Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 8 lutego 2026

Powroty w odcieniach sepii...

 




...Za oknem mglisto, chłodno, wilgotno. Natura otula się we wszystkie odcienie sepii. Trwa chwilowa, lutowa odwilż. Duże ilości ciężkiego śniegu zalegają jeszcze na polach i poboczach dróg, lecz coraz większe widać już połaci ubiegłorocznej trawy i błota. W domu ciepło od opalanego drewnem pieca, na którym powolutku pyrka zupa fasolowa na wędzonce. A ja doglądając jej od czasu do czasu siedzę przy kuchennym stole i czytam sobie nieśpiesznie, z lubością i tkliwością w duszy...




   Lubię wracać do książek po wielekroć już przeczytanych, tak jak do muzyki wiele razy już słuchanej czy też do filmów kiedyś oglądanych. Wracam do nich jak do starych, dobrych przyjaciół, po których wiem, czego się spodziewać, którzy dadzą mi w danej chwili to, czego właśnie potrzebuję. Wystarczy jakiś impuls, jakieś odżywające ni stąd ni zowąd wspomnienie, leciutka nutka wzruszenia czy tęsknoty szepczącej coś w duszy i oto sięgam znowu do dzieł, które nigdy mi się nie znudzą, które potrafią przenieść mnie wyobraźnią i emocjami tam, gdzie czułam coś mocno i wyraźnie. A czucie to oznaczało przeważnie spokój, wzruszenie, zamyślenie, oddalenie od tego, co jest a przybliżenie do tego, co chciałabym by było. Rzadko potrafią dać mi to obecnie czytane książki, nowo poznane piosenki , utwory muzyczne czy filmowe dzieła. Owszem, zajmują oczy, ducha i serce przez jakiś czas, ale większość po zapoznaniu się z nimi ulatuje gdzieś bez śladu jakby ich nigdy nie było. A te dawne są i będą niby góry, które chce się oglądać i podziwiać, na które wciąż i wciąż chce się w swoim tempie wspinać, pamiętając emocje towarzyszące wspinaczce oraz wspaniałe widoki rozpościerające się po drodze. Podobnie bywa też z ludźmi. Im jesteśmy starsi, tym bardziej doceniamy swoje stare znajomości i przyjaźnie. Są sprawdzone przez lata, dają pewność dobrych relacji i nie zapowiadają rozczarowujących zaskoczeń. Zatem zazwyczaj podtrzymujemy je myślą, słowem i czynem, bo stanowią dla nas prawdziwe, bezcenne bogactwo. Trwają niby schronienie, do którego miło się wraca by się ogrzać, odetchnąć, porozumieć nawet bez słów. Oczywiście bywa też tak z nowo poznanymi osobami. Niekiedy udaje się spotkać ludzi, którzy stają się nam prawie tak bliscy, jak ci znani od dawna. Jednak to raczej rzadkie sytuacje. Wyjątki potwierdzające ogólną regułę.




   Czy owa chęć powrotów do tego, co się już zna i lubi świadczy o starzeniu się, o skostnieniu umysłu, o tak częstej u starszych osób skłonności do zanurzania się we wspomnienia, bo tylko tam czują się swobodnie i bezpiecznie, tylko tam czas zatrzymał się dla nich w takiej formie jaką akceptowali, w jakiej czuli się na swoim miejscu? Być może...Wiele starzejących się ludzi lubi przenosić się myślami w przeszłość, a nieraz zamęczać otoczenie wspominaniem minionych czasów, opowieściami tyle razy już słyszanymi, że aby nie umrzeć z nudów wpuszcza się je jednym a wypuszcza drugim uchem. Jednak jeśli chodzi o mnie, to od kiedy tylko pamiętam, lubiłam sięgać po to, co już znałam i ceniłam, odnawiać starą znajomość oraz pogłębiać ją. Może zatem zawsze byłam taka młoda - stara...?




   Myślę, że każdy z nas ma takie swoje ulubione utwory, które nigdy się nie nudzą i w których mimo wielokrotnego czytania, oglądania albo słuchania poza spodziewanymi doznaniami zawsze można znaleźć coś nowego. Wraz z upływem lat patrzymy na te same treści trochę inaczej, bo sami się zmieniamy, bo po nowemu postrzegamy pewne rzeczy, bo nagle potrafimy ujrzeć i docenić coś, nad czym kiedyś nasza uwaga zbytnio się nie skupiała. Dlatego nie sądzę, iż stratą czasu jest sięganie do dawniej czytanych książek. A wręcz przeciwnie. To dla mnie dowód, że potrafię zrozumieć i odczuć więcej niż kiedyś, więcej oraz inaczej. A choć coraz częściej nawiedzają mnie ponure myśli o nieuchronnym starzeniu się i otępieniu umysłu, o objawach demencji czy z nagła pojawiającej się i długo utrzymującej mgły mózgowej, to owe nowe spostrzeżenia pojawiające się w trakcie lub po lekturze, owe świeże doznania i wzruszenia trochę owej degeneracji mózgu przeczą. Taką przynajmniej mam nadzieję. I desperacko staram się jej trzymać, bo czegoś przecież trzymać się trzeba.




   Ostatnio przytargawszy z gminnej biblioteki pokaźny stos nowych lektur odłożyłam je na regał bez większego zainteresowania. Jakoś odechciało mi się wgryzać w nowe historie, poznawać nowych bohaterów. Na samą myśl o tym odczuwałam znużenie i niechęć. Spojrzałam na te piękne, lecz nazbyt krzykliwe okładki obiecujące nie wiadomo jakie cuda w środku i westchnęłam z irytacją. Coś się we mnie najwidoczniej w tamtej chwili zacięło albo i znarowiło.

  • Jakoś nie mam chęci by wsiadać do tych kolorowych aut sportowych i w szaleńczej jeździe doświadczać ekscytacji na ostrych zakrętach dróg aby już nazajutrz pamiętać z tego raczej niewiele albo zgoła nic – pomyślałam.

  • Wszystko już było. A to co jest jakże często z tamtego się wywodzi, będąc zaledwie lichą kalką, imitacją, desperackim usiłowaniem bycia nietuzinkowym...

  • Tak niewiele zdarza się naprawdę chwytających za serce i dających do myślenia, ważnych, oryginalnych treści. Niestety! Większość to fast food. Ot! Zjeść, strawić i już za chwilę znowu czuć się głodnym, bo w tym sztucznym jedzeniu było wszak bardzo mało odżywczych składników – szepnęłam na widok owego imponującego stosu dzieł literackich z biblioteki.

  • Ale człowiek wciąż szuka...Naiwnie goni za mirażem. Nie traci nadziei, że znowu napotka prawdziwe olśnienie...

  • Jednak teraz tak naprawdę marzy mi się podróż w czasie... Wyjście na spotkanie mnie dawnej i skonfrontowanie ze mną obecną. Bo przecież wciąż się zmieniam. Czegoś nowego doświadczam. Lekcja życia trwa...

  • Dawno temu dotarło do mnie, że nie potrzebuję nigdzie daleko jeździć ani przenosić się cieleśnie gdziekolwiek, także i do dawnych czasów. Wszystko dzieje się przecież w głowie...W małej kropli wody mieszczą się całe światy. Wystarczy by moja wyobraźnia gdzieś mnie przeniosła. Jeszcze raz, jeszcze raz... - omiotłam uważnym spojrzeniem ustawione na regale książki – klasyki, stare, serdeczne przyjaciółki. Czułym wzrokiem prześlizgnęłam się po „Nocach i dniach”, „Lalce”, „Mistrzu i Małgorzacie”, „Ziemi obiecanej”, „Nad Niemnem”, „Zbrodni i karze”, „Annie Kareninie”, „Władcy pierścieni”... Nadal jednak nie odczułam w sobie wyraźnego odzewu. Nadal nie decydowałam się na wejście do magicznego powozu, po brukowanym trakcie mającym potoczyć się hen w wabiącą dal. Popatrzyłam zatem wyżej i uśmiechnęłam się, bo wreszcie dostrzegłam to, ku czemu serce mocniej zabiło. Lekko zawirowało mi w głowie i przeniosłam się w jakieś odmienne rejony istnienia. Otaczała mnie inna od mojej rzeczywistość w kolorach sepii. Uniosłam leciutko rąbek aksamitnej sukni. Poprawiłam woalkę przy kapeluszu oraz cieniutkie mitenki na dłoniach. A potem z ufnością wstąpiłam na pierwszy stopień karety mającej zawieźć mnie w głąb znanej i bliskiej sercu opowieści...

   Bo oto ona sama nie wiem jak delikatnie dała mi znak, zatem skwapliwie wyłuskałam ją spośród innych. A wyłuskawszy z miejsca zapragnęłam wrócić do tego grubego tomu, który od kilku lat ufnie stał na półce i pokrywając się kurzem cierpliwie czekał aż znowu nabiorę ochoty by się weń zanurzyć. Oprawiony w ciemny, skóropodobny materiał, bez żadnych ilustracji i zbędnych ozdób wabił nienarzucającym się, cichym i subtelnym urokiem staroświeckiej, niemodnej historii. I natychmiast przypomniało mi się, co jedna z jej głównych bohaterek – Marynia Pławicka mówiła o różnicy między pamięcią a wspomnieniem:

Bo pamięć to jest skład, w którym leży przeszłość, a wspomnienie ma miejsce wówczas, gdy się do tego składu schodzi, żeby coś wydobyć.




   Owym składem, do którego tak skwapliwie weszłam, ową karetą, którą miałam ochotę pojechać w bliskie duszy rejony była tym razem. „Rodzina Połanieckich”, powieść autorstwa Henryka Sienkiewicza wydana w 1894 roku. Tak, wiem. Dla wielu osób to niewarta lektury ramota, nudne, staroświeckie czytadło, pełne archaizmów, opisów przyrody i dziewiętnastowiecznych realiów. Rozwlekły romans podlany nieznośnym sosem ckliwości, romantyzmu, pozytywizmu a na dodatek odwołania do naiwnej idei panslawizmu oraz mesjanizmu chrześcijaństwa. Można na tę powieść popatrzeć w ten sposób, jednak dla mnie to coś znacznie więcej. To ogrom treści dających do myślenia, do porównania z czasami i ludźmi współczesnymi, do sposobności przejrzenia się w refleksjach bohaterów niczym w lustrze. To wejście do zaprzyjaźnionego, pełnego bliskich znajomych domu. To sposobność przeżycia czegoś, co człowieka czymś pozytywnym wypełnia, oddala od obecnych trosk i lęków. To niezwykła podróż w głąb siebie. A właśnie to jest dla mnie najważniejsze w każdej lekturze. Nie tyle dzianie, lecz owo wgłębianie się w psychikę bohaterów, a do tego wspólnota refleksji z nimi, bliźniaczych skojarzeń, wzruszeń, podobieństw niektórych doświadczeń...Książka obfituje w głębokie i ciekawe przemyślenia jej głównego bohatera, Stanisława Połanieckiego i to stanowi jej ogromną przewagę nad ekranizacją utworu Sienkiewicza, świetnym moim zdaniem serialem nakręconym w latach siedemdziesiątych dwudziestego wieku. Także i do tego serialu czasem wracam a muzyki W. Kilara mu towarzyszącej z upodobaniem i zachwytem słucham.




  Czy i Wy lubicie sięgać po stare, dobre czytadła? A jeśli tak, to po jakie? Ciekawa jestem jakie wywołuje to w Was emocje i uczucia? Jaka książka jest dla Was przyjaciółką, do której tęsknicie, gdy jej dawno nie odwiedzacie i do której po wielekroć wracacie...?


czwartek, 18 kwietnia 2024

Caryce i Kilkujadki…



   „Inteligentny, lecz zły człowiek to najgorszy rodzaj potwora moralnego” - zdanie, które gdzieś niedawno przeczytałam mocno zapadło mi w pamięć i pobudziło do refleksji. No bo tak właśnie jest. Niestety najczęściej tacy właśnie ludzie pchają się do władzy pragnąc rządzić innymi a najlepiej całym światem. Tylko władza ich raduje, syci, podnieca. Tylko całkowita kontrola nad bliźnimi satysfakcjonuje i uspokaja. I to w równym stopniu dotyczy obu płci, choć jak wiadomo do tej pory o wiele mniej kobiet niż mężczyzn sprawowało realną władzę. Jednak wszystko się zmienia. Dzisiaj (jak prawią poprawne politycznie media) płci jest znacznie więcej a do tego coraz więcej kobiet zarządza krajami, organizacjami, ministerstwami. I niestety, wiele z nich pokazuje jak mało różnią się od mężczyzn w jakości sprawowania owej władzy. Jak bardzo potrafią być autorytarne, bezlitosne, mściwe, zaborcze i zazdrosne…


   Tego typu ludzi nie skłoni się do pełnej wzajemnego szacunku rozmowy czy chociażby autorefleksji. Wydają się niereformowalni. Zabetonowani w poczuciu swojej wyższości i lepszości. Zachwyceni sobą. Pogardzający słabszymi i biedniejszymi. Nie uznający żadnych autorytetów. Zawsze pewni siebie, przekonani do swych racji, cyniczni i niezdolni do współczucia, pójścia na kompromis czy spontanicznej bezinteresowności. Na nic uderzanie do ich serc, do wspólnych doświadczeń, do tradycji, moralności i honoru. To dla nich puste słowa. Słowa godne wyszydzenia. Nie da się z nimi porozumieć, przekonać do czegoś, co stałoby w sprzeczności z ich doświadczeniami i interesami. Są zamknięci wewnętrznie i jak gdyby oddzieleni od reszty bliźnich pancerną szybą. Pełni tłumionej agresji, pasji i gniewu. Zaborczy i nieprzewidywalni. Potrafiący jednak dla własnych korzyści udawać kogoś zupełnie innego. Na pokaz uśmiechać się serdecznie, tryskać dobrym humorem, emanować wdziękiem, elokwentnie i ze swadą zabierać głos na niemal każdy temat, wywoływać podziw widzów i słuchaczy, porywać za sobą innych. I nie przestawać przy tym kontrolować sytuacji, wytrwale tkając swą sieć, na zimno oceniając kogo należy zniszczyć a kogo nagrodzić i jaka maska jest dla nich w danym momencie najbardziej przydatna...




   Skąd biorą się tacy ludzie? Czy są z gruntu źli? Czy tacy już się urodzili, czy może jakieś traumatyczne doświadczenia w dzieciństwie wywarły na nich tak destrukcyjny wpływ? Co można by było odkryć, gdyby dostać się do samego ich jądra, do najbardziej mrocznych czeluści ich duszy? Być może byłby tam lęk przed uczuciami i przed ich zranieniem, obawa przed obnażeniem swych emocji, głęboko skrywane poczucie niższości i niezabliźnionej krzywdy…Pewnie można by im współczuć, można by nawet starać się im pomóc, gdyby nie to, iż robią wszystko, by nie przyznać się do tego, że jakiejkolwiek pomocy potrzebują, że coś jest z nimi nie tak. Wręcz przeciwnie. Za wszelką cenę starają się sprawiać jak najlepsze wrażenie. Nie odkrywać nigdy swoich słabości. Tego typu ludzi zdarza nam się spotkać na co dzień i przez jakiś czas nie rozpoznać w nich potworów moralnych, bo przecież wyglądają i zachowują się jak każdy z nas. Dopiero przy bliższym poznaniu okazuje się, kto zacz. 
    O takich ludziach, jeśli są bohaterami literackimi, ciekawie się czyta. Szwarc charaktery dodają kolorytu każdej książkowej czy filmowej opowieści. Pomagają mocniej utożsamić się z głównymi bohaterami a jednocześnie oczyścić się z własnych, nieujawnionych często traum i emocji. Ale to tylko pasjonująca fikcja, jeśli nawet oparta jest na faktach autentycznych, to i tak łatwa do odcięcia się od niej, swobodnego przejścia w inne rejony, a wreszcie i zapomnienia. Jednakże gdy dotyczy ona życia realnego, a co gorsza, jeśli się od takiego czarnego charakteru w jakiś sposób zależy, wtedy już nie jest interesująco a po prostu strasznie. Pułapka zależności od socjopatów i psychopatów jest tak sprytnie skonstruowana, że ofiara nie potrafi jej opuścić a co gorsza, czasem nawet i jej dostrzec. Są i tacy, co kochają te swoje pułapki oraz zarządzających nimi władców. I tu przypomina mi się od razu genialna komedia J.Machulskiego „Kingsajz” oraz pochodząca z niego piosenka o krainie krasnoludków, Szuflandii…I widzę zaraz uśmiechającego się szatańsko granego świetnie przez J.Stuhra tyrana tej krainy, nadszyszkownika Kilkujadka…


   Niestety, cała historia ludzkości pokazuje nam, że do władzy najczęściej dochodzili właśnie tacy diabelscy osobnicy z przerośniętym ego. Władza zawsze nieodmiennie przyciąga do siebie istoty wyzute z empatii i pozytywnych emocji a umiejętnie udające upragnionych zbawców oraz miłosiernych samarytan. Cały czas jednak uparcie kroczące po trupach do celu. I tu przychodzi na myśl cała galeria takich postaci: Neron, Caryca Katarzyna II, Stalin, Hitler, Mao Zedong, Pinochet, Kim Ir Sen…A jest przecież mnóstwo innych, nieznanych z imienia, bo zawsze schowanych w cieniu bezwzględnych zarządców. Szarych eminencji, mających być może jeszcze większą władzę, niż ci widoczni na świeczniku…

   A skoro tych potworów moralnych tylu było kiedyś, znaczy to, że i dziś ich nie brakuje. Nie będę tu wymieniać konkretnych nazwisk, bo pewnie każdy z nas ma kogoś takiego na myśli. Niestety, w chaosie codziennych wydarzeń i sprzecznych wiadomości coraz trudniej określić jednoznacznie, kto jest kim. Za kim rzeczywiście warto iść a przeciwko komu należałoby powstać. Podzielonymi, ogłupionymi czy też zobojętniałymi narodami znacznie łatwiej jest rządzić. Dlatego jedyną bronią zwykłego człowieka może być tylko jego rozsądek, intuicja i moralność, a przede wszystkim odwaga swobodnego, niezależnego myślenia i mówienia na głos tego, co się myśli. Bardzo ważna jest też wierność własnym tradycjom i przekonaniom oraz dystans do tego, co się dzieje. Coraz trudniej dzisiaj jednak o takie wartości. Najtrudniej zaś zachować ów dystans bo historia cały czas się toczy i tworzy, stale nas dotyczy, zahacza coraz mocniej i rani. Zresztą, nie zawsze ów dystans jest dobry. Oznacza on bowiem najczęściej próbę nie zwracania uwagi na zło, które się dzieje, chowanie głowy w piasek, bierność. A skoro ktoś jest bierny, to ktoś inny czynnie podejmuje za niego decyzje. I zło rozrasta się swobodnie dalej przez nikogo nie powstrzymywane.

   A tymczasem w mateczniku dziejów rodzą się wciąż kolejni zdemoralizowani, żądni władzy osobnicy wymyślający nowe sposoby na złupienie i skrzywdzenie zwyczajnych ludzi. Nieustannie prą do rządów albo jeśli już je mają, to za żadne skarby nie chcą możliwości ich sprawowania stracić. A pod pozorami czynienia dobra dla ludzkości czy planety ciemiężą słabszych od siebie, napadają na inne narody, przejmują cudze ziemie. Inni mają nieco odmienne, bardziej wysublimowane sposoby działania. Trudniejsze do jednoznacznej oceny, bo sprytniejsze, bo prowadzone pod płaszczykiem pozytywnych reform. I to oni wprowadzają kuriozalne przepisy, restrykcyjne prawa, autorytarne doktryny i szalone ideologie niszczące spokój oraz codzienność człowieka. Niezwykle sugestywnie wmawiają wszystkim jakie to szczytne ideały nimi powodują a tak naprawdę, jak zwykle chodzi im tylko i wyłącznie o dobry interes, o zysk i władzę. Prą do przodu niczym tarany niszcząc głos sprzeciwu na swej drodze, skrzętnie cenzurując wszystko i wszystkich, co by im mogło ową władzę odebrać. Dbają aby propaganda ukazywała ich wyłącznie w pozytywnym świetle, by na ich idealnym wizerunku nie pojawiła się najmniejsza rysa, mogąca dać podległym im istotom nieco do myślenia. Świat wprost roi się od okrutnych, lecz uśmiechających się niby gwiazdy filmowe caryc, czy też ubranych w drogie garnitury bezwzględnych Kilkujadków oraz ich wiernych pomagierów. A my co? My siedzimy grzecznie w swoich szufladkach, naciągając mocno czapkę na uszy oraz oczy i pokornie przyjmując swój los pragnących jedynie świętego spokoju dobrych krasnoludków. I tak to się toczy niczym w baśni…



niedziela, 26 listopada 2023

Ballada o Jane Eyre...

 


Ta dziewczyna, ta Jane Eyre…

W swoich dłoniach dzierży ster

Nie pozwala sobą rządzić

Choćby wiecznie miała błądzić

I dla siebie szukać miejsca

Szczęścia w domu swego serca…


 

Gdy sumienie jest busolą

Duszy prawej nie zniewolą

Podli ludzie, złe języki

Co wciąż syczą – jesteś nikim!

Żyjąc w klatce swoich lęków

Nie dostrzegliby diamentu

Który lśni wytrwale w mroku

I jest dla nich solą w oku

Ta istota niezbyt ładna

Która śmie być taka harda…

 


Bo Jane Eyre, bo Jane Eyre

Staje w prawdzie wobec sfer

Które z urojonych wyżyn

Chcą ją stłamsić i  poniżyć

Ona w trudnym położeniu

Ma oparcie w swym marzeniu

Że gdy kiedyś miną lata

Będzie zwiedzać cuda świata

I napotka takich ludzi

W których zdoła przyjaźń wzbudzić

 


Och Jane Eyre, och Jane Eyre…

Znowu jęk ten, dziwny szmer

W zamku tajemniczej wieży

Coś się kryje, jak uwierzyć

W pana domu zapewnienia

Że to tylko przywidzenia?

Jak zaufać tej miłości

W której tyle niepewności?

Jednak serce wie wciąż swoje

I ucisza niepokoje…

 


Lecz Jane Eyre, lecz Jane Eyre…

Obcy jest świat kłamstw i gier

Tak uczciwa, tak fair stale

Znów wyrusza gdzieś w oddale

Gdzie tęsknota i wspomnienia

Będą wciąż wychodzić z cienia

Nie pozwolą żyć na nowo

W sercu budząc jedno słowo

Jego imię ukochane

Serce jego z jej związane…

 


Wróć Jane Eyre, przyjdź Jane Eyre…

Woła, błaga Rochester

Znów przyzywa ją z daleka

Ten kto kocha, wiernie czeka

Ten kto bez niej nie istnieje

I poruszyć mógłby ziemię

Byle ona znów wróciła

I jak kiedyś przy nim była

Lecz bezradnie tkwi w ciemności

Pogrążony w samotności…

 


Och Jane Eyre, och Jane Eyre…

Mocno trzymaj w dłoniach ster

I jedź, bo tam twoje miejsce

Gdzie miłością bije serce…

 

P.S.

*Zainspirowana obejrzaną niedawno ekranizacją "Dziwnych losów Jane Eyre" i pragnąć pozostać w specyficznym nastroju wiktoriańskich powieści pokusiłam się o napisanie powyższej ballady i zilustrowanie jej znalezionymi w Internecie zdjęciami...

*Tworzenie ballad o bohaterach literackich nie zdarza mi sie pierwszy raz. Na łamach tego bloga można znaleźć napisany kilka lat temu wiersz o "Wichrowych wzgórzach"". https://wewanderers.blogspot.com/search?q=na+wichrowych+wzg%C3%B3rzach

niedziela, 9 lipca 2023

Był świat…

 



 

Były miasteczka, wsie,  ogródki

Gdzie róże kwitły pośród bylin

Ludzkie wzrastały radości, smutki

Światła i blaski codziennej chwili

 

Rolnicy, kupcy i stolarze

Chłopcy, dziewczyny, starcy, dzieci

Ich powtarzalność zwykłych zdarzeń

Ich świat niezmienny od stuleci

 

Żyli zwyczajnie w swej krainie

Ufali sobie, boskim siłom

Nie przypuszczali, że to zginie

Tak jakby nigdy nic nie było

 

Nie ma tam ruin i cmentarzy

Bezmiar pól dzikich, gdzie wiatr dmucha

Bo tylko wiatr wciąż trwa na straży

Lecz nie ma komu go posłuchać

 

Zapiekłą rdzą pokryte sierpy

I nie ma komu ścinać zboża

Lecz księżyc nadal lśni tam srebrny

Oświetla puste w krąg bezdroża

 

Gdzieś w dołach śmierci, w studniach, rowach

Tkwią jeszcze ślady dawnych pieśni

Lecz coraz bardziej się to chowa

Zanika w chaszczach niepamięci

 

Więcej wiadomo dziś o Troi

Którą po wiekach odkopano

Lecz to jest tylko polski Wołyń

A to już przecież nie to samo…*

 

 

*Czytam ostatnio sporo o tym co działo się osiemdziesiąt lat temu na Wołyniu, Podkarpaciu, w Galicji, na Kresach Rzeczpospolitej. W gminnej bibliotece jest dużo literatury na ten temat. Mnie jednak najbardziej przemówiły do serca dwie pozycje. Jedna, to monografia miasteczka Kisielin i jego okolic napisana przez Włodzimierza Sławosza Dębskiego pt. „Było sobie miasteczko. Opowieść wołyńska”. Druga to kilkutomowa powieść beletrystyczna autorstwa Joanny Jax, książka mocno osadzona w realiach tamtych czasów pt. „Saga wołyńska” (T.1 „Głód”, T.2 „Wojna”, T.3 „Exodus”) .

 


 

 

Etykiety

Aborygeni absurd afirmacja życia agrest apel apel o pomoc asymilacja Australia autoanaliza bajka bal ballada baśń Beksińscy Bieszczady blackout bliskość blog blogi bór cenzura Cesarzowa Ki Cezary chleb choroba ciastka ciepło cywilizacja czarny bez czarny humor czas czekolada czerwiec człowieczeństwo człowiek czułość Dersu Uzała deszcz dieta dobro dom dorosłość drama drama koreańska drewno droga drzewa trawiaste Dubiecko Dwernik Kamień dwudziestolecie międzywojenne dystopia dzieciństwo dzikie bzy ekologia elektryczność erotyk eutanazja fajka fantazja film flash mob fotografie fotoreportaż glebogryzarka głodówka głód gospodarstwo goście góry Góry Flindersa grass tree grill grudzień grzyby Gwiazdka historia historie wędrujące horror humor humoreska idealizm ideologia II wojna światowa informacja inność inspiracja internet jabłka jabłoń Jacuś Jacuś. gospodarstwo Jacuś. lato jajka Jane Eyre Japonia Jawornik Polski jesień jesień życia kalina Kanada kanały kangury kastracja kiełbasa klimat klimatyzm koala kobieta koguty kolęda kolędy komputer komunikacja konfitury konflikt koniec świata konkurs konstrukcja kosmos koszenie kot koziołek kozy Kraków Kresy kryminał kryzys książka kuchnia kulinaria kury kwiaty kwiecień las lato legenda lektura lęk lipa lipiec lis listopad literatura los ludzie luty łąka maciejka macierzyństwo magia maj malarstwo maliny mantry marzenie maska metafora mgła miasteczko odnalezionych myśli Michael Jackson Mikołaj miłość Misia mit młodość moda mróz mróż muzyka muzyka filmowa nadzieja nalewki nałóg natura niebezpieczeństwo niezapominajki noc nowoczesność Nowy Rok obyczaje ocean odchudzanie odpowiedzialność odrodzenie ogrody ogród ojczyzna opowiadanie opowiastka opowieść Orzeszkowa osa Osiecka owoce pamięć pandemia Panna Róża park pasja patriotyzm pejzaż pierniki pies pieski pieśni pieśń piękno piosenka piosenki pisanie płot początek podróż poezja pogoda Pogórze Dynowskie polityka Polska pomidory pomysł poprawność polityczna porady postęp pożar praca prawda prezent protest protesty przedwiośnie przedzimie przemijanie Przemyśl przepis przetrwanie przetwory przeznaczenie przygoda przyjaźń przyroda psy psychologia ptaki radość rak recenzja refleksja relatywizm remont repatriacja reportaż rezerwat Riverland rodzina rok rośliny rower rozmowa rozrywka rozum róże rymowanka rzeka samopoczucie samotność San sarny sąsiedzi sens życia siano sierpień silna wola siła skróty słodycze słońce słowa słowa piosenki słowianie smutek solidarność South Australia spacer spiżarnia spokój społeczeństwo spontaniczność spotkanie stado Star starość strych susza susza. upał szadź szczerość szczęście szerszeń śmiech śmierć śnieg śpiew środowisko świat światło świeta święta świt tajemnica tekst piosenki teksty piosenek tęsknota toaleta tragikomedia trauma troska truskawki uczucia Ukraina upał urodziny uśmiech warzywnik wędrówka wędrówki węgiel wiadomości wiadomość wiatr wierność wiersz wierszyk wieś wieża wigilia Wilsons Promontory wino wiosna wiosnaekologia wirus woda wojna wolność Wołyń wrażliwość wrotycz wrzesień wschód słońca wspomnienia wspomnienie współczesność Wszechświat wybory wychowanie wycieczka wygląd wypadki wypalanie traw wzruszenie zabawa zabawa blogowa zachód słońca zapasy zaproszenie zbiory zdjęcia zdrowie zielarstwo zielononóżki zielononóżki kuropatwiane zima zioła zmiany zupa Zuzia zwierzęta zwyczaje żałoba żart życie życzenia Żydzi żywokost