piątek, 29 grudnia 2017

Skrzydła…



                                                                                                                               photo from Internet

…Miałam dwadzieścia kilka lat, gdy po raz pierwszy obejrzałam film Petera Weira „Stowarzyszenie umarłych poetów”. Udało mi się od kogoś pożyczyć bardzo już zniszczoną od wielokrotnego uruchamiania taśmę video z tym uhonorowanym Oscarem w 1989 r dziełem filmowym. Oczarowana i wzruszona fabułą oraz przesłaniem filmu dobiłam kompletnie ową taśmę, gdy od nieustannego przewijania do ulubionych przeze mnie scen ostatecznie wkręciła się w mechanizm pierwszego w moim domu odtwarzacza video. Był  początek lat dziewięćdziesiątych. Tak wiele rzeczy było wówczas pierwszych. Po okresie siermiężnego socjalizmu i zapóźnienia gospodarczo-kulturalnego człowiek zachłystywał się wszystkim, co zachodnie i cieszył jak dziecko kolorowymi reklamówkami, plastikowymi opakowaniami, nieznanymi wcześniej smakami. Ubierał się w krzykliwie kolorowe, wielkie marynary, słuchał zbuntowanych kapel rockowych, pisał nieporadne, lecz pełne żaru i szczerości młodzieńcze wiersze, wierzył w siebie, w ludzkość oraz promienną przyszłość...

  Pisząc ten tekst w przededniu zakończenia 2017 roku wspominam ten miniony czas z nostalgicznym uśmiechem,  z łezką w oku i z tęsknotą za sobą z tego okresu. Sprawdzam, ile mnie dawnej jest w obecnej Oli…




   Parę dni temu znalazłszy przypadkowo na YT mój ukochany przed laty film, nabrałam ochoty aby znowu go zobaczyć, odnaleźć w sobie dawne wzruszenia, przemyślenia i skonfrontować je z obecnymi. Przypuszczam, że większość z Was zna i pamięta „Stowarzyszenie umarłych poetów” – osadzoną w realiach końcówki lat pięćdziesiątych dwudziestego wieku historię dojrzewania i przemiany duchowej chłopców z elitarnej szkoły w USA.  Sztandarowymi hasłami owego miejsca były: Tradycja, Honor, Dyscyplina, Doskonałość. Niechętnie widziano tam natomiast takie wartości jak umiejętność samodzielnego myślenia, niezależność, uczuciowość, wolność i spontaniczność. Uczniowie podporządkowani byli woli dyrekcji, nauczycieli oraz rodziców, przez nich programowani na swe dorosłe życie. Aż nagle w murach tej szacownej uczelni pojawił się nowy, nietuzinkowy nauczyciel literatury angielskiej, były uczeń tejże szkoły, (grany przez Robina Williamsa) John Keating. Za jego sprawą posłusznym dotąd, pogodzonym ze swym losem uczniom wyrosły skrzydła. Nagle dowiedzieli się, że mają prawo do marzeń, do swych pasji, do pójścia za głosem serca. Otworzyły im się oczy na to, czym jest w istocie życie i zrozumieli, iż nie warto go marnować na bycie manekinem w cudzych rękach, na wypełnianie narzuconych sobie ról. „Carpe diem, carpe diem!” - to hasło pojawia się w filmie wielokrotnie. Nie marnuj czasu, chwytaj dzień, korzystaj z niego, bo młodość tak szybko odchodzi i zostaje tylko wspomnienie po zbyt krótko łopoczących albo nawet nigdy nie użytych skrzydłach. W pewnym momencie nauczyciel każe przyjrzeć się z bliska wiszącym na ścianach fotografiom klasowym sprzed dziesiątek lat. Widać na nich nieco staroświecko ubranych, uśmiechniętych chłopców, przed którymi było wówczas całe życie. Czy potrafili przeżyć je tak, jak chcieli czy strawili je w niemocy i bezsensie, drepcząc po parapecie niby muchy z oderwanymi skrzydłami i nadaremno marząc o swobodnym locie?

   Dziewiętnastowieczny, amerykański myśliciel Henry David Thoreau w powieści filozoficznej pt. „Walden, czyli życie w lesie” napisał: „Większość ludzi prowadzi życie w cichej desperacji. To, co nazywa się rezygnacją jest usankcjonowaną rozpaczą”. No tak… Prędzej czy później ludzie odrywają sobie samym lotki albo też w niemej bezsilności dają je sobie obrywać. Dostosowują się do tego co jest. Uśredniają. Wtapiają w tłum. Przestają wierzyć w spełnienie swych marzeń a nawet wyśmiewają je jako dziecinne i kompletnie nierealne. I wiodą swój los codzienny przyzwyczajeni do tego, co jest a nawet całkiem ze swego losu zadowoleni. I tylko czasem dostrzegają w kącikach swych ust kolejną zmarszczkę goryczy. I tylko czasem oglądając swe młodzieńcze  fotografie albo czytając stare, pełne naiwnego entuzjazmu wypracowania szkolne westchną ciężko a potem szybko wcisną je na samo dno szuflady. Lepiej nie pamiętać, lepiej nie burzyć tego, co jest…

   Thoreau wielokrotnie cytowany w filmie przez Keatinga zasiewa w umysłach młodych ludzi nieznaną im do tej pory autorefleksję. Przygotowuje do czekających na nich przyszłości wyzwań, do podejmowania podstawowych dla każdego wyborów, do odpowiedzi na pytania: co jest ważne,  czy opłaca się żyć bezpiecznie, ale biernie i monotonnie, czy może lepiej podejmować ryzyka, wyznaczać sobie kolejne, najbardziej nawet śmiałe cele i w dążeniu ku nim doznawać wielu ran, ale i cudownych chwil tryumfu, radości, spełnienia.


   Dlaczego człowiek tak mocno zapuścił korzenie w ziemi, że nie może z równą energią poderwać się i wznieść ku niebu? Wszak szlachetniejsze rośliny ceni się dla owocu, jaki ostatecznie rodzą pośród powietrza i światła, daleko od ziemi.” Czytam powyższą myśl autorstwa Thoreau i dochodzę do wniosku, że to lęk przed bólem, przed rozczarowaniem, przed osądem bliźnich nie pozwala człowiekowi wznieść się wyżej, że bezpieczniej mu tkwić na nizinach i w zarodku dusić w sobie wszelkie trzepoty. Na prawdziwą swobodę latania pozwalamy sobie tylko w snach i we wspomnieniach z okresu młodości.



    Mijają lata. Z trudem rozpoznajemy samych siebie w lustrze. Na wiele pytań nadal nie znajdujemy odpowiedzi a to, co było niegdyś tak jasne i proste skomplikowało się i wykrzywiło. Zdewaluowały się dawne autorytety a nowych nie widać na horyzoncie. Nie ma do kogo zawołać: „Kapitanie, mój kapitanie!”. Nie ma za kim pójść. Kim się zainspirować. Wielkie idee zdają się zużyte, papierowe a nawet ośmieszone. Bywa, że dochodzimy do ściany i walimy głową w mur. Doznany przy tym ból otrzeźwia i zniechęca do brnięcia przed siebie tą samą ścieżką. A bańki mydlane, które zdawały się nam realną rzeczywistością pękają i zostaje po nich tylko smętna, mokra plama niepotrzebnych złudzeń…

   Tak bywa a potem przechodzi jakiś czas i człowiek w końcu zapomina o przykrościach, wylizuje rany i otrząsa się jak pies, gotowy do następnego, radosnego biegu. I znowu wraca tam, gdzie przyciąga jakiś blask, jakaś tajemnica do odkrycia, jakaś ważna część „ja”. A wreszcie ośmiela się choć przez chwilę poruszyć skrzydłami, zamarzyć o czymś, pomyśleć, że choć życie jest krótkie i pełne cierpień, to jednak niekiedy bywa też piękne a to jakie one jest w dużej mierze od niego samego przecież zależy. I dochodzi do  wniosku, iż dobrze jest czasem niczym John Keating wejść na biurko żeby popatrzeć na świat z różnych punktów widzenia a potem spojrzeć w oczy bliźniego i spróbować go zrozumieć lub przynajmniej zaakceptować a nie walczyć z nim, na siłę zmieniać. Pokazać mu swój świat, ale nie zmuszać do życia w nim, do zamykania oczu na inne przestrzenie i idee. Pozwolić pójść swoją drogą. Każdy musi sam dojść do tego, co najważniejsze. Chcieć rozpostrzeć skrzydła. Przełamać nieufność i lęk. Nauczyć się po swojemu fruwać a przy tym umieć  cieszyć się swobodnym lotem innych. Na niebie starczy wszak miejsca dla każdego!



  Po prawie trzydziestu latach oglądam po raz kolejny film „Stowarzyszenie umarłych poetów” i wyznam Wam, iż wzrusza mnie on tak jak niegdyś. A przy tym zdaje mi się, że dzisiaj o wiele więcej rozumiem ze złotych myśli Johna Keatinga  a cytaty z Thoreau docierają do mnie znacznie głębiej, bo zahaczają o przebyte doświadczenia, bo dotykają dawnych, pełnych entuzjazmu i prostej wiary uczuć, których blaski wciąż odnajduję w swym sercu.
   Słuchając pełnej mocy, ale i subtelnościi muzyki z filmu spoglądam w migające na niebiesko oko monitora i szepczę do Was: Fruńmy, póki się tylko da! Carpe diem, carpe diem, kochani!:-)
  

środa, 20 grudnia 2017

Pogórzańska opowieść świąteczna...



 

   Siedzieliśmy tego wieczora z Cezarym dość długo w poczekalni u lekarza specjalisty w leżącym około 20 km od nas pogórzańskim miasteczku. Cieszyliśmy się, że udało nam się szczęśliwie doń dojechać, że lody i śniegi na naszej górce nie okazały się tak straszne, jak się nam zdawało. Dotarliśmy do miasta już po zmroku. Przywitały nas tam świąteczne dekoracje, szopka stojąca w centrum rynku, delikatny śnieżek osiadający pieszczotliwie na końcach rzęs. Poczułam się jak olśnione baśniową rzeczywistością dziecko. Z wiekiem coraz rzadziej zdarza mi się tak czuć, a więc zaskoczona i ucieszona kontemplowałam w ciszy ten miły dla mnie stan. Dawno już w żadnej miejskiej rzeczywistości po zmierzchu z mężem nie byliśmy. Dawno nie widziałam takich lampek, ozdobionych łańcuchami latarni ulicznych i klonów, wyłaniających się spośród kolorowych ozdób kamieniczek i błyszczących wewnątrz mieszkań świeżo ustrojonych choinek. Patrzyłam olśniona i wzruszona na tę odmienioną czarodziejsko rzeczywistość.Pragnęłam aby czas stanął, abym mogła tam trwać i trwać bez końca. Ale że zimno było a dujawica grudniowa wzięła we władanie ryneczek z ulgą schroniliśmy się z Cezarym w położonej nieopodal naszej przychodni specjalistycznej. Zdjęliśmy z siebie kurtki i czapki i rozglądając się z ciekawością po wnętrzu (bo i tam pełno było ślicznych ozdób świątecznych) usiedliśmy pod ścianą gabinetu lekarskiego w pogodnym oczekiwaniu na naszą kolej. 

   Wraz z nami czekało wielu innych pacjentów, którzy jak widać było z ich znękanych fizjonomii byli tu już od dłuższego czasu a uwięzieni w korytarzu przychodni na kilka godzin jakoś dawać musieli sobie radę z nudą, zmęczeniem, zniecierpliwieniem oraz sennością. Jedni ziewali. Drudzy rozwiązywali krzyżówki. Trzeci coś tam wstukiwali w telefony komórkowe. Inni próbowali nawiązywać między sobą jako taką rozmowę. A wszyscy zdawali się przymuleni, zawieszeni w bezczasie, szarzy i dziwnie bezosobowi. Z głośników płynęły kolędy, których zdawał się nikt nie słuchać. Zgromadzeni nie reagowali też zbyt entuzjastycznie na jak zwykle żartującego Cezarego. Mój mąż dwoił się i troił, ale prócz kilku bladych uśmieszków i półsłówek ze strony zgromadzonych nie osiągnął żadnej, wyraźniejszej reakcji. Popatrzyliśmy na siebie porozumiewawczo, z bezradnym westchnieniem. Odechciało się nam na razie prób rozruszania tej gromadki. Wlokące się nieznośnie minuty płynęły nadal w chorobliwej drętwocie…Lekarka co kilkanaście minut zapraszała w czeluści gabinetu kolejnego pacjenta. Reszta ożywiała się na moment a potem znowu popadała w mglisty stan niemocy. Gdzieś tam na zewnątrz zmęczeni ludzie gnani wewnętrznym przymusem oraz wymogami tradycji biegali po sklepach w poszukiwaniu prezentów gwiazdkowych oraz masy wiktuałów koniecznych do świętowania. A tutaj, w poczekalni półsenne trwanie…

   Zauważyłam w pewnym momencie, iż pani siedząca obok z dziwnym zainteresowaniem przygląda się moim dłoniom, jednocześnie swoje chowając w przydługich rękawach swetra. Spłoszyłam się i poczułam, że oblewa mnie rumieniec. Co z moimi rękami jest nie tak? Uśmiechnęłam się do sąsiadki z nieśmiałym oczekiwaniem a ona poradziła mi życzliwie bym kostkę, która od dzieciństwa wystawała mi na prawej dłoni masowała cierpliwie aż zniknie. Bo jej znikła. Odetchnęłam i odrzekłam wesoło, że właściwie owa kostka wcale mi w niczym nie przeszkadza. Co więcej jestem z niej zadowolona, bo to mój znak szczególny i w razie czego będę mogła po niej być rozpoznana w prosektorium albo w czasie ekshumacji. A poza tym, ale tego już kobiecinie nie powiedziałam, Cezary ma identyczną kostkę, sterczącą śmiało na tej samej, co moja ręce! To nasz tajemny, magiczny znak. Niezwykły dowód naszego wzajemnego przeznaczenia!       
    Hmmm…Zaskoczona mą pogodną odpowiedzią kobieta wprawdzie odwzajemniła uśmiech, ale zrobiła to z lekkim zmieszaniem i zdumieniem. Pewnie nie gustowała w czarnym humorze. A może pożałowała, że jej własna kostka zniknęła na zawsze, bo może wcale nie była taka zła…? Tak czy siak czułam, iż ośmielona powstałą konwersacją szukała między nami jakiejś wspólnoty. Ot tak, z tego poczucia skazania na siebie oraz z konieczności wypełnienia czymś czasu. Zaczęła opowiadać o swoich bolących stawach, o problemach z chodzeniem, o nawale roboty, do której od dzieciństwa jest przyzwyczajona i żyć bez niej nie potrafi a tymczasem człowiek coraz starszy, coraz mniej innym przydatny. Na dowód zaraz wstała i zaczęła nieco teatralnie kuśtykać tuż przede mną. Żebym się użaliła. Żebym swoimi bolączkami się też podzieliła. Żebym choć głową pokiwała. No cóż…Każdy z nas nosi w sobie wszak chęć skupienia na sobie czyjejś uwagi, cudzego zrozumienia czy odrobiny współczucia. Każdy wprzęgnięty w swój codzienny kołowrotek ma nieraz wrażenie, iż przeźroczysty jest dla bliskich, że codzienna rutyna wysysa z bliźnich prawdziwe zaangażowanie, ciepło i serdeczność. Nieraz zostaje tylko taka obca poczekalnia, gdzie przez chwilę można poczuć się kimś ważniejszym niż pyłek, niż ten świst mroźnego wiatru za oknem…

   A tymczasem kolędy nadal niezauważone przez nikogo płynęły poprzez korytarz poczekalni. I proste słowa o malutkim dzieciątku, co to nie miało kołdereczki a matula swoją chustką je okryła…I jeszcze o tym maluśkim, maluśkim, kiejby rękawicka… Pacjenci pogrążeni między sobą w szeptanych zwierzeniach o dolegliwościach, zmartwieniach i frustracjach głusi jednak byli na dźwięki delikatnych pastorałek. Ich naznaczone trudami życia oraz boleściami twarze zupełnie zamknięte były na pozytywne wibracje z zewnątrz. Pewnie święta kojarzyły im się już li tylko ze zmęczeniem, przymusem, przykrą koniecznością działania wbrew malejącym z roku na rok siłom ducha i ciała, wbrew mizernym możliwościom finansowym. Chyba znużeni już byli wszechobecnymi reklamami gwiazdkowymi, natrętnymi promocjami i sztucznie optymistycznymi, nadmiernie migotliwymi ozdobami świątecznymi. Pewnie na dobre wyrośli już z naiwnej, dziecięcej radości. Wypaleni, zgaszeni, zniechęceni…Czując to mocno westchnęłam bezradnie sama osuwając się pomału w obezwładniającą beznadzieję, w jakąś głęboką studnię bez dna.

   Ocknęłam się z letargu, gdy po godzinie niemego oczekiwania w końcu mój mąż został zawołany przed oblicze szacownej pani doktor. Westchnąwszy głęboko rozejrzałam się wtedy raz jeszcze po twarzach zebranych. Poczułam się jak na obcej planecie albo w rzeczywistości rodem z powieści Kafki. Wokół mnie było smutno, szaro i żadne żywsze emocje nie poruszały siedzących obok, skazanych na swe towarzystwo bliźnich.  Wielobarwne lampeczki na choinkach migotały niezauważone. Kolędy grały niesłyszane. Wtedy coś we mnie pękło a może wręcz przeciwnie, posklejało się nagle do kupy. I nie wiem skąd mi się to wzięło – taka chęć, taka odwaga, takie wariactwo nieledwie. Zaczęłam nucić kolędę. Najpierw cicho, potem coraz głośniej. Zerkałam przy tym serdecznie w twarze zgromadzonych chcąc znaleźć w nich jakiś oddźwięk, obudzić a może nawet jakimś cudem zachęcić do wspólnego śpiewu. Niektórzy ze zgromadzonych spojrzeli na mnie z zawstydzonym uśmiechem, ale zaraz potem odwrócili się jakby mieli do czynienia z jakąś niespełna rozumu istotą. Inni wzruszyli ramionami i pokiwali głowami z dezaprobatą. No bo jak to tak wypada śpiewać w poczekalni lekarskiej? Idiotyzm i dziecinada! Tylko pani obok spojrzała na mnie z mieszaniną podziwu i zażenowania. I jeszcze jeden pan spod ściany błysnął okiem pełnym aprobaty oraz pozytywnego zdumienia. A ja nie przejmując się niczym po prostu odśpiewałam odważnie kolędę do końca, dziwiąc się samej sobie skąd we mnie taka śmiałość i potrzeba. Chwilę potem z gabinetu lekarskiego wyłonił się mój mąż. Pozostało nam już tylko ubrać się i życząc zgromadzonym wesołych świąt wyjść na zewnątrz. Żegnały nas zaciekawione spojrzenia zebranych, słowa zwyczajowo w takich okazjach wypowiadanych życzeń świątecznych, skonsternowane szepty i dziwne, spłoszone uśmieszki…

                                                                            * * *

   Kochani, przed nami kolejne Święta Bożego Narodzenia! Życzymy Wam i sobie samym żeby potrafiły one raz jeszcze obudzić w naszych sercach coś z dziecka i żeby raz jeszcze chciało nam się chcieć, bo od tego chcenia najwięcej przecież zależy. I żeby choć na moment ogarnęło nas podczas śpiewania kolęd autentyczne wzruszenie. Bo czymże byłoby życie bez pozytywnych wzruszeń, bez dziecięcych zachwytów, bez radosnych chwil, które po latach miło jest wspominać? Spróbujmy raz jeszcze rozdmuchać w sobie tę zaczarowaną iskrę! 
                      Jaworowie życzą Wam Wesołych Świąt pod tym samym niebem!:-))



Etykiety

apel apel o pomoc asymilacja Australia autoanaliza bajka bal ballada baśń Beksińscy Bieszczady blog blogi Cesarzowa Ki Cezary chleb choroba czarny bez czas czerwiec deszcz dobro dom drama drama koreańska drewno droga dzieciństwo ekologia erotyk fajka film fotografie głodówka gospodarstwo góry Góry Flindersa grudzień grzyby Gwiazdka historia historie wędrujące horror humor humoreska informacja inność internet Jacuś Jacuś. gospodarstwo Jacuś. lato jajka jesień kalina kangury kastracja koala kobieta koguty komputer komunikacja konfitury koniec świata konkurs kot koziołek kozy Kresy kryminał kuchnia kulinaria kury kwiaty las lato lipa lis listopad los łąka macierzyństwo malarstwo marzenie mgła miasteczko odnalezionych myśli Mikołaj miłość Misia młodość moda muzyka muzyka filmowa nadzieja nałóg natura Nowy Rok obyczaje ocean odchudzanie odpowiedzialność ogrody ogród opowiadanie opowiastka opowieść pamięć park pasja patriotyzm pies pieśni piosenka płot początek podróż poezja Pogórze Dynowskie polityka poprawność polityczna porady praca prawda prezent prośba przedwiośnie przemijanie przepis przetwory przeznaczenie przygoda przyjaźń psy psychologia recenzja refleksja relatywizm repatriacja reportaż Riverland rodzina rower rozmowa samotność sąsiedzi sens życia siano sierpień silna wola skróty słowa smutek South Australia spacer strych szczęście śmierć święta świt tajemnica tekst piosenki teksty piosenek tęsknota uczucia upał urodziny uśmiech wędrówki węgiel wieś wiosna wirus woda wolność wrażliwość wspomnienia wspomnienie wychowanie wypadki zabawa zaproszenie zdrowie zielononóżki zielononóżki kuropatwiane zima zupa Zuzia zwierzęta życie życzenia Żydzi