Dawno nie pisałam, ale nic szczególnego się u
nas nie działo i pewnie dlatego natchnienia ani ochoty do pisania nie było. I
właściwie nadal tak jest, więc tylko z kronikarskiego obowiązku postanawiam
zamieścić nowego posta o tym, czym głownie żyjemy na naszej górce pod lasem.
Przez większość maja panowała u nas susza, więc w ruch szły konewki i wąż ogrodowy. W spękanej niby na pustyni ziemi nie urosłyby przecież ani ogórki ani pomidory ani sałata….A i tak kiepsko rosły, bo zdaje mi się, iż dla roślin deszcz, jakikolwiek by nie był, ma o wiele większe znaczenie, niż podlewanie przez człowieka. Może chodzi tu o to, że deszcz rosi całą roślinę albo dostarcza jej składników, które ją w jakiś czarodziejski sposób odżywiają i do życia pobudzają? Tak czy siak magicznego deszczu nie było. Natomiast jego zapowiedzi były prawie co dnia. Pełne nadziei, próżne jednak obietnice.
Nad nami niemal każdego popołudnia się chmurzyło a nawet gdzieś tam z dala grzmiało. Zapowiadała się wyczekiwana ulewa. Złudne to jednak było i frustrujące. Bo człowiek znowu wierzył, gdyż chciał uwierzyć, że tym razem nareszcie popada. Bo tak wspaniale wiało. Bo zewsząd kłębiły się te ogromne szaro granatowe chmurzyska i nawarstwiały coraz mocniej. I nawet widać było czasami, że gdzieś tam na horyzoncie pada. Jasne smugi deszczu nad wzgórzami widoczne były u nas całkiem wyraźnie. Biegałam więc z aparatem fotograficznym uwieczniając ten cudowny spektakl obłoków i czekając z niecierpliwością na pierwsze krople wody oznaczające początek upragnionych opadów. W całej okolicznej przyrodzie czuć było to oczekiwanie. To radosne podniecenie, że już zaraz, że nareszcie niebo zlituje się nad Pogórzem. Nawet psy ogarniało jakieś szaleństwo. Biegały jak zwariowane dookoła stawiku. Zaczepiały się wzajemnie do zabawy. Pyski śmiały im się radośnie i nawet Jacuś, kulejący staruszek, nabierał dawnego wigoru.
Ale cóż. Potem wszystko mijało. Gdzieś tam daleko
od nas łaskawe niebo zsyłało komuś zbawczą sikawicę. Jednak nie nam, nie nam.
Tutaj chmury znowu zmieniały zdanie. Odechciewało im się najwidoczniej przeistoczenia
w deszcz. A w końcu rozpływały się w oddali i znowu ukazywało się ostre słońce,
które choć pięknie oświetlało ogród, łąki i lasy to przecież nie przynosiło ulgi
wyschniętym ziemiom i spragnionym roślinom. I znowu, jak co wieczór musiałam krążyć
po ogrodzie z konewką, podtrzymując przy życiu nieszczęsne rośliny.
Od tej suszy nasze
ogrodowe oczko wodne zamieniło się w smętną i maleńką, zatęchłą kałużę. Jednak nawet
ta resztka wody cały czas zwabiała do ogrodu spragnione ptaki i owady. A
pewnego popołudnia przyciągnęła także jeża. Biedak przytuptał do owej kałuży pewnie
ostatkiem sił, ale pił a potem czkał tak głośno, że usłyszała go Hipcia i zafascynowana
warowała nad stawikiem, nigdy wcześniej takiego zwierza przecież nie
widziawszy. Obawiając się, że psy mogą zrobić jakąś krzywdę jeżowi Cezary ubrał
grube rękawice i wyniósł kolczastego gościa na pole za naszym płotem.
Obserwowaliśmy go tam przez jakiś czas, póki nie zniknął w gęstwie wysokich
traw.
Ale cóż! Nie ma
róży bez kolców. Albowiem teraz pada u nas co dnia. I nie miałabym nic przeciw
temu, a wręcz przeciwnie, bo cieszę się, że rośliny nareszcie mogą się napić do
syta. Jednak taki mokry stan rzeczy bardzo podoba się ślimakom, które niby
zombie w nieprzeliczonych ilościach atakują ogród i pożerają co tylko się da. Najbardziej
jak zawsze smakują im ogórki i łubiny. Jednak nawet miętą i wrotyczem nie
pogardzą. Dlatego po kilka razy dziennie wyruszamy z Cezarym na ślimacze łowy.
Uzbrojeni w długie kije, na końcach których zamocowane są małe ostrza krążymy po
ogrodzie i tępimy wszechobecne mięczaki. A te, których nie da się w ten sposób
unicestwić zbiera się ręcznie do wiaderka ze słoną wodą, gdzie momentalnie
kończą swój ślimaczy żywot. Nie cierpię tej morderczej, obrzydliwej roboty, ale
cóż począć, skoro nie da się inaczej ochronić ogrodu przez bezlitosnym pożarciem. Ślimaki to
obojnaki, które rozmnażają się w tempie błyskawicznym. Niektóre mogą w sezonie
złożyć po kilkaset jaj, z których bardzo szybko wylęga się równie żarłoczne
potomstwo. Ech! Z tego wszystkiego nawet śni mi się po nocach, że monstrualne
ślimory podobne do węży albo potwornych wijów szparą pod drzwiami włażą do mojej
sypialni łakomie rozdziawiając paszcze. I muszę uważać, żeby bosą stopą nie nastąpić
na te oślizgłe potwory a przede wszystkim by nie dać się im zjeść...
Lubię o świcie wyjść do ogrodu.Zapatrzeć się w dal. Odetchnąć świeżym powietrzem. Zapomnieć o koszmarach nocnych i w ogóle o całym świecie. Napawać się przez chwilę tą bujnością, zielonością, kolorami dopóki nie zerknę w dół, gdzie jak zwykle brązowieją i rudzieją nieprzeliczone ilości żądnych posiłku ślimaków. ....Zatem chcąc nie chcąc znów biorę szpikulec albo wiaderko ze słoną wodą w dłoń i ruszam na polowanie.
Na razie poranek u nas pogodny, ale w prognozach widoczne są kolejne deszcze. I widać malownicze chmury na nieboskłonie. No cóż.
Nigdy nie może być idealnie. I sama już nie wiem, co gorsze, czy susza, czy
mokrawica…