Przeczytawszy niedawno u Pellegriny ( kopianieba.blogspot.com ) ciekawego posta na temat kłopotów ze znalezieniem toalety w polskich miastach
i miasteczkach stwierdziłam, że to problem mój i Cezarego a także
zapewne wielu z nas i że absolutnie nie powinno się go zamiatać
pod dywan. Wszak nic co ludzkie nie może nam być obce. Przecież
niemożność skorzystania z przybytku, do którego król chodzi
piechotą potrafi skutecznie zniechęcić do wędrówki po mieście a
nawet sprawić, że człowiekowi zupełnie odechciewa się
wychodzenia z domu. W pewnym wieku takie rzeczy stają się bardzo
ważne. A zresztą nie tylko wiek ma tu znaczenie, ale także stan
zdrowia, nawyki i zwyczajne potrzeby. Oboje z Cezarym, gdy wyruszamy
gdzieś na zakupy albo w innych ważnych sprawach musimy być pewni,
że będzie zawsze w pobliżu jakieś miejsce, gdzie będzie można
sobie ulżyć. W naszym miasteczku to przychodnia, urząd gminy,
sklep i stacja benzynowa. Miejskie szalety natomiast u nas nie
występują. I w ogóle zdają się coraz bardziej być przeżytkiem,
reliktem przeszłości i niepożądaną infrastrukturą. To
dziwne...Wszak potrzeby ludzkie nadal są takie same...Natomiast jadąc
w dalsze strony, do większych miast też zawsze na początku
obczajamy miejsca, teoretycznie przyjazne dla zwykłych istot, takie
jak supermarkety, urzędy, przychodnie. Ale czasem wszystko to
znajduje się bardzo daleko od nas i wtedy bywa ciężko, oj,
ciężko...
Zainspirowana i namówiona przez Pellegrinę
napisałam do znanej melodii „Chatanooga choo choo” zabawną (mam
nadzieję!) pioseneczkę na temat kłopotów ze znalezieniem toalety
w mieście. Słowa poniżej. Umieszczam tam także linka do
instrumentalnej wersji owego utworu a także do filmiku na YT, gdzie
ową piosenkę, z innymi polskimi słowami wykonują tańcując
wesoło jakże młode jeszcze wówczas i piękne Ewa Kuklińska i Alicja
Majewska. Ech, gdzież te czasy!:-))
Czy pani wie...
Czy pani wie, gdzie tutaj można zrobić
siusiu?
Bo pilny mus odbiera już cały luz
Gdzie jest wc, gdy mocno człeku coś
się chce
Gdzieś szalet znikł, chyba nie siusia
tu nikt!
Olaboga, olaboga...
Człowiek w mieście, czuje szczęście
Wiosenny czar
Zjada lody, pije piwko
Bo wokół skwar
Lecz czar mija szybko
Gdy wizytę zwykłą
Chce wykonać w toalecie
Której brak
Tu promocje, tam obniżki
Tam coś za grosz
Może królem być zakupów
Mieć w sobie moc
Lecz gdy go przypili
I musi w tej chwili
Siąść na tronie, nie ma tronu
Nie ma nic
Może pan wie, gdzie tutaj można
zrobić siusiu?
Pyta się w krąg, nie mogąc znieść
już tych mąk
Wygląda że, ludzie jak duchy stali
się
Nie sika nikt, a może to dla nich
wstyd
Olaboga, olaboga...
Czy pani wie, gdzie tutaj można zrobić
siusiu?
I jeszcze coś, z trzewi dobiega ten
głos
Pyta się znów, gdy już nie może
dłużej zdzierżyć
A wokół świat nie daje mu dobrych
rad
Gdy turysta nie skorzysta
Z przybytku wnet
Wówczas pójdzie w byle krzaki
Albo za sklep
Więcej nie przyjedzie
Bo już będzie wiedzieć
Że to miejsce
Nie dla ludzi
Zwykłych jest
Nie spyta już, gdzie tutaj można
zrobić siusiu
Pojedzie het, gdzie nadal czynny wucet
Bo każdy gość, prędzej czy później
ma już dość
Bierze go złość, wyrusza w knieje
lub w step...
P.S.
Powyższy post nie bez powodu zilustrowałam zdjęciami kangurów. Otóż w Australii nie tylko w miastach czy w popularnych miejscach turystycznych, ale także w najgorszej głuszy, pośród wielkiej pustki, słowem - wszędzie, znaleźć można czyściutkie i pachnące, zaopatrzone w papier toaletowy toalety dla turystów. Niekiedy żartowalismy z Cezarym, że to chyba tylko dla kangurów, bo turystów tam tyle, co kot napłakał!:-) A inna sprawa, że człowiek nie raz pozazdrościć może zwierzętom ich swobody w załatwianiu się na łonie natury. Pozazdrościć, bo ile się czasem trzeba namęczyć zanim znajdzie się odpowiedni przybytek. A bywa niestety, że się go nie znajdzie i nie zdąży...
…Na początku marca udało nam się kupić sporo drewna
bukowego pochodzącego z pobliskiego lasu. Od kilkunastu dni trwała tam wycinka
związana z budową drogi śródleśnej (nazywanej przez miejscowych „liniją”),
prowadzącej do sąsiedniej wioski. Ciekawostką jest to, że owa budowa liniji zaczęła
się jeszcze w czasie drugiej wojny światowej a dopiero teraz ma szanse być dokończona.
Na początku lat czterdziestych ubiegłego wieku Niemcy zaprzęgli do roboty sporo
okolicznych chłopów i wówczas pod surowym okiem okupantów powstawał szeroki,
brukowany szlak mający w przyszłości ułatwić wygodny przewóz towarów, przemarsz
wojsk i ciężkiego sprzętu a także pozwalać miejscowym na komunikację z sąsiednimi
wioskami. Niestety, Niemcom nie dane było dokończyć tego pożytecznego przedsięwzięcia
i przerwano je w okolicach 1944 roku na wieść o zbliżaniu się Armii Czerwonej.
Nie raz żałowaliśmy z Cezarym, iż nie doprowadzono do końca owej drogi, bowiem
to, co zdołano wtedy wybudować było zrobione wyjątkowo porządnie i trwale. Do
dzisiaj ów zaczątek niemieckiego traktu jest świetnie przejezdny, możliwy do
przebycia zarówno traktorem, jak samochodem i rowerem a do tego przyjemny do
przejścia. Natomiast na pozostałym odcinku niedokończonego projektu napotyka
się zryty głębokimi koleinami, tonący w błocie, zarosły krzakami dzikich jeżyn szlak.
Wiele razy chodziliśmy tamtędy wybierając się do okolicznych lasów na grzyby
(ach, jakie zdrowe borowiki i kozaki udawało się nam tam znaleźć) albo po
prostu na spacery z psami. I marzyliśmy, że może kiedyś uda się nam doczekać
tej wielkiej chwili, gdy gmina weźmie się za dokończenie owej drogi i będzie
można ją przejść suchą nogą a nawet dojechać autem owym skrótem do położonego za
lasem centrum wsi.
I oto wydaje
się, iż nasze marzenie ma teraz szanse realizacji. Wczoraj był bardzo
słoneczny, prawie wiosenny poranek, dlatego z ochotą wybraliśmy się z Cezarym w
tamte okolice, by zobaczyć, co już zrobiono i jak zmienił się tamtejszy
krajobraz. Okazało się, iż wycięto mnóstwo buków rosnących do niedawna po obu
stronach owej niedokończonej, niemieckiej drogi. Będzie ona bowiem poszerzana i
utwardzana na całej jej długości. W planach jest tam przeciągnięcie linii
wysokiego napięcia. A po bokach traktu mają powstać rowy porządnie
odprowadzające stamtąd wodę. Oby tak się stało! Oby po osiemdziesięciu latach
udało się zrobić to, co nie udało się w czasach okupacji. Skorzystają na tym
nie tylko mieszkańcy Pogórza Dynowskiego, ale także turyści, ponieważ w wielu
miejscach owa droga tożsama jest z przebiegiem zielonego szlaku Przemysko-Bachórskiego
wiodącego przez kilkanaście pogórzańskich miejscowości, przez bukowe lasy oraz
widowiskowe łąki, wzgórza i kolorowe pola na słonecznych stokach. Dzięki temu
ewentualni wędrowcy nie będą już tonąć w błocie ani gubić się pośród chaszczy,
bo prawdopodobnie zostaną też poprawione albo wymalowane na nowo oznaczenia
szlaku. Taką przynajmniej mamy nadzieję.
A na razie czeka
na nas ogrom drewna do pocięcia, porąbania i zwiezienia pod wiatę, aby leżąc
sobie spokojnie przeschło porządnie do przyszłorocznego sezonu grzewczego.A musicie wiedzieć, iż robota z bukowym
drewnem nie należy do łatwych, bowiem drewno to jest bardzo ciężkie i twarde (ale
przez to kaloryczne), dlatego zajmie nam to sporo czasu i będziemy musieli się
oboje porządnie natrudzić by wszystko to uporządkować. Co roku wykonujemy taką
pracę, więc dla nas to nic nowego. Jednak jesteśmy coraz starsi i to, co kiedyś
wydawało się w miarę łatwe, dziś już się takim nie wydaje. Dlatego patrząc na
te dwie góry drewna leżące na naszym podwórzu trochę nas strach oblatuje. Wiemy
jak będą nas bolały mięśnie i kręgosłupy, ile trzeba się będzie nadźwigać,
naschylać, naprzerzucać, nałupać, ile wyładowanych po brzegi taczek pod wiatę nawozić.
Ale damy radę! Wszak dzięki tej robocie nie dość, że zyskujemy świetny opał na
kolejną zimę, to jeszcze teraz mamy szansę spalić trochę tłuszczyku, rozruszać
się do porządku i polepszyć kondycję. Potem już żadna robota w ogrodzie nie
będzie nam straszna!:-)
Marzy się nam,
że w tym czasie postępować będzie szybko budowa owej leśnej liniji i może już
późną wiosną uda nam się przejechać nią do centrum naszej wsi, na wybory
prezydenckie. A to aż o kilkadziesiąt kilometrów skróci nam drogę! Tak, tak! Mieszkamy na końcu wioski, w
najodleglejszym jej przysiółku i nie ma stąd bezpośredniej, szybkiej możliwości
dostania się do głównej części naszej wsi. Jest ona od nas tak daleko, iż ilekroć
się tam wybieramy musimy objechać kilka innych miejscowości. Jadąc tam i zżymając
się na ten absurd z dojazdem za każdym razem przyrzekamy sobie, że to już
ostatni raz! Być może w tym roku
nareszcie będzie bliżej i łatwiej się tam dostać?
A póki co
marcowa aura z wiosennej przekształciła się znowu w zimową i stosy drewna
czekające na obróbkę pokryły się warstwą świeżego białego puchu. W tym tygodniu
jednak ma się jednak mocno ocieplić, zatem będziemy mogli zabrać się do pracy.
Niech się dzieje, co się ma dziać!:-)
P.S.
Od jakiegoś czasu zauważam ogrom wejść na bloga. Tysiące wyświetleń codziennie wszystkich postów po kilkadziesiąt razy. Zdumienie bierze, że komuś chce się to robić. I właściwie po co? Podziwiam pracowitość anonimowego czytacza, który najpewniej przy pomocy VPN nabija mi licznik wyświetleń z Austrii, Niemiec i Francji! Że też mu się to jeszcze nie znudziło?!:-)
Jakże podobne to
do siebie pory. A jednak jak wiele
między nimi różnic, jak inaczej się je sercem odbiera. Tu pierwsze opady śniegu,
tam ostatnie jego podrygi, lecz widoki za oknem jakże bliźniacze. Przedzimie
oznacza zazwyczaj pożegnanie z jesienią, z wyrazistymi kolorami i z ciepłem. Przez
to naznaczone jest nutą smutku, żalu, rozstania, tęsknoty, za tym co dopiero
było a tak szybko, za szybko minęło. Jeszcze ostatnie, pożółkłe albo
zbrązowiałe listeczki huśtają się na gałązkach. Jeszcze wiszą na krzewach
jagody kaliny i berberysu. Jeszcze spóźnialskie muchy i pająki przemykają
chyłkiem framugami drzwi by znaleźć dla siebie ciepłe schronienie na zimę. Ale
czasu na to coraz mniej, bo co dnia cisza oraz chłód przejmują we władanie tak
pełne dotąd życia ogrody, pola i lasy. Za progiem już czeka zima. I nie ma rady.
Trzeba pogodzić się z jej nadejściem, z jej surowymi, choć sprawiedliwymi
rządami. Z najważniejszym jej atrybutem - długim snem podobnym nieomal do śmierci. Choć
nie brakuje i takich, którzy z ulgą witająpukanie zimy do drzwi. Oznacza to dla nich bowiem porę zasłużonego odpoczynku,
spokoju, spowolnienia czasu i działania. Łagodnego przejścia z jednego etapu
życia w kolejny, bliższy nieistnieniu. Taka jest i powinna być kolej rzeczy.
To, co wzrastało z niebytu, to, co hojnie obdarzało smakiem miłości, barwą
spełnienia, zapachem szczęścia, to, co dojrzewało i wydawało owoce teraz zniknąć
musi w opiekuńczych ramionach matki ziemi. Teraz po prostu może oddać się swemu
przeznaczeniu.
przedzimie
przedwiośnie
Przedwiośnie
nabrzmiałe jest entuzjastycznym oczekiwaniem, niecierpliwością, pragnieniem
zmiany, chęcią ożywionego działania, rozpoczęcia czegoś na nowo. To czas
codziennych powitań, zadziwień i zachwytów. Radosnych przebłysków światła spoza
chmur, zaczątków zieleni w ogrodach, parkach, w lasach i na łąkach, wyrazistych
barw świeżo rozkwitłych kwiatków, coraz liczniejszych pąków na drzewach i
krzewach, śmiałych lotów pierwszych motyli, bąków i muszek. Wszystko ma wtedy
ogromne znaczenie, każdy przejaw nadchodzącej wiosny wydaje się bezcenny. Budzi
w wielu z nas nowe nadzieje i siły. Jest tryumfującym nad niedawnym marazmem i
śmiercią optymistycznym początkiem życia, które po wielu miesiącach ma szansę
na usłyszenie i odśpiewanie przepięknej, pełnej mocy melodii nieba, ziemi i
zieleni.
Przedwiośnie
podobne jest do ekstatycznego stanu zakochania, gdy każde spojrzenie osoby, na
której nam zależy, każde jej słowo ma
tyle znaczeń, wywiera tak niezwykły, magiczny wręcz wpływ. Gdy w żyłach silniej
krąży krew, a byle impuls, byle szept powoduje istną erupcję niemożliwych do
okiełznania emocji, zawrotów głowy, rumieńców i westchnień.
przedwiośnie
Nie wszyscy
jednak tak samo odbierają przedwiośnie. Nie wszyscy potrafią i chcą śpiewać na
tę samą nutę. Nie wszyscy umieją cieszyć się tą zmianą a nawet jej nie
potrzebują. Wolą bowiem zimową ciszę i spowolnienie.Doceniają zimowe pejzaże, monochromatyczny
koloryt otoczenia, rzeźkość mroźnego powietrza. A niektórzy już na samą myśl o
intensywnym działaniu, które ich czeka wiosną, czują się zmęczeni. Na samo
wspomnienie jaskrawości promieni słonecznych, które już za chwilę zaświecą im w
oczy, czują się nimi oślepieni, brutalnie wyrwani ze swoich dotychczasowych,
bezpiecznych kryjówek. A jeszcze inni wiedzą, że choćby nawet bardzo chcieli,
to ich owo wzmożenie przedwiosenne a potem wiosenne nie dotyczy i dotyczyć nie
będzie.Bo za nimi już wszelkie stany
zakochania i szaleństwa uczuć. Bo lękają się zmian,nie łakną zgiełku i poruszenia, tego powtarzającego
się co roku gonienia króliczka. Bo są chorzy, słabi, starzy, a do tego tak strudzeni żywotem, że nie widzą
już dla siebie szans na odrodzenie. Być może mają za sobą ciężkie doświadczenia.
Bywa, iż niedawno przeżyli czyjeś odejście a wspomnienia są jeszcze bardzo
świeże, bardzo drogie, bardzo bolesne. Być może pragną już tylko spokoju i
ciszy, możliwości trwania w cieniu. Zagnieżdżenia się na stałe w swoim własnym,
bezpiecznym i nieśpiesznym świecie, wbrew temu, że wszyscy wokół zdają się
działać na najwyższym biegu, że ogarnął ich jakiś amok, pęd, zbiorowa ekstaza.
A im, tym cichym istotom utkanym z cienia wystarczy już niewiele. Ot, czasem
tylko żeby przestało boleć, to co boli…
przedwiośnie
Jesteśmy różni, przechodzimy
przez inne etapy istnienia, choć na oko wydajemy się tak do siebie podobni jak
przedzimie i przedwiośnie. Jednak, gdy przyjrzeć się czemuś dłużej, gdy pochylić
się nad człowiekiem uważniej, wsłuchaćw
jego słowa i w międzysłowie to okazuje się jak wiele jest między ludźmi różnic.Jak mnóstwo odmiennych melodii w nich gra. Jak
się tam wewnątrz wszystko miesza i ewoluuje. Ale przecież każdy ma i powinien
mieć prawo żyć, odczuwać po swojemu. Nie poganiany, nie besztany, nie poddany
zamilczeniu, wyszydzeniu, wyśmianiu czy odtrąceniu. To, że ktoś jest inny, nie znaczy przecież, że
gorszy. Istnienia przenikają się wzajemnie, dodają się do siebie, zamieniają
miejscami. Ciemność łagodnie przechodzi w jasność a jasność w ciemność. To, że
dziś jestem sobą, że jestem taka a nie inna, niewiele znaczy, bo przecież nic nie
jest stałością. Wszystko się nieustannie przeistacza. Jutro Ty możesz być mną a
ja Tobą…Wystarczy chwila. Przedzimie i przedwiośnie w nieustannym kole odradzania i
umierania…
Od kiedy tu
mieszkamy nasz widok za oknem był niezmienny i przez to kojący. Po drugiej
stronie drogi na górce rósł sobie spokojnie niewielki, dziki lasek. Świetnie zasłaniał słupy elektrycznego napięcia i wieżę przekaźnikową. Lubiłam na
niego patrzeć, lubiłam tam chodzić i spędzać w owym lasku całe godziny. W czasach, gdy mieliśmy jeszcze kozy to
miejsce dawało mnie i stadu schronienie przed upałem. Siadywałam tam sobie na
pieńku niewidoczna dla nikogo postronnego a za to doskonale widząca stamtąd dom
i przejeżdżające od czasu do czasu traktory i samochody. U moich stóp kładła
się młoda jeszcze i beztroska Zuzia. Podstawiała głowę do głaskania albo
rozwalała się bezwstydnie żeby łaskotać ją po brzuszku. Wyciągałam z malutkiego
plecaczka zeszyt i długopis a potem łapiąc ulotne natchnienie spisywałam strofki
nowych wierszy, piosenek albo opowiadań. Kozy zajadały się w pobliżu
wierzbowymi i dębowymi liśćmi. Goniły się miedzy drzewkami. Z nagła bodły
podrzemującą niewinnie Zuzię. Zaczepiały mnie do zabawy, nie pozwalając się
skupić się na pisaniu. Porzucałam je zatem skwapliwie aby wygłupiać się i
figlować z moimi zwierzakami. Ech! Dobrze nam było w otoczeniu śliw samosiejek
, trześni, wierzb wszelakich, brzóz, młodych dębków, kolczastych krzaków głogu,
tarnin i róż, skłębionych chaszczy oraz gęstych traw. Na wiosnę śliwy okrywały się
chmurami białego kwiecia a jesienią owocowały gronami przepysznych fioletowych
węgierek i bordowych, słodziutkich mirabelek. W koronach drzew mnóstwo ptaków
miało swoje schronienia albo miejsca odpoczynku przed dalszą drogą. Między
trawami i bruzdami ziemi ukryte były kopce mrówek oraz krzaczki poziomek. Nieraz
widywałam przebiegające tamtędy albo pasące się w pobliżu śliw zające, sarny,
jelenie i dziki. Niekiedy przemykały też ciemnym cieniem wilki. Wszystko to
trwało latami i wydawało się, że tak będzie zawsze.
Ale nie ma
żadnego „zawsze”. Lasek (prawdopodobnie należący do gminy)raptem niedawno został
komuś sprzedany. I oto przez kilka ostatnich dni trwała tam wzmożona wycinka. Piły
warkotały od zmierzchu do świtu. Zza firanek spoglądałam na to ze ściśniętym sercem.
Nie mogłam nic zrobić a tylko patrzeć. Najęci przez gminę drwale sprawnie i
szybko poradzili sobie z usunięciem stamtąd wszystkiego aby pozostawić dla
nowego właściciela uprzątnięty teren. Czy nabywca zamierza tam coś budować,
siać? Podobno nie. Ot po prostu ktoś z drugiego krańca Polski chce mieć tu kawałek
ziemi, a więc ma – zrelacjonował mi Cezary, który wyszedł z domu aby dowiedzieć
się, co i jak. Drwale zaproponowali mu kupno leżących pokotem drzewek. Było
tego mniej więcej półtora metra sześciennego. Nie chcieli za to wiele, zatem
Cezary chętnie się zgodził. W tym tygodniu będziemy je ciąć na miejscu,
uprzątać i przewozić pod wiatę. Nie zmarnuje się zatem. Przynajmniej tyle
dobrego.
Poszłam dzisiaj
na górkę aby zobaczyć z bliska jak to teraz wygląda. Wszystko zostało
zrównane z ziemią. Jak po nalocie dywanowym. Smutne karczowisko. Kikuty ciemnopomarańczowych pni śliw. Porozwalane
mrowiska. Wypalone gdzieniegdzie trawy. Walające się tu i ówdzie potłuczone butelki po wódce i słoiki po
musztardzie, papierki po cukierkach. Zdeptane krzaczki poziomek. Wierzbowe gałązki,
na których widać już było zawiązki bazi. O ile nowy właściciel nic nie będzie tu
robił jest szansa, że za kilka lat lasek zacznie się odradzać. Że życie
zwycięży. Ale to dopiero za kilka lat. Na razie jest, jak jest…
Na zewnątrz nadal
przedwiosenne ciepło roztapia pozostałości niedawnych śniegów. Lada chwila
podobno znowu ma się drastycznie ochłodzić i białym puchem poprószyć. Zmiana
goni zmianę. W przyrodzie wielkie ożywienie. Jastrzębie pokrzykują piskliwie
frunąc majestatycznie pod niebem Pogórza, kołując nad łąką albo przysiadając na
starym kasztanie i stamtąd wypatrując ofiary. Maleńkie, nieświadome zagrożenia ptaszęta obwieszczają co rano radosne hymny miłości frunąc beztrosko między drzewami. Coraz częściej dziki i sarny przemykają
po sąsiednich polach i zagajnikach. Coraz więcej sideł kłusownicy rozstawiają po lasach. A parę dni temu szaro - złoty wilk jak gdyby nic
nieśpiesznym krokiem przeszedł drogą obok naszego domu, Powęszył na łące, w skupieniu
spojrzał miodowymi, zwężonymi w wąskie szparki oczami przed siebie, na moment
zniknął w pobliskich chaszczach a potem wyłonił się z nich nagle i spokojnie
poszedł w kierunku lasu. Mróz mi przeszedł po krzyżu, choć to nie pierwszy raz,
gdy tak blisko naszego płotu widziałam wilka. Ale za każdym razem jest to duże
przeżycie. Uświadamia mi ono jak blisko natury żyję i że jest w niej miejsce
zarówno na łagodność i spokój, jak i na dzikość i grozę.Ale przecież i w nas, ludziach znaleźć można
wszystko. Piękno i brzydotę. Dobro i zło. Lęk i odwagę. Sarnę i wilka. Prawdę i
fałsz. Słodycz i gorycz. Nadzieje i rozczarowania…
A co do wilka,
tak bardzo się na niego zapatrzyłam, że dopiero w ostatnim momencie zdążyłam
złapać aparat fotograficzny i zdołałam mu zrobić tylko jedno, mocno niewyraźne
zdjęcie. Cóż, pewnie on wcale nie życzył sobie by go fotografować, łapać okiem
obiektywu. Pojawił się niczym duch i jak duch zniknął, pozostawiając po sobie
niezatarte wrażenie piękna i grozy oraz niepoddającej się ludzkim ograniczeniom
wolności.
Niedawno skończyłam
czytać książkę, która wywarła na mnie duże wrażenie.Książkę, co niby bomba z opóźnionym zapłonem
wyzwalała coraz więcej emocji i wzruszeń a im bardziej zbliżałam się do jej końca,
wszystko już we mnie wrzało i żałowałam, że czytam zbyt szybko, że zaraz
wszystko się rozstrzygnie i będę musiała pożegnać się z tymi, którzy stali mi się
bliscy. Tak niezwykle jej bohaterki weszły mi w duszę, tak bardzo się z nimi
utożsamiałam, tak mocno zastępowały mi nieobecne lub nieistniejące przyjaciółki.
Z bijącym mocno sercem wczytywałam się w odkrywane powoli skomplikowane zależności między czterema kobietami, w pokręcone i pełne ran losy prababki
Berty, babki Barbary-buni, córki Violetty oraz wnuczki Kaliny opisywane na
kartach kilkusetstronicowej powieści Joanny
Bator . Jeśli któraś z Was czytała „Gorzko,
gorzko” tej pisarki to pewnie doskonale wie, o czym piszę. Każda z tych pokiereszowanych
wewnętrznie istot dążyła do wolności, ale na drodze ku niej wciąż stały ich
własne lęki,przekazywane z pokolenia na
pokolenia traumy czy też toksyczni, gorsi od wilków (które też po wielekroć się
w tej opowieści pojawiają) ludzie. W każdej kotłowało się piekło i niebo,
miłość i nienawiść, siła i bezradność, małe radości i duże klęski, niewinność,
ale i brak hamulców moralnych. Wszystkie czekały na to, kiedy wreszcie ruszą z
kopyta ich dni, kiedy zacznie się dziać coś ważnego, kiedy pojawi się prawdziwa
miłość, kiedy tajemnice z przeszłości wreszcie zostaną wyjaśnione.
Książka
pełna jest dosadnych, szokujących wręcz
opisów sytuacji z jakimi miały do czynienia jej bohaterki a język, którym
została napisana aż kipi od soczystych, wyrazistych określeń,w sposób niezwykle prawdziwy oddających
rzeczywiste, a zazwyczaj głęboko schowane i niczym nie zawoalowane myśli oraz
intymne przeżycia żeńskiej połowy ludzkości. Joanna Bator odsłania wnętrza
swych bohaterek w taki sposób, że dusze czytelników doznają w nich
zwierciadlanego odbicia. Nagle rozumiemy siebie bardziej, nagle znika wstyd,
poczucie nieprzystosowania czy dziwności. Życie każdej z nas jest przecież
dziwne, bo jakże różne od życia innych, choć paradoksalnie w dużej mierze
podobne. Przeplatają się radości i troski, sprawy wielkie i małe, dobro i zło.
A wszystko to nas rzeźbi, dodaje się i spiętrza a niekiedy wylewa się silną
strugą, gdy zbyt długo usiłujemy ją powstrzymywać. Prawdziwość, to wszystkie
nasze myśli, emocje, uczucia, wspomnienia i marzenia – nie tylko te piękne, te
uładzone, na co dzień nadające się do pokazania, ale i te poszarpane,
niejednoznaczne, bolesne iwstydliwe, pełne
niezagojonych blizn. Prawdziwość to wolność szczerego mówienia o jasności i mroku, co
mieszkają w naszych sercach, to możliwość wspólnego ich z kimś przeżywania,
nieudawania nikogo, to prawo do niezakłamywania siebie ani do życia cudzym życiem, do pójścia swoją drogą, choćby nawet pełna była ona przeszkód, pułapek, ostrych zakrętów i mylących znaków...
W powieści J. Batorjedna z bohaterekjako opisu swych uczuć czy sytuacji używa
fragmentów wierszy albo pieśni Edwarda Stachury. I choć w jej ustach nieraz brzmią
one banalnie, pretensjonalnie, czy przesadnie tojednak trudno by było znaleźć jakieś inne,
bardziej adekwatnie oddające określony stan ducha wiersze. Dwa wersy ze
Stachury nieszczęsna Violetta powtarza najczęściej, gdyż często czuje się
zaszczuta i bezradna. Szepcze wówczas: „Boże mój, wbiłeś we mnie wszystkie
noże”. Która z nas spoglądając z rozpaczą w obojętne oczy niebios też tak kiedyś nie westchnęła…?
Poniżej
piosenka, z której właśnie powyższe wersy pochodzą. Piosenka, której od
jakiegoś czasu mogę słuchać na okrągło, zwłaszcza w niesamowitym wykonaniu
Jacka Bończyka. Słucham, śpiewam, ale co ważniejsze- doznaję uwolnienia drzemiących we mnie emocji,
zarówno tych, które wolę by spały jak najgłębiej, bo nie umiem sobie z nimi
poradzić oraz tych, które tylko czekają by wydobyć się na powierzchnię, bo
stale są pod czaszką i przebierają niecierpliwie nogami. Zdają się jak wilki,
którym odbiera się prawo do swobody, a przecież żaden dziki zwierz długo nie
wytrzyma niewoli, nawet gdy zdaje się obłaskawiony i oswojony. Ech! Sądzę, że
nastały czasy, że tego typu piosenki doskonale wyrażają emocje, potrzeby,
marzenia i uczucia wielu z nas. Nas, uwięźniętych w wąskim paśmie dziwacznej,
klaustrofobicznej czasoprzestrzeni, gdzie dzieją się rzeczy, o których jeszcze
rok temu pomyślelibyśmy, iż to czyste science-fiction,gdzie duszno jest od niepokojów, domysłów, propagandy,
manipulacji płynącej ze świata, gdzie coraz trudniej odróżnić prawdę od fałszu,
gdzie utraciły znaczenie wszelkie autorytety i polegać można tylko na własnej
intuicji, a i ta często nas zawodzi…A genialność tej pieśni zawiera się m.in. w
tym, że choć napisana w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku to nadal jest
aktualna a może nawet zyskuje dzisiaj jeszcze większe znaczenie, niż wówczas. Przejmująco
opisuje ona bowiem stan ducha człowieka marzącego o wolności. O wolności od samego
siebie, od własnych zmór, lęków, bolesnych wspomnień, niemożliwych do
realizacji pragnień, toksycznej miłości oraz trudnych do pokonania wewnętrznych
barier i wyimaginowanych zasieków. O wolności pojętej także szerzej, jako o
nieskrępowanej woli ducha, który może i chce wędrować bez strachu, ograniczeń
czy zakazów, bo droga wciąż jest i są wabiące oddale a kolejna pora roku
przypomina o nich coraz głośniej…