Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rodzina. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rodzina. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 3 stycznia 2022

Opowieść o Tarzanie…

 


 

   Mój ponad osiemdziesięcioletni tata, dowiedziawszy się o kiepskim samopoczuciu naszej ukochanej suni Zuzi opowiedział mi dziś przez telefon historię psa, który był w jego rodzinie prawie siedemdziesiąt lat temu. Owa historia, jak i parę innych z lat jego młodości i dzieciństwa przypomniała mu się niedawno, nabierając takiej wyrazistości i budząc tyle uczuć, jakby wydarzyła się wczoraj.  Często tak bywa, że ludzie w podeszłym wieku nie pamiętają tego, co zdarzyło się wczoraj, mają problemy z kojarzeniem prostych faktów, natomiast ich pamięć co do wydarzeń z zamierzchłych czasów nadal jest zadziwiająco świeża. A dawne zdarzenia często stają się ważniejsze, niż to, co dzieje się wokół nich obecnie.  Jakby współczesna rzeczywistość nie miała takiej wagi, jak to, co było kiedyś. Jakby bezpieczniej było wracać do wspomnień, niż przeżywać to, co dzieje się teraz.

   Cóż, niektórzy z nas bardziej lub mniej świadomie zachowują się podobnie. Grzebiemy w starych zdjęciach, pamiętnikach, listach. Dokopujemy się do czasów, gdy czuliśmy i przeżywaliśmy coś bardzo mocno, co stworzyło podwaliny nas takich, jakimi jesteśmy dzisiaj , jak odczuwamy, co jest dla nas ważne a co nie…

 

A oto historia tatowego psa, przez niego samego odpowiedziana.

 

…Było to mniej więcej dwa lata przed naszą repatriacją z terenów byłej Litwy do Polski.  W domu panowała ogromna bieda. Poza ziemniakami – a i to nie zawsze- nie było co do garnka włożyć. Związek Radziecki, przejąwszy rządy na dawnych kresach Rzeczpospolitej zdusił tam wszelką inicjatywę prywatną, stłamsił rolnictwo, zabierając ludziom tyle plonów ich pracy, że często nie było czym obsiać i obsadzić na wiosnę pól.  Do tego władze radzieckie wprowadziły reglamentację towarów oraz surowe kary za najmniejsze przeciw nowej władzy wykroczenia. Kwitło donosicielstwo i korupcja.  Tatuś z mamusią, kiedyś dość majętni rolnicy, rozkułaczeni,  ubodzy i poniżeni dwoili się i troili, by móc zapewnić licznej gromadce swych dzieci cokolwiek do jedzenia. Zbierało się grzyby i jagody. Łowiło w przeręblach ryby. Zastawiało wnyki na zające i dzikie ptactwo. Wyprzedawało się z gospodarstwa wszystko, co stanowiło jakąś wartość. Byleby było za co kupić worek ziemniaków, mąki czy kapusty. Cokolwiek byle zapchać wiecznie puste brzuchy.

   Dzieci też starały się pomagać rodzicom jak tylko mogły. Pracowały z nimi na polu. Pomagały w domu i w obejściu. Zimą do obowiązków chłopców należało przynoszenie chrustu z lasu. Cienkich i grubszych gałęzi. Wszystkiego, czym dało się w piecu zapalić, ugotować ciepłą strawę, wodę na mycie zagrzać i stworzyć namiastkę ciepła i przytulności.

 

   Tamtego mroźnego, styczniowego dnia (a mrozy były wówczas  w tamtych stronach naprawdę srogie. Nie takie, na jakie dzisiaj przyzwyczajeni do ciepłych kaloryferów ludzie narzekają) trzej bosi (bo rodziców na buty dla nich nie było stać) i okutani w połatane, za małe już kurteczki bracia: Grześ, Olek oraz ja,  opowiadający ci to wszystko Heniuś, brnęliśmy w śniegach po pas by przeszedłszy przez łąkę dostać się do wielkiego, ciągnącego się w każdą stronę na wiele dziesiątek kilometrów lasu. Tam mieliśmy nadzieję znaleźć sporo suchych, zdatnych do pieca gałęzi i szyszek na rozpałkę. Każdy z nas miał w kieszeni sznurek, którym przewiązywało się ogromną wiązkę chrustu, zarzucało na plecy i w ten sposób transportowało do domu. W trakcie tego zbierania sporo było zawsze śmiechu i zabawy. Obrzucania się śniegiem, gonitw między drzewami, pohukiwania i wycia, dzikich zwierząt udawania.

   Rozgrzani, spoceni i rumiani spakowaliśmy każdy swoją wiązkę  chrustu (a ja nazbierałem jeszcze do parcianego worka sporo płatów kory brzozowej, bo mamusia najlepiej nią rozpalać w piecu lubiła). I już mieliśmy się zbierać do powrotu, gdy nagle coś w pobliżu nas zapiszczało żałośnie. Rozejrzeliśmy się z ciekawością i zobaczyliśmy chudego jak szczapka, wynędzniałego szczeniaczka, co to cały zlodowaciałym śniegiem oblepiony, ledwo na nogach się trzymając powoli i resztką sił szedł w naszą stronę, pomocy ludzkiej najwidoczniej łaknąc. Serca w nas zaraz jak wosk stopniały. W naszym domu przeważnie był jakiś kot albo pies. Obok domu stała wyścielona sianem buda. W dawnych, lepszych czasach zawsze stawiało się obok niej miskę mleka z chlebem a po świniobiciu wkładało się do niej kości i tłuste kąski. Wszyscyśmy zwierzątka kochali i bezdomne często przygarniali. W tamtym, najbardziej ubogim czasie akurat żadnego psa nie mieliśmy. I rodzice zadowoleni z tego byli, bo czym byśmy go wyżywili, skoro sami głodem przymieraliśmy?  Jednak wtedy widząc owego na wpół zamrożonego szczeniaka mimo wszystko postanowiliśmy wziąć go ze sobą i rodziców ubłagać by się nie gniewali i dali żyć z nami temu biedakowi. Jako że byłem najmłodszy z braci i mój paltocik nie był tak ciasny jak braci wpakowałem psiaka za pazuchę i powędrowaliśmy w stronę naszej chałupy, modląc się o przychylność rodziców.

   I rodzice zlitowali się nad biednym, psim sierotką. Mama mu jakieś szmaty w pobliżu pieca rozścieliła a Tata obejrzawszy dokładnie przybłędę orzekł, że to pewnikiem wilcze szczenię albo jakiś mieszaniec psa z wilkiem i na pewno kiedyś wyrośnie z niego piękne zwierzę.

   I wyrosło. Karmione na ogół ziemniakami bez omasty a z rzadka, jak udało się co we wnyki złapać, zajęczą kostką, borsuczym sadłem czy wiewiórczą wątróbką, stało się wielce urodziwym, ogromnym wilczyskiem, przywiązanym do nas ogromnie, uwielbiającym zabawy i pieszczoty,  stróżującym wiernie przy naszej chacie, łagodnym, ale nie bojącym się niczego i odpędzającym od niej podejrzanych intruzów. Nazwaliśmy naszego wspaniałego psa Tarzan, bo kiedyś udało nam się obejrzeć w miasteczku w kinie objazdowym amerykański film o tym dzikim człowieku z dżungli i wywarł on wtedy na nas ogromne, niezapomniane wrażenie.

   Minęło jakieś dwa lata. Zbliżała się pora naszego wyjazdu do Polski. Czekaliśmy z niecierpliwością na wszelkie niezbędne pozwolenia, wizę oraz ostateczny termin wyjazdu.  Marzyło nam się rychłe rozpoczęcie nowego, lepszego życia z dala od tutejszej biedy i codziennej niepewności. Niestety, mieliśmy wielkie zmartwienie. Otóż przepisy surowo zakazywały repatriantom zabierania ze sobą innych, niż krowy, zwierząt.  Serca się nam kroiły na myśl, że zmuszeni będziemy zostawić naszego ukochanego Tarzana samego. Prosiliśmy sąsiadów, tych co wyjeżdżać nie zamierzali,  by po naszym odjeździe przygarnęli psisko, ale nikt ani myśleć o tym nie chciał.

- Biedę wszyscy klepiemy. Do garnka nie ma co włożyć. Jakże takiego bysiora mielibyśmy jeszcze wyżywić? – mówili twardo w nasze oczy spoglądając.

- Lepiej byście się go już teraz pozbyli, bo po waszym odjeździe zdziczeje psisko i nic dobrego z niego nie będzie – doradzali „życzliwie”.

   Och! Już lepiej żeby nic nie mówili, niż by takie głupoty mieli mówić! – wzdychaliśmy. Jednak dzień za dniem mijał i nic się w naszej sytuacji nie zmieniało. Tarzan tulił się ufnie do naszych nóg i ani nie przeczuwał jakie zgryzoty w związku z nim mieliśmy.

 

   I oto nagle stał się upragniony cud. Pewnego pogodnego, marcowego dnia wozem zajechał pod nasz dom wędrowny Cygan. Taki co to garnkami i patelniami handlował. Co to noże i nożyczki ostrzył a do tego dużo ciekawych wieści ze świata przywoził. Od razu bardzo mu się nasz Tarzan spodobał. I zaproponował, że kupi go od nas za parę worków ziemniaków, bo bardzo by mu się taki pies do obrony podczas podróży nadał a i potem, jak już wróci do swego domku w lesie, dobry będzie jako stróż przeciw lisom, co to kury wciąż mu z kurnika podbiera.

   Nie pierwszy raz Cygan ów moich rodziców odwiedzał. Jeszcze od przedwojnia go znali i żadnych uprzedzeń do niego nie mieli. A wręcz przeciwnie, wydawał im się uczciwy i godzien zaufania, nie taki jako inne pięknoduchy i lekkoduchy, cygańskie  ptaki wędrowne. Nasz znajomy Cygan gdzieś ponoć w białoruskiej części Sojuza mieszkał. W środku wielkiego boru chatkę miał. Ale przez większą część roku cały kraj objeżdżał sprzedając, co się dało, żeby tylko swej licznej rodzinie jakiś byt zapewnić. Dlatego nie dziwota, że rodzice skwapliwie zgodzili się na taki  interes. Tarzanowi pilnie niezbędny był przecież nowy opiekun i ten tu wprost z nieba im spadał. A i ziemniaki bardzo już były potrzebne, bo przednówek sprawiał, że za dnia bolesny głód kiszki ściskał a nocą spać nie dawał. Cygan obiecał, że jak tylko kartofle dla nas gdzieś zdobędzie, to po psa przyjedzie. Jak zapowiedział, tak też uczynił. Po paru dniach pojawił się na podwórku i zrzuciwszy z wozu kilka worków ziemniaków nałożył Tarzanowi parcianą obrożę, przypiął do niej mocny łańcuch i w kilka chwil potem odjechał z naszym ukochanym psem w siną dal.

   Płakaliśmy za nim przez parę dni. Smutkiem i rozpaczą przejmował nas widok pustej, psiej budy. Łzy ciekły z oczu na myśl o tym, że nigdy już nie usłyszymy jego szczekania i nigdy nie wtulimy twarzy w ciepłą, psią sierść naszego wilka. Ale cóż. I tak było to lepsze, niż troska o to, co stałoby się z samotnym Tarzanem po naszym wyjeździe do Polski.

   A jakiś tydzień po tym, w środku nocy obudziło nas gwałtowne skrobanie i walenie do drzwi. Co mogło się o tej porze do nas dobijać? Upiory to jakieś, potwory czy ludzie podejrzani? Zamordować nas chcą, czy co?

   Zaniepokojony ojciec pierwszy podniósł się z pościeli i chwyciwszy w dłoń jakiś kij niepewnie uchylił drzwi. A z ciemności wprost na niego z całym impetem i ogromną radością runął wielki, kwilący z radości wilk – nasz Tarzan.  Przewrócił tatusia na ziemię i dalejże go wylizywać, dalejże nos wciskać w jego dłonie. Zaraz potem do każdego członka rodziny podbiegł równie gwałtownie się z nim witając i dowody swego wielkiego przywiązania okazując.  W dzień obejrzeliśmy jego łapy i poznaliśmy, że chyba z bardzo daleka przybiegł, bo aż do krwi zdarte miał opuszki palców. Przy jego parcianej obroży wisiał smętnie kawałek łańcucha, jakim go niedawno Cygan do wozu przypiął. Najwidoczniej uciekł swemu nowemu opiekunowi i jakimś psim instynktem się kierując do nas przez dziesiątki kilometrów przyleciał. Jakże mieliśmy go od siebie odpędzić? Wszak z wielkiej miłości to uczynił, żyć bez nas nie umiejąc. I my byliśmy szczęśliwi znowu mając ukochanego psa przy sobie. Postanowiliśmy nawet, że jakoś go do wagonu repatriacyjnego przeszmuglujemy, ukryjemy tam a w razie czego przekupimy kogo trzeba. Na tę okoliczność Mamusia zdobyła dwie butelki bimbru a wiadomo, że alkohol to zawsze najlepsza w każdych okolicznościach waluta.

 

   W końcu wyznaczyli nam termin odjazdu za trzy dni. Wszystko już prawie mieliśmy popakowane. Z mieszaniną lęku i nadziei szykowaliśmy się wszyscy do wielkiej zmiany w naszym życiu. Raptem, dwa dni przed odjazdem Tarzan gdzieś przepadł. Nie wrócił na noc. A sąsiedzi wypytywani o to, czy go gdzie nie widzieli, ramionami tylko wzruszali.  Cała rodzina – rodzice, siostry i my, trzej bracia szukaliśmy go nie tyko po całej wsi, ale i po dalszych okolicach. Lasem ze dwadzieścia kilometrów przeszliśmy tropów naszego psa wypatrując. I nic. W końcu ktoś nam powiedział, że za jakąś suką poleciał. Że podobno widzieli go hen, hen za trzecia wsią, jak się do owej suki w rui umizgał. Pojechaliśmy z braćmi w tamte rejony. Jednak nie znaleźliśmy naszego Tarzana. Podobno z całą watahą psów pobiegł gdzieś na północ. A może na zachód? Nikt tego dokładnie nie wiedział…

 

   Tak czy siak nadszedł dzień odjazdu. Do końca wierzyliśmy, że się pies jeszcie pokaże. Że przyleci w ostatniej chwili i wskoczy do wagonu. Niestety, tak się nie stało. Tarzan przepadł jak kamień w wodę.

   W ponurych nastrojach żegnaliśmy rodzinne strony. Żal było tych lasów, łąk i pól. Żal dobrych ludzi i znajomych miejsc. Żal domu, po którym teraz tylko wiatr hulał a który tak niedawno pełen był przecież rodzinnego gwaru i śmiechu. Ale najbardziej żal było pozostawionego na pewną poniewierkę Tarzana. Niestety, nie mieliśmy już żadnego wpływu na jego dalsze losy…

 

   W kilka miesięcy po naszym przyjeździe do Polski każde z nas zdołało znaleźć dla siebie jakieś dobre miejsce do życia. Rodzice i siostry zamieszkali na Kaszubach, bo tam zaoferowano im pracę i mieszkanie. Ja z braćmi wyjechałem na Śląsk, bo tu można było dobrze zarobić na kopalni. Płynął czas. Urządzaliśmy się powoli. Zawiązywaliśmy nowe znajomości, przyjaźnie i miłości. Jednak w pierwsze święta Bożego Narodzenia wszyscy zjechaliśmy do rodziców na Pomorze. Nie wyobrażaliśmy sobie spędzania tych rodzinnych świąt osobno.

 

   Siedząc przy wigilijnym stole opowiadaliśmy sobie o tym, co działo się z nami przez te kilka miesięcy. Śmialiśmy się i płakaliśmy na przemian siedząc przy nakrytym białym obrusem stole, zajadając pierogi z grzybami i popijając je kompotem z owocowego suszu. Ale najciekawszą a jednocześnie najsmutniejszą historię miał do opowiedzenia nasz ojciec, do którego jego sąsiad z naszej litewskiej wioski list niedawno napisał o tym, co się po naszym wyjeździe działo, opowiadając.

   Otóż w dwa dni po naszym odjeździe z ZSRR na podwórzu przy naszej chacie jak gdyby nigdy nic pojawił się ten huncwot – Tarzan. Szukał nas. Do drzwi drapał. W okna patrzył. Wył i szczekał. Po wsi latał zaglądając we wszystkie zakamarki. I znowu do domu przybiegał. I znowu dobijał się, znowu czekał wiernie wierząc, że wrócimy i jak zawsze przygarniemy go do serca. W końcu wlazł do budy i tam trwał dniami i nocami nic nie jedząc ani nie pijąc. Dobrzy sąsiedzi zlitowali się nad psiskiem. Ziemniaków z mlekiem do miski mu dali i a nawet jakąś smakowitą kość świńską do obgryzienia pod nos podetkali. Pies niczego nie ruszył. Niczym się nie zainteresował. Tylko nocami słychać było jak tęsknie wył i skomlał.

   Dwa tygodnie potem sąsiad zauważył, że pies całkiem nieruchomo w budzie leży. Podszedł, pogłaskał. I nic. Zimne, sztywne ciało.

- Pewnikiem zdechł z tęsknoty za wami – pisał do ojca, który złożywszy starannie list westchnął głęboko i bezradnie zwiesił ramiona.  Zgromadzona przy wigilijnym stole rodzina szlochać zaraz zaczęła. A czy to z żalu za biednym Tarzanem, czy pozostawionym tam daleko na kresach życiem – sami już nie wiedzieliśmy…

 

- Tak to się Oleńko skończyła historia naszego kochanego Tarzana. Aż dziw, że przez tyle lat o niej nie pamiętałem a teraz mi do głowy przyszła i co sobie o tym psie pomyślę, to zaraz łzy się cisną do oczu. Ech, tyle psów potem przecież człowiek miał, teraz też trzy kochane kundelki przy mnie siedzą, ale to tamten najbardziej chyba w serce zapadł. Biedny mój, biedny Tarzan…

- Córeńko! Powrotu do zdrowia Waszej psinie życzę. Cuda się przecież zdarzają. Choć wiadomo, trzeba być przygotowanym na wszystko - szepnął mój Tata na zakończenie naszej telefonicznej rozmowy. Ja zaś spojrzałam na naszą kochaną, podobną do wilczycy, leżącą na legowisku przy drzwiach balkonowych spoglądającą na mnie ze smutkiem chorą Zuzię i powtórzyłam cichutko:

- Trzeba być przygotowanym na wszystko…

 


P.S.

Więcej na temat dziejów mojego taty można przeczytać w publikowanych kilka lat temu na tym blogu opowieściach pt.„Scenki z życia Henryczka” (klik )

 


sobota, 3 marca 2018

Kilka wspomnień, parę nut…




                                                                                moja młodziutka babcia Eugenia, tuż po wojnie

   Przeczytawszy niedawno wpis u Ewy2 traktujący o starych zapiskach jej cioci - nauczycielki i zobaczywszy u niej kartki z pamiętnika tejże cioci przypomniałam sobie, że i ja mam tego typu pamiątki. Będąc jakiś czas temu w katowickim domu rodzinnym wygrzebałam w moich rzeczach zeszyty, w których w latach osiemdziesiątych babcia Eugenia robiła różne wpisy z myślą o mnie. Chciała mi coś po sobie zostawić a i ja nalegałam by koniecznie spisywała swoje wspomnienia i cokolwiek, co wyda jej się ważne. I oto mam dwa zeszyty pełne jej notatek i rysunków. Pierwszy zatytułowany „Rady babci dla Oli” zawiera m.in. różne przepisy kulinarne, porady dotyczące gospodarstwa domowego i pielęgnacji urody a drugi, ten bez tytułu mieści w sobie parę babcinych tekstów dotyczących historii przedwojennej.

 babcia Eugenia w latach dziewięćdziesiątych
  
    Mama mojej mamy zawsze bardzo lubiła pisać, rysować i śpiewać. Ach, ileż ona znała piosenek! Pamiętam cudowne chwile, gdy siadałyśmy z babcią i mamą w kuchni. A tam w cieple, w upojnym zapachu gotującego się bigosu czy rosołu śpiewałyśmy razem aż do zachrypnięcia. Szkoda, że nie nagrywałam tego wtedy, szkoda, że nie spisywałam tekstów tych piosenek. Większość z nich już zapomniałam... 
  Babunia umiała pięknie opowiadać o życiu, ale umiała też słuchać, co wcale nie jest tak częste.  Podczas wojny pracowała w zakładzie zbrojeniowym na Śląsku. Przez kilka miesięcy więziona była przez Niemców za pomoc włoskiemu jeńcowi zmuszonemu do pracy w tej samej fabryce. Była w nim zakochana z wzajemnością i dzieliła się z nim swoimi racjami żywnościowymi. W więzieniu ciężko rozchorowała się na płuca. To, niestety, zaważyło na całym jej późniejszym zdrowiu i życiu. W latach osiemdziesiątych niespodziewanie dostała list od owego Włocha. Nie mieli ze sobą kontaktu od wojny. Pisał o swoim życiu, o wdowieństwie i samotności. Prosił by przyjechała do niego, bo nie zapomniał nigdy o ich miłości. Nazywał ją w liście "Gina, blondina, mio cuore...". Uśmiechała się czytając jego słowa. Ocierała łzy wzruszenia. Kiedyś też tak do niej mówił. Była wtedy prześliczną blondynką o filmowej urodzie. Teraz z lustra spoglądała na nią zmęczona, schorowana, posiwiała starsza pani...Nie pojechała do Włoch. Ten wojenny romans był już teraz dla niej niczym odległa, budząca wzruszenie pieśń. Ta pieśń należąca już tylko do przeszłości. Eugenia miała w Polsce swoje życie, dzieci i wnuki, swoje pasje, smutki i radości.To było całe jej życie.Umarła w połowie lat dziewięćdziesiątych mając 72 lata. A mnie pozostały po niej poza ciepłymi wspomnieniami właśnie owe dwa zeszyty, kilka listów, fotografii i rysunków…




   Babcia pochodziła z Sosnowca, stolicy robotniczego Zagłębia. Całe jej życie toczyło się w tamtych stronach. I oto widzę w jednym z zeszytów spisaną jej ręką opowieść o leżącym w sąsiedztwie Sosnowca, przedwojennym Będzinie. Dotyczy ona zamieszkałej tam wówczas społeczności żydowskiej, która w tamtych czasach stanowiła ok. 60 procent ogółu mieszkańców. Wspomnienie babci, to wspomnienie bardzo młodej dziewczyny a właściwie dziewczynki, jaką wówczas była. A ja z racji tego, że od dawna interesuję się tematyką żydowską a obecnie piszę moją opowieść o mieszkańcach karczmy na rozstaju dróg, przeczytałam zapiski babuni z dużą ciekawością…



Będzin było to przed wojną miasto żydowskie. Wszędzie, nawet w suterenach były przeróżne sklepy i sklepiki, do których wciągali ludzi żydki zachwalając swój towar. Towaru różnego było dużo, było z czego wybierać i targować się o cenę. Ludzie z Pogoni lub z Piasków chodzili często na zakupy do Będzina, bo można było parę groszy taniej kupić chleb i żywność. Żydzi w czarnych, błyszczących chałatach i małych czapkach z daszkiem, tzw. jarmułkach krzyczeli i kręcili się wszędzie. Prawie wszyscy Żydzi nosili długie pejsy a starsi też brody. Stare Żydówki nosiły peruki, młode były ładne. Niektóre były krawcowymi, modystkami lub fryzjerkami. Inne pracowały jako sprzedawczynie w sklepach. Nie wszyscy Żydzi handlowali. Niektórzy zajmowali się rzemiosłem, byli krawcami, malarzami, piekarzami itp. (…)

   Ja sama, kiedy jeszcze mieszkałam w Katowicach byłam w Będzinie wiele razy. Lubiłam zwłaszcza jeździć na tamtejszy wielki targ, który z dawien dawna odbywał się w soboty i przyciągał rzesze ludzi z Zagłębia i Śląska. Pewnie i przed wojną zjeżdżali się nań kupujący i kupcy z całego powiatu a może i z dalsza. Wyobrażam sobie jak to mogło wtedy wyglądać. Na targowisku można było kupić mydło oraz powidło i spędzić parę godzin między stoiskami, kramami, kioskami i stolikami. Kwitło tam życie, słyszało się głośne rozmowy, śmiechy, sprzeczki i nawoływania w różnych językach. Wielobarwny, pogodny tłum pełen werwy i ciekawości w poszukiwaniu interesujących towarów podążał beztrosko przed siebie, nie wiedząc o tym, jak straszne niespodzianki szykuje los…



   Na stronie poświęconej żydowskim miasteczkom, tzw. sztetlom czytam o tragicznej historii Żydów będzińskich, których trzydziestotysięczna populacja została w czasie II w. światowej niemal doszczętnie przez Niemców wymordowana. Już na początku września 1939 roku zaczęło się ich prześladowane i poniżające traktowanie. Przymusowe golenie bród, obcinanie pejsów, zamykanie ich sklepów, aresztowania i rozstrzeliwania. W nocy z  ósmego na dziewiątego września hitlerowcy spalili synagogę wraz z modlącymi się tam 200 osobami. Potem podpalali w mieście dom po domu i nie pozwolili strażakom na ich gaszenie. Płonęła cała dzielnica żydowska a uciekający z pożarów Żydzi byli rozstrzeliwani. Ocalali z wrześniowych pogromów wyznawcy religii mojżeszowej zmuszeni zostali do zamieszkania w będzińskim getcie, skąd wywożono ich do obozów pracy przymusowej a od 1941 r. do obozu koncentracyjnego Auschwitz, gdzie większość z nich zginęła.  Na początku 1945 roku Będzin został wyzwolony przez armię radziecką. W rodzinne strony zaczęli powracać nieliczni, ocaleni z zagłady mieszkańcy tych terenów. Wychodzili z kryjówek ci, którzy zdołali ukryć się na czas wojny. Przyjeżdżali z łagrów w Kazachstanie i Uzbekistanie repatrianci narodowości żydowskiej. Latem 1945 roku w Będzinie było około 1300 polskich Żydów. W 1968 roku po fali antysemickich prześladowań większość niewielkiej, będzińskiej społeczności żydowskiej zmuszona została do emigracji…

***

   Od dawna szukam w internetowych zasobach piosenek nuconych mi kiedyś przez babcię i niedawno znalazłam dwie spośród nich na YT. Słowa pierwszej z nich są autorstwa Juliana Tuwima (kompozytor nieznany).”Stara piosenka” opowiada o pewnym żydowskim skrzypku wywodzącym się właśnie z Będzina. Śpiewała ją kiedyś Hanka Ordonówna...


 Miasteczko Będzin w Polsce jest
I rynek w tej mieścinie
Na rynku znany łobuz był
Jankielek Wasserstein

A ojciec jego grajkiem był
Na ślubach grał w Będzinie
I zwał się Abram Wasserstein
I wszystko było fajnie.


Gdy Jankiel miał 16 lat
Rzekł tata, buty włóż
Weź skrzypce synku i jedź w świat
ja stary jestem już
Jak tylko Żydek umie grac
To w świecie on nie zginie
Pamiętaj, kto ci skrzypce dał
I co twój tata grał.


Dźwięki starej piosenki, ojojoj
Płyną za tobą w świat.
Skrzypki weźmiesz do reki, ojojoj
Zagrasz pieśń dawnych lat
Czy to Rotszyld czy to ja
Każdy w życiu łzy w oczach ma
Gdy się te smętną piosnkę gra

Oj, bardzo ciężkie były dni
Na Muranowie w kinie
I w barze na Tłomackim źle
choć trochę lepiej było..
Aż wreszcie gdy w oazie grał
zapomniał o Będzinie
i zwał się już Modlicki Jan
tak bardzo mistrzem był
Lecz często Jankiel budził się
Czy shimmy grał czy blues
I w skrzypcach słyszał drżący głos
ten głos co przeszłość niósł
Jak tylko Żydek umie grać
To w świecie on nie zginie
Pamiętaj, kto ci skrzypce dał
I co twój tata grał

Dźwięki starej piosenki, ojojoj
płyną za tobą w świat
skrzypki weźmiesz do reki, ojojoj
zagrasz pieśń dawnych lat
czy to Rotszyld czy to ja
każdy w życiu łzy w oczach ma
Gdy się te smętną piosenkę gra


I po będzińskim rynku szedł
Abrama pogrzeb czarny
przybijał do New Yorku już
wspaniały Cunard-Line
dolarów 500 w Wilnie ma
najwięcej dziś kawiarni
charlestona król John Waterstone
nie, Jankiel Wasserstein
i pole ma i wilka ma
i stare skrzypce swe
wilkowi często na nich gra
i serce niezłe jest.
Jak tylko Żydek umie grac
to w świecie on nie zginie
te same skrzypce będzie miał
i swoim dzieciom grał.


Dźwięki starej piosenki, ojojoj
płyną za tobą w świat
skrzypki weźmiesz do ręki, ojojoj
zagrasz pieśń z dawnych lat
czy to Rotszyld czy to ty
każdy Żyd ma oczach łzy
przy tej piosence z dawnych dni.

   Druga, to żydowska kołysanka pt. „Srulek”. Jej autorem jest Emanuel Schlechter. Śpiewały ją m.in. siostry Rayfer.  Obie te pieśni bardzo mnie wzruszają. Przypominają mi ukochaną babcię. Jej drżący charakterystycznym, przedwojennym wibratem, miły głos. Ostatnio często słucham tych utworów, pomagają mi wyobraźnią przenieść się do dawnych czasów, pomagają pisać moją "Karczmę"…


 W małym żydowskim zaułku dziś gwar
dużo ludzi, radość, lamp naftowych żar
Handlarzowi z Łodzi dziś się syn urodził
Właśnie dostał piękne imię Srul

Ojciec z radości aż łzy w oczach ma
Bawcie się, radujcie, lecz już cicho sza
Srulek oczka zmrużył
Bal pewnie go znużył
Śpij kochany, nie znaj co to ból

Syneczku złoty Srulku mój
Nad tobą czuwa ojciec twój
Do ciebie nie ma żalu, szczęścia twego rad
Dopóki starczy sił, ty w szczęściu będziesz żył
I wielkim kiedyś ujrzy ciebie świat

Srulek już podrósł i do szkół chodzi już
Nad nim wiecznie czuwa ojciec anioł stróż
Choć jak wól haruje, Srul tego nie czuje
Synek wszystko musi mieć co chce

Wraca do domu ojciec w późną noc
Kaszel dusi w piersi, stracił dawną moc
Drżąca ręka sina głaszcze główkę syna
I przez łzy do Srulka śmieje się

Syneczku złoty Srulku mój
Nad tobą czuwa ojciec Twój
Do ciebie nie ma żalu, szczęścia twego rad
Dopóki starczy sił, ty w szczęściu będziesz żył
I wielkim kiedyś ujrzy ciebie świat

Srulka wesele dziś odbywa się
Sale roztańczone, goście bawią się
Srul dziś jest bogaty
nie zna swego taty
nawet nie zaprosił go na ślub

Stary, złamany, w oczach wielkie łzy
Stoi siwy ojciec skulony u drzwi
Choć boleśnie szlocha
Srulka zawsze kocha
Co tam ojciec, jutro może grób

Syneczku złoty Srulku mój
choć gorzko płacze ojciec Twój
Do ciebie nie ma żalu, szczęścia twego rad
Tyś pan dziś złota syt
Jam tylko stary Żyd
Bądź zdrów, ja idę w ciemny, straszny świat...

Etykiety

Aborygeni absurd afirmacja życia agrest apel apel o pomoc asymilacja Australia autoanaliza bajka bal ballada baśń Beksińscy Bieszczady blackout bliskość blog blogi bór cenzura Cesarzowa Ki Cezary chleb choroba ciastka ciepło cywilizacja czarny bez czarny humor czas czekolada czerwiec człowieczeństwo człowiek czułość Dersu Uzała deszcz dieta dobro dom dorosłość drama drama koreańska drewno droga drzewa trawiaste Dubiecko Dwernik Kamień dwudziestolecie międzywojenne dystopia dzieciństwo dzikie bzy ekologia elektryczność erotyk eutanazja fajka fantazja film flash mob fotografie fotoreportaż glebogryzarka głodówka głód gospodarstwo goście góry Góry Flindersa grass tree grill grudzień grzyby Gwiazdka historia historie wędrujące horror humor humoreska idealizm ideologia II wojna światowa informacja inność inspiracja internet jabłka jabłoń Jacuś Jacuś. gospodarstwo Jacuś. lato jajka Jane Eyre Japonia Jawornik Polski jesień jesień życia kalina Kanada kanały kangury kastracja kiełbasa klimat klimatyzm koala kobieta koguty kolęda kolędy komputer komunikacja konfitury konflikt koniec świata konkurs konstrukcja kosmos koszenie kot koziołek kozy Kraków Kresy kryminał kryzys książka kuchnia kulinaria kury kwiaty kwiecień las lato legenda lektura lęk lipa lipiec lis listopad literatura los ludzie luty łąka maciejka macierzyństwo magia maj malarstwo maliny mantry marzenie maska metafora mgła miasteczko odnalezionych myśli Michael Jackson Mikołaj miłość Misia mit młodość moda mróz mróż muzyka muzyka filmowa nadzieja nalewki nałóg natura niebezpieczeństwo niezapominajki noc nowoczesność Nowy Rok obyczaje ocean odchudzanie odpowiedzialność odrodzenie ogrody ogród ojczyzna opowiadanie opowiastka opowieść Orzeszkowa osa Osiecka owoce pamięć pandemia Panna Róża park pasja patriotyzm pejzaż pierniki pies pieski pieśni pieśń piękno piosenka piosenki pisanie płot początek podróż poezja pogoda Pogórze Dynowskie polityka Polska pomidory pomysł poprawność polityczna porady postęp pożar praca prawda prezent protest protesty przedwiośnie przedzimie przemijanie Przemyśl przepis przetrwanie przetwory przeznaczenie przygoda przyjaźń przyroda psy psychologia ptaki radość rak recenzja refleksja relatywizm remont repatriacja reportaż rezerwat Riverland rodzina rok rośliny rower rozmowa rozrywka rozum róże rymowanka rzeka samopoczucie samotność San sarny sąsiedzi sens życia siano sierpień silna wola siła skróty słodycze słońce słowa słowa piosenki słowianie smutek solidarność South Australia spacer spiżarnia spokój społeczeństwo spontaniczność spotkanie stado Star starość strych susza susza. upał szadź szczerość szczęście szerszeń śmiech śmierć śnieg śpiew środowisko świat światło świeta święta świt tajemnica tekst piosenki teksty piosenek tęsknota toaleta tragikomedia trauma troska truskawki uczucia Ukraina upał urodziny uśmiech warzywnik wędrówka wędrówki węgiel wiadomości wiadomość wiatr wierność wiersz wierszyk wieś wieża wigilia Wilsons Promontory wino wiosna wiosnaekologia wirus woda wojna wolność Wołyń wrażliwość wrotycz wrzesień wschód słońca wspomnienia wspomnienie współczesność Wszechświat wybory wychowanie wycieczka wygląd wypadki wypalanie traw wzruszenie zabawa zabawa blogowa zachód słońca zapasy zaproszenie zbiory zdjęcia zdrowie zielarstwo zielononóżki zielononóżki kuropatwiane zima zioła zmiany zupa Zuzia zwierzęta zwyczaje żałoba żart życie życzenia Żydzi żywokost