Pokazywanie postów oznaczonych etykietą śmierć. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą śmierć. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 26 października 2026

Wczesna jesień...

 




   Mam wrażenie, że w tym roku jesień zagościła we mnie na długo przed jej właściwym, kalendarzowym początkiem. Jeszcze w pełni lata, w pewien zwyczajny, lipcowy poranek zaszeptała o smutku przemijania, o bezradnych pożegnaniach, o nieuniknionym końcu, o wspomnieniach, które jako jedyne pozostają. A gdy o swej zwykłej porze rozgościła się już za oknem, znalazłam w niej jeszcze bardziej samą siebie, swoje miejsce.




   Patrzę na feerię zmiennych, wspaniałych barw w ogrodzie, na polach i w lasach. Za chwilę już ich nie będzie. Jednak teraz, nie martwiąc się o jutro, każdego dnia dają wspaniały spektakl. Tańczą na wietrze liście, kwitną ostatnie kwiaty, rudzieją kasztany i żołędzie, czerwienią się muchomory, złocą się i srebrzą trawy. A potem wszystko z nagła szarzeje, mrocznieje, skrzy się od porannego szronu, owija się w mgliste peleryny, znika w połyskliwych lametach deszczu i szemrzących westchnieniach opadających liści. Zmienna jest narracja jesieni. Raz pełna blasku przygód, nowych wyzwań i optymistycznej pogody a innym razem posępna i podobna do gotyckich powieści grozy. Te jesienne przeistoczenia zdumiewają mnie i urzekają, ale nie tak jak zawsze. Jakby coś się we mnie przytłumiło, jakby schowało się za półprzeźroczystą szybą. Czy tak już teraz będzie?




   Z pisaniem nie idzie mi łatwo. To też się zmieniło w tym roku. Próbuję znaleźć w sobie dawny zapał oraz towarzyszącą mu onegdaj zawsze otwartość, przyjemność czy też swobodę tworzenia. I mam problem z przełamaniem jakiegoś muru, z ujawnieniem i nazwaniem uczuć, jakie delikatnym ognikiem pełgają głęboko w sercu. Nie wiem, czy powinnam nawet to robić?




   Zdecydowanie wolę teraz czytać i w tym, co czytam albo z ulgą odchodzić gdzieś daleko od samej siebie, albo też rozpoznawać kawałek swojej duszy przeglądając się w lustrach cudzych historii, bo przecież każde życie to osobna opowieść, w której można odszukać fragmenty własnej...




   Przez ostatnich kilka miesięcy moimi ulubionymi lekturami stały się biografie. Najpierw przeczytałam opowieść o Małgorzacie Braunek, potem o Elonie Musku, o Wioletcie Villas, o Korze – czyli Oldze Jackowskiej, o Franciszku Pieczce, Ewie Szykulskiej a teraz kończę książkę o Janie Nowickim. Wczytuję się w koleje losu wszystkich tych znanych i znamienitych postaci, a w ich przeżyciach spostrzegam ogrom bliskiego sercu prostego człowieczeństwa, mnóstwo zwykłych lęków, trosk, radości i smutków. Natomiast w wyrazach użytych do ich opisania odnajduję słowa adekwatnie oddające moje własne przeżycia i emocje. To przynosi mi rodzaj dziwnego zbratania i uwolnienia. Jakbym wchodząc w nurt czyjejś rzeki dostrajała się doń swoim własnym, niepochwytnym niby sen strumieniem, ale także jakbym uczyła się siebie na nowo.




   W obecnym moim stanie ducha szczególnie mocno przemawia do mnie poniższy fragment minieseju autorstwa Jana Nowickiego, zamieszczony w jego biografii („Jan Nowicki. Trochę anioł, trochę bies” A.Szarłat, wyd Agora, 2025):

„Trzeba do końca swoich dni zrobić wszystko, aby w posępnym fakcie ostatniego pożegnania uchronić się przed szaleństwem, umieć zdobyć się na pogodzenie i poszukać szczęścia. Tym szczęściem, tym czarem, wartością pozostają wspomnienia. „



   Mam mnóstwo wspomnień o moim zmarłym przed kilkoma miesiącami tacie. Miesza się w mnie ogromna tęsknota i bolesny żal, z uczuciem ulgi, że nareszcie nie musi już cierpieć i niby roślina żyć tak jakby nie żył...Żałuję, że o tyle spraw go nie spytałam, na tyle machałam ręką, jako na nudne i nieistotne, o tylu rzeczach wiedziałam, ale niestety zapomniałam i nie mam już od kogo się tego dowiedzieć. Dobrze przynajmniej, że udało mi się przed paru laty spisać niektóre jego opowieści i zamieścić tu na blogu („Sceny z życia Henryczka”, "Opowieść o Tarzanie). Ale to wszystko mało, to wszystko nic wobec faktu, że nigdy już nie spojrzymy sobie w oczy, nie uśmiechniemy się do siebie, i że nie usłyszę już od niego wyszeptanego z czułością wyznania - „Oleńka, ty jesteś moim kwiatuszkiem”...




   Im jesteśmy starsi, tym więcej wokół nas odejść i pożegnań. Coraz więcej też upartych, ponurych przeczuć do naszej własnej oraz bliskich przyszłości. Przyglądam się niesamowitym barwom jesiennym, słucham stukającego o szyby deszczu, przecieram oczy czując dotyk nieustępliwych, wilgotnych mgieł, ostrych kolców kwitnących wciąż jeszcze róż albo łagodnych muśnięć srebrzystych nitek babiego lata. Czas robi to, co zwykł robić. Coś daje, coś odbiera. Coś tłumaczy a coś okrywa szczelną zasłoną tajemnicy. I trzeba z tym żyć, póki jeszcze życie trwa, póki płynie rzeka, póki kolejne, zbyt zazwyczaj wczesne jesienie roztaczają przed nami swój melancholijny czar...





niedziela, 7 grudnia 2025

Co było a nie jest...

 




...”Co było a nie jest, nie pisze się w rejestr” - głosi popularne powiedzonko. I pewnie sporo w nim prawdy, czyli podpowiedzi by żyć dniem dzisiejszym nie oglądając się przesadnie za siebie i nie przegapiając w ten sposób tego co jest. A jednak człowiek niekiedy się zapętla i spogląda w tył chcąc znaleźć tam przesłanie, wyjaśnienie po co to było i co z tym teraz począć. I chyba ja troszeczkę tkwię teraz w takim zapętleniu, pytając nie raz samą siebie, dlaczego właściwie ścieżka mojego życia na kilka tygodni zboczyła w tę dziwną, zupełnie nieoczekiwaną stronę? Było to trochę tak jakbym przez ten czas znalazła się w jakiejś alternatywnej rzeczywistości, w odmiennej linii życia, gdzie poddawana byłam rodzajowi testu na wytrzymałość psychiczną, na umiejętność dostosowania się do tego, co się działo oraz na wyciąganie z tego wniosków na przyszłość, czyli nauki co do wagi i sensu dalszego ciągu istnienia.

   Nie mam pojęcia, czy udało mi się zdać ów test. I dlaczego ktoś zdecydował aby poddać mnie owemu testowi. Pewnie tak trzeba było. Może po to bym do głębi zrozumiała, jak niepewna, krucha i łatwopalna jest zwyczajna codzienność, bym ją bardziej doceniła i zwyczajnie potrafiła się cieszyć ową powtarzalną rzeczywistością, tym, co mam, co wokół mnie i we mnie. No tak, ale to pewnie tylko czubek góry lodowej tych wszystkich nauk, które można z takiego doświadczenia wyciągnąć. Dlatego próbuję wciąż sięgać niżej. Dokopać się do głębszych warstw tych znaczeń. Myślę, że to nie jest przejaw obsesji czy zupełnie niepotrzebnej dociekliwości a tylko otwartości na wyzwanie, z którym powinnam się zmierzyć oraz podejścia do fascynującej zagadki, którą chciałabym próbować chociaż w części rozwiązać.

   Tak czy siak mądry Los, czy może nieprzenikniony zamysł wszechświata pewnego późno letniego dnia skierował mnie na tą alternatywną ścieżkę, gdzie już na wstępie zionęła przede mną otchłań niepewności, grozy, lęku i bólu. A potem ni stąd ni zowąd przy końcu jesieni zawrócił mnie z owej ścieżki i pozwolił bezpiecznie wylądować tam, gdzie byłam przedtem. I niby wszystko jest tak, jak było. I ja taka sama i świat wokół. A jednak coś jest inaczej...Dzięki zajrzeniu w odmienną rzeczywistość doświadczyłam tylu przeróżnych uczuć i emocji, tyle się nowych rzeczy o sobie samej i innych dowiedziałam, że aż nie potrafię i długo chyba jeszcze nie będę umiała tego ogarnąć i nazwać słowami.

   Mógłby ktoś powiedzieć (i zapewne sporo miałby w tym słuszności): otrząśnij się wreszcie kobieto! Nie rozpamiętuj niepotrzebnie tego, co było i idź dalej bo czas ucieka! Ech! Gotowam przyznać temu komuś rację. Bo patrząc z boku tak to właśnie wygląda. Nic się przecież nie stało, o czym tu więc gadać? Na cóż te żmudne i czcze domysły? Nie byłabym jednak sobą, gdybym w ten sposób do tego, co mnie spotyka nie podchodziła. Gdybym nie rozmyślała, nie zastanawiała się, nie pytała...Zatem czy się to komuś podoba, czy też nie żyję znowu tak jak żyłam wprzódy, ciesząc się tym, co jest, ale jednocześnie nie potrafię i nie chcę bagatelizować tego, co mi się przydarzyło. Wierzę bowiem, że wszystko jest po coś, bo całe życie to nauka i muszę być gotowa na kolejne lekcje, na uważne ich zrozumienie oraz umiejętność wyciągania z nich wniosków w przyszłości.

   Wdzięczna jestem Losowi, iż zdecydował się mnie zawrócić z tej pełnej grozy, raniącej stopy i serce ścieżki, że dał mi szansę na kontynuowanie tego, co było przedtem. Bo przecież w tym samym czasie wiele osób nadal musi podążać tą złowieszczą, usianą kolcami drogą. Nikt ich nie odwraca z tej drogi przez mękę i nikt w żaden sposób nie gwarantuje im tego, iż w końcu dane im będzie dojść do jakiejś zbawiennej przystani czy oazy. Podczas gdy ja wybiegłam ze szpitala z taką lekkością w duszy i w ciele, jakby mi w cudowny sposób kilkadziesiąt lat ubyło, tam na miejscu zostało mnóstwo nieszczęśników, którym kolejne badania potwierdziły wstępną diagnozę i którym nic nie miało być oszczędzone. Wyfruwałam do zwykłego świata ubranych już świątecznie wystaw sklepowych, przyozdobionych w czapy świeżego śniegu skwerów, podążających w zaaferowaniu i nieodmiennym pośpiechu ubranych w kolorowe kurtki ludzi.... Leciałam spoglądając po raz ostatni w okna na pierwszym piętrze szpitala, gdzie w welurowej piżamie w kwiatki pozostała pani Teresa zbyt słaba, by móc wstać i pomachać mi przez okno, gdzie został pozornie dziarski, lecz podskórnie pełen obaw pan Antoni, u którego poprzedniego dnia wykryto złośliwego guza na oskrzelach, gdzie nadal tkwiła chudziutka pani Zosia, wiecznie zmarznięta i pogrążona w depresji po niedawnej resekcji jelita grubego a do tego trawiona nieoperacyjnym nowotworem płuc. Tymczasem ja pełna wdzięczności i optymizmu a jednocześnie wyrzutów sumienia i dziwnego żalu żegnałam ten świat, który w jednej chwili potrafił odebrać nadzieję i radość życia, po to by w kolejnej ni stąd ni zowąd ją przywrócić. 

   Nie, nie mam do nikogo z lekarzy pretensji mimo, iż przedwcześnie i nazbyt pochopnie stwierdzono u mnie złośliwy nowotwór płuc. Może też nazbyt szybko wyrobiono dla mnie kartę szybkiego leczenia onkologicznego DILO? Może niepotrzebnie od samego początku nakreślano przede mną plan operacji i chemioterapii po niej? Tak, to wszystko spadło na mnie tak nagle, tak mocno uderzyło mnie obuchem w głowę. Ale rozumiem, iż lekarze na co dzień stykają się z podobnymi do mojego przypadkami i dlatego kierowani pewnie rutyną i poczuciem obowiązku a także koniecznością pośpiechu starali się działać tak szybko, tak zdecydowanie jak się da, by uratować mnie i dać szansę normalnego życia. Bo mnóstwo wszak jest przypadków, gdy nowotwory wykrywa się zbyt późno, bo człowiek przegapia albo bagatelizuje objawy choroby a do tego kolejki do specjalistów ciągną się miesiącami i latami. Nie dziwota więc, że wiele osób do specjalisty trafia dopiero wtedy, gdy niewielkie są już szanse na wyleczenie a czasem nie ma ich wcale. W Polsce co roku na raka płuc umiera ok. 20 tys. osób. I ta liczba wciąż rośnie...

   A wracając do owego sobotniego popołudnia, gdy opuszczając mury szpitala szłam szybko u boku mając panią A., moją niedawną sąsiadkę z łóżka obok, której tak jak i mnie dane było uciec katowi spod topora...Ogromnie zbliżył nas do siebie ten szpitalny czas. Mam wrażenie, iż otworzyłyśmy się przed sobą bardziej, niż przed kimkolwiek, kiedykolwiek przedtem. Szpitalna codzienność oraz towarzyszące nam tam przeżycia i lęki sprawiły, iż rozumiałyśmy się wtedy lepiej, niż z kimkolwiek bliskim, kto nie doświadczał tego, co my. Na moment przecięły się nasze ścieżki, lecz oto zostawiałyśmy za sobą to wszystko i rozstawałyśmy się podążając tam, gdzie czekały na nas nasze rodziny i przyjaciele, gdzie pragnęło naszego powrotu zwyczajne, pełne wyzwań, wspomnień i marzeń życie. Jak sobie z tym wszystkim poradzimy? I czy jeszcze się kiedyś spotkamy? Małe są na to szanse, ale nie mam co do tego pewności. Wszak życie jest kompletnie nieprzewidywalne. A ta nieprzewidywalność jest z jednej strony piękna i fascynująca a z drugiej straszna i odpychająca. I nigdy nie wiadomo, z którą z nich będzie się miało do czynienia.

   A tymczasem wokół rozpościera się jak gdyby nigdy nic kolejny grudzień. Tuląc do piersi kotkę patrzę przez okno i zauważam, że znikła już zupełnie z okolicznych pól cała ta niedawna wspaniała, śnieżna biel. Została listopadowa szarość, srebrzysta mglistość, żółtość traw, nagie konary drzew i spowijający to wszystko wilgotny chłód. To surowa w formie, lecz nadal ujmująco piękna rzeczywistość. Spoglądam na stare zdjęcia. Okazuje się, iż w zeszłym roku było podobnie. I w jeszcze poprzednim też. A mimo to wciąż z niegasnącą nadzieją czekało się i nadal czeka na śnieg, na tę grudniową dziewiczą biel otulającą rzeczywistość nieco magiczną pierzynką. Bo przecież dobrze jest móc na coś czekać. Dobrze jest móc mieć nadzieję i jakiekolwiek marzenia...

   Oby ten grudzień przyniósł mnie, Wam i wszystkim naszym bliskim mnóstwo dobrych niespodzianek. A jeśli nawet zdarzą się te złe, to jest szansa, że i przez nie przejdziemy jakoś obronną ręką. Bo przecież do większości z nas Los wciąż wyciąga pomocną dłoń i pozwala byśmy mogli kiedyś odetchnąć wreszcie głęboko i tak po prostu stwierdzić: co było a nie jest, nie pisze się w rejestr...




środa, 5 listopada 2025

Szczęście w nieszczęściu...

 




   Dwa zdarzenia w ostatnim czasie mocno dały mi do myślenia o tym, iż Wszechświat w jakiś sposób czuwa jednak nad nami, daje coś do zrozumienia, a może i pomaga. Pierwsze miało związek z naszymi częstymi ostatnio wyjazdami do Rzeszowa, gdzie odwiedzałam pewną przychodnię specjalistyczną. Otóż po jednej z takich wizyt zajechaliśmy naszym autkiem pod wielki supermarket. Zaparkowaliśmy go na ogromnym parkingu i ruszyliśmy na rekonesans po przybytku, w którym już dobrych kilka lat nie byliśmy, bo jakoś nas wcale do niego nie ciągnęło. Jakież było nasze zdziwienie, gdy po powrocie na parking okazało się, że nasz samochodzik odmawia sprawnej jazdy. Coś od spodu zaczęło w nim dziwnie szumieć, zgrzytać i sprawiać wrażenie jak gdyby jakieś ciało obce blokowało koła. Obejrzeliśmy je zatem z każdej strony spodziewając się, iż ktoś dla kawału włożył nam pod któryś z błotników plastikową butelkę. Ale nie, nic tam nie było. Dopiero pewien młody mężczyzna, który parkował obok zajrzał pod spód naszego rumaka a poświeciwszy sobie latarką z telefonu zawyrokował natychmiast, iż pękła sprężyna łącząca przednie koło z podwoziem. I dlatego owo koło wydawało tak dziwaczne zgrzyty.

  • Oj! To całe szczęście, że ta sprężyna urwała się państwu tu, na postoju a nie na ruchliwej szosie. Bo jakby koło się wam w trakcie jazdy urwało, to nie byłoby czego po was zbierać! - zawyrokował spoglądając na nas z podziwem niby na wyróżnionych przez los ocaleńców.

   Od razu do rozmowy dołączył się inny, stojący nieopodal mężczyzna i stwierdził, że nawet sam widział kiedyś tak straszliwy wypadek, gdy pędzące kilkadziesiąt km na godzinę autko nagle wpadło w poślizg i rąbnęło z całej siły w barierkę, a urwane koło poturlało się do rowu, na szczęście nie uderzając po drodze w inny pojazd. Co stało się z pasażerami feralnego auta? Tego ów mężczyzna nie wiedział, ale domyślał się, iż byli co najmniej mocno poranieni.

  • Tak, że naprawdę macie państwo szczęście! - potwierdził spostrzeżenie młodego człowieka i kręcąc z niedowierzaniem głową odjechał w sobie tylko znanym kierunku.

   Cóż. Po przemyśleniu całej kwestii oboje z Cezarym uznaliśmy zgodnie, iż rzeczywiście mieliśmy szczęście, bo czymże były problemy z drogo wycenionym przewiezieniem naszego autka lawetą czy zapłaceniem u mechanika kilku stówek za naprawę, skoro nam nic się nie stało. Skoro cali i zdrowi mogliśmy wrócić do domu, do naszych kochanych zwierzaków. Bo tak naprawdę, to liczy się tylko zdrowie i życie nasze oraz naszych bliskich. Cała reszta to tylko dodatki...


   A drugie zdarzenie? Otóż przez kilka ostatnich tygodni w związku z moim niedawnym zapaleniem płuc oraz z podejrzanymi cieniami wykrytymi na prześwietleniu rentgenowskim jeździliśmy do pulmonologa w Rzeszowie. Ostatecznie po tomografii okazało się, że owe cienie to niestety nowotwór płuca. Nowotwór jeszcze mały i nie dający na razie żadnych oznak ani dolegliwości. Na tyle mały, że o ile nie będzie żadnych przerzutów a mój stan zdrowia na to pozwoli będę mogła mieć wykonaną operację, w trakcie której zostanie mi wycięty płat płuca wraz z owym guzem.

   A gdzie w tym owo tytułowe szczęście w nieszczęściu? Otóż gdyby nie zapalenie płuc, to bym o owym nowotworze nic nie wiedziała a on rozwijałby się w moim organizmie bez żadnych przeszkód aż stałby się tak duży i groźny, tak zagarniający inne części ciała, że jego operacyjne usunięcie nie byłoby już możliwe. I zostawałaby wówczas tylko chemio oraz radioterapia a to, jak wiadomo, w wielu przypadkach nie przynosi oczekiwanych rezultatów.

   Od jakiegoś czasu w związku z powyższym żyję w stanie sporego rozedrgania psychicznego. Mam napady lęków i problemy ze snem, dlatego bywa, iż muszę się wspomagać środkami uspokajającymi. Wsłuchana w ciszę nocną rozmyślam intensywnie o tym, co mnie czeka, boję o to, co byłoby jeślibym odeszła, co wówczas z bliskimi... Nie chcę tak myśleć, ale myśli same pchają mi się do głowy i kraczą niby czarne ptaszyska...Zastanawiam się też skąd mi się ten nowotwór wziął, skoro żyję zdrowo, odżywiam się też zdrowo, nie przyjmowałam żadnych podejrzanych preparatów, używek ani suplementów, nigdy nie paliłam papierosów a do tego okolica, w której mieszkam słynie z krystalicznego, górskiego powietrza....


       - Czy jakoś przyczyniły się do tego zmartwienia, których ilość od końca zeszłego roku wciąz wzrasta? - dociekam, z ciężkim sercem wspominając chorobę brata a zaraz potem taty.

  • Może to bliskość wieży przekaźnikowej jakoś mi zaszkodziła? A może odwierty gazu ziemnego w pobliskim lesie? To wcale nie żadne głupie teorie spiskowe. Wszak kwestie wpływu na zdrowie przekaźnika i odwiertów gazu poruszyli ze mną lekarze - pulmonolodzy, którzy także podejrzewają, iż coś może tu być na rzeczy...

  • Być może zalęgnięcie się we mnie tego ósmego pasażera Nostromo było mi z jakichś powodów pisane, no bo jeśli wszystko dzieje się po coś, to i w tym jest jakiś sens, jakaś nauka...?

  • Ech! Nie da się tu dojść do żadnej jednoznacznej odpowiedzi! - stwierdzam w końcu i włączam w telewizji You Tuba aby zająć czymś znękany umysł. A czasem coś sobie w myślach nucę i wyobrażam sobie, że wędruję po moich ulubionych miejscach. Po lesie, po łąkach, po okolicznych bezdrożach i malowniczych dróżkach. Wówczas nieraz ogarnia mnie błogi, wewnętrzny spokój i doznaję przeczucia, iż będzie dobrze bo musi być dobrze, bo zdecydowanie jeszcze na mnie nie pora.

  • Rak to nie wyrok! – oświadczam przekonując samą siebie i próbując odganiać w ten sposób owe złośliwe ptaszyska.

  • Przecież jestem silna (i poza tym nowotworem zupełnie zdrowa), do tego pozytywnie nastawiona a wobec tego dam radę przetrwać i przezwyciężyć wszystko, co mnie teraz czeka a Wszechświat ma mnie jednak w opiece. W takich chwilach czuję więc wobec niego ufność a nawet wdzięczność. I wierzę a raczej mocno chcę wierzyć, że jeszcze nie raz wzejdzie dla mnie słońce...- dopowiadam te słowa w myślach niby jakąś mantrę.


   Jutro na kilkanaście dni idę do szpitala, gdzie wykonają mi pełną diagnostykę, która da ostateczną odpowiedź na to, jaki rodzaj nowotworu zagnieździł się w moich płucach, czy są przerzuty i w jaki sposób będę leczona. Mam nadzieję, że zakwalifikują mnie na operację, którą zrobią najszybciej jak tylko się da i która rzecz jasna się uda. Oczywiście obawiam się także owej operacji, ale jednocześnie wiem, że to będzie najlepsze dla mnie w tej sytuacji. I że będą szczęściarą, jeśli uda mi się ją pomyślnie przejść a potem w pełni zdrowia żyć tak, jak żyłam do tej pory. W troskliwej opiece Wszechświata, w bliskości dzikiej natury, w zgodzie, w przyjaźni i w miłości z ludźmi, którzy są mi bliscy...

Proszę, trzymajcie za mnie kciuki! Odezwę się (mam nadzieję!) jak już będzie po wszystkim!


sobota, 1 listopada 2025

Leśny bar, czyli inaczej o śmierci...

   


    Jakiś czas temu Hanka C. poleciła mi w jednym z komentarzy popularną na YT piosenkę japońską pt. "Mori No Chiisana Restaurant"(śpiewa Aoi Teshima). Spodobała mi się jej słodka, wpadająca natychmiast w ucho melodia, kojarząca się z dawnymi piosenkami dla dzieci, z dobranockami i teatrzykami lalkowymi. Do pozytywnego wrażenia dołożył się takze niezwykle przyjemny i delikatny głos japońskiej piosenkarki. Można by jej słuchać i słuchać...Zaciekawiłam się od razu tekstem owej piosenki, bowiem zawsze tekst ma dla mnie tak samo ważne znaczenie, jak melodia. Przetłumaczyłam go sobie translatorem i ze zdziwieniem odkryłam, że opowiada on o duszach po śmierci. O tym, że idąc leśną ścieżką za toczącym się po niej żołędziem docierają do ukrytego gdzieś w gąszczu małego, ale charakterystycznego budynku, w którym mieści się leśna restauracja oferująca w swym menu najwpanialsze smakołyki. Gromadnemu biesiadowaniu nie towarzyszy tam smutek, żal i tęsknota. To nie ponura stypa w naszym zwyczajnym rozumieniu. Uczestniczące w wykwintnym i obfitym posiłku dusze nie martwią się niczym i po prostu cieszą sie tym, co mają na talerzu. Radują sie tym, co jest, nie płacząc za tym, co zostało za nimi...Posłuchajcie tej piosenki. Prawda, że wprawia w pogodny nastrój nawet wówczas, gdy już wie się o czym opowiada? Co więcej, przeczytawszy komentarze po nią na YT dowiedziałam się, że wiele osób czerpie z niej pociechę, bo wyobrażają sobie, że ich ukochani zmarli nie cierpią już tylko po prostu radują się gościną w przytulnej, leśnej restauracji, gdzie jedzą ostatni posiłek przed wyruszeniem w zaświaty...



   Zafascynowana i zaintrygowana tym jakze odmiennym od kultury europejskiej podejściem do zagadnienia śmierci poczytałam więcej na ten temat. I dowiedziałam się, iż Japończycy najczęściej nie płaczą po śmierci kogoś bliskiego (a przynajmniej zazwyczaj nie robią tego otwarcie). Dla nich bowiem śmierć jest koniecznym zwieńczeniem życia, jego nieodłączną częścią, przeciw której nie należy się buntować ani tym bardziej rozpaczać. To przecież przychodzi tak naturalnie jak zima po jesieni. Tak jest i tak będzie zawsze. Czy drzewo biada nad utratą swych liści? Nie. Ono wie, że taka jest kolej losu. Wie też, że to, co wydaje się całkiem umarłe przeistacza się w coś innego, a choć my tego nie dostrzegamy, to gdzieś nadal trwa a o ile nie zrobiło się na ziemi niczego złego, to i w zaświatach nie stanie mu się krzywda a wręcz przeciwnie...

   Ciekawych wiadomości na ten temat dostarczył mi m.in. portal histmag.org. Znalazłam tam obszerny artykuł na temat znaczenia śmierci w Japonii oraz zwyczajów z nią zwiazanych. Jeśli mielibyście ochotę tam zajrzeć, to tu podaję linka: https://histmag.org/Przekraczajac-rzeke-Sanzu-smierc-i-zaswiaty-w-kulturze-japonskiej-23220



   Niedawno przypomniałam sobie o owej piosence, posłuchałam jej znowu i jak to bywa moim zwyczajem, napisałam polskie słowa pasujące do tej nostalgiczno - słodkiej, japońskiej melodii a potem zaśpiewałam ją i nagrałam. Jak mi to wyszło? W sumie to nieważne. Ważne jest wg. mego mniemania to, że samo pisanie oraz śpiewanie uspokoiło,  wprawiło mnie w dobry nastrój i dało oderwanie od natrętnych trosk. A bardzo potrzebuję teraz takiego spokoju i oderwania... Śpiewając doznałam odczucia jakbym magicznie przeniosła się w czasie do beztroskich dni dzieciństwa, gdy na wycieczce do lasu tatuś karmił mnie poziomkami i jagodami a ja biegałam za nim i roześmiana, rozdziawiałam usmarowaną owocami buzię i niby wiecznie głodny pisklak wołałam, że chcę jeszcze i jeszcze...Posłuchajcie proszę sami tej piosenki i jeśli nabierzecie ochoty także pośpiewajcie. Poniżej zamieszczam słowa oraz link do podkładu muzycznego karaoke...





Leśny bar...

znów w dal mknie złoty żołądź, toczy się we mgle

pewnie wskaże mi bar leśny, co gdzieś skrywa się

dążą zewsząd tu dusze z tylu różnych stron

puste mają kieszenie, w dali został dom


to apetyt je tak wiedzie by ostatni raz

zjeść najlepsze delicje, które zrodził las

a ptaszek na gałęzi wyśpiewuje coś

zaśpiewam z tym ptaszkiem na cały głos


turu tum tum tum, turu tum...


blaszany dach baru karminowo lśni

kiedyś już go napotkałam, pewnie mi się śnił

ze środka dolatuje rozmów miły gwar

a zapachy upojne niosą się hen w dal


od prawej do lewej w barze rośnie tłum

choć dużo miejsc wolnych czeka jeszcze tu

lecz żołądź znów wiedzie nowych gości dwóch

starczy z jagód kompotu, zupy starczy z mchu


turu tum tum tum, turu tum...


las mgłą się opatula i nadciąga sen

to uczta ostatnia, wszystko zatem zjem

i wreszcie w łożu z liści się położę gdzieś

a ptaszek mi zanuci na dobranoc pieśń


cichnie słodka melodia, to spoczynku czas

bar podwoje przymyka i zasypia las...





   Na śmierć zatem można patrzeć przeróżnie. Wszystko zależy od kultury i tradycji w jakiej zostaliśmy wychowani albo od tego w co wierzymy i do czego jesteśmy przywiązani. Czy w trakcie życia mozna zmienić to swoje podejście? Myślę, że tak, że nawet wielu z nas by tego chciało, choć niezbyt często się to udaje...

P.S. Dziękuję Ci Haniu za podesłanie tej japońskiej piosenki. Bardzo mi się teraz przydała!:-)*




czwartek, 26 czerwca 2025

Star, Marylka...

 




Nie wiem jak to napisać, więc napiszę po prostu. W poniedziałkową noc umarła Star. Od dawna chorowała na serce, ale nie przypuszczała chyba, że tak szybko odmówi Jej ono posłuszeństwa.

To się nie mieści w głowie, że trzeba pisać o Niej w czasie przeszłym. Że nie ma już osoby tak silnej duchem, błyskotliwej i inteligentnej a jednocześnie wrażliwej, dobrej i ciepłej.

Nasza Star, nasza kochana Marylka dziesiątego czerwca obchodziła siedemdziesiąte pierwsze urodziny. Miała jeszcze tyle marzeń i planów...

Wierzyła też, że życie nie kończy się na tym, co tu i teraz, że jest coś jeszcze. I ja mam nadzieję, że dusza Star żyje. Że jest tu i tam, wszędzie i będzie zawsze. I kiedyś znowu nam będzie dane porozmawiać, pożartować, pośmiać się, bo są gdzieś światy, gdzie to wszystko będzie możliwe...

Nie potrafię teraz napisać nic więcej...

niedziela, 15 września 2024

Kanada i …śmierć…

 



 

   … Jedyną pewnością dla każdego z nas wydaje się być śmierć. Ale ta pewność mało kogo wzmacnia i uspokaja, mało komu wlewa w serce sens, mało komu się do jej realizacji śpieszy. No chyba, że jest się już krańcowo zmęczonym życiem, bardzo się cierpi albo jest się ciężko, nieuleczalnie chorym i śmierć jawi się wówczas jako wytchnienie, upragnione wybawienie lub też ostatnia deska ratunku, gdy owo cierpienie fizyczne bądź psychiczne staje się nie do wytrzymania. Zapewne dla wielu samobójców odebranie sobie życia jest właśnie takim ostatecznym aktem uwolnienia się od bólu istnienia. Jedynym, co można jeszcze dla siebie samego zrobić. Ostatnią możliwością wyrażenia swej wolnej woli.

   Żyjemy w takich czasach, że prawo do godnej, medycznie wspomaganej śmierci zwanej eutanazją w wielu krajach staje się coraz powszechniejsze. Wstrząsnął mną niedawno artykuł, z którego dowiedziałam się, że w Kanadzie eutanazja stała się piątą w kolejności przyczyną śmierci w tym państwie ( wynika z tego, że co dwudziesta osoba w Kanadzie umiera dzięki eutanazji). Od 2016 roku, od kiedy zalegalizowano w Kanadzie eutanazję liczba tego typu odejść stale rośnie. Dlaczego? Co takiego dzieje się z ludźmi, że coraz liczniej decydują się na śmierć? Czy zanika w nich instynkt samozachowawczy? Czy takie odejścia są aktem odwagi czy tchórzostwa? Jakiż to nowotwór toczy tamtejsze społeczeństwo? Od dawna wiadomo, iż sytuacja kanadyjskich Indian a zwłaszcza ich kondycja psychiczna jest kiepska. Wielu z nich nie potrafi odnaleźć się we współczesnym świecie. Potomkowie Pierwotnych Narodów borykają się z traumami z przeszłości, gdy ich przodkowie byli niszczeni, gnębieni i wyzyskiwani przez aparat państwowy. Obecnie mimo kilku rządowych programów mających pomóc tej ludności, zrównać jej szanse, odnaleźć się w społeczeństwie wciąż szerzą się wśród Indian przemoc, alkoholizm i narkomania. A także silna jest skłonność do alienacji i autodestrukcji. Jednak to wcale nie oni są głównymi beneficjentami państwowej pomocy medycznej w umieraniu. W tej kwestii Indianie radzą sobie przeważnie sami. Jednak co z resztą ludności kanadyjskiej? Ta także jak się okazuje ma ze sobą spore problemy. Nieuleczalne choroby, depresje, zmęczenie życiem, rozczarowanie co do polityki prowadzonej przez to państwo coraz bardziej zmierzającej w stronę komunizmu i totalitaryzmu…A przecież jeszcze niedawno Kanada była symbolem wolności, wielkich możliwości i bogactwa. Na myśl o niej oczy się uśmiechały a głębokie westchnienia wyrażały tęsknotę za tak cudowną krainą. Nawet w Auschwitz Kanada do tego stopnia pozytywnie się kojarzyła, że „Kanadą” nazywano baraki, w których sortowano odzież, bagaże i wszystkie rzeczy osobiste po spalonych w krematoriach nieszczęśnikach. Każdy z więźniów zrobiłby niemal wszystko by się do pracy do owej „Kanady” w Oświęcimiu dostać i bezpiecznie dotrwać tam aż do końca wojny.



   Kanada, to ogromne, północnoamerykańskie państwo, od dawna była upragnionym celem emigracji. Dla wielu kraj klonowego liścia nadal chyba takim marzeniem jest. W Internecie często pojawiają się natrętne reklamy sposobów, w jaki Polacy mogliby dostać się do tej cudownej krainy szczęśliwości i starać się o kanadyjskie obywatelstwo. Czyżby jednak ten wspaniały świat wcale nie był taki wspaniały jak się powszechnie uważa? Skąd w nim taka ilość eutanazji? Czy promuje się tam cywilizację życia czy może raczej śmierci? Dlaczego zamiast skupić się na powrocie do idei humanizmu a przede wszystkim realnej i skutecznej pomocy swym obywatelom, zamiast walczyć o ich godne istnienie Kanada woli wprowadzać u siebie cenzurę, dyktat poprawności politycznej, ograniczanie wolności obywatelskiej ( pamiętacie zamykanie kont bankowych truckerom odważającym się protestować przeciwko covidowemu zamordyzmowi”?)promocję nowoczesnych, lecz szkodliwych ideologii (np. klimatyzmu, wokeizmu i gender) a w końcu nazbyt skwapliwie ułatwiać  Kanadyjczykom przejście na drugą stronę tęczy?



   Samobójstwo wspomagane tłumaczy się prawem do wolnego wyboru człowieka. Jednak to prawo rozszerza się coraz bardziej i coraz łatwiej je uzyskać. Najpierw przyznano je ludziom śmiertelnie, potem już także nieuleczalnie chorym. Obecnie zamierza się je przyznać także osobom chorym psychicznie. Czy jednak osoba chora psychicznie jest w stanie podjąć świadomą decyzję? A może ktoś jej w tym decydowaniu chętnie dopomoże? Co więcej – w przeprowadzanych sondażach jedna trzecia kanadyjskich obywateli wypowiedziała się za prawem do eutanazji dla osób bezdomnych oraz skrajnie ubogich. Po co biedacy i pozbawieni domów mają się męczyć ?(a do tego dręczyć swym niewesołym widokiem szczęśliwych Kanadyjczyków?). Lepiej wszak skrócić ich męki i usunąć z pola widzenia. Może więc i do tego punktu doprowadzi wkrótce pełen współczucia, kanadyjski postęp cywilizacyjny? Niepokojące sytuacje mają podobno miejsce w domach opieki i seniora. Roznoszą się pogłoski o tym, iż coraz częściej pomaga się tam w odejściu starszym, bezbronnym ludziom. Chodzą słuchy, że osobom bezradnym i nie wyrażającym świadomej zgody, podaje się w tych miejscach leki uspokajające albo uśmierzające ból czasem w zbyt dużych dawkach. I szybko usypia się po nich na zawsze…System najwidoczniej decyduje, że nadszedł już czas dla podopiecznych owych domów na ostateczne przejście na drugą stronę. A opiekunowie zdanych na ich łaskę i niełaskę starców wykonują wolę owego systemu a niekiedy nawet samowolnie decydują o tym, kto powinien już umrzeć. Jakże to według niektórych humanitarne, jakże rozsądne i pożyteczne! Wszak społeczeństwo się starzeje i zaczyna brakować miejsca w domach opieki. Coś trzeba zrobić zatem by to miejsce zwolnić, nie marnować funduszy na zajmowanie się ludźmi nie rokującymi żadnych nadziei na wyzdrowienie i usamodzielnienie się…Nic dziwnego więc, iż wielu staruszków zaczyna się bać o swoje życie, że lękają się umieszczenia w takich domach czy nawet w szpitalach. A mnie od razu przypominają się przy tej okazji historie o eugenicznych morderstwach popełnianych w hitlerowskich Niemczech na niepełnosprawnych fizycznie i psychicznie ludziach. O segregacji na obozowej rampie w Oświęcimiu. Ci zdatni do pracy na jedną stronę a starzy, chorzy i dzieci do pieca…Czy ku temu właśnie zmierza współczesny świat?



   Ale wróćmy do zagadnienia samobójstwa. Czy człowiek nie ma do niego prawa? Czy pozbawianie siebie życia to zło i niewybaczalny grzech? Nie, moim zdaniem nie można nikomu tego prawa odbierać ani oceniać i potępiać nikogo za tak desperacki, wykonany przez samego siebie czyn. Nie wiemy bowiem w jakiej sytuacji, w jakiej kondycji sami być jeszcze możemy i gdzie skończą się granice naszej własnej wytrzymałości, rozpaczy i niemożliwego do zniesienia cierpienia. Ja sama nie wykluczam, że kiedyś i ja zapragnę udzielenia pomocy w odejściu tam, skąd się już nie wraca. Czasem wszak wystarczy odłączenie aparatury podtrzymującej funkcje życiowej u osoby, która już bardziej jest warzywem, niż człowiekiem. Tylko kto ma o tym zdecydować? Rodzina? Lekarz neurolog, który stwierdzi, że nastąpiła śmierć mózgu? A przecież zdarza się, że ludzie w bardzo ciężkim stanie zdrowieli jednak – jeśli nie zupełnie, to na tyle by móc egzystować dalej a nawet cieszyć się tą egzystencją. Przeraża mnie jednak, że procedury, które z założenia powinny być wykonywane rzadko i tylko w wyjątkowych sytuacjach stają się coraz łatwiej dostępne, banalnie wręcz proste a przez to często wykorzystywane, że bez przeszkód prawnych i wahań moralnych wynaturza się idea świętości i nienaruszalności życia, że aparat państwowy tak łatwo, zbyt łatwo przyznaje prawo do tego rodzaju śmierci. Bardzo często owa łatwość medycznego uśmiercania wiąże się też z zapotrzebowaniem na organy wewnętrzne. Wszak transplantologia rozwija się wspaniale a do tego nielegalny handel organami ludzkimi kwitnie…

   Pamiętać jednak należy, iż wiele osób wyrażających chęć śmierci, pragnienie skrócenia swej męki, gdy już dochodzi do tego ostatecznego momentu jednak zmienia zdanie. Wycofuje się. Chce mimo wszystko żyć. Jeśli nie dla siebie, to dla swoich bliskich. Zdarzają się też sytuacje, że właśnie nie chcąc być ciężarem dla bliskich niektórzy rezygnują z walki o życie, wiedząc iż nie ma żadnych szans na wyzdrowienie, że chyba tylko cud mógłby im pomóc. A cuda przecież tak rzadko się zdarzają…



   Bywało, iż doprowadzeni do ostateczności więźniowie obozów koncentracyjnych rzucali się na druty pod wysokim napięciem. Śmierć ta była straszna, ale pewna i natychmiastowa a świadomość tego, iż dla tkwiących w obozowym koszmarze uwięzionych tak łatwo dostępna stanowiła w ich położeniu jakąś pewność, pociechę oraz oparcie.

   Nie znam statystyk co do ilości samobójczych śmierci w obozach koncentracyjnych (nie wiem nawet czy takie statystyki były prowadzone). O takich rzeczach dowiedzieć się można raczej ze wspomnień byłych więźniów, czy też z relacji strażników. Ile tego było tak naprawdę? Można się tylko domyślać. Nie były to jednak samobójstwa masowe czy też codzienne.  Mimo wszystkich potworności, których stale doświadczali tam więźniowie. Co zatem dawało im siłę w tak strasznych okolicznościach? Czy była to wiara w Boga, czy może tęsknota za najbliższymi, za starym, normalnym życiem? A może owo codzienne trwanie i nietarganie się na swoje życie wywołane było tylko stanem totalnej apatii, zobojętnienia na wszystko co działo się wokół, automatyzmem powtarzanych stale czynności…?

   Myślę jednak, iż u większości uwięzionych wola przeżycia była tą decydującą sprawą. Dla wielu z nich samo to przeżycie było aktem zwycięstwa nad oprawcami, którzy przecież robili wszystko by ludziom odechciewało się istnieć. Przeżyć, móc się jeszcze kiedyś życiem ucieszyć a także dać świadectwo tego, czego musieli w obozowych piekłach doświadczyć. To był ich cel i źródło nadludzkiej wytrzymałości.

   Mówi się, że dobre czasy tworzą słabych ludzi a czasy złe – silnych. Nam, współczesnym społeczeństwom przez wiele lat dane było żyć w relatywnie dobrych, pełnych dobrobytu, spokoju i poczucia bezpieczeństwa latach. Przyzwyczailiśmy się do nich i uwierzyliśmy, iż zawsze tak już będzie. Jednak teraz dostrzegamy, że zewsząd coraz więcej pojawia się zagrożeń, zwiastunów tego, że będzie coraz gorzej, nie potrafimy sobie radzić z trudnościami dnia codziennego. A jakby problemów i obaw było mało zapowiada się nam kolejne pandemie, klimatyczny Armagedon, wojny, niemożliwy do powstrzymania napływ emigrantów i uchodźców. Plajtuje coraz więcej przedsiębiorstw i firm. Rodzi się coraz mniej dzieci. Rośnie liczba depresji, zwiększa się ilość bankrutów i bezrobotnych, osób nie potrafiących już wykrzesać z siebie optymizmu i siły przetrwania. Dlatego coraz więcej jest ludzi, które widząc co się dzieje planują wyjazd z kraju. Najlepiej gdzieś daleko od Europy. Tam, gdzie gospodarki nadal się rozwijają, także dzięki temu,  iż nie wdraża się tam nowych, modnych i coraz bardziej zawłaszczających rzeczywistość ideologii, cenzury i nakazów poprawności politycznej oraz totalnej, cyfrowej kontroli wszystkich jednostek. Jeszcze istnieje na świecie kilka takich miejsc (nie jest nim niestety Kanada), ale przecież wszyscy nie mogą wyjechać. A poza tym znane porzekadło wcale nie kłamie głosząc, iż wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma. Trudno dzisiaj znaleźć naprawdę realny raj na ziemi.



      Odnoszę wrażenie, że ludzie są coraz słabsi, a do tego coraz bardziej zobojętniali na to, co się dzieje.  Poddają się i biernie czekają na to, co się stanie, bo nie wierzą, że sami mogliby mieć jakiś wpływ na przyszłość swoją i swych dzieci. Bywa, iż  z lęku przez spojrzeniem w oczy rzeczywistości takiej, jaka ona w istocie jest, odwracają się od niej. Tworzą sobie jakieś fantasmagorie, idealistyczne Kanady na własny użytek. Snują pełne przyjemności i uspakajających tematów sielankowe opowieści, w których zanurzeni udają, iż to jedyna i prawdziwa rzeczywistość. I aby zachować pozory niezmienności oraz szczęścia wystarczy nie dostrzegać tamtej, tej która przeraża, udając przed sobą samym jakoby jej wcale nie było. Śnić i dobrze się mieć w owym dającym namiastkę ukojenia śnie. Dostrzegam, iż wiele ludzi wycofuje się, ucieka w jakąś formę ułudy, w pozorny optymizm i w udawaną obojętność wobec przeżartego chaosem i destrukcją świata. To prawie tak jakby tych osób już nie było. Jakby sami skazywali się na nieistnienie. Jakby byli tylko ludzikami w jakiejś komputerowej grze a nie realnymi, czującymi mocno istotami…No chyba, że naprawdę jesteśmy takimi ludzikami a wszystko, co nas otacza jest tworzoną przez kogoś fikcją, rodzajem wirtualnej zabawy. Łatwo, bez żalu i wyrzutów sumienia można zatem kliknąć i sprawić by to wszystko zniknęło, jakby nigdy nie istniało. Eutanazja jest wszak rodzajem takiego kliknięcia…

   A świat, ten realny? Jest taka możliwość, iż może jednak jakiś świat rzeczywiście istnieje. Co z nim? Och! Z nami czy bez nas jakoś przecież będzie się toczył. Da sobie radę. A poza tym wszak prędzej czy później i tak trzeba będzie umrzeć… Mało kto się jednak nad tym zastanawia póki jest w miarę zdrowy i sprawny. Lecz przykład Kanady mówi, że życie ludzkie ma coraz mniejszą wartość. A ponieważ postępująca globalizacja sprawia, że kraje na całym świecie mocno się do siebie w wielu kwestiach upodobniają, nie jest wykluczone, że i u nas wkrótce ktoś szybko i bezboleśnie chętnie nam w odejściu na tamtą stronę pomoże, zwłaszcza jeśli będziemy w czymś wadzić systemowi…

 


niedziela, 8 września 2024

Oparcie…

 


 

   Ten tekst ma związek z tematem poprzedniego. Bo oparcie często bywa też synonimem zaufania.A to takie ważne by móc na czymś się oprzeć. Na czymś trwałym, fundamentalnym, niepodważalnym i pewnym. Lub też iluzorycznym, ale dla nas ważnym. Każdy z nas potrzebuje czegoś takiego, nawet gdy sobie tego nie uświadamia. Dla jednego to wiara i religia, dla drugiego nauka i doświadczenie empiryczne, dla trzeciego poglądy polityczne, dla następnego rodzina, miejsce do życia, tradycja, historia, dobro, uczciwość, sumienie…. Gotowiśmy bronić tego czegoś niemalże do utraty tchu, bo nie wyobrażamy sobie byśmy mogli bez tego oparcia istnieć. Zaraz owładnęłaby nami przerażająca pustka i samotność. Przewrócilibyśmy się i stalibyśmy  jako te bezradne, wywrócone na grzbiet żuki, które nie dają rady o własnych siłach stanąć znów na nogi. Bo jak tu istnieć bez poczucia jakiejś pewności i sensu? Jak przetrwać wiedząc, że nie ma nic, w co warto wierzyć, o co walczyć?



   Dla mnie takim oparciem, ucieczką od coraz bardziej niepokojącej rzeczywistości polityczno-społecznej była dotąd natura. Jej prostota, sprawiedliwość i sens. Piszę „była”, ale przecież w dużej mierze nadal jest i będzie. Zdarzenie z użądleniem przez szerszenia mocno nadszarpnęło moją ufność. I chwilowo zachwiało mną w posadach. Wracam jednak do swego poczucia sensu, do tego, co mnie wewnętrznie kształtuje oraz pomaga istnieć. I nadal, mimo wszystko, tym czymś jest bliski związek z naturą. Rozumiem, że w naturze także istnieją zagrożenia a ja w żaden sposób nie jestem przed nimi chroniona, bo w równym stopniu podlegają im wszystkie istoty żywe. Jest to normalne i sprawiedliwe. Miłość do natury w żaden sposób nie zabezpiecza przed bolesnymi ciosami z jej strony. Tak jak miłość do rodziców nie zabezpiecza przed ich ostrymi reprymendami, jeśli na nie zasłużymy. Miłość do rodziców niestety nie zabezpiecza też przed ich utratą. Przez całe życie doznajemy kolejnych utrat, z którymi musimy się pogodzić a nawet uznać je za naukę dla nas. I po każdym kolejnym upadku wstać i iść dalej, wiedząc i rozumiejąc więcej.



   Osy i szerszenie istniały i będą istnieć. Mają do tego takie samo prawo jak ja. Tyle, że ja muszę się nauczyć uważniej i bezpieczniej istnieć pośród nich. Nie popadać w paraliżujący lęk lecz być świadomą wielu możliwych zagrożeń. A także stać się nieco mniejszą idealistką, czyli osobą kroczącą zanadto w chmurach a zbyt mało po twardej ziemi.  Nie zastanawiać się też, czy zasłużyłam w jakiś sposób na ten wypadek z szerszeniem. Być może potrzebna mi była taka właśnie lekcja. A może owo użądlenie było tylko to ślepym trafem. Czystym przypadkiem. Nie wiadomo. Zdaję sobie sprawę, że choćbym nie wiem jak uważała, to i tak wszystko zdarzyć się może. I kiedyś się zdarzy, w taki czy inny sposób. Gdyż przeznaczeniem każdego jest wszak ostateczny koniec istnienia…



   Likwidacja szerszeni w naszym ogrodzie zwróciła nam uwagę na konieczność bliższego przyjrzenia się starej jabłoni, w której istniało jedno z owych owadzich gniazd. W jakiś czas po owej likwidacji oglądając owo drzewo stwierdziliśmy, że w większości jest ono spróchniałe, popękane na całej długości pnia, suche i puste w środku. Z tego pustego miejsca w ubiegłych latach korzystały kolejne pokolenia ptaków zakładając tam swoje gniazda. A w tym roku już żaden ptak nie miał tam przystępu, gdyż w całości zasiedliły je szerszenie.  Krążyły wokół niego strzegąc czujnie swego siedliska i nie pozwalając nawet na swobodne przechodzenie obok. Ilekroć kosiłam w jego pobliżu zawsze miałam z tyłu głowy informację, by mieć się na baczności, by nie stracić go z pola widzenia. Bo gdy tylko podchodziłam zbyt blisko rozwścieczone owady latały agresywnie nad moją głową a nawet mnie w nią uderzały ostrzegawczo, na szczęście nie żądląc jednak. Cezarego dwukrotnie jednak użądliły, kiedy nieświadom jeszcze ich obecności w drzewie zbliżył się do nich, ale ponieważ nie jest na nie uczulony, to poza chwilowym, specyficznym bólem nic więcej przykrego nie odczuwał.

   Po każdej wichurze czy deszczu coraz więcej suchych gałęzi opadało ze stareńkiej jabłoni a nieliczne jabłka, które jeszcze rodziła małe były, cierpkie w smaku i robaczywe. Żal mi było staruszki, jak żal mi każdego innego wycinanego drzewa czy krzewu, ale musiałam zgodzić się z Cezarym, iż nie ma co zwlekać. Należy podjąć ostateczną decyzję i niestety ściąć drzewo, z którego nie ma już żadnego pożytku, a które przeciwnie, może stanowić zagrożenie dla nas i psów, jeśli nagle złamałoby się i zwaliło nagle na kogoś z nas. Poza tym jego pusty pień w przyszłych latach znowu mógłby służyć innym owadom za świetne miejsce do zasiedlenia. A tego na pewno już byśmy nie chcieli. Poza tym mamy w ogrodzie kilka innych jabłoni. Jabłek z nich jest aż nadto dla nas.

   Pewnego dnia zatem nasz znajomy, uczynny drwal oraz Cezary wzięli się za ścinanie jabłoni. A zrobili to tak sprytnie, że padając drzewo niczego nie uszkodziło, nie złamało, choć w pobliżu wiele rośnie drzew, krzewów i bylin, choć tuż obok stoi pokryta dachówkami wiata na drewno opałowe.

   Sądzimy z mężem, że teraz owe rośliny będą lepiej rosły, że posadzone w ich pobliżu kwiaty też poczują się lepiej. Owa wielka jabłoń wysysała bowiem z ziemi ogromną ilość życiodajnej wilgoci i pewnie dlatego zawsze rosnące w jej pobliżu rośliny wyglądały marnie.







   Po ścięciu jabłoni zajrzeliśmy z ciekawością do jej wnętrza. Widać tam było ogromne, podzielone na okrągłe plastry gniazdo szerszeni...Była to wspaniała, wielopoziomowa, szerszeniowa kraina ze swoimi prawami, planami, ścieżkami, ze swoją zwyczajną codziennością. Nie spodziewała się zapewne, że tak nagle przestanie istnieć…Dokładnie tak samo, jak nie spodziewały się tego upadające ludzkie państwa i metropolie, które uważały, że są niezniszczalne i wieczne, że zawsze będą stanowiły oparcie dla kolejnych pokoleń. Ale historia przetoczyła się po nich niczym miażdżący wszystko na swej drodze walec. I nadal się toczy, choć wielu z nas do niedawna wydawało się, że żyjemy w najlepszym, najbezpieczniejszym momencie dziejów ludzkości…

                                                         miejsce po ściętej jabłoni a w tle stara lipa

                                        


sobota, 6 stycznia 2024

Bańki mydlane…

 



 

Jak bańki mydlane lecimy wysoko

Z marzeniem tęczowym, ku złudzeń obłokom

Jak bańki mydlane zmiennymi barwami

Karmimy się stale, w naiwności trwamy

Że nam dane będzie fruwać długo jeszcze

Że nas wiatr nie zwieje, nie rozpuszczą deszcze

I że przeznaczenie znowu nas ominie

A czas, że znów zapomni, że i dla nas płynie…

Choć jak wszystkie bańki tyle planów mamy

To co dnia, bez śladu, po prostu znikamy

A te wszystkie barwy, marzenia i cele

Odpływają w niebyt, jak przed nimi wiele

Lecz oto baniek mydlanych nowe pokolenia

Już się  rodzą stadnie, chcą się wyrwać z cienia

I rwą się do lotu z ufnością niezłomną

Że pofruną wyżej, że im więcej wolno…

 

I tak się to powtarza od stworzenia świata

Nikogo wszak nie dziwi losu nieuchronność

A jednak nadal bólem przejmuje nas strata

I kolejnej bańki zupełna bezbronność…


P.S.

Czy zauważyliście jak ogromnie dużo młodych ludzi umiera ostatnimi czasy? Ilu popularnych i lubianych celebrytów, ale także tych zwyczajnych, skromnych, znanych nam na co dzień znajomych i sąsiadów? Na przykład niedawno odszedł nagle zaledwie pięćdziesięcioczteroletni śląski aktor i kabareciarz Krzysztof Respondek. A kilka dni temu umarł równie niespodziewanie niespełna czterdziestotrzyletni pieśniarz i kompozytor, Witold Mikołajczuk ( Witek, muzyk ulicy - pisałam o nim w listopadowym poście). Odchodzi w niebyt mrowie sportowców, aktorów, muzyków, modeli, dziennikarzy. Znika nagle mnóstwo zdałoby się zupełnie zdrowych i mających przed sobą długie lata życia osób...I właściwie nikt nie pyta, nie docieka - dlaczego? To przecież nie jest normalne.  Tak, ludzie zawsze umierali i będą umierać, jednak mam wrażenie, iż w ostatnich latach ten trend nagłych śmierci bardzo się nasilił. To smuci, przeraża, budzi wiele pytań...

poniedziałek, 15 maja 2023

Nie zawsze maj jest majem…

 

 



   W maju, jak to w maju. Pracowicie i zielono. Więcej jest się w ogrodzie, niż w domu. Chce się być tam, gdzie tętni życie, wspierać to życie, być jego częścią. Mniej teraz człowieka przejmują i angażują sprawy dalekiego świata. Znacznie bardziej liczy się jego własny, mały a przecież tak bardzo potrzebujący opieki, pracy i starania bliski światek.  Myślę, że podobne odczucia ma większość osób żyjących blisko natury, oddających się jej w zupełności. A natura? Cóż,  jest wymagająca, zawłaszczająca, niecierpliwa, ale i ogromnie szczodra.  W zamian za wszystkie codzienne i nieraz bardzo żmudne czynności obdarza spokojem ducha, uczuciem przywróconej magicznie młodości, satysfakcjonującej sprawczości i towarzyszącej im pożyteczności wszystkich wiosennych działań.



   I tak właśnie na ogół jest u nas. Stopiliśmy się w jedno z otaczającą nas przyrodą. Jesteśmy jej maleńkimi, ufnie sprzęgniętymi z machiną istnienia trybikami. I to wystarcza. Więcej się nie łaknie. Zdrowie i chęci, póki co, pozwalają na wykonywanie obowiązków związanych z gospodarstwem i ziemią. Na ten corocznie powtarzający się taniec wielu nowych planów i zamierzeń, koniecznych i powtarzalnych obowiązków oraz wytrwałej ich realizacji. Tańca, podczas którego ma się wrażenie, że jakaś równowaga jest utrzymana a swoim działaniem stwarzamy coś dobrego.



   No tak, ale czy nie zdarzają nam się pomyłki, błędy, nietrafne decyzje albo porażki? Czy zawsze jesteśmy z siebie zadowoleni? I czy wszystko przebiega tak wspaniale i bezproblemowo, jak niektórym mogłoby się wydawać po lekturze naszego bloga? Bywa różnie. Raz lepiej, raz gorzej. Nikt z nas nie jest przecież ideałem. Czasem się człowiekowi nic nie chce a niekiedy  robi się coś pobieżnie albo byle jak, byleby było, bo po prostu nie ma się siły na więcej. Innym razem działa się mechanicznie, nie rozmyślając wiele o konsekwencjach. Bo po prostu trzeba to właśnie zrobić – tak czy siak a błędy czy straty są przy tym nieuniknione. Człowiek  - ogrodnik pomaga nowemu życiu, ale też decyduje co ma prawo do istnienia a co nie. Co jest przydatne a co zbędne. Jego dziełem są wszak wielkie hałdy wyrwanych z korzeniami chwastów albo przekopane ostrym szpadlem grudy ziemi wraz z kryjącymi się w niej dżdżownicami i innymi niewinnymi stworzonkami. To on przycina co roku gałęzie drzew, kształtując je po swojemu. Przegania z ogrodu wszelkimi możliwymi sposobami (nieraz bardzo drastycznymi) krety, nornice, ślimaki i uznawane przez niego za szkodniki owady. Kształtuje otaczający go świat po swojemu, biorąc odpowiedzialność za to, co robi, choć nie zawsze robi dobrze, choć jego działanie niektórym istnieniom niesie kres albo cierpienie. Jest niczym bóstwo, od którego woli zależy tak wiele. Bóstwo, które przecież będąc częścią koła życia też w pewnym momencie ulegnie destrukcji, bo inne bóstwo lub po prostu przypadek zdecydują o tym, że nadszedł czas nieuchronnego końca.



   A wszak wiadomo, że z każdym rokiem będzie nam w Jaworowie coraz ciężej, że pewnej wiosny może zabraknąć sił, że w końcu i nas może zabraknąć. Bo przecież nic nie trwa wiecznie. Zmieni się wszystko. Palec losu od czasu do czasu beznamiętnie wskazuje na kogoś i to, co wydawało się stałością, wiecznością, a nawet nudną powtarzalnością – raptem znika…A pogodny, beztroski, pełen niezapominajek maj przekształca się nagle w zasnuty melancholią, szary listopad.


   Czasem w najbardziej pogodny i kwitnący rozmaitymi barwami, na pozór beztroski dzień przychodzi mi ta niewesoła myśl do głowy. Lęk przed przyszłością, przed jej nieuchronnością niby czarny ptak przysiada na sercu. Na szczęście, ledwo się pojawia, zaraz znika odegnany przez wszechogarniającą moc odradzającej się, pełnej buzującej energii natury. Bo jakże mogłoby przestać istnieć coś, co żyje tak intensywnie? To przecież jakaś abstrakcja, bluźnierstwo, naruszenie tabu! Po co w ogóle rozmyślać o smutnych rzeczach, przydawać im mocy, zasnuwać ponurym cieniem ten cudowny, zielony czas? Wszak maj ma być majem i basta.




   Ale przecież maje bywają różne dla każdego. Wszystko jest subiektywne, indywidualne, delikatne. Podczas, gdy jedni cieszą się, śmieją, pracują ile sił w mięśniach, inni zastygają w niemocy, smucą się i cierpią, bo właśnie teraz dzieje się u nich coś złego. Albo przypominają sobie coś, co boli i mniej lub bardziej boleć będzie zawsze. I choć bronią się przed tym jak mogą, to bywa, iż uraża ich cudza beztroska. Otwiera rany w ich duszach świat, który tak bezwstydnie, tak do utraty tchu cieszy się tym swoim wszechogarniającym istnieniem.  Ci cierpiący mają wrażenie, że im jest dokoła promienniej, im pogodniej wkoło, tym wyraźniej odcina się w ich sercu boleść, żal, smutek, uczucie niesprawiedliwości, rozpaczy, lęku, bezradności, tęsknoty…Tyle się dzieje w tym samym a tak różnym dla każdego czasie. Każdy odczuwa po swojemu, bo każdemu co innego w danym momencie przypada w udziale. Los, ten pracowity ogrodnik trzyma się swoich planów, nie przejmuje się ludzkimi rojeniami ani tym co wypada, co być powinno. Robi swoje. Wbija ostry szpadel to tu, to tam…



   Cieszę się moim majem, ogromnie go doceniam póki trwa. Jest jeszcze dla nas w Jaworowie dobry i łaskawy. Jeszcze roztacza wielobarwne uroki i blaski. Jeszcze zachęcając do czynu podśpiewuje stare piosenki, głaska, rozwesela, maluje naiwne obrazki, opowiada baśnie o wieczności. Otula kojącą obecnością nawet w pochmurne, chłodne dni. Ale myślę też o tych, dla których maj stracił już ten czar. Coś się niestety zmieniło u nich na zawsze…Przestali czuć się trybikami tej machiny dziania chociaż życie dokoła płynie dalej jak gdyby nigdy nic. I mimo ich ogromnej wyrwy w sercu trwa, będzie trwać i swoim tempem kręcić się po dawnemu. Jednak wreszcie, taką mam nadzieję,  czas powolutku zasklepi i zabliźni tę głęboką ranę. Wreszcie da znowu odrobinę odetchnąć. Pozwoli materii duszy choć trochę zazielenić się kolejnej wiosny i znaleźć powód by starać się na nowo żyć. Po nowemu, inaczej, ale mimo wszystko żyć. Jakkolwiek się da. Bo tylko to się liczy. Ta nasza krótka chwila istnienia. Ta niezwykła wyprawa w nieznane. Ten cudowny lot ku słońcu.



    I właśnie dla  wszystkich bliskim sercu osób, dla tych, których uczucia mocno czuję w sobie, bo są, były czy też będą kiedyś moimi uczuciami ten tekst.




Etykiety

Aborygeni absurd afirmacja życia agrest apel apel o pomoc asymilacja Australia autoanaliza bajka bal ballada baśń Beksińscy Bieszczady blackout bliskość blog blogi bór cenzura Cesarzowa Ki Cezary chleb choroba ciastka ciepło cywilizacja czarny bez czarny humor czas czekolada czerwiec człowieczeństwo człowiek czułość Dersu Uzała deszcz dieta dobro dom dorosłość drama drama koreańska drewno droga drzewa trawiaste Dubiecko Dwernik Kamień dwudziestolecie międzywojenne dystopia dzieciństwo dzikie bzy ekologia elektryczność erotyk eutanazja fajka fantazja film flash mob fotografie fotoreportaż glebogryzarka głodówka głód gospodarstwo goście góry Góry Flindersa grass tree grill grudzień grzyby Gwiazdka historia historie wędrujące horror humor humoreska idealizm ideologia II wojna światowa informacja inność inspiracja internet jabłka jabłoń Jacuś Jacuś. gospodarstwo Jacuś. lato jajka Jane Eyre Japonia Jawornik Polski jesień jesień życia kalina Kanada kanały kangury kastracja kiełbasa klimat klimatyzm koala kobieta koguty kolęda kolędy komputer komunikacja konfitury konflikt koniec świata konkurs konstrukcja kosmos koszenie kot koziołek kozy Kraków Kresy kryminał kryzys książka kuchnia kulinaria kury kwiaty kwiecień las lato legenda lektura lęk lipa lipiec lis listopad literatura los ludzie luty łąka maciejka macierzyństwo magia maj malarstwo maliny mantry marzenie maska metafora mgła miasteczko odnalezionych myśli Michael Jackson Mikołaj miłość Misia mit młodość moda mróz mróż muzyka muzyka filmowa nadzieja nalewki nałóg natura niebezpieczeństwo niezapominajki noc nowoczesność Nowy Rok obyczaje ocean odchudzanie odpowiedzialność odrodzenie ogrody ogród ojczyzna opowiadanie opowiastka opowieść Orzeszkowa osa Osiecka owoce pamięć pandemia Panna Róża park pasja patriotyzm pejzaż pierniki pies pieski pieśni pieśń piękno piosenka piosenki pisanie płot początek podróż poezja pogoda Pogórze Dynowskie polityka Polska pomidory pomysł poprawność polityczna porady postęp pożar praca prawda prezent protest protesty przedwiośnie przedzimie przemijanie Przemyśl przepis przetrwanie przetwory przeznaczenie przygoda przyjaźń przyroda psy psychologia ptaki radość rak recenzja refleksja relatywizm remont repatriacja reportaż rezerwat Riverland rodzina rok rośliny rower rozmowa rozrywka rozum róże rymowanka rzeka samopoczucie samotność San sarny sąsiedzi sens życia siano sierpień silna wola siła skróty słodycze słońce słowa słowa piosenki słowianie smutek solidarność South Australia spacer spiżarnia spokój społeczeństwo spontaniczność spotkanie stado Star starość strych susza susza. upał szadź szczerość szczęście szerszeń śmiech śmierć śnieg śpiew środowisko świat światło świeta święta świt tajemnica tekst piosenki teksty piosenek tęsknota toaleta tragikomedia trauma troska truskawki uczucia Ukraina upał urodziny uśmiech warzywnik wędrówka wędrówki węgiel wiadomości wiadomość wiatr wierność wiersz wierszyk wieś wieża wigilia Wilsons Promontory wino wiosna wiosnaekologia wirus woda wojna wolność Wołyń wrażliwość wrotycz wrzesień wschód słońca wspomnienia wspomnienie współczesność Wszechświat wybory wychowanie wycieczka wygląd wypadki wypalanie traw wzruszenie zabawa zabawa blogowa zachód słońca zapasy zaproszenie zbiory zdjęcia zdrowie zielarstwo zielononóżki zielononóżki kuropatwiane zima zioła zmiany zupa Zuzia zwierzęta zwyczaje żałoba żart życie życzenia Żydzi żywokost