Mam wrażenie, że w tym roku jesień zagościła we mnie na długo przed jej właściwym, kalendarzowym początkiem. Jeszcze w pełni lata, w pewien zwyczajny, lipcowy poranek zaszeptała o smutku przemijania, o bezradnych pożegnaniach, o nieuniknionym końcu, o wspomnieniach, które jako jedyne pozostają. A gdy o swej zwykłej porze rozgościła się już za oknem, znalazłam w niej jeszcze bardziej samą siebie, swoje miejsce.
Patrzę na feerię zmiennych, wspaniałych barw w ogrodzie, na polach i w lasach. Za chwilę już ich nie będzie. Jednak teraz, nie martwiąc się o jutro, każdego dnia dają wspaniały spektakl. Tańczą na wietrze liście, kwitną ostatnie kwiaty, rudzieją kasztany i żołędzie, czerwienią się muchomory, złocą się i srebrzą trawy. A potem wszystko z nagła szarzeje, mrocznieje, skrzy się od porannego szronu, owija się w mgliste peleryny, znika w połyskliwych lametach deszczu i szemrzących westchnieniach opadających liści. Zmienna jest narracja jesieni. Raz pełna blasku przygód, nowych wyzwań i optymistycznej pogody a innym razem posępna i podobna do gotyckich powieści grozy. Te jesienne przeistoczenia zdumiewają mnie i urzekają, ale nie tak jak zawsze. Jakby coś się we mnie przytłumiło, jakby schowało się za półprzeźroczystą szybą. Czy tak już teraz będzie?
Z pisaniem nie idzie mi łatwo. To też się zmieniło w tym roku. Próbuję znaleźć w sobie dawny zapał oraz towarzyszącą mu onegdaj zawsze otwartość, przyjemność czy też swobodę tworzenia. I mam problem z przełamaniem jakiegoś muru, z ujawnieniem i nazwaniem uczuć, jakie delikatnym ognikiem pełgają głęboko w sercu. Nie wiem, czy powinnam nawet to robić?
Zdecydowanie wolę teraz czytać i w tym, co czytam albo z ulgą odchodzić gdzieś daleko od samej siebie, albo też rozpoznawać kawałek swojej duszy przeglądając się w lustrach cudzych historii, bo przecież każde życie to osobna opowieść, w której można odszukać fragmenty własnej...
Przez ostatnich kilka miesięcy moimi ulubionymi lekturami stały się biografie. Najpierw przeczytałam opowieść o Małgorzacie Braunek, potem o Elonie Musku, o Wioletcie Villas, o Korze – czyli Oldze Jackowskiej, o Franciszku Pieczce, Ewie Szykulskiej a teraz kończę książkę o Janie Nowickim. Wczytuję się w koleje losu wszystkich tych znanych i znamienitych postaci, a w ich przeżyciach spostrzegam ogrom bliskiego sercu prostego człowieczeństwa, mnóstwo zwykłych lęków, trosk, radości i smutków. Natomiast w wyrazach użytych do ich opisania odnajduję słowa adekwatnie oddające moje własne przeżycia i emocje. To przynosi mi rodzaj dziwnego zbratania i uwolnienia. Jakbym wchodząc w nurt czyjejś rzeki dostrajała się doń swoim własnym, niepochwytnym niby sen strumieniem, ale także jakbym uczyła się siebie na nowo.
W obecnym moim stanie ducha szczególnie mocno przemawia do mnie poniższy fragment minieseju autorstwa Jana Nowickiego, zamieszczony w jego biografii („Jan Nowicki. Trochę anioł, trochę bies” A.Szarłat, wyd Agora, 2025):
„Trzeba do końca swoich dni zrobić wszystko, aby w posępnym fakcie ostatniego pożegnania uchronić się przed szaleństwem, umieć zdobyć się na pogodzenie i poszukać szczęścia. Tym szczęściem, tym czarem, wartością pozostają wspomnienia. „
Mam mnóstwo wspomnień o moim zmarłym przed kilkoma miesiącami tacie. Miesza się w mnie ogromna tęsknota i bolesny żal, z uczuciem ulgi, że nareszcie nie musi już cierpieć i niby roślina żyć tak jakby nie żył...Żałuję, że o tyle spraw go nie spytałam, na tyle machałam ręką, jako na nudne i nieistotne, o tylu rzeczach wiedziałam, ale niestety zapomniałam i nie mam już od kogo się tego dowiedzieć. Dobrze przynajmniej, że udało mi się przed paru laty spisać niektóre jego opowieści i zamieścić tu na blogu („Sceny z życia Henryczka”, "Opowieść o Tarzanie). Ale to wszystko mało, to wszystko nic wobec faktu, że nigdy już nie spojrzymy sobie w oczy, nie uśmiechniemy się do siebie, i że nie usłyszę już od niego wyszeptanego z czułością wyznania - „Oleńka, ty jesteś moim kwiatuszkiem”...
Im jesteśmy starsi, tym więcej wokół nas odejść i pożegnań. Coraz więcej też upartych, ponurych przeczuć do naszej własnej oraz bliskich przyszłości. Przyglądam się niesamowitym barwom jesiennym, słucham stukającego o szyby deszczu, przecieram oczy czując dotyk nieustępliwych, wilgotnych mgieł, ostrych kolców kwitnących wciąż jeszcze róż albo łagodnych muśnięć srebrzystych nitek babiego lata. Czas robi to, co zwykł robić. Coś daje, coś odbiera. Coś tłumaczy a coś okrywa szczelną zasłoną tajemnicy. I trzeba z tym żyć, póki jeszcze życie trwa, póki płynie rzeka, póki kolejne, zbyt zazwyczaj wczesne jesienie roztaczają przed nami swój melancholijny czar...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Serdecznie dziękujemy za Wasze opinie i refleksje!