Jak długo można
nagabywać, czyli zachęcająco zmuszać kogoś do zrobienia czegoś? Czy kilka
tygodni to wystarczająco długo? Z pewnością do Cezarego trzeba mieć dużo cierpliwości
i nie lada łagodności, by przełamać jego pokręcone spojrzenie w lusterko cofania.
Aha, to tyle samokrytyki gwoli usprawiedliwienia, kochana Olgo. I jeszcze jedno,
nie lubię pisać. To znaczy pisać prosto i zrozumiale. Pewien Holender po przetłumaczeniu
mych tekstów na angielski rzucił mi w twarz, że moje pisanie jest, co najmniej
dziwne. Autentycznie. Dzięki Ad za szczerość. Pozytywnie odebrane!:-)
Ten dzień z
kalendarza był dniem końca wyczekiwania kalkulowanych zamierzeń i wynikających
z nich decyzji. Dlaczego niekończące się zmagania poprzez nieustający trening
pozycyjnej pamięci prowadzi nieuchronnie do kolejnego przyzwyczajenia kosztem
pokonania poprzedniego? No, przecież, jak coś jest, a potem nie ma, to też
jest, czyli pustka po czymś, co było, ale jest.
Zabrzmiało, jak polskie prawo; przestępca dostaje odszkodowanie, a poszkodowany idzie do ciupy bez zawiasów i rachunek się zgadza poza szmalem w kieszeni wyrokujących podobno w imieniu prawa. A z TK to nie ma żartów. Okopali się i wytoczyli działa przeciwko mnie, bo nie wiem, jak ich okopanie można odnieść w stosunku do każdego innego obywatela. Są jakieś głosy? Albo, pan w swoim przekonaniu składa prawdziwe oświadczenie lustracyjne, że był agentem bezpieki, a sąd stwierdza, że to stwierdzenie było obiektywnie nieprawdziwe. Ja tam jestem chłop małorolny i w dodatku z Podkarpacia i swoje wiem, że obywatel ze mnie kiepski, bo żem nie chadzał na pochody 1-szo majowe i tym bardziej zaKODowane.
Iskra niespotykanej wzajemności, bo słowa niesie życzliwy pamięci ciepły wiatr. Skazany na słowa obdarte do nagości staję się noworodkiem historii niekończącej się. Używając magii próbowałem iść bezskutecznie sam, a wokół był wszędobylski bunt.
Czas, by wrócić do rzeczywistości i odrzucić wszystkie ochy i achy. Sprawa dotyczyła czegoś na pozór bliżej nieokreślonego, ale za to w trzeciej osobie liczby pojedynczej. Mijały kolejne miesiące bez odkrywalnych zmian. Chciałem byśmy namazanego dnia życzyli sobie wzajemnie przy niknących płomieniach - cierpliwości i bezpieczeństwa. Wykiełkowany pomysł naprawczy podlegał tylko delikatnemu dopieszczaniu, pozostając nienaruszonym na przestrzeni czasu byłego i tego, który odliczany był. No cóż, wiedziałem, że nie może być inaczej, wiedziałem to precyzyjnie. Każda przyszła możliwość rozpatrywana była dogłębnie i wynik był zawsze zbliżony do pozytywnego. Inna alternatywa nie wchodziła w rachubę. Codzienne ciche rozmowy wypełniały całe moje wnętrze, co uzewnętrzniało się cielisto-brunatnymi plamami na skórze i wypalało kolejne piętno na płaszczyźnie pojmowania i rozumienia. Z czegoś zupełnie maleńkiego rozrastało się z dodawanymi dniami. Było coraz większe, by toczyć się z coraz większym zgrzytem pomiędzy. Przybierało anielskie postacie samoistnie przeinaczające się w poczwary czegoś znacznie ohydniejszego. Obraz przyszłości w perspektywie dnia jutrzejszego daleki był od stabilności, absolutnie nic nie wyrokował. A jednak drżenie rąk świadczyło o dokonywanych gwałtach na tym, co istniało, uznane za normalne.
Mam trochę kłopotów z tym słowem. Co to jest normalność? Pomimo istnienia dziesiątków definicji nie znaczy nic. Absolutnie nic, właśnie ze względu na brak punktowego zastosowania i pasuje wszędzie i do każdego z osobna albo i nie.
Miałem wyrzec się czegoś, co robiłem dobrze. Miałem zaprzestać robić dobrze. Nocne mary wchodziły w światło dzienne i straszony byłem do wieczora i potem w nocy też. Jakież to okropne tym bardziej, że sam ustaliłem rozciągłość w czasie, by móc być pewnym powodzenia. Często sam siebie pytałem; „jakiego powodzenia, przecież robię to dobrze i to jest już samo w sobie sukcesem”.
Zabrzmiało, jak polskie prawo; przestępca dostaje odszkodowanie, a poszkodowany idzie do ciupy bez zawiasów i rachunek się zgadza poza szmalem w kieszeni wyrokujących podobno w imieniu prawa. A z TK to nie ma żartów. Okopali się i wytoczyli działa przeciwko mnie, bo nie wiem, jak ich okopanie można odnieść w stosunku do każdego innego obywatela. Są jakieś głosy? Albo, pan w swoim przekonaniu składa prawdziwe oświadczenie lustracyjne, że był agentem bezpieki, a sąd stwierdza, że to stwierdzenie było obiektywnie nieprawdziwe. Ja tam jestem chłop małorolny i w dodatku z Podkarpacia i swoje wiem, że obywatel ze mnie kiepski, bo żem nie chadzał na pochody 1-szo majowe i tym bardziej zaKODowane.
Iskra niespotykanej wzajemności, bo słowa niesie życzliwy pamięci ciepły wiatr. Skazany na słowa obdarte do nagości staję się noworodkiem historii niekończącej się. Używając magii próbowałem iść bezskutecznie sam, a wokół był wszędobylski bunt.
Czas, by wrócić do rzeczywistości i odrzucić wszystkie ochy i achy. Sprawa dotyczyła czegoś na pozór bliżej nieokreślonego, ale za to w trzeciej osobie liczby pojedynczej. Mijały kolejne miesiące bez odkrywalnych zmian. Chciałem byśmy namazanego dnia życzyli sobie wzajemnie przy niknących płomieniach - cierpliwości i bezpieczeństwa. Wykiełkowany pomysł naprawczy podlegał tylko delikatnemu dopieszczaniu, pozostając nienaruszonym na przestrzeni czasu byłego i tego, który odliczany był. No cóż, wiedziałem, że nie może być inaczej, wiedziałem to precyzyjnie. Każda przyszła możliwość rozpatrywana była dogłębnie i wynik był zawsze zbliżony do pozytywnego. Inna alternatywa nie wchodziła w rachubę. Codzienne ciche rozmowy wypełniały całe moje wnętrze, co uzewnętrzniało się cielisto-brunatnymi plamami na skórze i wypalało kolejne piętno na płaszczyźnie pojmowania i rozumienia. Z czegoś zupełnie maleńkiego rozrastało się z dodawanymi dniami. Było coraz większe, by toczyć się z coraz większym zgrzytem pomiędzy. Przybierało anielskie postacie samoistnie przeinaczające się w poczwary czegoś znacznie ohydniejszego. Obraz przyszłości w perspektywie dnia jutrzejszego daleki był od stabilności, absolutnie nic nie wyrokował. A jednak drżenie rąk świadczyło o dokonywanych gwałtach na tym, co istniało, uznane za normalne.
Mam trochę kłopotów z tym słowem. Co to jest normalność? Pomimo istnienia dziesiątków definicji nie znaczy nic. Absolutnie nic, właśnie ze względu na brak punktowego zastosowania i pasuje wszędzie i do każdego z osobna albo i nie.
Miałem wyrzec się czegoś, co robiłem dobrze. Miałem zaprzestać robić dobrze. Nocne mary wchodziły w światło dzienne i straszony byłem do wieczora i potem w nocy też. Jakież to okropne tym bardziej, że sam ustaliłem rozciągłość w czasie, by móc być pewnym powodzenia. Często sam siebie pytałem; „jakiego powodzenia, przecież robię to dobrze i to jest już samo w sobie sukcesem”.
Jednak w tym dniu dokładnie na czas byłem pewien…
Tamtego zimowego dnia miało być pięknie i nastrojowo. Przemowę ubrałem we wzorzystą suknię z dekoltem aż do, by stała się jasnością zamykającego się nad nami nieba. Przechodzenie w powierzchniową świadomość w tej sytuacji było celowym zamierzeniem. Słychać było wołanie pomiędzy warstwami tworzącego się ciepła w myślach i w całym kosmosie. Owoc kilkumiesięcznych dywagacji miał właśnie powstać z kwiatu i przesądzić o tym, że to, co robi się dobrze, wcale nie musi być dobre. To tak, jak w polityce, ci panowie i panie robią dobrze, a to wcale nie jest dobre dla narodu. Same sprzeczności i brak zgody na robienie dobrze.
A było to tak. Ósmego grudnia wziąłem moje kochanie w ramiona i pochyliłem się nad jej głową. Usta przysunąłem bardzo blisko ukochanego ucha i zapamiętale szeptałem:
- w dniu urodzin nie mam rzeczowego prezentu dla Ciebie…
- mam za to wyznanie i przyrzeczenie, że…
- i tego prezentu nigdy nie odbiorę…
- tak mi dopomóż…
Tamtego zimowego dnia miało być pięknie i nastrojowo. Przemowę ubrałem we wzorzystą suknię z dekoltem aż do, by stała się jasnością zamykającego się nad nami nieba. Przechodzenie w powierzchniową świadomość w tej sytuacji było celowym zamierzeniem. Słychać było wołanie pomiędzy warstwami tworzącego się ciepła w myślach i w całym kosmosie. Owoc kilkumiesięcznych dywagacji miał właśnie powstać z kwiatu i przesądzić o tym, że to, co robi się dobrze, wcale nie musi być dobre. To tak, jak w polityce, ci panowie i panie robią dobrze, a to wcale nie jest dobre dla narodu. Same sprzeczności i brak zgody na robienie dobrze.
A było to tak. Ósmego grudnia wziąłem moje kochanie w ramiona i pochyliłem się nad jej głową. Usta przysunąłem bardzo blisko ukochanego ucha i zapamiętale szeptałem:
- w dniu urodzin nie mam rzeczowego prezentu dla Ciebie…
- mam za to wyznanie i przyrzeczenie, że…
- i tego prezentu nigdy nie odbiorę…
- tak mi dopomóż…
.Do dzisiaj jestem wolny, uzależniony jedynie od mojego
kochania. Piękne to uczucie…
Olga napisała dla mnie kiedyś „Skargę skazańca biernego”. Zresztą sami poczytajcie.
Olga napisała dla mnie kiedyś „Skargę skazańca biernego”. Zresztą sami poczytajcie.
Piosenka biernego palacza
Jestem wiernym i biernym palaczem
Proszę - nie pal codziennie i płaczę
Coś bezradnie zaszepczę, zaszlocham
A Ty na to - tak bardzo Cię kocham!
To jest słowo magiczne, jak wytrych
Skoro kochasz, to trwa nałóg przykry
Ja wybaczam też moim kochaniem
Więc niezmiennie zadymiasz mieszkanie
Znowu minkę swą robisz niewinną
Obiecujesz, że chętki Ci miną
I że przyjdzie ten dzień wytęskniony
Gdy posłuchasz nareszcie swej żony
Wtedy rzucisz te zgubne nawyki
By wygodne swe przywdziać buciki
By gdzieś pobiec na pola i błonie
Chłonąć cudne zielenie i wonie
Mając płuca juz czyste jak dziecię
I nie zionąc swym smoczym oddechem
I nie tęskniąc nerwowo za dymkiem
Będziesz nowe miał życie i minkę
Ale dzisiaj znów tkwimy w palarni
Dzisiaj nadal tytoniem się karmisz
Ja przy Tobie w tej dymów powodzi
Mogę tylko jak zwykle zawodzić:
Jestem wiernym i biernym palaczem
Proszę - nie pal codziennie i płaczę
Czasem tylko zaszepczę, zaszlocham
A Ty na to - tak bardzo Cię kocham!
Wreszcie przyjdzie ten moment natchniony
Gdy dość mając biadoleń swej żony
Wreszcie chwycą na siebie Cię nerwy
Rzucisz w końcu ten nałóg swój wierny
I jak rycerz, co wygrał potyczkę
W kąt odłożysz swą zapalniczkę
A sam wolny, a sam uskrzydlony
Będziesz nowych snów, wyzwań złakniony
Ale gdybyś miał myśli szalone
Rzucać więcej - na przykład i żonę
Zmieniać życie swe całe od nowa
Zapamiętaj najdroższy me słowa:
Wolę przecież być biernym palaczem
I nie dręczyć Cię zbędnym mym płaczem
Co dnia w dymie tytoniu Ci szlochać
Pal do woli, lecz zostań, bo kocham!
Morał:
Czasem wszakże za dużo żądamy
I stanowczo za dużo zmieniamy
Gdy się nie da uczynić wyjątków
Pozostańmy w bezpiecznym początku
A jednak, Olu udało mi się nie pozostać w bezpiecznym, lecz zniewolonym początku. Długo błądziłem we mgle. Słońce usiłowało się do mnie bezskutecznie przedostać. Aż wreszcie złapałem promień i trzymam! A tymczasem za oknem już maj!:-)
PS.
I też chciałbym uwolnić się od „Towarzysza dla Zuzi”. Ten post ma rekordową liczbę wyświetleń w liczbie ponad tysiąc pięćset. Niech mi ktoś napisze, dlaczego ciągle jest czytany, co jest w nim, co każe powracać? I ja przeczytałem go po czasie i nic…
I też chciałbym uwolnić się od „Towarzysza dla Zuzi”. Ten post ma rekordową liczbę wyświetleń w liczbie ponad tysiąc pięćset. Niech mi ktoś napisze, dlaczego ciągle jest czytany, co jest w nim, co każe powracać? I ja przeczytałem go po czasie i nic…