piątek, 27 września 2013

Wietrzna śpiewanka




Witajcie, witajcie jesienią!
Zaszumiał wiatr różom, wiśniom
Nie bójcie się deszczu i chłodu
Zaśpiewam waszym myślom

Zanucę jesienną balladę
W ten czas tęsknego czekania
I z  rumem wypiję herbatę
O świecie poopowiadam

Bo gdzieś są kraje gorące
Gdzie byłem i cuda widziałem
Uparte tam świeci wciąż słońce
I parno jest wciąż - choć dmuchałem

I zieleń potęgą tam dyszy
A drzewa jak w snach owocują
Lecz nikt tam mych pieśni nie słyszy
Papugi mnie zakrzykują

Więc do Was znów przylatuję
Bo może się przydam tu komuś?
Bo przecież tu przy Was się czuję
Znajomo i swojsko jak w domu

Rozniecę węgielki wspomnienia
Rozdmucham wieczory tęskniące
Zaśpiewam deszczowe marzenia
Lasowi mglistemu i łące

Rozbrykam kominy leniwe
Psom, kotom rozruszam pchły, wąsy
A potem przywiodę Wam zimę
Na śnieżnolodowy koncert

Ale na razie jesiennie
W miedzianozłotych iskierkach
Nucę tę wietrzną piosenkę
I w serca ciekawie Wam zerkam

Wirujcie wraz ze mną wśród liści
Pogońcie zgubione pragnienia
By potem się cicho zamyślić
I przysiąść na skraju wzruszenia...




   Kochani! Do zilustrowania "Wietrznej śpiewanki" użyłam mych jesiennych fotografii wykonanych zarówno tutaj, na moim ukochanym Pogórzu Dynowskim, jak i w Australii. Spójrzcie! Żyjemy pod tym samym niebem i bardzo trudno jest odróżnić, które z tych zdjęć pochodzi z kraju kangurów a które z krainy bocianów. Ale czy to ważne...? Dla mnie liczy się to, iż jesień wszędzie może być piękna i czarodziejska!
   Raz jeszcze dziękuję za multum cudownych komentarzy pod ostatnią częścią "Balu w gospodzie Pod złotym liściem". Pozdrawiam Was wszystkich bardzo serdecznie!

niedziela, 22 września 2013

Bal na powitanie jesieni, cz.9 – „Niech żyje bal!”



  

      
     A oto jest już nareszcie dzień balu w gospodzie „Pod złotym liściem”. Pierwszy głód został zaspokojony przy pomocy upieczonych nad ogniem kiełbasek a lekki chłodek wraz ze zmrokiem zaczął napływać z otulonych jesienną mgłą lasów. Nadal nie było widać żadnego z gości i naszym Gospodarzom zrobiło się przykro i niewyraźnie na duszy. Tyle przygotowań, tyle radosnych planów i wszystko nadaremno? W chwili, gdy Gospodyni chciała się już poddać i zacząć chować do lodówki oraz spiżarki wszystkie smakołyki ze stołów Wędrowiec przyłożył palec do ust, nakazując jej ciszę i wstrzymanie oddechu. Coś usłyszał. Najpierw niewyraźnie a potem coraz głośniej do uszu wszystkich zaczął dobiegać turkot kół, stukot kopyt, rżenie koni. A nad pobliskim laskiem widać było jakieś radosne światełka i słychać pełne rozbawienia, liczne głosy. Zgromadzeni spojrzeli z pełnym nadziei oczekiwaniem w tamtą stronę.

   I oto spoza zakrętu ukazał się niezwykły korowód bryczek, wozów konnych i dorożek. Wspaniałymi tymi pojazdami podążali w stronę gospody wszyscy zaproszeni oraz chętni do uczestnictwa w balu goście. Konie przyozdobione były w kolorowe wstążki i szarfy a na każdym wozie ktoś trzymał zapaloną lampkę naftową by dobrze oświetlać sobie drogę.
  Wojtek i Joasia z radości i podniecenia podskoczyli w górę kilkakrotnie i zawołali chórem, jak na komendę:

- Hurra! Hurra! Wszyscy jadą! Patrzcie jak dużo gości!

To piekarz Wacław kilka dni temu wpadł na pomysł by zorganizować dla wszystkich taki właśnie dowóz na bal w gospodzie. I bardzo ucieszył tą inicjatywą zwłaszcza tych mieszkańców miasteczka odnalezionych myśli, którzy rzadko kiedy urządzali sobie dłuższy spacer niż z domu do sklepu albo na przystanek autobusowy.

   Z pierwszej bryczki wysiadł sam piekarz, podając rękę i pomagając w zejściu na ziemię swej ustrojonej w sztywną, brokatową suknię tęgawej żonie Emilii.
Za nimi, podtrzymywany troskliwie pod oba ramiona przez Jana i Krystynę wysiadał roześmiany pan Bazyli, zwany przez wszystkich panem Pierniczkiem. Miał na sobie brązowy, staromodny surducik a na głowie czekoladowy melonik. Wyglądał jak elegancki, starszy pan z dziewiętnastowiecznej powieści albo z baśni Andersena. I właśnie tak się chyba czuł. Niedzisiejszy, ciepły, pełen pogodnego zamyślenia i wielu odległych wspomnień…
A któż to wyszedł jeszcze z pierwszej bryczki? Karol, odświętnie ubrany w granatowy i przyciasny, niemodny już od dawna garnitur. Prowadził pod rękę jakąś piękność prawdziwą! Zgromadzeni rozpoznali w niej po chwili ze zdziwieniem jego zaniedbaną do niedawna i wiecznie zgorzkniałą żonę Łucję. Dzisiaj Łucja uśmiechała się delikatnie a rumieńce na policzkach i podmalowane rzęsy dodawały jej obliczu wdzięku i odejmowały co najmniej kilku lat. Na jej ustach lśniła dyskretnie beżowa pomadka a wcięta w talii sukienka w kolorze oliwkowej zieleni (kreacja pożyczona na bal od Teresy) otulała jej zgrabną sylwetkę niczym antyczną rzeźbę.
Za nimi szła natomiast sama pani Teresa ustrojona w długą do ziemi, granatową suknię w wielkie, radosne maki. W pasie przewiązała ciemną szarfę a w rozpuszczone, tańczące w łagodnych podmuchach wiatru włosy wpięła kwiat dzikiej róży, znaleziony dzisiaj z samego rana na wycieraczce pod drzwiami jej mieszkania.
 - Któż mógł tam go położyć? – zastanawiała się a serce biło jej jak szalone na myśl o tym, że tylko jeden mężczyzna na świecie wiedział, że ona uwielbia najbardziej ze wszystkich właśnie kwiaty dzikiej róży…

   Tymczasem przed gospodą zatrzymała się już druga bryczka. Jako pierwsi wysiedli z niej dawno nie widziani na żadnych imprezach towarzyskich Ksawery z Anielą. Było to wszak najzupełniej zrozumiałe, zważywszy na jej kalectwo…Ale przecież nie ma już żadnego kalectwa! Widać wprawdzie, iż Aniela stąpa jeszcze nieco niepewnie, ale to tylko dodaje jej powabu i sprawia wrażenie, jakby chodziła na palcach niczym baletowa tancerka.

 
   Dalej wyskakiwali z wozu liczni przyjaciele z miasteczka i pobliskiego, wielkiego miasta, którzy nie raz odwiedzali już gospodę Hanny i uważali, iż jest to najprzyjaźniejsze, najbardziej swojskie na świecie miejsce. Byli to ubodzy pisarze, rzeźbiarze, muzycy, rysownicy i aktorzy. Szaleni nieco, pełni marzeń i filozoficznych  rozważań włóczędzy, przemierzający kraj wzdłuż i wszerz. Kolorowe, rozświergotane ptaki i dawni, cisi wielbiciele samej Hanny… Zachwycał ich zawsze wystrój jej gospody. Wspaniałe obrazki w sepii oraz w niezwykłych odcieniach czerwieni, którymi ustrojone były ściany. Koronkowe makatki i dziergane na szydełku obrusiki panny Szydełko. Fotografie sprzed ponad wieku. Zapach starego drewna i kompotu z jabłek, który witał ich zaraz po wejściu do gospody. A starodawny i sielski urok tego drewnianego budynku według nich nie miał sobie równych. Gotowi byli sławić to miejsce wszem i wobec, bo ich zdaniem warte tego było. Jednak nie chcieliby żeby tłumy turystów z całego świata zadeptały, skomercjalizowały i zbanalizowały gospodę. Mimo wszystko powinna ona pozostać tak cicha i swojska, jak jest teraz. Tak sobie rozmawiali podróżując tutaj i ciesząc się na dzisiejszy, niezwykły bal.

Witajcie, witajcie goście nasi mili!
Jakże cudownie, żeście przybyli
Bez Was nie miałby smaku ten wieczór
I pełen byłby tęsknot i przeczuć
Teraz ta jesień słodka jak wino
I blask czarowny z Wami przypłynął
Chodźcie wybierać maski cudowne
Bal się zaczyna – Chodźcie tu, do mnie!

Zagadał wierszem Wędrowiec stojąc w otwartych wrotach gospody i uśmiechając się serdecznie do pojawiających się zewsząd gości.

   Z następnej bryczki wysiadali w tym czasie długo wyczekiwani goście ze świata mgły powitań i pożegnań. Wyłaniali się z niej nieco niepewnie, gdyż do tej pory znali gospodę tylko z opowiadań a teraz sami znaleźli się w tym miejscu i dziwnie im było przekroczyć tak nagle i tak po prostu niewidzialną granicę miedzy realnością a marzeniem.

   Pierwsza ukazała się ubrana w wytworną, białą sukienkę oraz przystrojona delikatnym, ażurowym kapeluszem a przy tym otulona ciepłym szalem Beata, pełna uroku, sympatyczna Pani z krainy kreatywności i cudownych wytworów własnych rąk oraz romantycznej duszy ( http://catinabag-beata.blogspot.com ). Malarka, rzeźbiarka, dziewczyna potrafiąca zrobić coś z niczego. Wiedźma prawdziwa! Osoba skromna, ale niezwykle ciepła, serdeczna i przyjazna. Dobrze patrzyło jej z oczu a uśmiech, który malował się na jej obliczu mówił wszystkim, że to człowiek bliski i dobry. Do boku przyciskała cudownie piękną, uszytą przez siebie torbę przystrojoną w wielobarwne, jesienne liście. A w torbie poza kosmetykami, chusteczkami i innymi niezbędnościami schowała kilka maleńkich, prześlicznych, zrobionych przez siebie pamiątek, które w odpowiednim momencie podaruje temu, kto jest jej na balu najbliższy...

   Tuż za nią szła Róża w słonecznej sukni koloru herbacianych róż. Serdeczna, mądra Pani z krainy rozmyślań nad kondycją ludzką i niepojętymi meandrami losu. A przy tym dziewczyna do tańca i do różańca! Uwielbiająca długie, wnikliwe dyskusje na ciekawe tematy oraz przede wszystkim krzątaninę w kuchni, czary kulinarne i organizację pomysłowych przyjęć oraz imprez towarzyskich. Na pewno pomoże Hannie i Barbarze w obsłudze dzisiejszych gości. A przy tym przysiądzie się tu i ówdzie, w ciekawe rozmowy zasłucha, zatańczy, gdy któraś z melodii odezwie się serdecznym rezonansem w jej duszy.

   Za nimi ukazała się kochana przez wszystkich za mgłą powitań i pożegnań Anka Wrocławianka, niezwykła Pani o czułym, wrażliwym sercu, wywodząca się z krainy, gdzie pomaga się każdemu bezdomnemu zwierzęciu, leczy chore, porzucone koty, wytrwale, aż do sukcesu poszukuje się dla nich nowych opiekunów i zaraża swą niezwykłą pasją innych ludzi. A pojawiła się jak zwykle skromnie, ukryta za wielkimi, słonecznymi okularami. Uśmiechała się nieśmiało, lecz ciepło a ten uśmiech przystrajał ją lepiej niż ubrana na dzisiejszą okazję delikatna, taftowa sukienka w kolorze oranżowej mgły…
Pani z krainy „Za moimi drzwiami” ( http://zamoimidrzwiami.blogspot.com/ ).

   Kolej na następnego gościa – hiszpańską czarodziejkę Mar Canelę, która podróżując na skrzydłach swej pełnej poezji wyobraźni oraz niezwykłej wrażliwości wsłuchuje się w uczucia świata widzialnego i niewidzialnego. I jak przystało na prawdziwą wróżkę potrafi dostrzec i docenić nawet to, co inni pomijają z obojętnością i niewiarą. Ona wie, jak idzie się po moście z tęczy i rozmarzonych zamyśleń i rozmawia się po drodze z elfami, skrzatami oraz dobrymi duszkami. Szepcze z księżycem i gwiazdami. Przenika dusze ludzkie swym ciepłem oraz spokojem. A przy tym tancerka z niej cudowna, wiec na pewno pokaże dzisiaj na co ją stać! Oto Mar, Pani krainy Miejsca spotkań wymyślonych. (http://mar-canela.blogspot.com/ )

   Teraz z bryczki wysiada Maria z Pogórza Przemyskiego, Pani rozległych, owianych mgłą łąk i wzgórz. Właścicielka klimatycznego, drewnianego domku za Sanem, w którym warzy w kuchni czary ziołami i wędzonką pachnące, opiekuje się czule swymi psami, podróżuje po ciekawych, wartych zwiedzenia miejscach, uwielbia poezję śpiewaną i owiane mgłą tajemnicy zabytki. A tak cudownie ciepło pisze o swoim siedlisku, że od razu chciałoby się być jej gościem i zanurzyć w niepowtarzalną atmosferę tego domku na wzgórzu.
Oto Maria,  Pani krainy Naszego Pogórza (http://naszepogorze.blogspot.com/)

   Za nimi z półmroku wyłania się delikatna, owiana mgłą postać Magdy Spokostanki, Pani z krainy łagodności, poezji, wspomnień oraz zasłuchania w głosy bezludnych miejsc i zapomnianych przedmiotów. Wielbicielka rozmarzonych wędrówek po groblach, mokradłach, bagnach i dzikich, pełnych szeptów i szelestów lasach. Pasterka swych kózek, opiekunka kurek, mama córek, z których zwłaszcza jedna jest dla niej nieustającym natchnieniem i źródłem zamyśleń.
Oto cicha, lecz życzliwa światu, odziana w srebrzysto-fioletową suknię Magda, Pani z krainy na 27 stronie – (http://na27stronie.blogspot.com )

  Wreszcie schodzi na usianą brzozowymi liśćmi ziemię kolejny miły gość balu – Weronika, sama siebie zwąca Ziołoludkiem.  Młodziutka jeszcze, lecz pełna wrażliwości oraz wiedzy wielbicielka podróży, koni, przyrody oraz dobrych filmów i książek. Niezmordowana wędrowniczka po najpiękniejszych zakątkach kraju. Opisująca je z wielką uwagą, entuzjazmem i pogodą ducha. Delikatna Pani ze świata wrażliwych przemyśleń. Oto Pani Ziołowej krainy! (http://ziololudek.blogspot.com/ )

 A któż to idzie dalej? Oto Lidka, Pani z krainy „Życia i szycia”. Autorka istnych cudów z tkanin, które tworzy przy pomocy maszyny do szycia i swej bogatej wyobraźni. Nawiązująca z bliskimi sobie ludźmi serdeczne, trwałe więzi. Czuła, wrażliwa i uważna osoba, na którą można liczyć. Pełna zaraźliwego humoru oraz prostoty. Acha, dziewczyna potrafiąca zrobić przepyszne powidła śliwkowe tudzież inne wspaniałe przetwory na zimę. Lidka idzie w rozkloszowanej wspaniale spódnicy do samej ziemi. Kwiecistej, romantycznej, powiewnej jak jesienny wiatr. Na stopach ma balerinki. Do tańca w sam raz!
(http://zycieiszycie.blogspot.com/ )

   Po niej z przepastnego pojazdu wychodzi czarownica szalona i nieprzewidywalna. Pełna poczucia humoru i ciepła, autorka opowieści o swych podróżach po odległej Ameryce. Słowem – Ataner! Pani z krainy zapierających dech w piersi podróży.
(http://atanerblog.blogspot.com/ )

Dalej idzie jeszcze wiele, wiele innych wyczekiwanych, kochanych gości. Długo by wymieniać. Jest Mirka, przesympatyczna właścicielka białych jak śnieg piesków.
Jest Zofijanna, cicha, delikatna Pani z krainy głębokich wspomnień i bajecznie  kolorowych kwiatów. W bryczce chowa się też Jaskółka wraz ze swym nieodłącznym, magicznym aparatem fotograficznym, Pani z beskidzkich, pachnących dojrzałymi jabłkami sadów. W gromadzie widać też Sznupeczkę, Judytę, Marię Nowicką i Peacock a gdzieś tam z pobliskiego lasku pohukuje jak zawsze niepokorne lecz przecież obecne, schowane tylko przed wszystkimi Echo….
   To tylko tyle, ile udało się od razu zauważyć. Inni goście woleli póki co nie rzucać się w oczy.  Lecz może potem odezwą się z mgły i dadzą znak, że są i bawią się tego wieczora ze wszystkimi goścmi Hanny i Wędrowca? W baśni wszystko przecież jest możliwe!!!
 
   Tymczasem zajechała zaczarowana dorożka zaprzężona w dwa srebrzyste rumaki i powożona przez maleńką staruszkę w zielonej spódnicy i żółtym, słomkowym kapelusiku. Obok niej siedziała babka Eulalia i z wielce dumną miną poprawiała swój rozłożysty, bordowy szal z jeżynowych liści.
Staruszki zgrabnie zeskoczyły na ziemię, w czym wydatnie pomogły im szerokie jak balony spódnice.
Na ich widok wszyscy otworzyli szeroko oczy ze zdumienia i zamarli czekając na to, co się teraz wydarzy.

- A cóż tak stoicie z otwartymi paszczami i dziwicie się na nasz widok?! – zawołała prababka Eulalia a jej głos zabrzmiał jak skrzypienie starych drzwi.
- No właśnie! Czy nam, wróżkom też nie należy się trochę zabawy od życia? – dodała wróżka Konstancja i ucałowała siarczyście rumiane policzki Wędrowca.
- Od dawna miałam już na to ochotę, gdy widziałam jak się obściskujecie i ćwierkacie razem z Hanną! – zaśmiała się, widząc ogłupiałą nieco minę mężczyzny
- Mnie też już znudziło się wysiadywanie na starych portretach, granie w szachy albo latanie nocą po miasteczku! Czy macie pojęcie jak bardzo się ostatnio napracowałyśmy? Nalej nam chłopcze czerwonego wina! Nuże! Nie ociągaj się! – zarządziła Konstancja i usiadła tuż przy ognisku, wyciągając przed siebie nogi odziane w zbyt duże buty ze śmiesznymi, spiczastymi noskami.

- Siadajcie proszę, siadajcie tu wszyscy, kochani! Miejsca przy ognisku jest dość!– zakrzątnęła się Gospodyni, donosząc szybko kolejne dzbany z winem i tace pełne ciasteczek, orzeszków i suszonych owoców.
- Częstujcie się proszę! – namawiała postępująca za nią krok w krok Joasia. Dyskretnie udało jej się dotknąć kapelusika wróżki Konstancji i drgnęła z wrażenia, bo wydało jej się, iż dotknęła mgły a może lekkiego jak wiatr puchu…?

Tymczasem Cyganie widząc, że już większość gości zasiadła sobie wygodnie rozpoczęli przygrywać na początku delikatnie, na rozruch zabawy a potem mocniej, wyraziściej, z głębi gorącego serca.

   O dziwo, pierwszy w tany ruszył Ksawery wraz ze swą Anielą. Kobieta doczekać się już tego nie mogła. Ledwo wychyliła swój kieliszek wina pociągnęła męża na pusty jeszcze plac a potem zawirowała w jego ramionach jak za dawnych, młodych lat. Wszyscy popatrzyli na nich z podziwem a Hanna dała oczami znak Wędrowcowi by zaprosił do tańca którąś z samotnych pań. Chciał podejść do siedzącej nieco z boku pani Teresy, ale ta uśmiechnęła się do niego nieco nieprzytomnie a potem szepnęła:
- Nie jestem sama chłopcze…. – i zerknęła na wolne miejsce obok, na którym kogoś widocznie dostrzegała, natomiast Wędrowiec nie widział nikogo, więc nieco zmieszany przeprosił i poszedł dalej.
- Jeśli pozwolisz, to chciałabym zaraz zaśpiewać wszystkim. Podam tylko cygańskim grajkom tonację a potem wykonam dla Was coś, co napisał kiedyś dla mnie mój ukochany mąż Aleksander. I teraz mi o tej piosence przypomniał – zatrzymała go jeszcze na chwilę pani Teresa, uśmiechając się do niego i gładząc pustą ławkę obok siebie.

- Ależ oczywiście pani Tereso! Nie możemy się doczekać pani dzisiejszego występu! – odrzekł Gospodarz i podał kobiecie usłużnie ramię, odprowadzając ją w stronę cygańskiej orkiestry.
   Tam pani Teresa przez chwilę coś ustalała z basistą i skrzypkiem a następnie wkroczyła na podium, przyłożyła mikrofon do ust i zaśpiewała swym mocnym, dźwięcznym głosem pieśń, której jeszcze nikt nigdy nie słyszał, ale melodia była wszystkim znana. Po chwili wiec wszyscy nucili ją razem z pieśniarką i uśmiechali się do siebie serdecznie, bo niezwykle miło jest tak śpiewać razem i czuć wspólnotę z obcymi a jednak w tej chwili jakoś bliskimi sobie ludźmi. A chociaż słowa tej pieśni nie były wesołe, to jednak im nie było smutno w tej chwili. Zasłuchali się, zamyślili na moment…

Słodko-gorzki przekładaniec  

Tam przy grobli w ciemnej toni
wiatrak wodę miele.
Zośka piecze ciasto na cudze wesele
Płacze cicho płacze z samego dna duszy
Hej wiatraku w głowie nie szum
Bólu nie zagłuszysz
Płacze cicho płacze z samego dna duszy
Hej wiatraku w głowie nie szum
Bólu nie zagłuszysz

A tam we wsi Antek miły
tańcuje szczęśliwy
I obłapia młodą żonkę z całej siły
Już zapomniał o Zosieńce i wiatraku
Nowe nuty dziś w piosence
A kołacz bez smaku
Już zapomniał o Zosieńce i wiatraku
Nowe nuty dziś w piosence
A kołacz bez smaku

Piecze Zośka ciasto piecze
Smutkiem przekładane
Ciasto prezent dla miłego
Dla niej lek na ranę
Da mu dzisiaj słodko-gorzki
Uczuć przekładaniec
Wraz z sekretnym ziołem Zośki
Na ostatni taniec
Da mu dzisiaj słodko-gorzki
Uczuć przekładaniec
Wraz z sekretnym ziołem Zośki
Na ostatni taniec

Wszyscy goście już pijani
A tu Zośka wchodzi
Patrzą na nią zabraniali
Jej to nie obchodzi
Idzie z ciastem do miłego
Uśmiechnięta wielce
Skosztuj kołacza mojego
Niech twe zadrży serce
Idzie z ciastem do miłego
Uśmiechnięta wielce
Skosztuj kołacza mojego
Niech twe zadrży serce

Wielka była tragedyja
Bo Antek w niebiosa
Swoją poślubioną żonkę
zabrał i jej posag
w kryminale Zośka siedzi
Za wiatrakiem płacze
Nad swym losem wciąż się biedzi
W matni się kołacze
Zemsta wcale nie jest słodka
Płyną lata gorzkie
Wiatrak rozpadł się i piosnka
Kończy się żałośnie



Gdy wybrzmiały ostatnie akordy jej pieśni i pani Teresa wróciła na swoje miejsce Cyganie zagrali coś szybszego, radośniejszego, pobudzającego zgromadzonych gości do przytupów i obrotów. Potem nastroili skrzypki inaczej i w noc popłynął cudowny, rzewny walc…

- Bal czas zacząć! Zakręć mną chłopcze! Tylko porządnie! – przyzwała Wędrowca do siebie prababka Eulalia.
- Całować się nie będziemy, ale potańczyć, czemu nie? – zaśmiała się staruszka.

Ach, jak zakręcił nimi wieczorny wiatr! Jak zamiótł spódnicą i szalem Eulalii. Jak rozwiał włosy i wąsy Wędrowca.

   Za nimi poszli w tany pozostali. Karol z Łucją. Joasia z Wojtkiem. Krystyna z Janem. Janeczka ze swym ukochanym. Poeci, grajkowie i malarze…I wszyscy goście nagle poczuli, że wcale nie potrzebują butów. Tak cudownie im pląsać po miękkich, nieco wilgotnych od wieczornej mgły liściach. Tak dobrze patrzeć w swoje szczęśliwe i rozjaśnione światłami lamp naftowych, lampionów i ognisk oczy. Tak cudownie nie wstydzić się niczego i nie bać ludzkiej obmowy.

   Mar rozpuściła jasne włosy i oświetlona łuną księżyca popłynęła w ramionach wędrownego malarza w rozmarzone melodią pozaziemskie rejony magii. Anka Wrocławianka porwana w tany przez nieznanego jej muzyka najpierw z oporem a potem radośnie zawirowała, przymykając oczy i porzucając gdzieś wśród liści swoje okulary i wszelką nieśmiałość. A Róża, troszcząc się jak zwykle bardziej o siebie, niż o innych, dolewała wina do kieliszków, dokładała drew do ognia i wpatrywała się z zadowoleniem w radosne migotanie węgielków…

   Tymczasem z lasu, przyświecając sobie latarką wyszła panna Szydełko oraz towarzyszący jej Bartłomiej. O czymś do siebie szeptali, nachylając się ku sobie poufnie i wsłuchując się uważnie w swoje zwierzenia. Popatrzyli na tańczące pary a potem bez zastanowienia weszli pomiędzy nie i zakręcili się w serdecznym przytuleniu.

- Ale ja nie umiem tańczyć! – zawstydził się drwal, nadeptując niechcący na bucik swej partnerki.
- Ależ to nic trudnego! Wszystkiego pana nauczę! – zaśmiała się Katarzyna i z nieoczekiwaną wprawą poprowadziła wielkiego posturą mężczyznę w świat walca.

  Wrota, wiodące do świata miasteczka odnalezionych myśli i gospody „Pod złotym liściem” wciąż są otwarte. Bal trwa a mieszkańcy miasteczka oraz goście mają swój beztroski, dobry czas.
  Tymczasem Pani Jesień rozgaszcza się i rozsiada wygodnie na polach i łąkach. Pieści lasy swym czułym dotykiem. Maluje liście i owoce na złoto, czerwono, pomarańczowo i bordowo. Pomaga wyjrzeć spod ściółki leśnej borowikom i rydzom. Troszczy się o miękkie legowiska dla leśnych, dzikich zwierząt. A potem wraca na bal by tak po prostu potańczyć i nacieszyć się tym ludzkim ciepłem i życzliwością, której zawsze tak bardzo jej brakuje…




Bal na powitanie jesieni - Cz.8, - "W zaczarowaną, sobotnią noc"



 


   W noc przed balem wielu mieszkańców miasteczka odnalezionych myśli miało problem z zaśnięciem. Byli zbyt podnieceni czekającą ich jutro zabawą. Zbyt przejęci nową dla siebie sytuacją. Wszak od bardzo, bardzo dawna nic takiego się w miasteczku nie działo! Czy sprostają swoim własnym marzeniom? A czy taki zwariowany bal w ogóle jest obiektem ich marzeń? Może idą nań, bo tak wypada?  Potem wszak będzie się w miasteczku o balu długo rozprawiać, więc gdyby nie poszli, to poczują się gorsi, niedoinformowani, wykluczeni i pominięci. A więc leżeli w łóżkach przewracając się z boku na bok i dręcząc się rozmyślaniem o tym wszystkim.

   Ale większość nie myślała nawet o balu. Mieli swoje zmartwienia. Te stare i te nowe. A ostatnia noc lata, wyjątkowo jasna, ciepła i cicha jakoś ich rozstrajała i uniemożliwiała spokojny sen. Niektórym zdawało się, ze ktoś śpiewa na rynku i drażniło ich to bardzo, nie pozwalając zapaść w błogi, tak wyczekiwany od dawna sen.

  Późnym wieczorem panią Anielę mocno rozbolały unieruchomione od kilku lat nogi. Było to bardzo dziwne, zważywszy na to, że nie miała prawa nic w nich czuć, bo przecież uszkodzony kręgosłup raz na zawsze odciął wszelkie czucie w dolnej części jej ciała. A jednak doznawała teraz dojmującego pieczenia, mrowienia oraz ściskania łydek.

- Ksawery! Ksawery! Obudź się! No nie śpij jak kłoda! Coś się dzieje z moimi nogami! – szarpała półprzytomnego męża, który zmęczony po całym dniu ciężkiej pracy zasnął jak kamień i nie rozumiał teraz, co się dzieje. Wreszcie otworzył oczy. Usiadł na łóżku. Zapalił światło w sypialni i popatrzył uważnie na nogi swej żony.

- Wyglądają tak samo – ziewnął – Pewnie czujesz te bóle fantomowe. Te, o których mówiła Ci kiedyś lekarka!
- E tam! – zdenerwowała się – To zupełnie coś innego! Mówię ci! Może to ta nowa maść z kasztanowca mi pomogła? Przynieś mi proszę szklankę zimnej wody, bo mi w gardle jakoś zaschło!
Ksawery posłusznie poszedł do kuchni a w tym czasie Aniela spróbowała poruszyć nieco palcami u stóp. Próbowała tego codziennie, chociaż dobrze wiedziała, że nigdy już nie uda jej się odzyskać władzy w nogach. Tak samo było tej nocy. Lecz było jej największym marzeniem, by jeszcze kiedyś przejść się normalnie po pokoju. Wyjść na spacer do parku. Pobiec nad rzekę…
Przesiadła się z łóżka na swój wózek i podjechała nim do drzwi balkonowych. Coś kazało jej odsłonić firankę, otworzyć okno i wyjrzeć na zewnątrz. Zapachniało jaśminami, dziką różą i miętą…Zasłuchała się w dawno nie słyszaną pieśń z młodości. Aż zmrużyła oczy, bo jakieś punktowo świecące światło błysnęło raptem prosto w nią.
- Co to jest? Jakiś samolot tak nisko przelatuje? A może UFO? Nie, to tylko gwiazda spada…

   Tymczasem Ksawery podtykał jej już szklankę z wodą i prosił, by zamknęła okno, bo się jeszcze przeziębi. Pociągnęła sporego łyka a potem przymknęła na moment oczy, bo miała wrażenie, że udało jej się poruszyć dużym palcem u prawej nogi. I jeszcze raz. I jeszcze!
   Małżonkowie oka nie zmrużyli już tej nocy. A skoro świt ledwie pomalował na jasnoróżowo niebo miasteczko ze zdumieniem i niedowierzaniem zobaczyło dwie ubrane w ciepłe szlafroki postaci, przemierzające na ukos rynek – nieogolonego, roześmianego mężczyznę i kuśtykającą u jego boku, płaczącą ze szczęścia kobietę…
                                                                    * * *

   Pan Anastazy, naczelnik poczty wstał tuż przed północą. Ból rozsadzał mu czaszkę, chociaż przed snem zażył środek uspokajający i podwójną dawkę aspiryny. Nie umiał sobie poradzić z dojmującą tęsknotą za swoją Wandzią. Przeżyli razem prawie trzydzieści lat. Tak dobrze było im razem. Dzielili wspólne pasje. Mieli jeszcze tyle planów i marzeń! Zawsze lubili spędzać czas na wędrówkach po górach i dolinach. Pragnęli wybrać się na Ukrainę i zwiedzić tamtejszą część gór. Tę dzikszą, niezbadaną i tajemniczą. Albo wybrać się do Moskwy i przechadzać po Arbacie, nucąc sobie ballady mistrza Okudżawy. Ale już nigdy się tam nie wybiorą. Niczego już razem nie zanucą. Ani nie zatańczą w swojej małej kuchni. Och, jak bardzo lubili kręcić się w rytm melodii płynących z radia! Gdzieś z boku gwizdał czajnik. Za ścianą jakiś pies uparcie szczekał a oni po prostu tańczyli i chcieli by ta chwila trwała i trwała…
Teraz mężczyzna został sam. I tak już będzie zawsze! Zawsze!

Pan Anastazy podszedł do okna, rozsunął kotary i westchnął ciężko.
- Już niczego nie chcę w tym życiu…Wandziu, jak mogłaś mnie tu zostawić? Nie potrafię żyć bez Ciebie i nie chcę! Słyszysz?!

Ale noc nie odpowiedziała mu wcale. Tylko jakaś wyjątkowo jasno świecąca gwiazda mrugnęła do niego kilka razy a potem ni z tego ni z owego zgasła…Wówczas pan Anastazy odczuł dziwną ulgę w sercu. Nawet uśmiechnął się do siebie i z sympatią pomyślał o rozemocjonowanych jutrzejszym balem koleżankach z pracy.

- Niech się kobiety cieszą, póki mogą. Życie jest przecież takie krótkie. Tak dziwnie krótkie…
Potem wrócił do łóżka i zasnął głęboko. Śniło mu się, że razem z Wandzią idą na ten bal do gospody. Wandzia ma na sobie tę śliczną, zieloną sukienkę w białe groszki. I jest taka młoda, taka zdrowa i beztroska! On szedł obok niej i uśmiechał się od ucha do ucha, ściskając mocno ciepłą dłoń swej żony. A ona na środku drogi przytuliła się do niego i szepnęła:
- Jestem taka szczęśliwa…
On czuł dokładnie to samo. Więc pocałował ją serdecznie i powędrowali razem na bal. I dobrze im tak razem wędrować. Przez wieczność…

                                                     * * *

  Łucji trudno było uwierzyć w nagłą przemianę swojego męża. Od kilku dni Karol był nie ten sam. Pełen sił, optymizmu i cierpliwości oraz wiary w dobrą przyszłość. Po raz nie wiadomo który poprzysiągł jej, że to koniec z piciem i tym razem naprawdę powinna mu uwierzyć.
Nic nie odrzekła, lecz pomyślała po swojemu, że czas przecież wszystko pokaże. Prędzej czy później. Póki co, załapał się do roboty przy układaniu kostek brukowych na rynku. Kobieta cieszyła się więc, że trochę nieoczekiwanego grosza wpadnie im do rodzinnej kiesy o ile, rzecz jasna, Karol znów tego nie przepije.

   W środę mieli wieczorem w domu nieoczekiwanego gościa. Wpadł do nich z wizytą oraz zaproszeniem na bal ten wesoły, szpakowaty mężczyzna z wąsem, zwany przez wszystkich Wędrowcem. Bardzo zdziwiła się na jego widok, lecz jeszcze większym zdumieniem przejął ją fakt, że Karol przyjął odwiedziny tamtego z wyraźną radością oraz ulgą. Tak, jakby czekał na nie!
Kobieta nie bardzo miała czym poczęstować gościa, bo w domu jak zwykle się nie przelewało. Postawiła tylko przed mężczyzną gorącą herbatę i słuchała jego serdecznych, pełnych entuzjazmu słów o zbliżającym się balu. Wreszcie ośmieliła się przerwać tok jego wymowy, zgadzając się na udział w nim Wojtka. Bo właściwie, czemu nie? Zawsze to ciekawiej młodemu chłopakowi z ludźmi niż w ich maleńkim, skromnym mieszkanku. Jednak co do uczestnictwa w balu jej samej wraz z mężem wyraziła się zdecydowanie i jednoznacznie, iż nie interesują jej takie rzeczy. Niech tam bawią się ci, co mają dużo czasu i siły. Ona do takich na pewno nie należy! Rozczarowany jej odmową, lecz mimo wszystko nie tracący resztek nadziei Wędrowiec pożegnał się z obojgiem małżonków serdecznie i zamyślony wrócił do gospody.
   Życie nie szczędziło Łucji zmartwień także i w ostatnim tygodniu, bo poza tym, że sama czuła się fatalnie, to i bliźniaki znowu złapały jakieś przeziębienie i gorączkowały tak mocno, że aż zmuszona była ze dwa razy wzywać doktora z miasteczka.
   Ponieważ miała kilka pilnych zleceń w miasteczku jak zwykle poprosiła o pomoc w opiece nad maluchami swoją najlepszą sąsiadkę, panią Teresę. Ta zgodziła się chętnie gdyż w tygodniu przed balem miała sporo wolnego czasu a poza tym lubiła te dzieciaki i żal jej było zatroskanej, zagonionej do granic możliwości sąsiadki.
Wreszcie dzieciom poprawiło się w piątek rano. Za nic nie chciały uleżeć już w łóżkach i brykały po pokoju jak kilkumiesięczne kózki! Łucja wyrwała się więc z domu na parę godzin do sprzątania sklepu meblowego a pani Teresa usiłowała dotrzymać towarzystwa pełnym energii dzieciakom. Jednak około południa poczuła, że ją samą zaczyna łamać w kościach a gorączka ogarnia bolesnym żarem głowę i resztę ciała. Z ulgą przywitała więc powracającą z pracy Łucję i powlokła się do siebie, by paść na łóżko i nareszcie zasnąć. Tym razem to Łucja zakrzątnęła się wokół niej troskliwie. Zrobiła herbaty lipowej, napaliła w piecu, wezwała doktora, który przykazał by Teresa wygrzała się w łóżku, wyspała porządnie i przez co najmniej trzy dni z niego nie wychodziła.
   Spała więc jak zabita aż do późnego, sobotniego wieczoru, gdy zwlokła się z łoża boleści, z przerażeniem przeglądając się w lustrze i dostrzegając na kalendarzu, który to dzień tygodnia.

- O niech mnie gęś gęgawa kopnie! Jak ja wyglądam?! Obraz nędzy i rozpaczy. Oczy czerwone i podkrążone. Cera ziemista. Zmarszczek i plam wątrobowych przybyło. I sił we mnie tyle, co w rozdeptanym robaku. A już jutro przecież bal! No, w takim stanie, to na pewno nie dam rady się tam dokaraskać. Bardzo żałuję, ale nie ma cudów! – wymamrotała z rozpaczą a potem napiła się zimnej herbaty i zamierzała wrócić z powrotem do łóżka. Jednak najpierw zapragnęła wyjrzeć na zewnątrz, bo mimo zapchanego nosa i bolesnego szumu w uszach zdało jej się, że czuje ożywczy zapach jaśminów, róż oraz mięty a ostatnie wrześniowe świerszcze tuż pod jej oknem wygrywają swój serdeczny koncert.
   Delikatny blask świecącej nad jej balkonem gwiazdy odbił się w oczach chorej kobiety. Zamigotał w jej sercu odnajdując tam iskierkę nadziei i wiary. Nagle przypomniała jej się dawno nie słyszana piosenka z młodości i bez zastanowienia zaczęła ją nucić, stojąc w otwartym oknie a jej głos z mocą popłynął poprzez ciche uliczki zanurzonego w gwiaździstą poświatę miasteczka.

Niewiele pamiętam z rodzinnych mych stron
Nasz ogród w dolinie, trzy wieże i dzwon
I wzgórza tam były i rzeka i las
I ktoś kto powiedział, że kocha się raz
Dni w słońcu mijały, lecz dzisiaj już wiem
Że przeszły, minęły, jak podróż, jak sen
O gwiazdo miłości nie zagiń we mgle!
O gwiazdo miłości, czy poznajesz mnie?
Spoglądam na niebo, gdy wstajesz ze snu
I myślę o chłopcu, co kiedyś był mój…

   Jej śpiew niósł się czystą, krystalicznie dźwięczną falą poprzez mgliste powietrze, poprzez sny mieszkańców i ich marzenia. Słysząc go Łucja narzuciła na siebie czym prędzej ciepłą chustę i wyskoczyła z mieszkanka na piętrze, by zbadać któż to tak wyśpiewuje po nocy. Ujrzawszy na balkonie chorą do niedawna sąsiadkę aż wstrzymała oddech z wrażenia. Oczy Teresy płonęły jak zaczarowane ogniki a z całego jej ciała płynęła niezwykła energia i udzielające się Łucji wzruszenie. Zupełnie zdrowa już Teresa stała na balkonie piękna, radosna i pełna blasku młodości. Łucja widząc to zadarła głowę wyżej i spojrzała prosto w przyjazną duszę zaczarowanej, migającej nad miasteczkiem gwiazdy. Przypomniało jej się wówczas, że kiedyś w młodości tak bardzo lubiła oglądać niebo razem z Karolem. Nazywać poszczególne konstelacje. Marzyć razem. Tańczyć na dachach garaży i spiewać, śpiewać ze szczęścia!
Czy to było tak bardzo dawno temu? Nie! Przecież nie ma nawet czterdziestu lat a całkiem się poddała, prowadząc smętne, spętane troskami i żalami życie. Czy nie mogłaby jeszcze spróbować ucieszyć się czymkolwiek? Czy to takie trudne?

Powędruj do niego i spytaj go czy
Pamięta dziewczynę z dawnych spotkań swych
Opowiedz mu gwiazdo, gdy znajdziesz go gdzieś
Że mówię ci o nim, że samej mi źle
O gwiazdo miłości nie zagiń we mgle!
O gwiazdo miłości czy poznajesz mnie?
Z włosami w warkoczach od maja po śnieg
Biegałam po łące radosna jak nikt
Bo przy mnie był chłopiec
Przy nas byłaś Ty!

   Dołączyła się do śpiewu pani Teresy i nie bacząc na gniewne syknięcia oraz nawoływania do uciszenia się wyrwanych przez ich piosenkę ze snu sąsiadów nuciła tę ulubioną niegdyś melodię głośno i wytrwale. Sobota pomału przeistaczała się w niedzielę a Pani Jesień wsłuchiwała się ze wzruszeniem w pieśń tych dwóch, obudzonych do życia kobiet…
  Z mieszkania wybiegł wówczas Karol a widząc, co dzieje się z jego żoną chwycił ją w objęcia i zawirował na rynku.
A gdy przytuliła się do niego, kończąc już swą pieśń i łkając jak pełne niespodziewanych, przepełniających je emocji dziecko on gładził pieszczotliwie jej plecy a patrząc w blednące niebo wyszeptał:
- Dziękuję Ci wróżko Konstancjo…

                                                                         
   Kochani! Ponieważ ostatnia część wydłużyła mi się w pisaniu niepomiernie postanowiłam opublikowac teraz przedostatni z tego cyklu post a za około dwie godziny rozpocznie sie właściwy bal. Nadal zapraszam wszystkich chętnych do uczestnictwa w nim! A póki co, moi mili, przeczytajcie o tym, co działo sie w noc przed balem....


sobota, 21 września 2013

Bal na powitanie jesieni - Cz.7 - "Jesień tuż, tuż..."





   Bartłomiej szedł po malowniczo usianej złocistymi liśćmi dróżce i zastanawiał się, dokąd wiedzie go los? Czy zwariował na stare lata żeby łazić za Cyganami i pragnąć zostać jednym z nich? Wkrótce zapadnie przecież zmrok a on coraz bardziej oddala się od domu. A może zdziecinniał już na starość i wydaje mu się, że tak ni z gruszki, ni z pietruszki może nagle wszystko, ot tak po prostu, zmienić?! Spojrzał na zaróżowione pogodnym zachodem niebo, szukając w nim odpowiedzi na swoje pytania. Niebo jednak było tego dnia wyjątkowo milczące. Skupiało się na cichym oczekiwaniu nadejścia Pani Jesieni. Wsłuchiwało się w jej muzykę, w jej szept między drżącymi ze wzruszenia gałązkami brzóz i jeżyn.

- Och! Że też to właśnie mnie zawsze musi się coś takiego przydarzyć! – usłyszał nagle dobiegający go gdzieś z zarośli podenerwowany, damski głos.
- Zachciało mi się kwiatów we włosach, to mnie pokarało! – znów ten sam głos użalił się nad sobą a po chwili Bartłomiej ze zdumieniem dostrzegł wyłaniającą się spomiędzy krzewów tarniny wielce dziwaczną postać. Była to nieco rozczochrana, lecz całkiem powabna kobieta w odświętnej, sięgającej nieco poza łydki sukni koloru śliwkowego. Na jej twarzy tkwiła dziwaczna, liliowa maseczka w kształcie skrzydeł motyla.  Na jego widok prychnęła z rozpaczą i wstydem.

- Jeszcze i to! Ja to mam pecha! Nawet na takim odludziu musiałam kogoś spotkać! – Istota, patrzyła na niego z ogromnym zmieszaniem i podejrzliwością, a potem widocznie rozpoznając w nim drwala poprosiła żałośnie.
- Panie Bartłomieju! Proszę mi pomóc się stąd wykaraskać! Durnej, starej babie zachciało się na stare lata na bale chodzić, to i ma teraz za swoje!

Panna Szydełko, bo ona to właśnie była, uwięzła w tarninie i jeżynach, gdy godzinę temu postanowiła poszukać dla siebie jakichś świeżych kwiatów do przystrojenia głowy. Kwiatów nie znalazła natomiast potargała sobie rajstopy oraz kunsztownie upięty kok i tak dalece rozstroiła sobie tym faktem nerwy, że w ogóle zrezygnowała z pójścia na bal.

-Nie będę się przecież ośmieszać! Bylebym tylko stąd wylazła, to po prostu wrócę do domu i spróbuję zapomnieć o tym przykrym incydencie  – postanawiała, wyrywając nogi upartym gałęziom, które raz po raz, wręcz czarodziejsko łapały ją i więziły w tym mało uczęszczanym lasku.

- Już, już pomagam! Proszę się tylko tak nie miotać! – zarządził Bartłomiej, metodycznie gałązka po gałązce odplątując śliczną w jego mniemaniu, nieznaną mu panią. Ona widywała go czasem w gospodzie, więc nie był jej obcy. On natomiast nigdy nie zwracał uwagi na jej szarą postać w kąciku. Dzisiaj więc dostrzegł ją po raz pierwszy i zdziwił się, że ona go zna a on jakoś nie!
- I gotowe! – zawołał po chwili, kiedy dama stała przed nim w całej krasie, usiłując poprawić fryzurę oraz zakryć dziury w rajstopach, nerwowym obciąganiem zbyt krótkiej w jej mniemaniu sukienki.
- Piękna suknia! – odważył się powiedzieć mężczyzna, który nigdy w życiu nie powiedział kobiecie żadnego komplementu i naprawdę nie miał pojęcia, jak się to robi. A żal mu się zrobiło tej pięknej pani i nie wiadomo czemu zapragnął by spojrzała na niego łaskawiej.
Tamta, zamiast ucieszyć się jego miłymi słowami żachnęła się jeszcze bardziej:

- A gdzież tam piękna?! Kompletnie zniszczona! Nie widzi pan tych dziur na delikatnej materii? Tych pajęczyn omotanych wokół cekinów? Tych wiszących smętnie kokardek? Po prostu wstyd się tak ludziom pokazywać na oczy…

 Panna Katarzyna pociągnęła nosem, próbując powstrzymać cisnące się jej do oczu łzy. Nagle bowiem dotarło do niej, że wszystkie starania, wszystkie jej marzenia i plany wzięły w łeb. I tylko sobie samej i własnej głupocie to zawdzięcza. Jedyna okazja w życiu na poprawę losu zmarnowana.

 -Ech, lepiej wracać do swojego bezpiecznego, codziennego szydełkowania, jak zawsze – postanowiła sobie w duchu. Ale nieposłuszne łzy nieomal fontanną zaczęły wylewać się z jej podkreślonych czarną kredką oczu.
Bartłomiej zupełnie jej zachowaniem zdezorientowany i zmieszany nie wiedział co począć. Nieporadnie więc przytulił do siebie tę zmartwioną nie wiadomo czym panią i wyszeptał:

- Suknię się przecież naprawi, zaszyje. I wszystko jeszcze będzie dobrze. Niech tylko pani nie płacze, proszę! Bo i mnie się znowu na płacz zbiera. A już dość się dzisiaj wypłakałem. Mężczyźnie to przecież nie przystoi…

- Ale nici z balu! –wyjąkała Katarzyna, zanosząc się niepowstrzymanym szlochem.

Tak dziwnie dobrze jej się zrobiło w ramionach tego krzepkiego, siwowłosego mężczyzny. Nagle zrozumiała, że mogłaby tak stać bardzo długo, bo czuje się przy nim nieoczekiwanie spokojnie i bezpiecznie. Na dodatek dotarło do niej naraz to, co wyrzekł Bartłomiej. O tym męskim płaczu, który go dzisiaj męczył. Poczuła ogromne współczucie oraz ciekawość, więc gładząc nieporadnie jego głowę wyszeptała:

- Nie wiem jak panu, ale mnie teraz nie bardzo się gdzieś śpieszy. Więc gdyby pan chciał pogadać chwilę, zwierzyć się nieznajomej kobiecie, to ja mogę pana wysłuchać. Czasem trzeba coś z siebie wyrzucić. Wiem to, bo sama tego nieraz potrzebuję, a nie potrafię słowa z siebie wydobyć. Tutaj nikt nas nie usłyszy. Może tylko las…

   Bartłomiej słysząc tę nieoczekiwaną propozycję zawstydził się, ale zaraz potem zerknął w orzechowe oczy tej nieznajomej, sympatycznej kobiety i szepnął.

- Jeśli pani nie ma nic przeciw temu, to odprowadzę panią do domu, czy gdzie tam pani właściwie zmierza. A po drodze opowiem trochę o sobie. Może i pani by mi coś o sobie opowiedziała? Wieczór taki piękny! Tam gdzieś Cyganie czekają z muzyką, ale nie uciekną nam przecież, prawda?

- Nie uciekną! – potwierdziła panna Szydełko i zarumieniła się nieoczekiwanie, dostrzegając ze zdumieniem z jakim podziwem Bartłomiej omiata wzrokiem jej postać.

I poszli przed siebie nieśpiesznie a las śpiewał im głosami ostatnich, wrześniowych świerszczy oraz pachniał wilgotną ziemią i nie wiadomo czemu, jaśminem, dziką różą i miętą…


                                                 * * *

  Tymczasem w gospodzie „Pod złotym liściem” wszystko było zapięte na ostatni guzik. Stoły pięknie ustrojone i zastawione stały ustawione pod ścianami a cały środek był wolny, by jak najwięcej było miejsca do tańca. Przed gospodą na zbudowanym specjalnie na ten dzień podeście było miejsce dla cygańskiej orkiestry oraz dla występujących z nią śpiewaków i tancerzy. Poniżej Wędrowiec wraz z Wojtkiem ustawił kilka rzędów siedzeń dla tych, co woleli patrzeć i słuchać, niż tańczyć. Otoczony girlandami kwiatów i wieńcami dzikich, leśnych owoców przygotowany był też plac dla roztańczonych par. Wszędzie paliły się lampy naftowe i świece w mosiężnych lichtarzach. Z boku płonęło ognisko a wokół niego stały koliście wygodne, drewniane ławy i stoliki.
   Zachód słońca cudownymi barwami malował niebo na różowo, fioletowo, pomarańczowo i złociście. Było ciepło. Wymarzony wprost czas na towarzyskie spotkania i zabawy. Pachniało grzybami, kiełbaskami, różami, jaśminami i wilgotnymi od wieczornej rosy liśćmi.

   Hanna wraz z Barbarą, Joasią i Wojtkiem kończyła ostatnie przygotowania we wnętrzu gospody. Poprawiała na stołach kwiaty i owoce. Dosypywała orzechów i ciasteczek do misek. Układała na ladzie tace z czekoladkami i pierniczkami.
  Gospodyni wyglądała tego dnia wyjątkowo urodziwie, o czym nie omieszkał jej co chwilę powiadamiać jej ukochany Wędrowiec. W falujące, sięgające jej do ramion miedziane włosy wpięte były owoce kaliny i białe drobne kwiatuszki łąkowe, których nazwy nigdy nie umiała zapamiętać. Ubrana w powiewną, błękitną sukienkę oraz ciepłe, białe bolerko i delikatną maseczkę przypominającą rozwartą muszlę prezentowała się wspaniale. Wczoraj wieczorem panna Szydełko przyniosła wszystkie wydziergane przez siebie wspaniałe maski balowe. I teraz leżały one tuż przy wejściu w wyłożonym aksamitem pudle, by każdy z gości mógł od razu coś dla siebie wybrać i się w nie przystroić.

   Joasia miała na sobie delikatną, rozkloszowaną dołem i sięgającą aż do kostek białą sukienkę. Przez kilka ostatnich wieczorów szyła ją dla siebie zupełnie sama, korzystając tylko przy tym z paru cennych rad swojej mamy oraz dając się ponosić fantazji i talentowi.

- Może jednak Joasia powinna zostać krawcową! – zastanawiała się Barbara, patrząc z jaka lekkością i polotem jej córka tworzy swoją kreację.
- A może zostanie projektantką mody? Kto wie, ile talentów drzemie w tym moim dziecku! – myślała ze wzruszeniem krawcowa, obserwując wszystkie poczynania przejętej przygotowaniami do balu dziewczynki.
Sama też ubrała się niezwykle elegancko i teraz lśniły jej oczy na myśl o tym wielkim dniu, gdy tak wielu mieszkańców miasteczka zejdzie się do gospody w uszytych przez nią, lub przerobionych przez krawcową specjalnie na ten dzień kreacjach.

   Jak na razie jednak nikogo z gości nie było, co pomału zaczęło niepokoić Gospodynię i tkwiącego w otwartych wrotach gospody, ubranego odświętnie Wędrowca. Wszak na zaproszeniach i na porozwieszanych na słupach ogłoszeniowych powiadomieniach napisano wyraźnie, że bal rozpocznie się o zachodzie słońca! Niestety! Czekanie na pierwszych gości wydłużało się coraz bardziej. Cyganie stroili w nieskończoność swoje skrzypki. Romskie tancerki w bajecznie kolorowych, czekających na tańce sukniach, stały ze znudzonymi minami przy ognisku i wzruszały ramionami, dziwiąc się tej pustce i ciszy wokół. Wszak miały zaproszenie na występy w znanym uzdrowisku. Teraz mogły tam brylować i cieszyć oczy wielu widzów. Zamiast tego tkwią tutaj, gdzie nawet pies z kulawą nogą się nimi nie zachwyca. Jak długo można tak czekać i tracić czas?!

   Od strony miasteczka nie było widać by ktokolwiek nadchodził czy nadjeżdżał. Powoli zachód słońca chował się w mroku gęstniejącego z każdą chwilą wieczoru. Tylko księżyc i gwiazdy rozświetlały się na niebie coraz wyraźniej i mrugały porozumiewawczo do lampionów, płomyków świec i lampek w dole.
Wojtek, stojący dotąd wiernie przy Wędrowcu niczym giermek przy swym rycerzu znudził się wreszcie i zajął się wraz z Joasią pieczeniem kromek chleba nad ogniem. Dzieciom w brzuchach już nieźle burczało a od rana nic nie jadły, zbyt przejęte i podniecone czekającym je balem, by przełknąć cokolwiek. Także Hannie głód dawał się juz nieźle we znaki. Bo chociaż szykowała dzisiaj tyle pyszności w kuchni i ustawiała stosy jedzenia na stołach, to do tej pory nie miała czasu ani potrzeby by chociażby spróbować któregokolwiek z tych smakołyków.
Wreszcie po godzinie takiego wypatrywania i nerwowego biegania od okna do okna, od ścieżki do ścieżki Wędrowiec zwołał wszystkich do gospody i zawołał tak dziarsko i optymistycznie, jak to tylko on potrafił:

- Kochani! Nasi goście spóźniają się bardzo! Nie wiadomo, o której w końcu tu dotrą a mnie już kiszki marsza grają. Co wy na to, byśmy przekąsili małe co nieco przy ognisku? Nasi romscy przyjaciele też pewnie głodni. Siądźmy więc sobie razem kołem i upieczmy kiełbaski! Co wy na to?

   Gospodyni oraz pozostali zareagowali z entuzjazmem na jego propozycję i już po chwili pełna napięcia i nerwowego oczekiwania atmosfera pękła jak bańka mydlana. A wszyscy zgromadzeni poczuli w sercach ulgę i dziwny spokój, że przecież prędzej czy później ktoś przecież przyjdzie a póki co, trzeba jeść i pić, by w tym przedłużającym się czekaniu nie opaść z sił!

                                                                                       * * *

   Kochani czytelnicy i obserwatorzy naszego bloga oraz wszyscy, których zainteresowała choć trochę opowieść o przygotowaniach do balu w miasteczku odnalezionych myśli! 
   Oboje z Cezarym bardzo prosimy Was o potwierdzenie krótkim przywitaniem pod tym postem, że tu jesteście i chcecie poznać ciąg dalszy tej historii. Chcielibyśmy zaprosić Was serdecznie do uczestnictwa w tym jesiennym balu. Gościć Was wprawdzie tylko wirtualnie, ale tym niemniej bardzo, bardzo serdecznie na tej zwariowanej nieco, zaczarowanej zabawie w gospodzie „Pod złotym liściem”.
   Pobawmy się razem! Wejdźmy w nastrój tego zanurzonego w magię miasteczka. Uwierzmy raz jeszcze w baśnie, wróżki oraz szczęśliwe zakończenia.
   Kochani! Czekamy na Wasze zgłoszenia do jutra, czyli do godziny osiemnastej w niedzielę! Jeśli dacie nam sygnał, potwierdzając swoją chęć do zabawy lub chociażby obecność tutaj, to wróżka Konstancja obiecała, że zrobi wszystko, co w jej mocy byście byli częścią tej historii, tego miasteczka, tych wrześniowych czarów i samego balu. Co Wy na to???!




Etykiety

apel apel o pomoc asymilacja Australia autoanaliza bajka bal ballada baśń Beksińscy blog Cesarzowa Ki chleb choroba czarny bez czas czerwiec deszcz dobro dom drama drama koreańska dzieciństwo ekologia erotyk fajka film fotografie głodówka gospodarstwo Góry Flindersa grudzień Gwiazdka historia horror humor humoreska informacja inność internet Jacuś Jacuś. gospodarstwo Jacuś. lato jajka jesień kangury kastracja koala kobieta koguty komputer komunikacja konfitury koniec świata konkurs kot koziołek kozy Kresy kryminał kuchnia kulinaria kury kwiaty las lato lipa lis listopad łąka macierzyństwo malarstwo marzenie miasteczko odnalezionych myśli Mikołaj miłość Misia moda muzyka nadzieja nałóg natura Nowy Rok obyczaje ocean odchudzanie ogrody opowiadanie opowiastka opowieść pamięć park pasja patriotyzm pies piosenka płot początek podróż poezja Pogórze Dynowskie polityka poprawność polityczna porady prawda prezent przedwiośnie przepis przygoda przyjaźń psy psychologia recenzja refleksja relatywizm repatriacja reportaż Riverland rower rozmowa samotność sąsiedzi sens życia siano sierpień silna wola skróty smutek South Australia strych szczęście śmierć święta świt tajemnica tekst piosenki teksty piosenek tęsknota uczucia upał urodziny uśmiech wędrówki węgiel wieś wiosna wirus woda wolność wspomnienia wspomnienie wychowanie zabawa zaproszenie zdrowie zielononóżki zielononóżki kuropatwiane zima zupa Zuzia zwierzęta życie życzenia