szczęście? Czy spotkały się w końcu z mamą albo ukochaną babcią? Jak zmieniły je te wszystkie traumatyczne doświadczenia?  W czytelniku budzą się też refleksje jak wiele z jego własnych przeżyć z dzieciństwa wywarło silny wpływ na zachowanie, psychikę, na dalsze koleje życia. Wielu z nas nosi wszak w sobie jakiś żal czy gniew, jakieś wspomnienie odległego cierpienia, które do dzisiaj sprawia, że jesteśmy tacy a nie inni. Wielu też dzięki dawnym traumatycznym przeżyciom potrafi lepiej zrozumieć przeżycia innych, słuchać ich, rozmawiać i pomagać im otworzyć się, uwolnić z siebie demony i zmory, które tkwią w duszy od dawna i sprawiają, że wciąż coś tam w środku boli i uwiera…I choć na zewnątrz widać kolorową i promienną, pachnącą eukaliptusem, pocztówkową Australię, to wewnątrz skrywa się i boi ujawnienia ciemna strona słońca…

 


„Skazane na poniewierkę” , Duney Costeloe, wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2015, 606 stron

Poniżej zamieszczam link do krótkiego filmu dokumentalnego na temat zapomnianych Australijczyków. M.in. posłuchać tam można kilku wypowiedzi osób, które na własnej skórze jako dzieci doświadczyły wielu tych wszystkich strasznych rzeczy, o których piszę powyżej.



niedziela, 5 listopada 2023

Nie samym pięknem…

 


 

   Piękny był dzisiaj wschód słońca. Spektakularny, ale i trochę niepokojący, bo wbrew woli kojarzący się z łuną pożogi, z krwawym odblaskiem toczących się na świecie i wciąż nawarstwiających konfliktów. Jednak te niesamowite odcienie głębokiej czerwieni, swobodnie przenikające się z fioletem i złotem widoczne były tylko przez moment. Potem niebo bardzo szybko zszarzało, zachmurzyło się i powróciło do swej zwyczajnej, listopadowej, jakże kojącej odsłony. We mnie jednak pozostało wspomnienie tego poranka. Mam je też na kilku zdjęciach a patrząc na nie dzielę się z Wami moimi refleksjami…



   Nie samym pięknem człowiek żyje, nie samym dobrem, nie marzeniami, nie złudzeniami i pobożnymi życzeniami, nie wierszami, muzyką, literaturą, zachwytem i wyłącznie pozytywnymi wzruszeniami. Jednak gdyby nie to wszystko, jakżeby w ogóle żył? Jak zniósłby napór zła i ponurych wieści płynących zewsząd? Jak mógłby zapomnieć o nieuchronności śmierci? Jak dałby radę po prostu cieszyć się swoją codziennością, gdyby nie próbował odciąć się od strumyczków strachu, zgrozy i niedobrych przeczuć usiłujących wedrzeć się do serca najmniejszą chociażby szczelinką?

   Tak więc każdego dnia buduje sobie człowiek swoją tratwę ratunkową. Naprawia ją i łata bezustannie. Co mu gdzieś jakaś deska odpadnie, to przytwierdzi kolejną. Co go zdoła liznąć albo i zalać nagła fala bezwzględnego oceanu, to przemieści się w inny kąt tratwy, to przytrzyma się i skuli jeszcze mocniej by ustrzec się przez następną groźną falą. A potem przemoczony do nitki wpatruje się  w odległy horyzont, bo cokolwiek by się wokół niego i w nim nie działo, to gdzieś tam wciąż kryje się jakaś uparta siła, bo z tej oddali dociera do niego światło nadziei czy chociażby złudny blask wiecznotrwałych wspomnień…

   Człowiek nie jest bezbronny i nagi, choć często tak mu się zdaje. Wypracował sobie swoje sposoby na ucieczkę przez niechcianymi myślami, przed samym sobą. Każdy robi to po swojemu. Świadomie albo nieświadomie. Ale robi. By żyć. By dojść aż do końca przeznaczoną dla siebie drogą. Bywa, iż od natłoku lęków, od tego irytującego permanentnego straszenia wokół ratują go jego własne, codzienne problemy. Skwapliwie zatem odcina się od tego, co daleko. Z uwagą patrzy na to, co naprawdę jest jego życiem. Wszak bliższa koszula ciału…I od nowa podejmuje wyzwania, którym musi sprostać, ponieważ nikt inny tego za niego nie zrobi. Działa, jak tylko może, usiłuje mieć na coś wpływ, bo często go ma, choć zdarza mu się w to wątpić. Jednakże samemu sobie wydaje się tak słaby, tak nic nieznaczący. Ale musi przecież zająć się kimś bliskim i bardzo chorym. Musi choćby spod ziemi wyciągnąć jakieś grosze by zacząć spłacać długi. Musi nie ustawać w znalezieniu nowej pracy, choć w tak wielu miejscach usłyszał już odpowiedź odmowną. I musi też znieść znajomy ból a nawet przyzwyczaić się do niego i zaakceptować, bo próbował już wszystkiego i wie, że pewnych boleści niczym nie da się uśmierzyć…

   Czasem bywa jednak i tak, że w najmniej spodziewanym miejscu pojawia się nadzieja. Ukazuje się niby zardzewiała furtka pośród gąszczu kolczastych jeżyn albo dzikich róż. I wówczas czuje się podświadomie, iż można znaleźć dla siebie pocieszenie, źródło nadziei i mocy w poznawaniu przejmujących, cudzych historii. W zbliżeniu się do ogromu czyjejś krzywdy. W spojrzeniu w czarne czeluści czystego zła, z którym ktoś inny musiał się jakoś uporać, jakoś je przetrwać, choć nam wydają się one niemożliwe do przetrwania, do ocalenia chęci na kontynuowanie dalszego życia.  I myśli sobie człowiek, że skoro ten ktoś w tak okropnym położeniu dał sobie radę, skoro potworna rzeczywistość nie zdołała zgasić w nim ducha, to może i jemu się uda. Szuka więc w sobie podobieństw do uczuć tamtej, cierpiącej osoby. Znajduje ich wiele i przegląda się w nich jak w lustrze. I zagłębia się coraz namiętniej w czyjś los, niemal masochistycznie nurzając się w morzu cierpienia, ucząc się jednak przy tym jak umieć sobie z własnym losem, z własnym cierpieniem poradzić i w końcu wypłynąć na powierzchnię. Bolesna to nauka i wiele razy w trakcie jej poznawania przyjdzie człowiekowi oparzyć się albo zachłysnąć się goryczą, niechęcią, wstydem i beznadzieją. Wiele razy zdarzy się przerazić niekończącym się złem, które zdaje się tryumfować i coraz bardziej ranić. Jednak okazuje się, iż takie dosadnie bolesne lekcje, takie przerażające wejścia w pełne płomieni zwierciadła prawdy bywają niekiedy jedyną możliwością wyjścia z matni, odnalezienia upragnionego ratunku i doczekania kolejnego wschodu słońca.




   Piszę o tym tuż po lekturze bardzo dobrze napisanej, wstrząsającej powieści autorstwa Anny Ellory pt. „Króliki z Ravensbruck”.  Akcja książki toczy się w dwóch wymiarach. Jednym z nich jest współczesność i główna bohaterka Miriam opiekująca się swym umierającym ojcem. Drugim są czasy drugiej wojny światowej  i pochodzące z tamtego okresu listy Friedy, więźniarki obozu koncentracyjnego w Ravensbruck. Miriam pogubiona wewnętrznie, przeraźliwie samotna i poraniona po trudnym do zerwania związku z psychopatycznym mężem, z zapartym tchem wczytuje się w owe listy. Zagłębia się w  bolesne zwierzenia młodej kobiety wrzuconej nagle w same czeluści piekieł obozowej rzeczywistości. A czytając opowieść tamtej, coraz więcej dowiaduje się o samej sobie, zaczyna rozumieć w jakim miejscu sama tkwi i co powinna zrobić by wreszcie próbować się wyrwać z własnej, zawłaszczającej ją otchłani.

   Jestem pełna podziwu dla autorki książki za umiejętność opisania ogromu trudnych emocji miotających obiema głównymi bohaterkami. A mój podziw jest tym większy, gdy zdam sobie sprawę, iż Anna Ellory jest literacką debiutantką. Do czasu publikacji „Królików z Ravensbruck” pracowała jako pielęgniarka w jednym ze szpitali w Wielkiej Brytanii. I domyślam się, że właśnie tam dowiedziała się tak wiele o nieskończenie wielu rodzajach cierpienia ludzkiego i o podejściu do niego pacjentów, z którymi miała do czynienia. Ale nie udałoby się jej pewnie tak prawdziwie i przejmująco przedstawić tej historii, gdyby sama nie nosiła w sobie jakiegoś ziarenka cierpienia. Ziarenka, które pozwoliło jej na wczucie się w przeżycia Miriam i Friedy, na umiejętność dotarcia do serc wrażliwych czytelników. „Króliki z Ravensbruck” nie są jedną z wielu podobnych do siebie opowieści o zgrozie obozów zagłady. To pełna psychologicznych tropów i aluzji wędrówka po meandrach kobiecej duszy. Duszy, która w każdych czasach, w każdym położeniu mimo wszystko ma szanse na zwycięstwo w walce z gnębiącymi ją demonami i która swoim przykładem, swoją odwagą i chęcią przetrwania pomóc może następnym, zagubionym we własnym labiryncie cierpienia duszom.

   Nie tylko pięknem człowiek żyje, ale cudownie jest, gdy to piękno ukazuje się oczom, które zwątpiły już w jego istnienie. Piękno, które jest ponad wszystko, co złe i chore. Piękno, które z niczym złym się nie kojarzy. Piękno, które trwa i trwać powinno w każdych czasach…

 

*Anna Ellory, „Króliki z Ravensbruck”, wyd. Prószyński i S-ka”, Warszawa 2020, 446 s.

 



środa, 11 października 2023

Nastrój minionych epok…

 



   Czy pamiętacie stary, kilkuodcinkowy polski serial „Z biegiem lat, z biegiem dni”?  Opowiadał on o losach paru rodzin krakowskich żyjących pod koniec XIX i na początku XX wieku. Jego scenariusz oparty był na kilku powieściach i sztukach z tamtych czasów. Między innymi na „Domu otwartym” M. Bałuckiego oraz na „Moralności pani Dulskiej” G. Zapolskiej. Bardzo lubiłam kiedyś ten serial z powodu świetnie oddanego w nim nastroju przełomu epok i atmosfery samego, zanurzonego w dekadencko-purytańską aurę Krakowa. Ceniłam go również ze względu na świetną obsadę (grali tam głównie krakowscy aktorzy tacy jak np. : A. Polony, T. Budzisz-Krzyżanowska, E. Kolasińska, J. Radziwiłłowicz, J. Stuhr, J. Nowicki) i zapadające w pamięć historie ludzkie, które opowiedziane były tak, że przykuwały uwagę i budziły żywe emocje oraz refleksje nad kondycją człowieka, nad obowiązującymi wtedy i dzisiaj obyczajami.



   Chętnie obejrzałabym po raz kolejny te odcinki, ale niestety, nie znalazłam ich nigdzie w necie. Ot, tylko niewielkie, budzące ochotę na więcej fragmenty. Widać na nich niektóre pamiętne sceny z serialu, ale przede wszystkim objawia się tam mglisty i tajemniczy, oświetlony lampami gazowymi Kraków, szeleszczą długimi sukniami z tiurniurami panie w ogromnych, pełnych ozdób kapeluszach, krążą po brukowanych uliczkach podobne do czarnych irysów sylwetki panów w cylindrach albo melonikach, wyłaniają się spośród migotliwych płomyków świec i lamp naftowych wnętrza mieszczańskich kamienic pełne gdańskich szaf, wielkich kredensów i drewnianych, ozdobionych misternymi rzeźbieniami zegarów. Prawie czuje się przenikający wszystko zapach gorącego wosku, naftaliny, delikatnych perfum, cygar albo podłego piwa sączonego przez bohaterów w podejrzanych szynkach i spelunkach, wszechobecnych na ulicach końskich odchodów oraz mdłej woni przypalonej kapusty dochodzącej z mieszkań w suterenach czy odoru zgnilizny unoszącej się z przepełnionych rynsztoków. Piękno i brzydota, czystość i brud, romantyzm i turpizm, beztroski uśmiech i jęk rozpaczy przenikające się wzajemnie, nieodłączne, będące sednem prawdziwego żywota.

                                                              fotos z serialu "Z biegiem lat, z biegiem dni"

   Rzecz jasna, te króciutkie, odnalezione w necie kawałeczki serialu wcale nie zaspokoiły mojego apetytu na ciekawe opowieści toczące się na przełomie ubiegłych wieków. Wręcz przeciwnie. Tak już mam, że gdy wejdę w jakiś odpowiadający mi klimat, w jego specyficzny koloryt, nie chcę się z nim żegnać, ale wchodzić głębiej i głębiej. Wczuwać się tak mocno, że prawie tam być. Przy okazji przypomniało mi się, jak kiedyś czytając na głos mojej córce „Władcę pierścieni” obie tak mocno to przeżywałyśmy, że nawet idąc potem na spacer po lesie wyobrażałyśmy sobie, że to mokradła, które przemierzał Frodo i śledzący go Gollum. Z każdej kałuży mrugał do nas złoto magiczny pierścień a za każdym drzewem krył się ork, elf albo krasnal…Wyobraźnia szalała, rzeczywistość baśniowo się przekształcała i było to cudowne uczucie.

 




   Nie dziwota więc, że ucieszyłam się, przypadkiem natrafiając w mojej bibliotece na literaturę ułatwiającą mi wejście w epokę końcówki Pozytywizmu, następnie Młodej Polski a wreszcie dwudziestolecia międzywojennego. Z radością odkryłam też, iż akcja owych książek toczy się nieomal dokładnie w tych samych miejscach, co serial „Z biegiem lat, z biegiem dni”. Ach, była to prawdziwa uczta dla mnie!

 




   „Gra pozorów” oraz „Światło i cień” to dwa tomy z trzytomowej serii pod zbiorczym tytułem: „Kuchennymi drzwiami” autorstwa Katarzyny Majgier. Na trzeci tom jeszcze poluję, ale mniemam, że będzie równie dobry jak poprzednie. Głównymi bohaterami serii są przedstawiciele różnych warstw społecznych, przede wszystkim chłopstwa, robotników i mieszczaństwa, choć nie brak w niej także postaci reprezentujących wyższe sfery takie jak kler, ziemiaństwo i szlachtę. W powieści znaleźć można mnóstwo smacznych nawiązań do klasyki literatury napisanej ponad sto lat temu oraz do tak znanych postaci żyjących w tamtych czasach, jak Reymont, Wyspiański, Tetmajer, Rydel czy Zapolska.   Jednak najważniejsi są zwyczajni, pełni emocji, marzeń, lęków i rozczarowań, podobni do nas ludzie.




   Na kartach powieści śledzimy między innymi dzieje  Zosi, brutalnie zwolnionej z pracy młodej, ciężarnej służącej. Z rosnącą fascynacją podążamy za Florianem, szukającym swego miejsca w życiu, marzącym o literackiej karierze barwnym młodzieńcu.  Spotykamy bezwzględnie uwodzącego chłopki arystokratę Karola oraz odpłacającego się pięknym za nadobne dziarskiego chłopa Klemensa. A to wszystko w dawnym, nieco dusznym, lecz jednocześnie pełnym nieuchwytnego uroku Krakowie albo na podobnej do reymontowskiej wsi polskiej. Akcja toczy się pośród żyjących pozorami, uwikłanych w tradycyjne role społeczne i ogromnie przywiązanych do nich ludzi tamtych czasów. Wśród podobnych do rachitycznych kwiatków dziewcząt i kobiet, zupełnie zależnych od mężczyzn, uwięzionych w ciasnych gorsetach narzuconych im powinności oraz uprzedzeń. Wśród mężczyzn zupełnie zepsutych moralnie, lecz przyznających sobie prawa do oceniania, poniżania i tłamszenia swych żon, córek i ubogich krewnych. Między szukającymi swego miejsca w życiu ubogimi dziećmi z nieprawego łoża albo świetnie uposażonymi potomkami szanowanych rodów także nie wiedzących co ze sobą począć.



    Lecz najbardziej interesujące z całej tej galerii wielokolorowych istot wydają się nietuzinkowe postaci żeńskie. Te, które  próbują wymknąć się skostniałym zasadom społecznym i wbrew wszystkiemu zmienić je. To m.in. utalentowana artystycznie a przy tym zakochana w innej kobiecie krawcowa Franciszka, czy też Klementyna, interesująca się fotografią, odważna i szczera córka prostej chłopki. Autorka wnikliwie i wzruszająco opisuje  losy i emocje pełnokrwistych, budzących sympatię a często i współczucie ludzi, którzy próbują walczyć o siebie, którzy mimo  ogólnego zakłamania i przenikającej wszystko gry pozorów chcą być sobą i pragną odrobiny osobistego szczęścia. Losy bohaterów powieści splatają się ze sobą w bardzo zaskakujący nieraz sposób a lęk przed opinią publiczną oraz wynikające z niego tajemnice ciążące nad nimi wywierają znaczący wpływ na nich oraz na życia napotkanych przez nich osób. 



  Nie brak również w cyklu „Kuchennymi drzwiami” wątków sensacyjno - kryminalnych czy też nawiązania do spraw i faktów mocno zajmujących umysły współczesnych Krakowian. Tych prostych i tych lepiej wykształconych.  Pogrzebów znanych Polaków, głośnych wesel, pierwszych automobili, odniesień do najnowszych trendów w modzie i malarstwie a nawet do tragedii Titanica. A przede dostrzec można w książkach K.Majgier subtelną i porozumiewawczą zabawę autorki z czytelnikiem w odczytywanie tropów literackich oraz delikatnych nitek łączących je z rzeczywistymi zdarzeniami z tamtych epok.

   Jeszcze na koniec pytania do samej siebie. Dlaczego właściwie tak fascynuje mnie tamta epoka przełomu wieków? Czy chciałabym żyć w tamtych czasach? Cóż,  zawsze uwodziła mnie swym delikatnym, nieco baśniowym urokiem przeszłość sprzed ponad stu lat. Tak bardzo niepodobna do naszej, jak gdyby snem była albo lśniącym w oddali mirażem. Odnoszę wrażenie, iż świat wydawał się wtedy prostszy, bezpieczniejszy, niż dzisiaj, cichszy, skupiony na rzeczywistych przeżyciach, spotkaniach i rozmowach. Czy ludzie byli wówczas szczęśliwsi, niż dzisiaj? Nie da się i chyba nie powinno tego oceniać. Wszystko jak zawsze zależy od konkretnego człowieka, od jego położenia, urodzenia, układów, w jakich przyszło mu żyć. Biedacy wszystko by wówczas zrobili by poprawić swój los i znaleźć się na miejscu jakiegoś bogacza, który z ich punktu widzenia rodząc się w majętnej rodzinie miał wszystko, co człowiekowi do szczęścia może być potrzebne. Z kolei bogacze, otoczeni drogimi meblami, powozami, precjozami, bardzo często tkwili między nimi niczym ptaki w złotej klatce. Zasznurowani w ciasne gorsety tradycji i obyczajów, niezdolni do zmiany swojego przeznaczenia, do wzięcia spraw w swoje ręce i w imię realizacji marzeń zdecydowania się na skok w głęboką wodę. Nigdy nie było łatwo i chyba nie ma idealnych do życia czasów. Jednakże brakuje mi wyraźnie wyczuwalnej kiedyś a dzisiaj prawie nie do znalezienia między ludźmi nutki romantyzmu, pasji, odwagi, siły ducha i szlachetności. 



   Brakuje mi też tamtego piękna, elegancji i subtelności na co dzień w zachowaniu, ubiorze i języku. Czy jednak zamieniłabym się z taką Zosią, Klementyną, czy Franciszką z „Gry pozorów” oraz „”Światła i cienia” i w tamtych realiach chciałabym doświadczać tego, co one? Nie, wystarczy mi, że przeżywam to wszystko w wyobraźni, że pojawia mi się to w ostatnich, najbardziej głębokich snach nad ranem. Wówczas wędruję razem z nimi przez otulony mgłą Kraków, albo przez błotniste dróżki podkrakowskich wiosek. Unoszę rąbek długiej sukni by nie uwalać jej błotem. Słucham hejnału z wieży mariackiej patrząc na okutane w kraciaste chusty kwiaciarki, na śmigłych chłopców na posyłki, pochylonych nad pracą pucybutów i dorożki stukające monotonnie po lśniącym od deszczu bruku.  Spotykam tamtych ludzi w pewien sposób niewinnych, bo nieświadomych, jak w niedalekim czasie ogromnie się ten świat zmieni i jak bardzo następne pokolenia tęsknić będą, do tego co minęło.



   Tak,  tamtego romantycznego świata długich sukien, meloników, latarni gazowych i eleganckich powozów już dzisiaj nie ma. To już tylko zamierzchła historia. Tak, jak nasze obecne czasy dla przyszłych pokoleń staną się kiedyś tak odległe, tak nierealne, że aż bajkowe. Lecz pewnie w przyszłości dzięki książkom, filmom i innym, nieznanym nam dzisiaj jeszcze cudom techniki na chwilę cudownie ożyją. I będzie to niczym magia…



   W oczekiwaniu na trzeci tom tej wielopokoleniowej powieści nie ustaję w poszukiwaniu serialu „Z biegiem lat, z biegiem dni”. A podtrzymując specyficzną atmosferę filmu i książek słucham wspaniałych piosenek z „Piwnicy pod Baranami”. Oglądam też z uśmiechem poniższą, zabawną scenkę inspirowaną „Szałem” Podkowińskiego a przedstawioną genialnie przez Halinę Wyrodek i Jacka Wójcickiego….

 



*Polski serial historyczno-obyczajowy „Z biegiem lat, z biegiem dni”, wyprodukowany w 1980 r.,       w reż. A.Wajdy i E.Kłosińskiego

*Katarzyna Majgier, „Gra pozorów”, t. 1, wyd. „Słowne”, 2022,  415 s,

         oraz „Światło i cień”, t.2, 432 s.

       *link do ciekawego wywiadu z autorką cyklu „Kuchennymi drzwiami”, Katarzyną Majgier:

         Katarzyna Majgier – wywiad. Świat się zmienia (granice.pl)

       * zdjęcia Krakowa użyte do zilustrowania mojego tekstu zrobione zostały przez Cezarego przed wieloma laty


Poniżej link do pierwszego odcinka serialu: "Z biegiem lat, z biegiem dni"  

pierwszy odcinek

Etykiety

Aborygeni absurd afirmacja życia agrest apel apel o pomoc asymilacja Australia autoanaliza bajka bal ballada baśń Beksińscy Bieszczady blackout bliskość blog blogi bór cenzura Cesarzowa Ki Cezary chleb choroba ciastka ciepło cywilizacja czarny bez czarny humor czas czekolada czerwiec człowieczeństwo człowiek czułość Dersu Uzała deszcz dieta dobro dom dorosłość drama drama koreańska drewno droga drzewa trawiaste Dubiecko Dwernik Kamień dwudziestolecie międzywojenne dystopia dzieciństwo dzikie bzy ekologia elektryczność erotyk eutanazja fajka fantazja film flash mob fotografie fotoreportaż glebogryzarka głodówka głód gospodarstwo goście góry Góry Flindersa grass tree grill grudzień grzyby Gwiazdka historia historie wędrujące horror humor humoreska idealizm ideologia II wojna światowa informacja inność inspiracja internet jabłka jabłoń Jacuś Jacuś. gospodarstwo Jacuś. lato jajka Jane Eyre Japonia Jawornik Polski jesień jesień życia kalina Kanada kanały kangury kastracja kiełbasa klimat klimatyzm koala kobieta koguty kolęda kolędy komputer komunikacja konfitury konflikt koniec świata konkurs konstrukcja kosmos koszenie kot koziołek kozy Kraków Kresy kryminał kryzys książka kuchnia kulinaria kury kwiaty kwiecień las lato legenda lektura lęk lipa lipiec lis listopad literatura los ludzie luty łąka maciejka macierzyństwo magia maj malarstwo maliny mantry marzenie maska metafora mgła miasteczko odnalezionych myśli Michael Jackson Mikołaj miłość Misia mit młodość moda mróz mróż muzyka muzyka filmowa nadzieja nalewki nałóg natura niebezpieczeństwo niezapominajki noc nowoczesność Nowy Rok obyczaje ocean odchudzanie odpowiedzialność odrodzenie ogrody ogród ojczyzna opowiadanie opowiastka opowieść Orzeszkowa osa Osiecka owoce pamięć pandemia Panna Róża park pasja patriotyzm pejzaż pierniki pies pieski pieśni pieśń piękno piosenka piosenki pisanie płot początek podróż poezja pogoda Pogórze Dynowskie polityka Polska pomidory pomysł poprawność polityczna porady postęp pożar praca prawda prezent protest protesty przedwiośnie przedzimie przemijanie Przemyśl przepis przetrwanie przetwory przeznaczenie przygoda przyjaźń przyroda psy psychologia ptaki radość rak recenzja refleksja relatywizm remont repatriacja reportaż rezerwat Riverland rodzina rok rośliny rower rozmowa rozrywka rozum róże rymowanka rzeka samopoczucie samotność San sarny sąsiedzi sens życia siano sierpień silna wola siła skróty słodycze słońce słowa słowa piosenki słowianie smutek solidarność South Australia spacer spiżarnia spokój społeczeństwo spontaniczność spotkanie stado Star starość strych susza susza. upał szadź szczerość szczęście szerszeń śmiech śmierć śnieg śpiew środowisko świat światło świeta święta świt tajemnica tekst piosenki teksty piosenek tęsknota toaleta tragikomedia trauma troska truskawki uczucia Ukraina upał urodziny uśmiech warzywnik wędrówka wędrówki węgiel wiadomości wiadomość wiatr wierność wiersz wierszyk wieś wieża wigilia Wilsons Promontory wino wiosna wiosnaekologia wirus woda wojna wolność Wołyń wrażliwość wrotycz wrzesień wschód słońca wspomnienia wspomnienie współczesność Wszechświat wybory wychowanie wycieczka wygląd wypadki wypalanie traw wzruszenie zabawa zabawa blogowa zachód słońca zapasy zaproszenie zbiory zdjęcia zdrowie zielarstwo zielononóżki zielononóżki kuropatwiane zima zioła zmiany zupa Zuzia zwierzęta zwyczaje żałoba żart życie życzenia Żydzi żywokost