niedziela, 25 czerwca 2017

Czerwcowe pieśni…





…Czas płynie jak z bicza strzelił. Tym jakże mało oryginalnym stwierdzeniem zdecydowałam się zacząć posta pisanego po długiej przerwie. To właśnie ten czas tak zawłaszcza człowieka, to codzienne istnienie pełne nowych zdarzeń, ale i zwykłych, powtarzalnych czynności, które pojawiają się na zbyt szybko przeskakujących niczym w niemym filmie klatkach. A po wielu tygodniach w pamięci zostają tylko jakieś ich marne strzępki. Trwają tylko te najważniejsze, najwyraźniejsze, serce poruszające najmocniej. Bo przecież wciąż płynie lawina kolejnego dziania, które przykrywa intensywność dawnych kadrów. A człowiek zbyt zajęty, zbyt pochłonięty życiem a wreszcie zmęczony, coraz bardziej oddalony od Internetu by chcieć i zdołać cokolwiek z tego czego doświadcza należycie  opisać…



   „Tak szybko mija życie, jak potok płynie czas” – słowa tej popularnej pieśni biesiadnej stały się motywem przewodnim pobytu dziadka w Jaworowie (dziadkiem bowiem zwykliśmy z Cezarym nazywać między sobą mojego tatę, chociaż tylko ukończone przez niego 78 lat zbliża go do owego wiekowego miana, a poza tym jest on osobą pełną pogody ducha, entuzjazmu i niewyczerpanego wigoru, którego mógłby mu pozazdrościć niejeden młodzieniaszek).












    Pieśń ową nuciliśmy podczas wspólnych spacerów po lesie, w czasie cowieczornego grillowania w ogrodzie, pieszczenia psów (a zwłaszcza wprost przepadającego za dziadkiem Jacusia) albo w trakcie smażenia kolejnych garów cieszącego się niesłabnącym powodzeniem smalcu oraz grzybowików lub też w chwilach ciekawych wycieczek po okolicach bliższych i dalszych. I dobrze nam było, serdecznie i wesoło. I ani się obejrzeliśmy jak słowa refrenu tej piosenki znalazły swe nieuniknione spełnienie – „za rok, za dzień, za chwilę, razem nie będzie nas”. Tak, bo wspólne, wiosenne chwile błyskawicznie przeminęły i nastało gorące lato a my znowu jesteśmy z Cezarym tylko we dwoje z naszymi wiernymi zwierzakami. Drogi sercu dziadek wrócił do swego domu na Śląsku obiecawszy pierwej, że za rok na pewno odwiedzi Jaworowo wówczas, gdy dojrzeją nasze ogórki i pomidory a w lasach będzie więcej grzybów…












   Ha! Ledwo dziadek pojechał, gdy w tutejszych porośniętych bukowymi olbrzymami paryjach pojawiło się mnóstwo prawdziwków! Zmienna pogoda obfitująca w ulewy i następujące po nich gorące, czerwcowe dni sprawiła, iż po lasach, łąkach i dolinach zaczęło rosnąć na potęgę wszystko, co na tak sprzyjające warunki do życia czekało.  Zazieleniło się pięknie. W busz zamieniły się brzozowe młodniaki i dąbrowy. I mus nam było chodzić niemalże codziennie na wielce satysfakcjonujące grzybobrania, podczas których psy mogły do woli wyhasać się po wzgórzach i polach a my z Cezarym tropić brązowe, bordowe albo beżowe okazy borowików i konkurować między sobą, kto znalazł więcej, kto ładniejsze grzybki a potem siedzieć godzinami przy kuchennym stole i obkrawać, oczyszczać dokładnie nasze cenne znaleziska, które często przy bliższym oglądzie okazywały się zupełnie robaczywe albo szpetnie przez ślimaki nadjedzone. Mimo to daliśmy radę w tym roku wypełnić suszonymi borowikami już kilka wielkich słojów. Będzie z czego robić ulubione, litewskie pierogi - grzybowiki dla dziadka!:-)






   Ale nie ma róży bez kolców. Są w lasach grzyby, ale i są kleszcze – w ilościach wprost przerażających! Mieliśmy już z mężem tej wiosny kilkukrotnie wątpliwą przyjemność bycia ugryzionymi przez owe pajęczaki. Nie da się przed tym żadnym sposobem ustrzec. A i z psów co dnia wyciągamy po kilkadziesiąt tych ohydnych krwiopijców.  Dlatego choć gna człowieka znowu do lasu, to jednocześnie lęk przez kleszczami potrafi nas przez kilka dni skutecznie przed tymi wyprawami powstrzymać. Zresztą nie tylko lęk, wszak mnóstwo pilnej pracy zawsze jest w obejściu. Bo to i budowanie nowych schodów przed wejściem, gdy stare popękały dokumentnie i groziły kompletnym zawaleniem. I pielenie grządek, gdy chwasty nie bacząc na nasze pobożne życzenia rozrastały się niepomiernie. I cowieczorne zbiory ślimaków, które w tym roku dotarłszy na Pogórze rozsmakowały się bezczelnie w naszych pomidorach, pietruszce i cukiniach. I naprawy drobne i większe, których w gospodarstwie potrzeba jest na okrągło. A wreszcie szykowanie ogromnych ilości drewna na zimę, która to praca najbardziej absorbująca i męcząca jest ze wszystkich, jakie mamy tu co roku do zrobienia. A że pracuje się zazwyczaj aż do zachodu słońca, to czasem człowiek tak umęczony, że ledwo do łóżka się dowleka, co więc tu mówić o skupieniu myśli, o napisaniu czegokolwiek. I kolejny dzień mija, i znowu kolejny, i znowu…I niby nic się wielkiego nie dzieje, wszystko się powtarza a jednak co dzień dzieje się tak wiele. O przemijającym czasie przypomina tylko człowiekowi nieraz widok jego coraz bardziej siwiejącej głowy, przekwitający już dziki bez albo góra wspomnień, która rośnie i rośnie z każdym rokiem.











   Nieraz chmury przepiękne, granatowo-sine zbierają się nad Jaworowem, burzę potężną zapowiadając i zerkam w podziwie na tę ich urodę a potem na grozę żywiołów rozpętującą się nad naszym siedliskiem. Wtedy dzianie wszelkie w obejściu na trochę zwalnia. Zaraz zacznie się wielki spektakl natury. Kury czym prędzej chowają się w wigwamie pod dzikim bzem albo w kurniku. Koty zwiewają na pełen siana stryszek. A psy w domu tulą się do naszych nóg i z niepokojem nasłuchują przerażających, dobiegających w oddali i z bliska grzmotów. Deszcz na spółkę z gradem siecze o parapety, wiatr hymny ku chwale żywiołów na cały głos z zapałem wyśpiewuje. 



   A ja widząc owe skłębione chmurzyska nucę sobie często pewną pieśń, której tylko początek, niestety, pamiętam i zawsze żałuję, że nie mam już kogo spytać o jej dalszy ciąg. Moja kochana Mama tyle piosenek znała i często nuciła…  Jak to było? „Chmury się kłębią i płyną, burzę zwiastuje nam wiatr, idzie chłopak z rozwianą czupryną, drogą nieznaną przez świat”. Może ktoś z Was zna przypadkiem dalsze słowa tej piosenki…?


 Oboje z Cezarym pozdrawiamy Was serdecznie i życzymy pięknego lata!:-))

czwartek, 4 maja 2017

Smalec...




  Cezary gotuje… 

   Napisałem "gotuje" i do teraz nie wiem czy smalec można ugotować. Różne określenia próbowałem odnośnie jak: smażenie, pieczenie, wygrzewanie, wyciskanie, wypiekanie i wiele innych. Tłuszcz wytapia się w tym konkretnym przypadku, podobno. W końcu doszło do mnie. Z brzucha usuwa się przez nie jedzenie smalcu i tym podobnych smakołyków. Wagę gubi się i ciekaw jestem kto znajduje, bo przecież w przyrodzie nic nie ginie. Polecam nie chodzić za takimi osobnikami. Zgubiona waga to nie sto złotych, na które liczymy. Przestałem chodzić za okazałymi osobnikami i liczyć na szczęście. I od wielu lat powoli chudnę. Powoli!
   Normalnie w porze prawie już letniej odmawiamy sobie dopieszczania się smalcem. Ciągle mamy nadzieję, że ktoś kto idzie za nami znajdzie naszą „wagę” uzyskaną w czasie zimowym i zwyczajnie przywłaszczy ją sobie. Na zdrowie.
   Ale stało się! Już niedługo będziemy witać honorowego gościa. Sam tata Olgi zmierza w odwiedziny. Długo wyczekiwany, ale w końcu pojawi się w naszych progach i pozostanie z nami ponad miesiąc. Popłoch zapanował w naszym obejściu. Generalne porządki. Sprzątanie, mycie okien, wielokrotne odkurzanie, przestawianie gratów, by jak najlepiej powitać teścia. 


   Nawet psy zostały wyczesane i od jakiegoś czasu tłumaczymy im, że gość to gość i nie wypada warczeć i pokazywać zębisk. Może nie będzie źle, bo nasze psiaki nie lubią tylko złych ludzi, a w szczególności pijaków. A teść to uosobienie dobroci, co też Olga dostała w prezencie po rodzicach.
   Jego jedynym życzeniem było: proszę naszykować smalcu, albowiem to zięciowski smalec był najlepszy jakiegom w życiu jadł! Tutaj Ola przeczytawszy, co napisałem dopowiedziała, że tata zamówił sobie u niej jeszcze jeden wyjątkowy smakołyk – grzybowiki, czyli litewskie pierogi smażone z grzybami. No cóż, gościowi nie odmawia się. Smalec będzie gotów już na powitanie miłego gościa a pierogi Olga obiecuje ulepić nie raz i to w ilościach hurtowych! Wszak grzybów u nas w bród! Naprawdę chcemy, by ojciec Oli czuł się u nas dobrze a jeśli możemy mu dogodzić kulinarnie, to tylko nam się z tego cieszyć. A w ogóle, to bardzo lubię, jak przyrządzone przez Cezarego potrawy smakują. A mogłem zostać kucharzem i uszczęśliwiać ludzi. Może w następnym życiu po reinkarnacji?
   Dzisiaj zrobiliśmy przygotowawcze zakupy. Żeby zrobić dobry, zięciowski smalec należy kupić: dwa kilogramy słoniny(najlepiej grubej), kilogram podgardla, z kilogram cebuli i tanią kiełbasę, najlepiej polską zwyczajną. Słoninę, podgardle i kiełbasę kroję w mniej więcej kostki i wrzucam do rondla. Wytapiam do momentu, kiedy kostki zaczynają brązowieć. Oczywiście musi być to powolny proces, by nie przywierało do dna. Na osobnej patelni smażę pokrojoną w paski cebulę. Dodaję na wpół gotowe skwarki i smażę, aż do zbrązowienia. Jeśli chcę, by zapach cebuli dominował, to przypalam ją, co nieco. Rzecz gustu. W kolejnym etapie mieszam wszystkie składniki i przez chwilę podgrzewam w rondelku. Jeśli ktoś lubi trzaskające skwarki, to cały proces wytapiania należy wydłużyć. Osobiście lubię ogromniaste skwarki i nie do końca wysmażone. W tak przyrządzonym smalcu są prawie same skwarki i niewiele tłuszczu. Na chlebie wyglądają wspaniale. Do tego kiszone ogórki z naszej spiżarki. Mniam!





   Podczas gdy ja szykowałem smalec Olga wybrała się z psami na spacer. Długo jej nie było, ale na szczęście zdążyła wrócić przed burzą. A ledwo weszła do domu zaczęła węszyć i szperać po lodówce a w końcu pisnąwszy, że jest głodna jak wilk bez zbędnych ceregieli pożarła kilka kromek świeżego chleba z gorącymi jeszcze skwarkami i ociekającą tłuszczem cebulą. Potem dała mi smalcowatego buziaka i oznajmiła, że jej tata będzie wniebowzięty, jako i ona jest w tej chwili! Wiedziony jej przykładem także skonsumowałem kilka kromek z gorącym, niezwykle wonnym specjałem. Och! To stanowczo za dobry smalec, istnieje bowiem obawa, iż do sobotniego przyjazdu naszego gościa w garnku widać już będzie dno…I co wtedy?!:-)




piątek, 28 kwietnia 2017

Opowiastka o płocie...





Cezary pisze...

   Płot, jak to płot niedbale i pośpiesznie zamocowany na przypadkowo zdobytych palikach przewrócił się i tak pozostał. Przeleżał na ziemi, częściowo stojąc, częściowo kładąc się dla niepoznaki, a tu i tam przerośnięty wybujałą trawą powoli wydawał odrażający smród pokrywający poletko przeznaczone pod uprawę wiosenno-letnich warzyw i samowolnie wyrastających chwastów, które były tolerowane z wiadomych względów. Zdecydowanie skazany na powolną zagładę gnił od najniższego poziomu. Zasysał wilgoć z ziemi, która w innych okolicznościach byłaby zbawienna dla przetrwania. Bywały momenty wskazujące na chęć zakwitnięcia i porostu, okazania wspaniałości. Wtedy wierzyłem, że pokryty zielonością będzie nie tylko ozdobą, lecz także czymś kojącym, łagodnym w obejściu. 
   Myślałem też o glinianych garnkach rozwieszonych na kołkach, takich zwyczajnych dnem do góry. Piękny miał to być widok, wtapiający się w towarzyszący pejzaż i nie odstający od pozostałych elementów krajobrazu. Płot nie zdążył zgnić permanentnie, a tymczasem na podtrzymujących go słupkach pojawiły się nieśmiałe pędy i zielone listki. Dziwne! I wtedy po analizie wydarzeń okazało się, że były to młode wierzby przystosowane do nowej słupkowej roli. Słupki strzelały prosto do nieba i chyba jedynie siłą woli podtrzymywały powiązane paliki. Ich falowanie niekiedy budziło zachwyt, a czasem obawy przed rozwaleniem się i nieuniknionym losem. 

   Płot zgodnie z gwarancją producenta miał przetrwać dziesięć lat. Długi to czas. Zależy, pomyślałem. Jako świadek wydarzeń, zmian pogody liczył też przepływające nad nim chmury. A te, jak to chmury raz łagodne, raz o granatowym obliczu i co ciekawe, niektóre z nich przybierały rozczerwienioną postać nadętych policzków, grożąc niewiadomym wybuchem lada moment. Chłopska cierpliwość nakazywała czekać na sprzyjające warunki. Wreszcie nadeszła wymagana chwila. Przeniesienie płotu do środka obejścia zajęło chwilę, dosłownie chwilę. Połączone kołki podwójnym drutem zostały zwinięte w olbrzymi rulon, a właściwie w dwa. I tak ciągnąc je po zielonej trawie daliśmy radę dojść w obręb ogrodu. Co za ulga! Płotek w nowym miejscu miał zastąpić stary z plastikowej siatki, którym zachwycaliśmy się przez jeden sezon, po którym to zbladł, zszarzał i popękał w wielu miejscach. Wiązany sznurkiem niby spełniał swoją rolę, ale jakoś bez entuzjazmu. Stare słupki na wpół żywe, na wpół martwe miały wystąpić w nowej roli. Ciągle wierzyłem, że ukorzenią się i dadzą nowe życie. Zobaczymy…

   Przymocowywanie płotu do wkopanych już słupków okazało się nie lada wyczynem ze względu na niepasowanie do wymogów nowego miejsca. A przecież płot to płot i wszędzie, w każdym miejscu powinien być tylko płotem. I wtedy okazało się, że kołki pomiędzy sobą porozumiewają się szeptem. Szczególnie nocą, a najwyraźniej w blasku księżyca. Postanowiłem podsłuchać…
   
   Kołek z podgnitym końcem żalił do okazałych sąsiadów – otoczyliście mnie w milczeniu i w ogóle nie zwracacie uwagi, że gniję od spodu, coraz szybciej i szybciej, aż w końcu zniknę bezpowrotnie. Totalne milczenie potęgowało grozę sytuacji, a poboczne kołki puszczały do siebie oczka. Domyślam się, że też miały chłopską cierpliwość i dokładnie wiedziały, że zapoczątkowanie bezwzględnym początkiem się skończy. Oczywiście kołki, jak to kołki sądziły według siebie. W płocie z leszczyny było też kilka dorodnych kołków i w otoczeniu przeciętności doznawały podobnego traktowania. Skazane przez nich na śmierć przez zmowę milczenia zbytnio nie przejmowały się takim stanem rzeczy. Czyżby wiedziały, że przetrwają ponad przeciętność? Oczywiście chodzi o przedłużony okres rozkwitu. Już sam nie wiem! Przecież każdy kołek ma swoje miejsce w płocie i określony czas życia na przysługującym mu poziomie. I nie ma tu miejsca na szok, tak było, tak jest i tak będzie. Żal ścisnął moje gospodarskie serce i postanowiłem ustawić kołki w zaplanowanej kolejności. A, że można było je wysuwać z wiążących drutów, to pozamieniałem ich kolejność. Okazałe przy okazałych, przeciętne do przeciętnych, podgnite w jednym szeregu i te popękane i połamane razem w jednej grupie. I o dziwo, skończyły się nocne szepty, narzekania. Te zbutwiałe i połamane zdawały się rozkwitać na nowo, tak jakby Stwórca płotu dał im nowe życie. Izolacja daje niespodziewane rezultaty i najczęściej obraca się przeciwko izolującym. A poza tym każdy płotek ma furtkę…


wtorek, 25 kwietnia 2017

Spotkania z misiami koala...





   W związku z poprzednim tekstem o Australii zostałam zapytana przez Maksiuputkową o misie koala i obiecałam, że napiszę o nich kolejny tekst. Cezary wyszukał w naszym komputerowym archiwum mnóstwo zdjęć koali i na ich podstawie zaczęliśmy sobie przypominać najciekawsze nasze spotkania z tymi słodko wyglądającymi torbaczami. 


   Wcale nie tak łatwo jest je zobaczyć w naturze, bowiem stworzenia te prowadzą raczej nocny tryb życia(potrafią w ciągu doby przespać nawet 20 godzin!) a resztę czasu przeznaczają na poszukiwanie najsmaczniejszych liści eukaliptusa i na ich łakome pożeranie (koale potrafią zjeść dziennie nawet do kilograma tych specjałów). To niezbyt duże zwierzaki. Osiągają najwyżej do osiemdziesięciu cm długości a ważą do piętnastu kilogramów. Zazwyczaj preferują samotny tryb życia, dlatego ciężko dostrzec na raz kilka tych osobników, no chyba że jest się w zoo albo rezerwacie, gdzie na małej przestrzeni przebywa ich więcej.


   Koale żyją tylko na wschodnim wybrzeżu Australii, w stanach: Queensland, News South Wales i w Victorii. Pierwszy raz zobaczyłam na żywo te miśkopodobne futrzaki na Phillip Island – wyspie leżącej ok. 140 km od stolicy Victorii, Melbourne. Mieści się tam park dzikiej natury, który zwiedzać można przez wiele godzin oglądając w naturalnym środowisku żyjące na wolności koale, walabie, oposy i kolczatki. Niestety, jak dla mnie, stanowczo za dużo było w tym parku ludzi. Spacerowanie w rozgadanym tłumie i gromadne wypatrywanie między gęstymi liśćmi eukaliptusów szarych figurek koali było dość frustrujące. Nie dało się skupić na samych koalach, bo wszyscy tam chcieli sobie z nimi pstrykać zdjęcia i śmiejąc się oraz nawołując głośno przepychali się ku upatrzonym drzewom, na których tkwiły znudzone i senne misie za nic mające zafascynowane ich widokiem hałaśliwe, dwunożne stworzenia biegające w dole. Takoż i my z Cezarym przecisnąwszy się przez ciżbę ludzką sfotografowaliśmy kilka tych nieruchawych osobników a na koniec uwieczniliśmy mnie w objęciach wielkiej figury koali tkwiącej przy wejściu do parku. Niezbyt byłam wówczas usatysfakcjonowana tym pierwszym spotkaniem z koalami. Łaknęłam zobaczenia ich w prawdziwym, dzikim buszu, w naturalnym środowisku, z dala od tłumu turystów i ich natrętnych fleszy. 





   Wkrótce potem udało mi się wypatrzeć jednego jedynego koalę w Point Leo, miejscowości leżącej na półwyspie Mornington, gdzie bywaliśmy dość często i za każdym razem udawało się nam zobaczyć coś ciekawego. A to prześliczne, wielobarwne muszle, a to młodziutką fokę na skale, a to rzadkie gatunki ptaków a to piękny zachód słońca. Koala żył tam absolutnie w pojedynkę. Siedział zawsze nieruchomo na jednym z kilku wielkich eukaliptusów.  Ilekroć go spotykałam zawsze współczułam mu, że tak nudny i samotny żywot wiedzie. Ale może było mu tak zupełnie dobrze? Był przecież niepodzielnym władcą niezbyt gęstego w tamtej okolicy eukaliptusowego buszu. Nie niepokojonym przez swych pobratymców. Skupionym wyłącznie na tym, co sprawiało mu największą przyjemność – czyli na spaniu i jedzeniu. Ot, taki był z niego pogodzony z losem pustelnik, spoglądający na zabiegany ludzki świat z jakże spokojnym dystansem a może nawet i ironią…?





   Większą ilość tych wspaniałych torbaczy mogliśmy spotkać, gdy podróżując Great Ocean Road i zwiedzając przyległe do niej miejscowości wędrowaliśmy po porośniętych bujnie wieloma gatunkami eukaliptusów górach Otway, w których w tamtym czasie żyło tysiące tych unikalnych zwierząt. Wystarczyło wejść głębiej w busz i zobaczyć je przytulone do pni eukaliptusów albo wędrujące powoli wysoko w gęstwinie liści. Niektóre trwały w koronach drzew uczepione gałęzi. Inne wspinały się tuż nad nami. A jeden z koali ni stąd ni zowąd tuż przy nas przebiegł szybko po ziemi i zanim zdążyliśmy zrobić mu zdjęcie wlazł na najbliżej rosnący eukaliptus i olewając nas zupełnie siknął tak mocnym strumieniem moczu, że musieliśmy się szybko odsunąć by nie zostać spryskanymi tym bardzo wyraziście pachnącym płynem! Potem stojąc w bezpiecznej odległości długo przypatrywaliśmy się tym nieprzytomnie spoglądającym na nas torbaczom. Naczytałam się wcześniej o nich sporo i wiedziałam, że liście eukaliptusów, którymi żywią się te zwierzątka nie dość, iż są ciężko strawne, to na dodatek mocno toksyczne a także wywołujące u nich stany omalże narkotyczne. Właśnie dlatego były one stale śpiące i lekko otumanione. Gdzieś wysoko, wysoko, ledwie z dołu widoczna tkwiła na drzewie koala - matka z przyczepionym do jej grzbietu dzieciątkiem. Ciąża koali trwa około miesiąca. Misie rodzą się maleńkie (ważą do kilku gramów), ślepe i nieowłosione i przez sześć miesięcy przebywają bezpiecznie w torbie swej rodzicielki. W tym czasie żywią się jej mlekiem oraz częściowo przetrawionym pokarmem z jej jelita. Żałowałam, że nie udało nam się  zobaczyć z bliska matki z dzieckiem i zrobić tej słodkiej parze zdjęcie, ale rozumiałam dobrze, że matczyny instynkt każe jej się trzymać z dala od ludzi i że będzie się tak troszczyć o swe maleństwo prawie przez dwa lata, do czasu aż stanie się ono tak duże jak ona sama i opuści ją by odbyć krótki okres godowy a potem żyć tak, jak reszta osobników jego gatunku – samotnie, nieruchawo i sennie. Zadowolić się więc wówczas musieliśmy widokiem kilku przytulonych do gałęzi dorosłych osobników i w ciszy kontemplować ich spokojny, senny świat.

video

   I tutaj dygresja, przed którą nie mogę się wzdragać, gdyż to, o czym teraz opowiem mocno mnie obchodzi. W 2015 roku władze stanu Victoria w tajemnicy przed Australijczykami zdecydowały się zabić prawie 700 sztuk koali z gór Otway. Uczyniły to podobno w trosce o los tych zwierząt, które tak bardzo rozmnożyły się w tamtym rejonie, że pożarły większość nadających się do jedzenia eukaliptusów i masowo zaczęły padać na skutek głodowej śmierci. Koale zostały przeniesione w tamte strony w latach osiemdziesiątych dwudziestego wieku i mając świetne do życia warunki rozmnożyły się ponad miarę. Na jeden hektar powinna przypadać jedna sztuka, natomiast w górach Otway na jednym hektarze zamieszkiwało kilkanaście koali, którym już po dwudziestu latach zaczęło brakować żywności. Właściciel znajdującego się w tamtym rejonie campingu opowiadał, że codziennie znajdował w okolicy mnóstwo wychudzonych, martwych koali leżących pokotem u stóp objedzonych doszczętnie drzew. W buszu unosiła się ciężka do wytrzymania woń rozkładających się w upale ciał padłych misiów. Dlatego właśnie odpowiedzialny za środowisko naturalne resort podjął decyzję o ich odstrzale. A z obawy przed reakcją opinii społecznej fakt ten przez jakiś czas władze ukrywały. I nie dziwota! Wszak koale i kangury są symbolem narodowym Australii. Naturalnie występują tylko w tej krainie a ponieważ do połowy lat dwudziestych ubiegłego wieku masowo na nie polowano ich ilość drastycznie się zmniejszyła i w wielu parkach znajdują się pod całkowitą ochroną. Władze tłumaczyły się, że zabito je dla ich dobra, że nie dało się ich nigdzie przenieść, bo niewiele jest już w Australii miejsc, gdzie masowo rośnie ulubiony przez koale gatunek eukaliptusów, manna gum. Ponadto ewentualne przenosiny wiązałyby się z ogromnym stresem dla tych zwierząt, którego większość i tak by nie przeżyła…
   I to tyle dygresji. Przykro mi tylko, gdy pomyślę, że ten rozbrykany koala – zwany przez nas sympatycznie sikunem mościckim najprawdopodobniej też nie przetrwał. A może jednak zaszył się gdzieś w dzikszych partiach gór i tam daje radę żyć spokojnie, płodząc kolejnych potomków i śniąc swe tajemnicze, na poły narkotyczne sny…?











   Kolejne, tym razem dłuższe i pogodniejsze nasze spotkanie z koalami miało miejsce na Raymond Island (zwanej także wyspą koali) położonej na jednym z jezior Gippslandu w miejscowości Paynesville, w leżącej około 300 km od Melbourne, stolicy stanu Victoria. Kursujący tam prom przewiózł wówczas nas i naszego wiernego jeepa na porośniętą gęsto eukaliptusami wysepkę zamieszkałą przez setki koali, kangurów i kukubar. Miało się wrażenie, iż to wyspa bezludna ponieważ nielicznie pobudowane tam domy mieszkalne były tak dobrze wtopione w roślinność, iż omal zupełnie w niej ukryte, co sprawiało, iż bytujące tam zwierzęta czuły się zapewne swobodnie i naturalnie. Jeżdżąc po wijących się w buszu pełnych kurzu niteczkach dróg mogliśmy podziwiać koale w przyjaznym środowisku i fotografować wszystko do woli. A że było wówczas bardzo gorąco po kilku godzinach takiego zwiedzania kompletnie zmęczeni i zakurzeni z radością odkryliśmy zupełnie bezludną, białą plażę, gdzie zdjąwszy buty z przyjemnością pochodziliśmy po chłodnych wodach przejrzystego jeziora a potem siedząc w drogocennym cieniu i racząc się przezornie zabraną ze sobą wodą mineralną nasłuchiwaliśmy kojącego szumu fal oraz śmiesznych pokrzykiwań kukubar i ostro brzmiących nawoływań panów koali, którzy przeżywali wtedy widocznie fazę intensywnych godów.















   Oj, dobrze było nam tak siedzieć i nigdzie się nie spieszyć. Mieliśmy wrażenie, iż znajdujemy się w jakimś ziemskim raju i wcale nie chciało się nam stamtąd odjeżdżać…Mamy nadzieję, że widziane tam przez nas koale nadal żyją sobie syte i spokojne a wielkie eukaliptusy rosnące na wyspie Raymond zapewniają im wszystko, co tylko tym niezwykłym zwierzętom do szczęścia jest potrzebne…
  
  


  



Etykiety

apel apel o pomoc asymilacja Australia autoanaliza bajka bal ballada baśń Beksińscy blog Cesarzowa Ki chleb choroba czarny bez czas czerwiec deszcz dobro dom drama drama koreańska dzieciństwo ekologia erotyk fajka film fotografie głodówka gospodarstwo Góry Flindersa grudzień Gwiazdka historia horror humor humoreska informacja inność internet Jacuś Jacuś. gospodarstwo Jacuś. lato jajka jesień kangury kastracja koala kobieta koguty komputer komunikacja konfitury koniec świata konkurs kot koziołek kozy Kresy kryminał kuchnia kulinaria kury kwiaty las lato lipa lis listopad łąka macierzyństwo malarstwo marzenie miasteczko odnalezionych myśli Mikołaj miłość Misia moda muzyka nadzieja nałóg natura Nowy Rok obyczaje ocean odchudzanie ogrody opowiadanie opowiastka opowieść pamięć park pasja patriotyzm pies pieśni piosenka płot początek podróż poezja Pogórze Dynowskie polityka poprawność polityczna porady prawda prezent przedwiośnie przepis przygoda przyjaźń psy psychologia recenzja refleksja relatywizm repatriacja reportaż Riverland rower rozmowa samotność sąsiedzi sens życia siano sierpień silna wola skróty smutek South Australia strych szczęście śmierć święta świt tajemnica tekst piosenki teksty piosenek tęsknota uczucia upał urodziny uśmiech wędrówki węgiel wieś wiosna wirus woda wolność wspomnienia wspomnienie wychowanie zabawa zaproszenie zdrowie zielononóżki zielononóżki kuropatwiane zima zupa Zuzia zwierzęta życie życzenia