Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nadzieja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nadzieja. Pokaż wszystkie posty

środa, 5 listopada 2025

Szczęście w nieszczęściu...

 




   Dwa zdarzenia w ostatnim czasie mocno dały mi do myślenia o tym, iż Wszechświat w jakiś sposób czuwa jednak nad nami, daje coś do zrozumienia, a może i pomaga. Pierwsze miało związek z naszymi częstymi ostatnio wyjazdami do Rzeszowa, gdzie odwiedzałam pewną przychodnię specjalistyczną. Otóż po jednej z takich wizyt zajechaliśmy naszym autkiem pod wielki supermarket. Zaparkowaliśmy go na ogromnym parkingu i ruszyliśmy na rekonesans po przybytku, w którym już dobrych kilka lat nie byliśmy, bo jakoś nas wcale do niego nie ciągnęło. Jakież było nasze zdziwienie, gdy po powrocie na parking okazało się, że nasz samochodzik odmawia sprawnej jazdy. Coś od spodu zaczęło w nim dziwnie szumieć, zgrzytać i sprawiać wrażenie jak gdyby jakieś ciało obce blokowało koła. Obejrzeliśmy je zatem z każdej strony spodziewając się, iż ktoś dla kawału włożył nam pod któryś z błotników plastikową butelkę. Ale nie, nic tam nie było. Dopiero pewien młody mężczyzna, który parkował obok zajrzał pod spód naszego rumaka a poświeciwszy sobie latarką z telefonu zawyrokował natychmiast, iż pękła sprężyna łącząca przednie koło z podwoziem. I dlatego owo koło wydawało tak dziwaczne zgrzyty.

  • Oj! To całe szczęście, że ta sprężyna urwała się państwu tu, na postoju a nie na ruchliwej szosie. Bo jakby koło się wam w trakcie jazdy urwało, to nie byłoby czego po was zbierać! - zawyrokował spoglądając na nas z podziwem niby na wyróżnionych przez los ocaleńców.

   Od razu do rozmowy dołączył się inny, stojący nieopodal mężczyzna i stwierdził, że nawet sam widział kiedyś tak straszliwy wypadek, gdy pędzące kilkadziesiąt km na godzinę autko nagle wpadło w poślizg i rąbnęło z całej siły w barierkę, a urwane koło poturlało się do rowu, na szczęście nie uderzając po drodze w inny pojazd. Co stało się z pasażerami feralnego auta? Tego ów mężczyzna nie wiedział, ale domyślał się, iż byli co najmniej mocno poranieni.

  • Tak, że naprawdę macie państwo szczęście! - potwierdził spostrzeżenie młodego człowieka i kręcąc z niedowierzaniem głową odjechał w sobie tylko znanym kierunku.

   Cóż. Po przemyśleniu całej kwestii oboje z Cezarym uznaliśmy zgodnie, iż rzeczywiście mieliśmy szczęście, bo czymże były problemy z drogo wycenionym przewiezieniem naszego autka lawetą czy zapłaceniem u mechanika kilku stówek za naprawę, skoro nam nic się nie stało. Skoro cali i zdrowi mogliśmy wrócić do domu, do naszych kochanych zwierzaków. Bo tak naprawdę, to liczy się tylko zdrowie i życie nasze oraz naszych bliskich. Cała reszta to tylko dodatki...


   A drugie zdarzenie? Otóż przez kilka ostatnich tygodni w związku z moim niedawnym zapaleniem płuc oraz z podejrzanymi cieniami wykrytymi na prześwietleniu rentgenowskim jeździliśmy do pulmonologa w Rzeszowie. Ostatecznie po tomografii okazało się, że owe cienie to niestety nowotwór płuca. Nowotwór jeszcze mały i nie dający na razie żadnych oznak ani dolegliwości. Na tyle mały, że o ile nie będzie żadnych przerzutów a mój stan zdrowia na to pozwoli będę mogła mieć wykonaną operację, w trakcie której zostanie mi wycięty płat płuca wraz z owym guzem.

   A gdzie w tym owo tytułowe szczęście w nieszczęściu? Otóż gdyby nie zapalenie płuc, to bym o owym nowotworze nic nie wiedziała a on rozwijałby się w moim organizmie bez żadnych przeszkód aż stałby się tak duży i groźny, tak zagarniający inne części ciała, że jego operacyjne usunięcie nie byłoby już możliwe. I zostawałaby wówczas tylko chemio oraz radioterapia a to, jak wiadomo, w wielu przypadkach nie przynosi oczekiwanych rezultatów.

   Od jakiegoś czasu w związku z powyższym żyję w stanie sporego rozedrgania psychicznego. Mam napady lęków i problemy ze snem, dlatego bywa, iż muszę się wspomagać środkami uspokajającymi. Wsłuchana w ciszę nocną rozmyślam intensywnie o tym, co mnie czeka, boję o to, co byłoby jeślibym odeszła, co wówczas z bliskimi... Nie chcę tak myśleć, ale myśli same pchają mi się do głowy i kraczą niby czarne ptaszyska...Zastanawiam się też skąd mi się ten nowotwór wziął, skoro żyję zdrowo, odżywiam się też zdrowo, nie przyjmowałam żadnych podejrzanych preparatów, używek ani suplementów, nigdy nie paliłam papierosów a do tego okolica, w której mieszkam słynie z krystalicznego, górskiego powietrza....


       - Czy jakoś przyczyniły się do tego zmartwienia, których ilość od końca zeszłego roku wciąz wzrasta? - dociekam, z ciężkim sercem wspominając chorobę brata a zaraz potem taty.

  • Może to bliskość wieży przekaźnikowej jakoś mi zaszkodziła? A może odwierty gazu ziemnego w pobliskim lesie? To wcale nie żadne głupie teorie spiskowe. Wszak kwestie wpływu na zdrowie przekaźnika i odwiertów gazu poruszyli ze mną lekarze - pulmonolodzy, którzy także podejrzewają, iż coś może tu być na rzeczy...

  • Być może zalęgnięcie się we mnie tego ósmego pasażera Nostromo było mi z jakichś powodów pisane, no bo jeśli wszystko dzieje się po coś, to i w tym jest jakiś sens, jakaś nauka...?

  • Ech! Nie da się tu dojść do żadnej jednoznacznej odpowiedzi! - stwierdzam w końcu i włączam w telewizji You Tuba aby zająć czymś znękany umysł. A czasem coś sobie w myślach nucę i wyobrażam sobie, że wędruję po moich ulubionych miejscach. Po lesie, po łąkach, po okolicznych bezdrożach i malowniczych dróżkach. Wówczas nieraz ogarnia mnie błogi, wewnętrzny spokój i doznaję przeczucia, iż będzie dobrze bo musi być dobrze, bo zdecydowanie jeszcze na mnie nie pora.

  • Rak to nie wyrok! – oświadczam przekonując samą siebie i próbując odganiać w ten sposób owe złośliwe ptaszyska.

  • Przecież jestem silna (i poza tym nowotworem zupełnie zdrowa), do tego pozytywnie nastawiona a wobec tego dam radę przetrwać i przezwyciężyć wszystko, co mnie teraz czeka a Wszechświat ma mnie jednak w opiece. W takich chwilach czuję więc wobec niego ufność a nawet wdzięczność. I wierzę a raczej mocno chcę wierzyć, że jeszcze nie raz wzejdzie dla mnie słońce...- dopowiadam te słowa w myślach niby jakąś mantrę.


   Jutro na kilkanaście dni idę do szpitala, gdzie wykonają mi pełną diagnostykę, która da ostateczną odpowiedź na to, jaki rodzaj nowotworu zagnieździł się w moich płucach, czy są przerzuty i w jaki sposób będę leczona. Mam nadzieję, że zakwalifikują mnie na operację, którą zrobią najszybciej jak tylko się da i która rzecz jasna się uda. Oczywiście obawiam się także owej operacji, ale jednocześnie wiem, że to będzie najlepsze dla mnie w tej sytuacji. I że będą szczęściarą, jeśli uda mi się ją pomyślnie przejść a potem w pełni zdrowia żyć tak, jak żyłam do tej pory. W troskliwej opiece Wszechświata, w bliskości dzikiej natury, w zgodzie, w przyjaźni i w miłości z ludźmi, którzy są mi bliscy...

Proszę, trzymajcie za mnie kciuki! Odezwę się (mam nadzieję!) jak już będzie po wszystkim!


środa, 12 lutego 2025

Anielcia…

 


 


 

   Starość miewa różne oblicza. Pierwsze to pogodne, łagodne i spokojne, bo pogodzone z losem, bo pełne mądrości i doświadczeń życiowych, bo w otoczeniu kochającej rodziny a zwłaszcza wnuków. Drugie to smutne i gorzkie, bo samotne, zbędne, pełne bólu i bezradności, żalu za tym co bezpowrotnie minęło. Mało komu zdarza się ta pierwsza, sielankowa wersja schyłku życia. Choć większość z nas marzy i wyobraża sobie, iż taka właśnie będzie. Jednak okazuje się, iż mały mamy wpływ na to, co się z nami stanie. Jacy będziemy i jak poradzimy sobie z tą resztą przydzielonej nam przez Opatrzność egzystencji... Poniższa opowieść jest opisem zwyczajnej, tutejszej codzienności. Codzienności będącej udziałem wielu starszych ludzi na wsi…

 


   Trwał chłodny i słoneczny, lutowy poranek. Za oknem mróz po swojemu przyozdabiał Pogórze miliardami srebrzystych diamencików, ażurowych koronek i płatków lodowych kwiatów. Miotane powiewem wiatru strzępki szronu niby śniegowe gwiazdki opadały migotliwie z okolicznych drzew. Słonko wznosiło się coraz wyżej a niebo błękitniało wyraziście co sprawiało, że widok na krętą, znikającą wśród lasu drogę robił się coraz piękniejszy. Dopiero co byłam na zewnątrz by wsypać ptaszkom słonecznika do karmnika oraz zrobić kilka zdjęć a teraz rozgrzewając się kubkiem kawy trwałam w niemym zapatrzeniu na ten cud natury. Kolejna zima tutaj zachwycała mnie niezmiennie.

- Oby wiele jeszcze było takich zim przede mną i Cezarym – pomyślałam spoglądając z pełną troski czułością na męża stojącego przy piecu i pilnującego by się słonina odpowiednio przysmażyła na nową porcję smalcu.  Skwarki złociły się i pachniały bardzo apetycznie…

   Raptem z owego zapatrzenia wyrwał mnie głośny dźwięk telefonu.  Dzwoniła Anielcia - ponad osiemdziesięcioletnia sąsiadka z niedalekiego przysiółka położonego w głębokiej dolinie.

 

- Co tam u Was, Olusiu? Mróz bardzo dokucza? Jak się z Cezarym czujecie? – zapytała jak zawsze na wstępie zagajając serdecznie rozmowę. Odrzekłam, że różnie, raz lepiej, raz gorzej zdając sobie doskonale sprawę, iż na pewno nasze banalne dolegliwości mają się nijak do ogromu jej boleści i trosk. Wszak Anielcia od wielu już lat była wdową i póki jako tako radziła sobie sama z codziennymi obowiązkami nie było źle. Wprawdzie od dawna narzekała na serce, na bolące stawy oraz na protezy biodrowe, ale mimo wszystko chciało jej się jeszcze uprawiać przydomowy warzywnik, zasadzić a potem ukopać własnych ziemniaków, drewna pociupać do kuchennego pieca, kota – przybłędę nakarmić. Od kiedy pamiętała jej życie wypełniała ciężka praca w domu i na roli, opieka nad czworgiem dzieci, pomoc w wychowywaniu wnuków. To wszystko nadawało życiu sens i rytm. Dzięki wspólnej z mężem pracy a potem niewielkiej emeryturze było co do garnka włożyć, choć zdarzała się też taka bieda, że i jajko na wagę złota było. Nieraz do miasta kilkadziesiąt kilometrów na piechotę się chodziło, żeby sprzedać jagody albo grzyby nazbierane w sąsiednim lesie. Każdy grosz się liczył, zatem w pocie czoła wypracowywało się środki na skromny, ale samodzielny i uczciwy byt. W lepszych, spokojniejszych chwilach zdarzała się nawet chęć by niekiedy jakąś książkę przeczytać, z sąsiadkami się spotkać, o swoich sprawach poplotkować beztrosko. Czekać na codzienne wschody słońca i cieszyć się, że nadal można je oglądać… Tak mniej więcej było kiedyś. A dziś?

- A Ty, jak sobie radzisz, Anielciu? – zapytałam omalże pewna, iż nadal przebywa u swojej starszej córki w mieście. Ostatnimi laty bowiem mocno niedomagała i po kilku pobytach w szpitalu potrzebowała codziennej opieki. Dlatego więcej z córką niż u siebie siedziała.

- Jakoś tam sobie radzę. Muszę, przecież przeważnie sama tu jestem. Pokuśtykam trochę po obejściu. Jak mam siłę, to sobie coś ugotuję, a jak nie, to i kromka chleba z pasztetówką wystarczy. Staremu człowiekowi niewiele już trzeba – westchnęła z pełną goryczy rezygnacją.

- Ale na szczęście dwa razy w tygodniu przychodzi opiekunka z gminy. Zrobi zakupy, drewna z komórki naniesie, chwilę się po domu pokręci, o zdrowie zapyta i idzie. Nie tylko mnie ma przecież na głowie – dodała jak zawsze pełna zrozumienia i empatii dla innych.

- To u córki w mieście być nie chciałaś? Przecież tam centralne ogrzewanie mają, ciepło w domu i nie byłabyś sama…- odezwałam się od razu wyobrażając sobie siebie na jej miejscu.

- Córka schorowana. Sama więcej teraz po szpitalach niż w domu przebywa. To i nie będę jej sobą głowy zawracać jak tyle ma własnych kłopotów. A poza tym tam bardziej byłam sama niż tutaj… - szepnęła ze smutkiem.

 – Wzrok mi się ostatnio pogorszył i nie da rady już książek czytać a sprzątać tam i gotować córka zabraniała, żeby mi to na serce nie zaszkodziło…To i całe dnie bezczynnie tam siedziałam w okno się gapiąc, dawne czasy wspominając a tak w ogóle nie wiedząc co ze sobą zrobić, bo to przecież sama do miasta nie pójdę. Taki człowiek nieporadny się zrobił i tak mu dziwnie obco w tym wielkim świecie. Ludzie zrobili się też całkiem niż kiedyś inni. Ech! Trzeba mi było wracać tutaj. W ogóle za długo tam siedziałam – znowu westchnęła bezradnie i w tej chwili dała się słyszeć w jej głosie drżąca nutka tłumionych głęboko emocji.

- Wolę być u siebie. Powinnam być tutaj. Ten dom, ta ziemia, to całe moje życie. Każde drzewo w ogrodzie, każdy kawałek ziemi i lasu. Jak ja o to nie zadbam, to już nikt nie zadba. Ja tu wszystko znam i kocham. A właściwie to znałam…Bo i tu się całkiem popsuło. Ech, ludzie, to jak dzikie zwierzęta. Jak wyczują u kogoś słabość, to zaraz gotowi zagryźć, zabrać wszystko… - jęknęła z rozpaczliwą rezygnacją, pociągając raz po raz nosem.

- A co się stało? Ktoś Ci krzywdę Anielciu zrobił? – przypomniałam sobie, że już kiedyś staruszka opowiadała mi o sąsiedzie pijaku, co do spółki z mieszkającą nieopodal sąsiadką drewno Anielci z komórki bezczelnie podkradał.

- Jak byłam u córki w mieście sąsiad znowu włamał się do drewutni i zabrał stamtąd wszystko, co mogło mu się na coś przydać. Nie tylko drewno, ale w ogóle wszystko, co mógł sprzedać, żeby na wódkę grosz mieć! Istna hiena cmentarna! – pełna oburzenia zamilkła na chwilę, oddychała tylko spazmatycznie raz po raz przełykając łzy.

- Skorzystał, że nikt go nie mógł nakryć i wyniósł wszystkie narzędzia, piły, dłutka i śrubokręty, co to moim mężu zostały. Nawet siekiery nie zostawił! I do tego doszło, że jak mi się udaje kogoś nająć do porąbania drewna, to proszę, żeby ze swoją siekierą przyszedł, bo u mnie nic już nie ma! – załkała jak bezradne dziecko a ja pożałowałam natychmiast, że to telefoniczna a nie w cztery oczy rozmowa, bo wiedziałam, iż Anielci przydałoby się teraz zwyczajne przytulenie. Żadne słowa przecież nie wydawały się w tym momencie adekwatne…

- Zgłosiłaś to na policję? – zapytałam przypomniawszy sobie, że tak postąpiła kiedyś.

- Nie! Bo i po co? Nie mogę udowodnić przecież, że to on mi zrobił. Ten śmierdzący pijus w nos mi się śmieje albo dokucza, że jemu się wszystko należy a takie staruchy jak ja powinny już dawno na cmentarzu leżeć. A poza tym nastraszył mnie, że dom mi spali, jak na niego naskarżę… - wyszeptała z trwożliwym zawstydzeniem.

- A rodzina? Co na to Twoja rodzina? – odezwałam się, myśląc o tym, że przecież kilka kilometrów od Anielci mieszka jej najmłodsza córka, zięć i wnuki. I że na pewno w takiej sytuacji powinni jakoś zareagować. Pomóc jej. Obronić. Zaopiekować się.

- Ech, Oluniu! Oni czasu całkiem nie mają. Każdy swoim zajęty. Każdy tylko za pieniądzem goni albo po doktorach jeździ. Mówią, że powinnam w mieście u starszej córki siedzieć. Wtedy nie byłoby z niczym kłopotu. Dom na wsi by się sprzedało, grosz między nich podzieliło i szlus. Każdy by miał dobrze. Nie rozumieją tylko tego, jak bliskie jest mi to miejsce, jak żyć bez niego nie umiem. A mimo wszystko wciąż się chce człowiekowi żyć, choć nie za bardzo ma już po co i dla kogo – zwierzyła się z bolesną szczerością.

- I wiesz, Oluniu mnie się jeszcze czasem wierzyć nie chce, że bliscy mogą tak jakoś zobojętnieć, tak się oddalić. To się w głowie nie mieści, że choćby człowiek nie wiadomo, jak kochał, dbał, pieścił, pomagał, to na starość nic się z tego nie liczy, to nikt już tego nie pamięta. I człowiek staje się jak ten spróchniały, nie nadający się do niczego jak tylko do wycięcia pień. A przecież kiedyś był silnym drzewem, które bez żadnych warunków i ograniczeń dawało innym cień i schronienie. Ale taka widać już kolej rzeczy – szepnęła Anielcia znowu głęboko wzdychając.

   A ja przypomniałam sobie dawne opowieści Anielci o tym jak to kiedyś często pojawiały się u niej dzieci albo wnuki, żeby pomóc, zapytać, czy babci czegoś nie potrzeba, zatroszczyć się jakoś. Jak te najmłodsze wesoło biegały po ogrodzie rwąc pyszne papierówki i czereśnie. Jak wdrapywały się na kolana a babcia całowała ich rumiane policzki. Jak szyła im fikuśne fartuszki i sukieneczki. Jak piękne haftowała dla córek obrusy. Jak ciułała grosz do grosza, żeby im się do motoru albo samochodu dołożyć. Do tego wszystkiego wdzięczna za najdrobniejszy objaw starania i serdeczności piekła dla rodziny smaczne ciasta, z myślą o bliskich suszyła grzyby i jabłka nad kaflowym piecem, zapraszała na niedzielne obiady a także chętnie obdarowywała wnuki paroma groszami ze swej skromnej emerytury, płacąc im w ten sposób za naniesienie drewna, za zrobienie zakupów a nawet za sam fakt odwiedzin…

- Córki się zestarzały, pochorowały i nie mają już tyle sił, co kiedyś. Wnuki porozjeżdżały się w różne strony i rzadko w tych okolicach się pojawiają. Zostały prawnuki, ale dla nich te marne sto złotych, co im babka do kieszeni włoży, to tyle, co nic…Nie chce im się tu przychodzić. A jak już przyjdą, to zaraz wychodzą, tak się nudzą. Tylko by w swoje telefony i komputery patrzyły. Takie to teraz czasy. I chyba nie będzie już lepiej! – zamilkła całkiem już tym wszystkim zgnębiona.

- Może żeby w końcu było lepiej, to musi być jeszcze gorzej? – szepnęłam próbując skierować rozmowę na inne tory, na bardziej ogólne tematy.

- Bo to nie tylko Ty Anielciu mówisz o tym, że źle się wszędzie dzieje, że ludzie nie tacy jak kiedyś, że wszędzie wkrada się rozkład, demoralizacja, interesowność, lenistwo i brak szacunku dla tradycji oraz dla ludzi w podeszłym wieku. To zauważa wiele osób, nie tylko tych starych. W niedobrą stronę zmierza ta nasza rzeczywistość. Ale widocznie tak być musi. Najwidoczniej ten świat powinien spaść na samo dno, żeby się kiedyś odrodzić. Tak jak kiedyś imperium rzymskie upadło, tak i upadnie chyba nasza cywilizacja. A co będzie po nas? Czy nam dane będzie tego dożyć? – zapytałam retorycznie.

- Tobie Oleńka i Cezaremu pewnie tak, boście ode mnie młodsi. A ja muszę już tylko jakoś doturlać się do końca i tyle.  – odparła ze smutkiem.

- Jednak mimo wszystko chyba powinnyśmy się cieszyć, Anielciu, że dane nam było żyć w normalniejszych, niż dzisiejsze czasach! Bo nie wiadomo czego będzie musiała doświadczyć dzisiejsza młodzież! I jak sobie da radę z trudem życia, skoro całkiem jest do tego dawania rady nieprzystosowana – stwierdziłam wyobrażając sobie sytuację, iż ci zapatrzeni w telefony komórkowe młodzi ludzie musieliby wziąć się za tak ciężką pracę, do jakiej przyzwyczajeni byli niegdyś wszyscy mieszkańcy wsi, do jakiej przyzwyczajona była Anielcia, że musieliby zacząć szanować każdą kromkę chleba, każdą sztukę odzieży. Wszystko to, co im dzisiaj ot tak, pod nos jest podawane.

- Tak, chyba możemy się tym cieszyć… Tymczasem ja teraz znowu mam skierowanie do szpitala i nie wiem, ile mnie tam potrzymają. Ale może jak wyjdę, to już będzie wiosna? – zawołała nagle pełna radosnej nadziei Anielcia.

- I wiesz co, Oleńka? Ja na tę wiosnę tak czekam! Cieszę się na to słoneczko, co stare kości rozgrzeje, na te młode trawki i listeczki, na pierwsze główki żółciutkich podbiałów na skraju pola, na kobierce fioletowo-różowych miodunek w ogrodzie, na ten cudowny zapach ziemi budzącej się po zimie…- rozmarzyła się raptem staruszka, uspokajając się już zupełnie. I ja oddychając z ulgą po odejściu od trudnych tematów skwapliwie rozmarzyłam się razem z nią. Chwilę jeszcze szeptałyśmy o tych wspaniałych woniach i barwach wiosennych, o kluczach żurawi powracających z daleka, o porannych, ptaszęcych śpiewach i łopotach, o wiecznie żywych wspomnieniach z czasów, gdy miało się w sobie mnóstwo siły i chęci by żyć, by po prostu cieszyć się tym zwyczajnym życiem. Mówiłyśmy też o tym, że znowu to wszystko przyjdzie i będzie, jak zawsze co roku. Tylko trzeba do tego czasu dożyć. Nic więcej…

   Na koniec wymogłam na Anielci obietnicę, że jeśli będzie potrzebowała jakiejkolwiek naszej pomocy, to niech zaraz dzwoni a my z mężem postaramy się do niej przyjechać i zrobić, co będzie trzeba. Wzruszone pożegnałyśmy się serdecznie umówione na rychłe spotkanie. Może właśnie na wiosnę? Jak to mamy w zwyczaju przysiądziemy wówczas razem na wygodnej, ogrodowej ławce. Tej, którą, własnoręcznie zmajstrował kiedyś z modrzewiowych desek jej mąż. Spoczniemy tam, gdzie zawsze najwięcej miodunek i stokrotek kwitnie. Wystawimy twarze ku słońcu i nie będzie już nawet potrzeby nic mówić. Wystarczy nam ta dobra chwila, gdy będziemy mogły wspólnie chłonąć to światło, ciepło i wonne powiewy wiosennego wiatru…

 


  

niedziela, 1 grudnia 2024

Dookoła mgła…

 


   Grudzień zaczął się na Pogórzu mgłą tak gęstą, że patrząc przez okno nie można było dostrzec ani drogi obok ani tym bardziej położonego kilkadziesiąt metrów dalej lasu. Jednak fakt, że niczego nie widać, nie znaczy przecież, iż tego gdzieś tam nie ma. Jest i wkrótce wyłoni się w całej okazałości. I droga i las i łąka i wzgórza i domy…Bo żaden stan nie trwa przecież wiecznie. To stwierdzenie w zależności od kontekstu może budzić smutek, ale i nadzieję. Jednak dzisiaj wszystkim nam chyba bardziej potrzeba owej nadziei, dlatego właśnie jej wyglądam spoza owej gęstej mgły…Tym bardziej, iż o poranku, dominującym w owym białym oparze dźwiękiem nadal bywa warkot samolotów i śmigłowców wojskowych od czasu do czasu przelatujących niewidzialnie nad naszym siedliskiem. Gdzie i po co tak lecą? Jak długo to jeszcze potrwa? Do czego doprowadzi? Niestety, spowijająca rzeczywistość nieprzejrzysta zasłona nie daje odpowiedzi na żadne z tych pytań…



  W ogóle mam wrażenie, iż od kilku lat żyjemy w jakimś totalnym omotaniu mgłą propagandy i manipulacji, służącej zastraszaniu i ogłupianiu ludzkości. Problemy się mnożą i nawarstwiają bez końca. Najpierw dziwna pandemia, potem wojna, narastający coraz bardziej problem z migrantami, do tego promowana w Europie ideologia klimatyzmu i wynikająca z niej coraz większa drożyzna oraz zagrożenie blackoutami… Jeszcze nie wiemy czemu to wszystko służy, ale pewnego dnia ów sens stanie się jasny i wówczas zrozumiemy na jakim świecie żyjemy i jakimi interesami kierują się rządzący oraz podległe im media. Albo i nie zrozumiemy, bo jak mówi mądre przysłowie „Polak przed szkodą i po szkodzie głupi”…



   Ot, przykład z wczoraj. Natknęłam się na Interii na recenzję nowej wersji „Pretty women”. Jak się bowiem okazuje jakiś reżyser zapragnął raz jeszcze nakręcić film o pięknej i wrażliwej prostytutce oraz szlachetnym i zakochanym w niej bogaczu. Chętnie zobaczę kiedyś to dzieło, choć obawiam się, że trudno będzie dzisiejszym aktorom dorównać poziomem gry Julii Roberts i Richardowi Gere. Lecz nie to jest tu najważniejsze. Otóż w osłupieniu przeczytałam końcowe akapity owej recenzji filmowej. Jej autorka ma za złe reżyserowi, iż śmiał do ról Rosjan zatrudnić właśnie rodowitych Rosjan. A przecież, jak nadmienia ta pani z oburzeniem, jest tak dużo innych, zdecydowanie lepszych aktorów a tamci będąc Rosjanami bez wątpliwości służą reżimowi Putina…

   Ręce mi opadły. No po prostu wierzyć się nie chciało, że ktoś we współczesnych czasach operuje tak toporną, tak nic nie mającą wspólnego z uczciwą krytyką, tępą propagandą. Lecz czemu się właściwie dziwię? Przecież wszędzie widać tę natrętną rusofobię. To nachalne i głupie krytykowanie oraz potępianie wszystkiego, co rosyjskie. Sportowców, aktorów, książek, filmów, piosenek, pisarzy, naukowców, stylu życia…Ja rozumiem, że agresywna polityka prezydenta Rosji może budzić sprzeciw i strach, że powinniśmy współczuć oraz do pewnego stopnia pomagać broniącym się Ukraińcom, ale co ma do tego wyszydzanie i obrzydzanie wszystkiego, co rosyjskie? Po co właściwie ta sztucznie podsycana wrogość? Po co ta ideologiczna zaciętość? Przypomina mi to czasy siermiężnego socjalizmu z lat pięćdziesiątych ubiegłego stulecia i piętnowanie wszystkiego, co kojarzyło się z kapitalizmem czy „zgniłym zachodem”. A sięgając do czasów wcześniejszych widzę podobieństwa do propagandy Goebbelsa, która kazała obśmiewać i tępić wszystko, co żydowskie…Wiele jest niestety takich przykładów w historii i nie rokuje to dobrze na przyszłość.

   Obawiam się, iż obecna rusofobia służy zbudowaniu w naszym narodzie niechęci a nawet nienawiści, które to uczucia mogłyby stać się w przyszłości motorem walki, wystarczającym powodem do wypchnięcia Polaków na wojnę. Tak przecież od zawsze lepiło się ludzkość. A ona czy chciała czy nie chciała dawała się zaganiać do boju a potem ginąć w imię cudzych interesów.

   No tak, ale co zrobimy z tą rozdętą rusofobią, gdy nie dojdzie do żadnego rozszerzenia obecnej wojny rosyjsko-ukraińskiej, a przeciwnie skończy się ona i znowu trzeba będzie budować jakieś poprawne stosunki z sąsiadem ze Wschodu? Bo warto zauważyć, że ta obecna antyrosyjskość nie w każdym kraju jest równie silna, co w Polsce. Słowacja i Węgry potrafią prowadzić znacznie rozważniejszą politykę. Także przywódcy Niemiec, Francji czy Włoch wydają się nieco bardziej stonowani w swej dyplomacji oraz w używanym przez siebie słownictwie. Tak więc oni raczej płynnie przejdą do nowej rzeczywistości i bez większych problemów ułożą sobie na nowo stosunki z rosyjskim mocarstwem. A my? Pewnie jak zwykle zostaniemy sami, wykorzystani, przegrani i ośmieszeni,  nie umiejąc pojąć jak mogło do tego wszystkiego dojść.



   Na myśl przychodzą mi przy tej okazji czasy, gdy  uczyłam się w szkole języka angielskiego w Australii. Otóż miałam tam do czynienia z kobietami pochodzącymi z wielu krajów. Z niegasnącą sympatią wspominam do dzisiaj poznane tam Rosjanki i Białorusinki. Zwyczajne, pełne uczuć, marzeń i wspomnień kobiety. Tak podobne mentalnie do mnie, tak swojskie i bliskie kulturowo oraz obyczajowo. Ileż godzin przegadałyśmy razem! Ileż się naśmiałyśmy albo napłakałyśmy opowiadając sobie o tęsknocie za swoimi ojczyznami. To wszystko było wówczas takie normalne, swobodne i naturalne. Ale zastanawiam się, czy w czasach królowania dzisiejszej , wrogiej propagandy także zachowywałybyśmy się podobnie? Czy jednak dałybyśmy się otumanić, nastawić przeciwko sobie? Czy patrzyłybyśmy na siebie wilkiem i nie chciałybyśmy mieć ze sobą nic wspólnego? Mimo wszystko mam nadzieję, iż tak źle by nie było, że umiałybyśmy wznieść się ponad te niskie uczucia, że zwyciężyłyby jednak rozsądek, uczciwość i wzajemne zrozumienie. I tamta Nadia, Wiera, Ala, Swietłana czy Dasza nadal uśmiechałyby się na mój widok tak samo, jak ja uśmiechałabym się na ich powitanie.  Jak przyjaźnie nastawiona kobieta do drugiej kobiety. Jak dobry człowiek do drugiego dobrego człowieka. A co jeśliby tak nie było? Jeśli zwyciężyłyby uprzedzenia, resentymenty i wtłaczane nam do głów stereotypy? Aż strach o tym pomyśleć…

   I uświadamiam sobie jeszcze, że wówczas między uczennicami owej szkoły była także młoda Ukrainka, Olga. Pełna marzeń i planów na przyszłość. Opowiadała nam, iż ona wraz z matką wyjechały z Ukrainy z powodu szalejącej tam korupcji oraz braku szans na zdobycie w uczciwy sposób wymarzonego przez nią zawodu doktora medycyny. Na Ukrainie wraz z jej ojczymem został młodszy brat Mykoła, który z powodu wieku poborowego, w który właśnie wkraczał nie dostał zgody na wyjazd. Bardzo się o niego martwiła, choć nie był to jeszcze czas wojenny. Ponieważ Oldze ogromnie zależało na rychłym wstąpieniu na uniwersytet w Melbourne zachłannie uczyła się angielskiego. Pochłaniała wręcz angielskie słówka. Cechowała ją duża ambicja, lecz widać też było, iż nauka sprawia jej prawdziwą przyjemność. Nie dziwota zatem, iż była z nas wszystkich najlepsza. Ale cały czas zachowywała przy tym skromność, poczucie humoru, pogodę ducha i chęć pomocy innym. Na lekcjach zgodnie siedziała w otoczeniu koleżanek z Rosji. W czasie przerw wychodziły ze Swietłaną na lody a potem wracały zaśmiewając się beztrosko i opowiadając coś sobie po rosyjsku. A co byłoby z nimi teraz? Czy nadal chciałyby uśmiechać się do siebie, czy w ogóle umiałyby jeszcze ze sobą rozmawiać?

   Nie mam pojęcia jak później potoczyły się losy Olgi oraz jej brata Mykoły.  Jednakże myślę nieraz o nich, wspominam i zdumiewam się jak bardzo zmieniło się wszystko przez te kilkanaście lat od kiedy wyjechałam z Australii. Tyle złego się zdarzyło. Tyle strasznych czynów i słów między ludźmi tworzących bariery prawie nie do przejścia. Nie uwierzyłabym w to kiedyś, nie uwierzyła…

   I cóż - niestety jest, co jest. Nikt z nas nie jest w stanie przewidzieć jak rozwiną się sprawy na świecie. Czy ten destrukcyjny pęd do wojny przekształci się w coś realnego, zagrażającego nam wszystkim i pchającego nas do ostateczności?  Pewnie jestem naiwna, ale mam nadzieję, że nie dojdzie do najgorszego. Chcę wierzyć, iż to szaleństwo minie tak nagle, jak nagle się rozpoczęło i znowu będzie można pisać i mówić  o wszystkim bez obaw przed cenzurą czy przez oskarżeniem o bycie ruską onucą, oszołomem czy teoretykiem spiskowym. I minie, rozwieje się ta mgła dookoła zupełnie tak, jakby jej nigdy nie było. Potem wyłoni się spoza niej zwyczajny, piękny świat, gdzie zatrudnianie rosyjskich aktorów w amerykańskich filmach nie będzie przez nikogo piętnowane. A Olga, pochodząca z Ukrainy, szanowana lekarka w Melbourne  życzliwie przyjmie w swym gabinecie swą dawną koleżankę Swietłanę…



niedziela, 21 marca 2021

Na wiosnę…

 


   Kochani, u nas wszystko w porządku. Ot, potrzebowałam małego przystanku w blogowaniu. Ale czas ten wykorzystałam m.in. na myślenie i pisanie. I wyszedł mi z tego bardzo długi poemat, rozmowa z samą sobą i z Wami a propos tematu poprzedniego wiersza. Ot, trochę refleksji na wiosnę. Kolejną wiosnę...


 

Trzecia fala wzbiera, szósta, milionowa

Kręci się ta karuzela szalona, wszechwładna

I nadzieje z nią wirują, obietnice, słowa

Że już wkrótce rzeczywistość powróci normalna

 

Dzień za dniem przemija, wiosna nowa bieży

Tupie w przedpokoju, przynosi swe blaski

Lecz niełatwo ją powitać śmiało, jak należy

Kiedy w sercu cień zalega, trudno o oklaski

 

Bo tam smok z pieczary ogniem nadal pluje

Groźnie straszy, ryczy i pragnie ofiary

Więc jesteś bezradny i lęk tylko czujesz

Chcesz stwora przebłagać i składasz mu dary

 

Dałeś mu już spokój, otworzyłeś serce

Wolność mu w daninie złożyłeś z rozpaczy

Ale jemu mało, ciągle pragnie więcej

Co ci dotąd zabrał, nic dlań wszak nie znaczy

 

Redukujesz swe marzenia, ograniczasz cele

Albo pragniesz się czym prędzej z koszmaru obudzić

By uśmiechnąć się beztrosko w wiosenną niedzielę

I zwyczajnie pójść na spacer, między innych ludzi

 

Niech no tylko ten kolec, co w sercu uwiera

Choć na moment wyjdzie, odetchnąć pozwoli

Ucieszyć się słońcem, co z dala spoziera

Znaleźć w duszy iskrę i blask silnej woli

 

Coś robisz bez myśli, coś myślisz, ustajesz

Na tej samej stronie wciąż otwarta powieść

Gdzie to wszystko dąży? Co się z nami stanie?

Byle jakoś dotrwać, do mety się dowlec

 

Ale gdzie ta nasza meta? Ciągle odsuwana

Nadal we mgle niedosiężna niczym Atlantyda

Może gdzieś tam czeka w dali ziemia obiecana

Ale może jej tam nie ma? W końcu się to wyda?

 

Może świat za rogiem tak przygotowany

Że bajka, wyobraźnia będzie niepotrzebna

Ktoś wyznaczy sztywne role, ktoś określi ramy

A wszelka inwencja stanie się wręcz zbędna?

 

Nie o baśń tu idzie, lecz o czystą duszę

Która ciągle żyje, chociaż tak stłamszona

Trzeba ją dotlenić, dać światła okruszek

Potrząsnąć, jeśli trzeba, apatię pokonać

 

Odgruzować siebie, nie dać się nicości

Co pożera chciwie radość i fantazję

Pofrunąć daleko na skrzydłach wolności

Wykorzystać każdą ku temu okazję

 

Gdzie brakuje życia – jest tylko czekanie

Oraz zawieszenie w nieskończonej chwili

Noce, dni wypełnia chocholi ten taniec

I tylko gdzieś w sercu bez sensu coś kwili

 

A co, jeśli nie będzie lepszego już jutra?

A co, jeśli właśnie wszystkim jest teraz?

Ta obecna chwila – i piosnka twa smutna

Że w biernym czekaniu usychasz, zamierasz

 

Inni też tak samo głowy pochylili

Stoją, śpią, zastygli w upartym stuporze

A świat się niezmiennie ku przepaści chyli

A oni ci szepczą – nic zrobić nie możesz

 

Jak tylko doczekać cudu wybawienia

Od zła, co narasta jak wzburzony strumień

Czaru, co ludzi  w głazy pozamieniał

Które widzą i słyszą a nie chcą rozumieć

 

Bo gdy nic nie zmienisz, nie będzie odmiany

I nie zburzysz muru, gdy nie strącisz cegły

Gdy nie popchniesz mocniej, nie otworzysz bramy

I padniesz wśród wichrów, bezwolny, uległy

 

Jeśli się skowronek rankiem nie przebudzi

I pieśni nadziei nie wzniesie do nieba

Kruki będą krakać, wrony wrzaskiem łudzić

Że ci już skowrończej pieśni nie potrzeba

 

Że ci dreptanina codzienna wystarcza

I kawałek chleba albo ryżu miska

A mantra czekania to jedyna tarcza

Przeciw ogniom smoczym co zioną już z bliska

 

I nie będzie baśni, skoro jest milczenie

I nie będzie wierszy, gdy ich nie wykrzeszesz

A mrok wnet ogarnie tę nieszczęsną ziemię

Lecz ty, żuczku, mrówko, tego nie dostrzeżesz

 

Dalej będziesz nucić na tę samą nutę

Do świętego nigdy odkładać sny śmiałe

I nawet nie poczujesz, gdy ktoś twardym butem

Zdepcze cię bezmyślnie,  potem pójdzie dalej

 ***

 Teraz jest właśnie pora na baśnie

 Tym bardziej jest na nie pora

Gdy czarna magia nie gaśnie

Gdy słychać wciąż ryki potwora

Teraz jest czas na wiersze

Tym bardziej jest na nie czas

Gdy dni się zdają chmurniejsze

Gdy ciemny gęstnieje las

Teraz jest czas na śpiewanie

Co może ożywić ducha

Zagłuszyć smocze chrapanie

I swego serca znów słuchać

Teraz jest czas na budowanie

Swej siły i wiary w siebie

Nie pora na smutne trwanie

Gdy wiosna już gna po niebie

 

Trzeba się zebrać, wsiąść na rumaka

Wyruszyć dzielnie hen, do pieczary

Zamienić bestię choćby w kociaka

Ożywić przyjazne znów czary…

 

 


Etykiety

Aborygeni absurd afirmacja życia agrest apel apel o pomoc asymilacja Australia autoanaliza bajka bal ballada baśń Beksińscy Bieszczady blackout bliskość blog blogi bór cenzura Cesarzowa Ki Cezary chleb choroba ciastka ciepło cywilizacja czarny bez czarny humor czas czekolada czerwiec człowieczeństwo człowiek czułość Dersu Uzała deszcz dieta dobro dom dorosłość drama drama koreańska drewno droga drzewa trawiaste Dubiecko Dwernik Kamień dwudziestolecie międzywojenne dystopia dzieciństwo dzikie bzy ekologia elektryczność erotyk eutanazja fajka fantazja film flash mob fotografie fotoreportaż glebogryzarka głodówka głód gospodarstwo goście góry Góry Flindersa grass tree grill grudzień grzyby Gwiazdka historia historie wędrujące horror humor humoreska idealizm ideologia II wojna światowa informacja inność inspiracja internet jabłka jabłoń Jacuś Jacuś. gospodarstwo Jacuś. lato jajka Jane Eyre Japonia Jawornik Polski jesień jesień życia kalina Kanada kanały kangury kastracja kiełbasa klimat klimatyzm koala kobieta koguty kolęda kolędy komputer komunikacja konfitury konflikt koniec świata konkurs konstrukcja kosmos koszenie kot koziołek kozy Kraków Kresy kryminał kryzys książka kuchnia kulinaria kury kwiaty kwiecień las lato legenda lektura lęk lipa lipiec lis listopad literatura los ludzie luty łąka maciejka macierzyństwo magia maj malarstwo maliny mantry marzenie maska metafora mgła miasteczko odnalezionych myśli Michael Jackson Mikołaj miłość Misia mit młodość moda mróz mróż muzyka muzyka filmowa nadzieja nalewki nałóg natura niebezpieczeństwo niezapominajki noc nowoczesność Nowy Rok obyczaje ocean odchudzanie odpowiedzialność odrodzenie ogrody ogród ojczyzna opowiadanie opowiastka opowieść Orzeszkowa osa Osiecka owoce pamięć pandemia Panna Róża park pasja patriotyzm pejzaż pierniki pies pieski pieśni pieśń piękno piosenka piosenki pisanie płot początek podróż poezja pogoda Pogórze Dynowskie polityka Polska pomidory pomysł poprawność polityczna porady postęp pożar praca prawda prezent protest protesty przedwiośnie przedzimie przemijanie Przemyśl przepis przetrwanie przetwory przeznaczenie przygoda przyjaźń przyroda psy psychologia ptaki radość rak recenzja refleksja relatywizm remont repatriacja reportaż rezerwat Riverland rodzina rok rośliny rower rozmowa rozrywka rozum róże rymowanka rzeka samopoczucie samotność San sarny sąsiedzi sens życia siano sierpień silna wola siła skróty słodycze słońce słowa słowa piosenki słowianie smutek solidarność South Australia spacer spiżarnia spokój społeczeństwo spontaniczność spotkanie stado Star starość strych susza susza. upał szadź szczerość szczęście szerszeń śmiech śmierć śnieg śpiew środowisko świat światło świeta święta świt tajemnica tekst piosenki teksty piosenek tęsknota toaleta tragikomedia trauma troska truskawki uczucia Ukraina upał urodziny uśmiech warzywnik wędrówka wędrówki węgiel wiadomości wiadomość wiatr wierność wiersz wierszyk wieś wieża wigilia Wilsons Promontory wino wiosna wiosnaekologia wirus woda wojna wolność Wołyń wrażliwość wrotycz wrzesień wschód słońca wspomnienia wspomnienie współczesność Wszechświat wybory wychowanie wycieczka wygląd wypadki wypalanie traw wzruszenie zabawa zabawa blogowa zachód słońca zapasy zaproszenie zbiory zdjęcia zdrowie zielarstwo zielononóżki zielononóżki kuropatwiane zima zioła zmiany zupa Zuzia zwierzęta zwyczaje żałoba żart życie życzenia Żydzi żywokost