Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przedwiośnie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przedwiośnie. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 3 marca 2026

Czy pani wie...

 


   Przeczytawszy niedawno u Pellegriny  ( kopianieba.blogspot.com  ) ciekawego posta na temat kłopotów ze znalezieniem toalety w polskich miastach i miasteczkach stwierdziłam, że to problem mój i Cezarego a także zapewne wielu z nas i że absolutnie nie powinno się go zamiatać pod dywan. Wszak nic co ludzkie nie może nam być obce. Przecież niemożność skorzystania z przybytku, do którego król chodzi piechotą potrafi skutecznie zniechęcić do wędrówki po mieście a nawet sprawić, że człowiekowi zupełnie odechciewa się wychodzenia z domu. W pewnym wieku takie rzeczy stają się bardzo ważne. A zresztą nie tylko wiek ma tu znaczenie, ale także stan zdrowia, nawyki i zwyczajne potrzeby. Oboje z Cezarym, gdy wyruszamy gdzieś na zakupy albo w innych ważnych sprawach musimy być pewni, że będzie zawsze w pobliżu jakieś miejsce, gdzie będzie można sobie ulżyć. W naszym miasteczku to przychodnia, urząd gminy, sklep i stacja benzynowa. Miejskie szalety natomiast u nas nie występują. I w ogóle zdają się coraz bardziej być przeżytkiem, reliktem przeszłości i niepożądaną infrastrukturą. To dziwne...Wszak potrzeby ludzkie nadal są takie same...Natomiast jadąc w dalsze strony, do większych miast też zawsze na początku obczajamy miejsca, teoretycznie przyjazne dla zwykłych istot, takie jak supermarkety, urzędy, przychodnie. Ale czasem wszystko to znajduje się bardzo daleko od nas i wtedy bywa ciężko, oj, ciężko...




   Zainspirowana i namówiona przez Pellegrinę napisałam do znanej melodii „Chatanooga choo choo” zabawną (mam nadzieję!) pioseneczkę na temat kłopotów ze znalezieniem toalety w mieście. Słowa poniżej. Umieszczam tam także linka do instrumentalnej wersji owego utworu a także do filmiku na YT, gdzie ową piosenkę, z innymi polskimi słowami wykonują tańcując wesoło jakże młode jeszcze wówczas i piękne Ewa Kuklińska i Alicja Majewska. Ech, gdzież te czasy!:-))



Czy pani wie...


Czy pani wie, gdzie tutaj można zrobić siusiu?

Bo pilny mus odbiera już cały luz

Gdzie jest wc, gdy mocno człeku coś się chce

Gdzieś szalet znikł, chyba nie siusia tu nikt!


Olaboga, olaboga...


Człowiek w mieście, czuje szczęście

Wiosenny czar

Zjada lody, pije piwko

Bo wokół skwar

Lecz czar mija szybko

Gdy wizytę zwykłą

Chce wykonać w toalecie

Której brak


Tu promocje, tam obniżki

Tam coś za grosz

Może królem być zakupów

Mieć w sobie moc

Lecz gdy go przypili

I musi w tej chwili

Siąść na tronie, nie ma tronu

Nie ma nic


Może pan wie, gdzie tutaj można zrobić siusiu?

Pyta się w krąg, nie mogąc znieść już tych mąk

Wygląda że, ludzie jak duchy stali się

Nie sika nikt, a może to dla nich wstyd


Olaboga, olaboga...


Czy pani wie, gdzie tutaj można zrobić siusiu?

I jeszcze coś, z trzewi dobiega ten głos

Pyta się znów, gdy już nie może dłużej zdzierżyć

A wokół świat nie daje mu dobrych rad


Gdy turysta nie skorzysta

Z przybytku wnet

Wówczas pójdzie w byle krzaki

Albo za sklep

Więcej nie przyjedzie

Bo już będzie wiedzieć

Że to miejsce

Nie dla ludzi

Zwykłych jest


Nie spyta już, gdzie tutaj można zrobić siusiu

Pojedzie het, gdzie nadal czynny wucet

Bo każdy gość, prędzej czy później ma już dość

Bierze go złość, wyrusza w knieje lub w step...



P.S. 
Powyższy post nie bez powodu zilustrowałam zdjęciami kangurów. Otóż w Australii nie tylko w miastach czy w popularnych miejscach turystycznych, ale także w najgorszej głuszy, pośród wielkiej pustki, słowem - wszędzie, znaleźć można czyściutkie i pachnące, zaopatrzone w papier toaletowy toalety dla turystów. Niekiedy żartowalismy z Cezarym, że to chyba tylko dla kangurów, bo turystów tam tyle, co kot napłakał!:-) A inna sprawa, że człowiek nie raz pozazdrościć może zwierzętom ich swobody w załatwianiu się na łonie natury. Pozazdrościć, bo ile się czasem trzeba namęczyć zanim znajdzie się odpowiedni przybytek. A bywa niestety, że się go nie znajdzie i nie zdąży...

niedziela, 2 marca 2025

Linija i buki…

 



 

…Na początku marca udało nam się kupić sporo drewna bukowego pochodzącego z pobliskiego lasu. Od kilkunastu dni trwała tam wycinka związana z budową drogi śródleśnej (nazywanej przez miejscowych „liniją”), prowadzącej do sąsiedniej wioski. Ciekawostką jest to, że owa budowa liniji zaczęła się jeszcze w czasie drugiej wojny światowej a dopiero teraz ma szanse być dokończona. Na początku lat czterdziestych ubiegłego wieku Niemcy zaprzęgli do roboty sporo okolicznych chłopów i wówczas pod surowym okiem okupantów powstawał szeroki, brukowany szlak mający w przyszłości ułatwić wygodny przewóz towarów, przemarsz wojsk i ciężkiego sprzętu a także pozwalać miejscowym na komunikację z sąsiednimi wioskami. Niestety, Niemcom nie dane było dokończyć tego pożytecznego przedsięwzięcia i przerwano je w okolicach 1944 roku na wieść o zbliżaniu się Armii Czerwonej. Nie raz żałowaliśmy z Cezarym, iż nie doprowadzono do końca owej drogi, bowiem to, co zdołano wtedy wybudować było zrobione wyjątkowo porządnie i trwale. Do dzisiaj ów zaczątek niemieckiego traktu jest świetnie przejezdny, możliwy do przebycia zarówno traktorem, jak samochodem i rowerem a do tego przyjemny do przejścia. Natomiast na pozostałym odcinku niedokończonego projektu napotyka się zryty głębokimi koleinami, tonący w błocie, zarosły krzakami dzikich jeżyn szlak. Wiele razy chodziliśmy tamtędy wybierając się do okolicznych lasów na grzyby (ach, jakie zdrowe borowiki i kozaki udawało się nam tam znaleźć) albo po prostu na spacery z psami. I marzyliśmy, że może kiedyś uda się nam doczekać tej wielkiej chwili, gdy gmina weźmie się za dokończenie owej drogi i będzie można ją przejść suchą nogą a nawet dojechać autem owym skrótem do położonego za lasem centrum wsi.








   I oto wydaje się, iż nasze marzenie ma teraz szanse realizacji. Wczoraj był bardzo słoneczny, prawie wiosenny poranek, dlatego z ochotą wybraliśmy się z Cezarym w tamte okolice, by zobaczyć, co już zrobiono i jak zmienił się tamtejszy krajobraz. Okazało się, iż wycięto mnóstwo buków rosnących do niedawna po obu stronach owej niedokończonej, niemieckiej drogi. Będzie ona bowiem poszerzana i utwardzana na całej jej długości. W planach jest tam przeciągnięcie linii wysokiego napięcia. A po bokach traktu mają powstać rowy porządnie odprowadzające stamtąd wodę. Oby tak się stało! Oby po osiemdziesięciu latach udało się zrobić to, co nie udało się w czasach okupacji. Skorzystają na tym nie tylko mieszkańcy Pogórza Dynowskiego, ale także turyści, ponieważ w wielu miejscach owa droga tożsama jest z przebiegiem zielonego szlaku Przemysko-Bachórskiego wiodącego przez kilkanaście pogórzańskich miejscowości, przez bukowe lasy oraz widowiskowe łąki, wzgórza i kolorowe pola na słonecznych stokach. Dzięki temu ewentualni wędrowcy nie będą już tonąć w błocie ani gubić się pośród chaszczy, bo prawdopodobnie zostaną też poprawione albo wymalowane na nowo oznaczenia szlaku. Taką przynajmniej mamy nadzieję.





   A na razie czeka na nas ogrom drewna do pocięcia, porąbania i zwiezienia pod wiatę, aby leżąc sobie spokojnie przeschło porządnie do przyszłorocznego sezonu grzewczego.  A musicie wiedzieć, iż robota z bukowym drewnem nie należy do łatwych, bowiem drewno to jest bardzo ciężkie i twarde (ale przez to kaloryczne), dlatego zajmie nam to sporo czasu i będziemy musieli się oboje porządnie natrudzić by wszystko to uporządkować. Co roku wykonujemy taką pracę, więc dla nas to nic nowego. Jednak jesteśmy coraz starsi i to, co kiedyś wydawało się w miarę łatwe, dziś już się takim nie wydaje. Dlatego patrząc na te dwie góry drewna leżące na naszym podwórzu trochę nas strach oblatuje. Wiemy jak będą nas bolały mięśnie i kręgosłupy, ile trzeba się będzie nadźwigać, naschylać, naprzerzucać, nałupać, ile wyładowanych po brzegi taczek pod wiatę nawozić. Ale damy radę! Wszak dzięki tej robocie nie dość, że zyskujemy świetny opał na kolejną zimę, to jeszcze teraz mamy szansę spalić trochę tłuszczyku, rozruszać się do porządku i polepszyć kondycję. Potem już żadna robota w ogrodzie nie będzie nam straszna!:-)



   Marzy się nam, że w tym czasie postępować będzie szybko budowa owej leśnej liniji i może już późną wiosną uda nam się przejechać nią do centrum naszej wsi, na wybory prezydenckie. A to aż o kilkadziesiąt kilometrów skróci nam drogę!  Tak, tak! Mieszkamy na końcu wioski, w najodleglejszym jej przysiółku i nie ma stąd bezpośredniej, szybkiej możliwości dostania się do głównej części naszej wsi. Jest ona od nas tak daleko, iż ilekroć się tam wybieramy musimy objechać kilka innych miejscowości. Jadąc tam i zżymając się na ten absurd z dojazdem za każdym razem przyrzekamy sobie, że to już ostatni raz!  Być może w tym roku nareszcie będzie bliżej i łatwiej się tam dostać?



   A póki co marcowa aura z wiosennej przekształciła się znowu w zimową i stosy drewna czekające na obróbkę pokryły się warstwą świeżego białego puchu. W tym tygodniu jednak ma się jednak mocno ocieplić, zatem będziemy mogli zabrać się do pracy. Niech się dzieje, co się ma dziać!:-)





P.S.

Od jakiegoś czasu zauważam ogrom wejść na bloga. Tysiące wyświetleń codziennie wszystkich postów po kilkadziesiąt razy.  Zdumienie bierze, że komuś chce się to robić. I właściwie po co? Podziwiam pracowitość anonimowego czytacza, który najpewniej przy pomocy VPN nabija mi licznik wyświetleń z Austrii, Niemiec i Francji!  Że też mu się to jeszcze nie znudziło?!:-)

wtorek, 19 marca 2024

Przedzimie i przedwiośnie…

 



   Jakże podobne to do siebie pory.  A jednak jak wiele między nimi różnic, jak inaczej się je sercem odbiera. Tu pierwsze opady śniegu, tam ostatnie jego podrygi, lecz widoki za oknem jakże bliźniacze. Przedzimie oznacza zazwyczaj pożegnanie z jesienią, z wyrazistymi kolorami i z ciepłem. Przez to naznaczone jest nutą smutku, żalu, rozstania, tęsknoty, za tym co dopiero było a tak szybko, za szybko minęło. Jeszcze ostatnie, pożółkłe albo zbrązowiałe listeczki huśtają się na gałązkach. Jeszcze wiszą na krzewach jagody kaliny i berberysu. Jeszcze spóźnialskie muchy i pająki przemykają chyłkiem framugami drzwi by znaleźć dla siebie ciepłe schronienie na zimę. Ale czasu na to coraz mniej, bo co dnia cisza oraz chłód przejmują we władanie tak pełne dotąd życia ogrody, pola i lasy. Za progiem już czeka zima. I nie ma rady. Trzeba pogodzić się z jej nadejściem, z jej surowymi, choć sprawiedliwymi rządami. Z najważniejszym jej atrybutem -  długim snem podobnym nieomal do śmierci. Choć nie brakuje i takich, którzy z ulgą witają  pukanie zimy do drzwi. Oznacza to dla nich bowiem porę zasłużonego odpoczynku, spokoju, spowolnienia czasu i działania. Łagodnego przejścia z jednego etapu życia w kolejny, bliższy nieistnieniu. Taka jest i powinna być kolej rzeczy. To, co wzrastało z niebytu, to, co hojnie obdarzało smakiem miłości, barwą spełnienia, zapachem szczęścia, to, co dojrzewało i wydawało owoce teraz zniknąć musi w opiekuńczych ramionach matki ziemi. Teraz po prostu może oddać się swemu przeznaczeniu.

                                                                   przedzimie
                                                          przedwiośnie


   Przedwiośnie nabrzmiałe jest entuzjastycznym oczekiwaniem, niecierpliwością, pragnieniem zmiany, chęcią ożywionego działania, rozpoczęcia czegoś na nowo. To czas codziennych powitań, zadziwień i zachwytów. Radosnych przebłysków światła spoza chmur, zaczątków zieleni w ogrodach, parkach, w lasach i na łąkach, wyrazistych barw świeżo rozkwitłych kwiatków, coraz liczniejszych pąków na drzewach i krzewach, śmiałych lotów pierwszych motyli, bąków i muszek. Wszystko ma wtedy ogromne znaczenie, każdy przejaw nadchodzącej wiosny wydaje się bezcenny. Budzi w wielu z nas nowe nadzieje i siły. Jest tryumfującym nad niedawnym marazmem i śmiercią optymistycznym początkiem życia, które po wielu miesiącach ma szansę na usłyszenie i odśpiewanie przepięknej, pełnej mocy melodii nieba, ziemi i zieleni. 



   Przedwiośnie podobne jest do ekstatycznego stanu zakochania, gdy każde spojrzenie osoby, na której nam zależy,  każde jej słowo ma tyle znaczeń, wywiera tak niezwykły, magiczny wręcz wpływ. Gdy w żyłach silniej krąży krew, a byle impuls, byle szept powoduje istną erupcję niemożliwych do okiełznania emocji, zawrotów głowy, rumieńców i westchnień.

                                                      przedwiośnie


  Nie wszyscy jednak tak samo odbierają przedwiośnie. Nie wszyscy potrafią i chcą śpiewać na tę samą nutę. Nie wszyscy umieją cieszyć się tą zmianą a nawet jej nie potrzebują. Wolą bowiem zimową ciszę i spowolnienie.  Doceniają zimowe pejzaże, monochromatyczny koloryt otoczenia, rzeźkość mroźnego powietrza. A niektórzy już na samą myśl o intensywnym działaniu, które ich czeka wiosną, czują się zmęczeni. Na samo wspomnienie jaskrawości promieni słonecznych, które już za chwilę zaświecą im w oczy, czują się nimi oślepieni, brutalnie wyrwani ze swoich dotychczasowych, bezpiecznych kryjówek. A jeszcze inni wiedzą, że choćby nawet bardzo chcieli, to ich owo wzmożenie przedwiosenne a potem wiosenne nie dotyczy i dotyczyć nie będzie.  Bo za nimi już wszelkie stany zakochania i szaleństwa uczuć. Bo lękają się zmian,  nie łakną zgiełku i poruszenia, tego powtarzającego się co roku gonienia króliczka. Bo są chorzy, słabi, starzy,  a do tego tak strudzeni żywotem, że nie widzą już dla siebie szans na odrodzenie. Być może mają za sobą ciężkie doświadczenia. Bywa, iż niedawno przeżyli czyjeś odejście a wspomnienia są jeszcze bardzo świeże, bardzo drogie, bardzo bolesne. Być może pragną już tylko spokoju i ciszy, możliwości trwania w cieniu. Zagnieżdżenia się na stałe w swoim własnym, bezpiecznym i nieśpiesznym świecie, wbrew temu, że wszyscy wokół zdają się działać na najwyższym biegu, że ogarnął ich jakiś amok, pęd, zbiorowa ekstaza. A im, tym cichym istotom utkanym z cienia wystarczy już niewiele. Ot, czasem tylko żeby przestało boleć, to co boli…

                                                  przedwiośnie


   Jesteśmy różni, przechodzimy przez inne etapy istnienia, choć na oko wydajemy się tak do siebie podobni jak przedzimie i przedwiośnie. Jednak, gdy przyjrzeć się czemuś dłużej, gdy pochylić się nad człowiekiem uważniej, wsłuchać  w jego słowa i w międzysłowie to okazuje się jak wiele jest między ludźmi różnic.  Jak mnóstwo odmiennych melodii w nich gra. Jak się tam wewnątrz wszystko miesza i ewoluuje. Ale przecież każdy ma i powinien mieć prawo żyć, odczuwać po swojemu. Nie poganiany, nie besztany, nie poddany zamilczeniu, wyszydzeniu, wyśmianiu czy odtrąceniu.  To, że ktoś jest inny, nie znaczy przecież, że gorszy. Istnienia przenikają się wzajemnie, dodają się do siebie, zamieniają miejscami. Ciemność łagodnie przechodzi w jasność a jasność w ciemność. To, że dziś jestem sobą, że jestem taka a nie inna, niewiele znaczy, bo przecież nic nie jest stałością. Wszystko się nieustannie przeistacza. Jutro Ty możesz być mną a ja Tobą…Wystarczy chwila. Przedzimie i przedwiośnie w nieustannym kole odradzania i umierania…


niedziela, 6 marca 2022

Dziki lasek…

 



 

   Od kiedy tu mieszkamy nasz widok za oknem był niezmienny i przez to kojący. Po drugiej stronie drogi na górce rósł sobie spokojnie niewielki, dziki lasek. Świetnie zasłaniał słupy elektrycznego napięcia i wieżę przekaźnikową. Lubiłam na niego patrzeć, lubiłam tam chodzić i spędzać w owym lasku całe godziny. W czasach, gdy mieliśmy jeszcze kozy to miejsce dawało mnie i stadu schronienie przed upałem. Siadywałam tam sobie na pieńku niewidoczna dla nikogo postronnego a za to doskonale widząca stamtąd dom i przejeżdżające od czasu do czasu traktory i samochody. U moich stóp kładła się młoda jeszcze i beztroska Zuzia. Podstawiała głowę do głaskania albo rozwalała się bezwstydnie żeby łaskotać ją po brzuszku. Wyciągałam z malutkiego plecaczka zeszyt i długopis a potem łapiąc ulotne natchnienie spisywałam strofki nowych wierszy, piosenek albo opowiadań. Kozy zajadały się w pobliżu wierzbowymi i dębowymi liśćmi. Goniły się miedzy drzewkami. Z nagła bodły podrzemującą niewinnie Zuzię. Zaczepiały mnie do zabawy, nie pozwalając się skupić się na pisaniu. Porzucałam je zatem skwapliwie aby wygłupiać się i figlować z moimi zwierzakami. Ech! Dobrze nam było w otoczeniu śliw samosiejek , trześni, wierzb wszelakich, brzóz, młodych dębków, kolczastych krzaków głogu, tarnin i róż, skłębionych chaszczy oraz gęstych traw. Na wiosnę śliwy okrywały się chmurami białego kwiecia a jesienią owocowały gronami przepysznych fioletowych węgierek i bordowych, słodziutkich mirabelek. W koronach drzew mnóstwo ptaków miało swoje schronienia albo miejsca odpoczynku przed dalszą drogą. Między trawami i bruzdami ziemi ukryte były kopce mrówek oraz krzaczki poziomek. Nieraz widywałam przebiegające tamtędy albo pasące się w pobliżu śliw zające, sarny, jelenie i dziki. Niekiedy przemykały też ciemnym cieniem wilki. Wszystko to trwało latami i wydawało się, że tak będzie zawsze.

 


   Ale nie ma żadnego „zawsze”. Lasek (prawdopodobnie należący do gminy)raptem niedawno został komuś sprzedany. I oto przez kilka ostatnich dni trwała tam wzmożona wycinka. Piły warkotały od zmierzchu do świtu. Zza firanek spoglądałam na to ze ściśniętym sercem. Nie mogłam nic zrobić a tylko patrzeć. Najęci przez gminę drwale sprawnie i szybko poradzili sobie z usunięciem stamtąd wszystkiego aby pozostawić dla nowego właściciela uprzątnięty teren. Czy nabywca zamierza tam coś budować, siać? Podobno nie. Ot po prostu ktoś z drugiego krańca Polski chce mieć tu kawałek ziemi, a więc ma – zrelacjonował mi Cezary, który wyszedł z domu aby dowiedzieć się, co i jak. Drwale zaproponowali mu kupno leżących pokotem drzewek. Było tego mniej więcej półtora metra sześciennego. Nie chcieli za to wiele, zatem Cezary chętnie się zgodził. W tym tygodniu będziemy je ciąć na miejscu, uprzątać i przewozić pod wiatę. Nie zmarnuje się zatem. Przynajmniej tyle dobrego.

 


   Poszłam dzisiaj na górkę aby zobaczyć z bliska jak to teraz wygląda. Wszystko zostało zrównane z ziemią. Jak po nalocie dywanowym. Smutne karczowisko. Kikuty ciemnopomarańczowych pni śliw. Porozwalane mrowiska. Wypalone gdzieniegdzie trawy. Walające się tu i ówdzie potłuczone butelki po wódce i słoiki po musztardzie, papierki po cukierkach. Zdeptane krzaczki poziomek. Wierzbowe gałązki, na których widać już było zawiązki bazi. O ile nowy właściciel nic nie będzie tu robił jest szansa, że za kilka lat lasek zacznie się odradzać. Że życie zwycięży. Ale to dopiero za kilka lat. Na razie jest, jak jest…


 

P.S.

Stary tekst o moim dzikim, bujnym lasku można przeczytać tutaj:  https://wewanderers.blogspot.com/2015/07/z-zuzia-w-zacienionym-lasku.html

 

 

czwartek, 4 marca 2021

Kiedy znowu ruszą dni…

 

 



 

   Na zewnątrz nadal przedwiosenne ciepło roztapia pozostałości niedawnych śniegów. Lada chwila podobno znowu ma się drastycznie ochłodzić i białym puchem poprószyć. Zmiana goni zmianę. W przyrodzie wielkie ożywienie. Jastrzębie pokrzykują piskliwie frunąc majestatycznie pod niebem Pogórza, kołując nad łąką albo przysiadając na starym kasztanie i stamtąd wypatrując ofiary. Maleńkie, nieświadome zagrożenia ptaszęta obwieszczają co rano radosne hymny miłości frunąc beztrosko między drzewami. Coraz częściej dziki i sarny przemykają po sąsiednich polach i zagajnikach. Coraz więcej sideł kłusownicy rozstawiają po lasach. A parę dni temu szaro - złoty wilk jak gdyby nic nieśpiesznym krokiem przeszedł drogą obok naszego domu, Powęszył na łące, w skupieniu spojrzał miodowymi, zwężonymi w wąskie szparki oczami przed siebie, na moment zniknął w pobliskich chaszczach a potem wyłonił się z nich nagle i spokojnie poszedł w kierunku lasu. Mróz mi przeszedł po krzyżu, choć to nie pierwszy raz, gdy tak blisko naszego płotu widziałam wilka. Ale za każdym razem jest to duże przeżycie. Uświadamia mi ono jak blisko natury żyję i że jest w niej miejsce zarówno na łagodność i spokój, jak i na dzikość i grozę.  Ale przecież i w nas, ludziach znaleźć można wszystko. Piękno i brzydotę. Dobro i zło. Lęk i odwagę. Sarnę i wilka. Prawdę i fałsz. Słodycz i gorycz. Nadzieje i rozczarowania…



 

   A co do wilka, tak bardzo się na niego zapatrzyłam, że dopiero w ostatnim momencie zdążyłam złapać aparat fotograficzny i zdołałam mu zrobić tylko jedno, mocno niewyraźne zdjęcie. Cóż, pewnie on wcale nie życzył sobie by go fotografować, łapać okiem obiektywu. Pojawił się niczym duch i jak duch zniknął, pozostawiając po sobie niezatarte wrażenie piękna i grozy oraz niepoddającej się ludzkim ograniczeniom wolności.


 

   Niedawno skończyłam czytać książkę, która wywarła na mnie duże wrażenie.  Książkę, co niby bomba z opóźnionym zapłonem wyzwalała coraz więcej emocji i wzruszeń a im bardziej zbliżałam się do jej końca, wszystko już we mnie wrzało i żałowałam, że czytam zbyt szybko, że zaraz wszystko się rozstrzygnie i będę musiała pożegnać się z tymi, którzy stali mi się bliscy. Tak niezwykle jej bohaterki weszły mi w duszę, tak bardzo się z nimi utożsamiałam, tak mocno zastępowały mi nieobecne lub nieistniejące przyjaciółki. Z bijącym mocno sercem wczytywałam się w odkrywane powoli skomplikowane zależności między czterema kobietami, w pokręcone i pełne ran losy prababki Berty, babki Barbary-buni, córki Violetty oraz wnuczki Kaliny opisywane na kartach kilkusetstronicowej powieści Joanny Bator . Jeśli któraś z Was czytała „Gorzko, gorzko” tej pisarki to pewnie doskonale wie, o czym piszę. Każda z tych pokiereszowanych wewnętrznie istot dążyła do wolności, ale na drodze ku niej wciąż stały ich własne lęki,  przekazywane z pokolenia na pokolenia traumy czy też toksyczni, gorsi od wilków (które też po wielekroć się w tej opowieści pojawiają) ludzie. W każdej kotłowało się piekło i niebo, miłość i nienawiść, siła i bezradność, małe radości i duże klęski, niewinność, ale i brak hamulców moralnych. Wszystkie czekały na to, kiedy wreszcie ruszą z kopyta ich dni, kiedy zacznie się dziać coś ważnego, kiedy pojawi się prawdziwa miłość, kiedy tajemnice z przeszłości wreszcie zostaną wyjaśnione.

 Gorzko, gorzko - Oceny, opinie, ceny - Joanna Bator - Lubimyczytać.pl

    Książka pełna jest  dosadnych, szokujących wręcz opisów sytuacji z jakimi miały do czynienia jej bohaterki a język, którym została napisana aż kipi od soczystych, wyrazistych określeń,  w sposób niezwykle prawdziwy oddających rzeczywiste, a zazwyczaj głęboko schowane i niczym nie zawoalowane myśli oraz intymne przeżycia żeńskiej połowy ludzkości. Joanna Bator odsłania wnętrza swych bohaterek w taki sposób, że dusze czytelników doznają w nich zwierciadlanego odbicia. Nagle rozumiemy siebie bardziej, nagle znika wstyd, poczucie nieprzystosowania czy dziwności. Życie każdej z nas jest przecież dziwne, bo jakże różne od życia innych, choć paradoksalnie w dużej mierze podobne. Przeplatają się radości i troski, sprawy wielkie i małe, dobro i zło. A wszystko to nas rzeźbi, dodaje się i spiętrza a niekiedy wylewa się silną strugą, gdy zbyt długo usiłujemy ją powstrzymywać. Prawdziwość, to wszystkie nasze myśli, emocje, uczucia, wspomnienia i marzenia – nie tylko te piękne, te uładzone, na co dzień nadające się do pokazania, ale i te poszarpane, niejednoznaczne, bolesne i  wstydliwe, pełne niezagojonych blizn. Prawdziwość to wolność szczerego mówienia o jasności i mroku, co mieszkają w naszych sercach, to możliwość wspólnego ich z kimś przeżywania, nieudawania nikogo, to prawo do niezakłamywania siebie ani do życia cudzym życiem, do pójścia swoją drogą, choćby nawet pełna była ona przeszkód, pułapek, ostrych zakrętów i mylących znaków... 


 


   W powieści J. Bator  jedna z bohaterek  jako opisu swych uczuć czy sytuacji używa fragmentów wierszy albo pieśni Edwarda Stachury. I choć w jej ustach nieraz brzmią one banalnie, pretensjonalnie, czy przesadnie to  jednak trudno by było znaleźć jakieś inne, bardziej adekwatnie oddające określony stan ducha wiersze. Dwa wersy ze Stachury nieszczęsna Violetta powtarza najczęściej, gdyż często czuje się zaszczuta i bezradna. Szepcze wówczas: „Boże mój, wbiłeś we mnie wszystkie noże”. Która z nas spoglądając z rozpaczą w obojętne oczy niebios też tak kiedyś nie westchnęła…?

 


   Poniżej piosenka, z której właśnie powyższe wersy pochodzą. Piosenka, której od jakiegoś czasu mogę słuchać na okrągło, zwłaszcza w niesamowitym wykonaniu Jacka Bończyka. Słucham, śpiewam, ale co ważniejsze  - doznaję uwolnienia drzemiących we mnie emocji, zarówno tych, które wolę by spały jak najgłębiej, bo nie umiem sobie z nimi poradzić oraz tych, które tylko czekają by wydobyć się na powierzchnię, bo stale są pod czaszką i przebierają niecierpliwie nogami. Zdają się jak wilki, którym odbiera się prawo do swobody, a przecież żaden dziki zwierz długo nie wytrzyma niewoli, nawet gdy zdaje się obłaskawiony i oswojony. Ech! Sądzę, że nastały czasy, że tego typu piosenki doskonale wyrażają emocje, potrzeby, marzenia i uczucia wielu z nas. Nas, uwięźniętych w wąskim paśmie dziwacznej, klaustrofobicznej czasoprzestrzeni, gdzie dzieją się rzeczy, o których jeszcze rok temu pomyślelibyśmy, iż to czyste science-fiction,  gdzie duszno jest od niepokojów, domysłów, propagandy, manipulacji płynącej ze świata, gdzie coraz trudniej odróżnić prawdę od fałszu, gdzie utraciły znaczenie wszelkie autorytety i polegać można tylko na własnej intuicji, a i ta często nas zawodzi…A genialność tej pieśni zawiera się m.in. w tym, że choć napisana w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku to nadal jest aktualna a może nawet zyskuje dzisiaj jeszcze większe znaczenie, niż wówczas. Przejmująco opisuje ona bowiem stan ducha człowieka marzącego o wolności. O wolności od samego siebie, od własnych zmór, lęków, bolesnych wspomnień, niemożliwych do realizacji pragnień, toksycznej miłości oraz trudnych do pokonania wewnętrznych barier i wyimaginowanych zasieków. O wolności pojętej także szerzej, jako o nieskrępowanej woli ducha, który może i chce wędrować bez strachu, ograniczeń czy zakazów, bo droga wciąż jest i są wabiące oddale a kolejna pora roku przypomina o nich coraz głośniej…

 


Etykiety

Aborygeni absurd afirmacja życia agrest apel apel o pomoc asymilacja Australia autoanaliza bajka bal ballada baśń Beksińscy Bieszczady blackout bliskość blog blogi bór cenzura Cesarzowa Ki Cezary chleb choroba ciastka ciepło cywilizacja czarny bez czarny humor czas czekolada czerwiec człowieczeństwo człowiek czułość Dersu Uzała deszcz dieta dobro dom dorosłość drama drama koreańska drewno droga drzewa trawiaste Dubiecko Dwernik Kamień dwudziestolecie międzywojenne dystopia dzieciństwo dzikie bzy ekologia elektryczność erotyk eutanazja fajka fantazja film flash mob fotografie fotoreportaż glebogryzarka głodówka głód gospodarstwo goście góry Góry Flindersa grass tree grill grudzień grzyby Gwiazdka historia historie wędrujące horror humor humoreska idealizm ideologia II wojna światowa informacja inność inspiracja internet jabłka jabłoń Jacuś Jacuś. gospodarstwo Jacuś. lato jajka Jane Eyre Japonia Jawornik Polski jesień jesień życia kalina Kanada kanały kangury kastracja kiełbasa klimat klimatyzm koala kobieta koguty kolęda kolędy komputer komunikacja konfitury konflikt koniec świata konkurs konstrukcja kosmos koszenie kot koziołek kozy Kraków Kresy kryminał kryzys książka kuchnia kulinaria kury kwiaty kwiecień las lato legenda lektura lęk lipa lipiec lis listopad literatura los ludzie luty łąka maciejka macierzyństwo magia maj malarstwo maliny mantry marzenie maska metafora mgła miasteczko odnalezionych myśli Michael Jackson Mikołaj miłość Misia mit młodość moda mróz mróż muzyka muzyka filmowa nadzieja nalewki nałóg natura niebezpieczeństwo niezapominajki noc nowoczesność Nowy Rok obyczaje ocean odchudzanie odpowiedzialność odrodzenie ogrody ogród ojczyzna opowiadanie opowiastka opowieść Orzeszkowa osa Osiecka owoce pamięć pandemia Panna Róża park pasja patriotyzm pejzaż pierniki pies pieski pieśni pieśń piękno piosenka piosenki pisanie płot początek podróż poezja pogoda Pogórze Dynowskie polityka Polska pomidory pomysł poprawność polityczna porady postęp pożar praca prawda prezent protest protesty przedwiośnie przedzimie przemijanie Przemyśl przepis przetrwanie przetwory przeznaczenie przygoda przyjaźń przyroda psy psychologia ptaki radość rak recenzja refleksja relatywizm remont repatriacja reportaż rezerwat Riverland rodzina rok rośliny rower rozmowa rozrywka rozum róże rymowanka rzeka samopoczucie samotność San sarny sąsiedzi sens życia siano sierpień silna wola siła skróty słodycze słońce słowa słowa piosenki słowianie smutek solidarność South Australia spacer spiżarnia spokój społeczeństwo spontaniczność spotkanie stado Star starość strych susza susza. upał szadź szczerość szczęście szerszeń śmiech śmierć śnieg śpiew środowisko świat światło świeta święta świt tajemnica tekst piosenki teksty piosenek tęsknota toaleta tragikomedia trauma troska truskawki uczucia Ukraina upał urodziny uśmiech warzywnik wędrówka wędrówki węgiel wiadomości wiadomość wiatr wierność wiersz wierszyk wieś wieża wigilia Wilsons Promontory wino wiosna wiosnaekologia wirus woda wojna wolność Wołyń wrażliwość wrotycz wrzesień wschód słońca wspomnienia wspomnienie współczesność Wszechświat wybory wychowanie wycieczka wygląd wypadki wypalanie traw wzruszenie zabawa zabawa blogowa zachód słońca zapasy zaproszenie zbiory zdjęcia zdrowie zielarstwo zielononóżki zielononóżki kuropatwiane zima zioła zmiany zupa Zuzia zwierzęta zwyczaje żałoba żart życie życzenia Żydzi żywokost