Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przepis. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przepis. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 9 lutego 2025

Rozgrzewajki bardzo zdrowotne…

 



 

…Jak sobie radzić, gdy dopada nas jakoweś drapanie w gardle, kichanie i smarkanie a do tego łamie w kościach, boli tu i tam, no i zimnica ogarnia nieprzyjemną falą? A co ważniejsze, co począć, by tych nieprzyjemności uniknąć, czyli jednym słowem, jak wzmocnić odporność?

   Każdy z nas ma rzecz jasna swoje wypróbowane i ulubione sposoby na radzenie sobie z powyższymi problemami. Raz one działają a raz nie, lecz mimo to nie wolno się poddawać i przestać ufać w naturalne metody zachowania czy też poprawy zdrowia. Jest przecież mnóstwo ziół i innych dostępnych łatwo specyfików, po które można sięgać i które nie wywołują zazwyczaj żadnych skutków ubocznych, w przeciwieństwie do medykamentów przepisywanych przez lekarzy. Tym bardziej, że na banalne przeziębienie nie ma właściwie żadnego lekarstwa a więc wizyta u lekarza wydaje się zbędna, skoro można próbować poradzić sobie samodzielnie. No chyba, że owo przeziębienie trwa zbyt długo albo przekształca się w kolejną, poważniejszą dolegliwość. W silny i uporczywy kaszel, w rzężenie w płucach, w dziwną, przedłużającą się słabość…Wówczas należy zasięgnąć konsultacji lekarskiej. Bo pewnie po dokładnym osłuchaniu doktor zaordynuje antybiotyk a może też skieruje nas na jakieś badania laboratoryjne. Choć niestety lekarze nie są tacy chętni by człowieka na owe badania kierować. A szkoda, bo gdyby robiono chorym ludziom antybiogramy, wówczas okazałoby się, na jaki specyfik zareagują dręczące nas bakterie i dzięki czemu można je zwalczyć. Tu przypomina mi się natychmiast jak w czasach młodości zapadłam na grypę. Nie mogłam się z niej wygrzebać bardzo długo. Po miesiącu przekształciła się ona w zapalenie górnych dróg oddechowych a do tego doszła silna anemia. Antybiotyk łykany za antybiotykiem nie dawał żadnych rezultatów. Aż w końcu po kilku miesiącach męczarni wylądowałam w szpitalu z potężnym zapaleniem płuc a tam leczono mnie kroplówkami z penicyliną, bo okazało się, że to jedyny lek, na który reagowałam. Jedyny, który mógł mi realnie pomóc i pomógł bardzo szybko. Zupełnie niepotrzebnie męczyłam się więc przez te kilka wcześniejszych miesięcy, psując sobie żołądek łykanymi lekami, niszcząc moją florę bakteryjną i doprowadzając ciało do wyniszczenia….



   No dobrze, wracajmy jednak do listy domowych specyfików, które można a nawet powinno się stosować, gdy wirusy i bakterie chcą nas wziąć we władanie.

1.       Rozgrzewajka, którą stosujemy nieomal co dzień to pyszna zupka do picia z kubka. Przepis na nią wymyśliłam kilka miesięcy temu, gdy zachciało mi się wodzionki (śląskiej bieda zupki opartej na chlebie) a z powodu diety ketogenicznej chleba jeść nam nie wolno. I oto co wymyśliłam na szybko i stało się to w naszym domu przebojem numer jeden.

Do kubka wciska się kilka ząbków czosnku, dodaje łyżeczkę smalcu ze skwarkami, wsypuje się trochę suszonego lubczyku i pietruszki, dodaje się odrobinę ostrej papryki i kurkumy oraz mniej więcej pół łyżeczki soli kłodawskiej. To wszystko zalewa się wrzątkiem, miesza się i czeka chwilkę aż się smalec rozpuści. Potem próbuje się czy smak jest dobry, czy nie potrzeba czegoś jeszcze dodać.  U mnie tym niezbędnym dodatkiem jest domowej roboty maggi w płynie. Zrobiłam kilka buteleczek tej przyprawy latem i teraz przydaje się jak znalazł. Dodaję ją do wszelkich zup, sosów oraz sałatek. Nie potrzebuję już kupować tej przyprawy w sklepie. Moja domowa maggi zastępuje też sos sojowy, do niedawna dość często przeze mnie używany. Jeśli ktoś z Was chciałby poznać przepis na domową maggi, to dopiszę go potem w komentarzu albo na końcu tego posta.

Owa jaworowa zupka – rozgrzewajka naprawdę dobrze człowieka rozgrzewa, co zimą jest bardzo ważne. Do tego po jej wypiciu ma się uczucie lekkiego palenia w gardle. Tak działa duża ilość czosnku oraz szczypta ostrej papryki. Do tego napój jest po prostu pyszny i jak się człowiekowi chce czegoś gorącego, czegoś podobnego do rosołu ( który gotuje się wszak długo i nie zawsze ma się go na podorędziu), to na szybko można sobie przyrządzić właśnie taką zupkę. Polecam, bo jak dotąd (odpukać w niemalowane!), żadna infekcja tej zimy nas jeszcze nie złapała i mam nadzieję, że nie złapie.

2.       Napój ziołowy z ziół zbieranych latem na okolicznych łąkach. W jego skład wchodzi pokrzywa i wrotycz – po garści. Do tego dodaję kilka pokruszonych liści laurowych oraz dla kwaskowatego smaku i na obniżenie poziomu cukru we krwi łyżeczkę suszonych owoców berberysu, nazbieranych pod koniec jesieni w ogrodzie. Wszystko to zalewam w dzbanku wrzątkiem i stawiam pod przykryciem stawiam ów dzbanek z boku płyty grzewczej na piecu. Tam przez kilkanaście minut naciąga mocno i nabiera herbacianego koloru. Popijamy to z Cezarym przez cały dzień.

3.       I kolejny napój, tym razem do picia na zimno. To woda goździkowa. Gdzieś przeczytałam przepis na nią i od tej pory staram się codziennie ją przyrządzać, bo nie dość, iż odpowiada mi jej smak, to jeszcze mam wrażenie, że także przyczynia się ona do zachowania zdrowia. Jak się ją robi? Do garnka wlewam około litra zimnej wody i wsypuję około 10 suszonych goździków. Stawiam to na piecu i doprowadzam do wrzenia. Pozwalam aby napój gotował się przez kilka minut. A potem znowu pod przykryciem odstawiam go na bok płyty, bo porządnie naciągnął.  Napojem tym rozpoczynam każdy dzień a także każdy dzień nim kończę. Jest pachnący, leciutko piekący i ma się uczucie, że wyjaławia całe wnętrze jamy ustnej. Goździki mają działanie bakterio i wirusobójcze. Do tego działają też lekko przeciwbólowo i uspokajająco.

4.       I zeszłoroczne moje odkrycie - olej dziurawcowy do masażu, z działaniem przeciwbólowym, przeciwzapalnym. Smarujemy się nim z Cezarym nawzajem, ilekroć bolą nas mięśnie albo zaczyna się jakieś kłucie w plecach, a zwłaszcza w korzonkach. Pomaga. Tylko trzeba wmasować go kilkukrotnie, codzienne i długo, aż do mocnego rozgrzania masowanego ciała.

Podobno można ów olej dostać w sklepach zielarskich. Ja zrobiłam go sama, bo latem na łąkach rośnie tu mnóstwo dziurawca. Grzechem byłoby zatem z niego nie skorzystać. Olej ów ma cudownie karminowy kolor, bowiem dziurawiec zawiera w sobie hyperycynę, czerwony barwnik. I na to właśnie trzeba zwrócić uwagę, kupując ów olej w zielarni. Ma być czerwony a nie żółty. Jeśli jest żółty, to po prostu oszukaństwo…Jak zrobić samodzielnie ów olej? Podam ów przepis w komentarzu, jeśli ktoś będzie ciekaw.

5.       Inhalacje z olejków eterycznych. Na pewno większość z Was je stosuje, bo naprawdę wdychanie pary wodnej z dodatkiem owych olejków momentalnie odtyka noc i pozwala złagodzić dokuczliwy katar oraz drapanie w gardle. Można kupić gotową mieszankę owych olejków, ale można ją sobie skomponować samemu. U mnie jest to mieszanka olejku eukaliptusowego, miętowego, goździkowego, drzewka herbacianego oraz oregano. Do garnka z gorącą, parującą wodą wkrapia się po kilka kropel każdego z tych olejków. Nachyla się nad owym garnkiem i okrywa się ręcznikiem głowę, tak aby para nie wydostawała się gdzieś z boku, ale leciała tylko na twarz. Przez kilka minut mocno wdycha się ową aromatyczną parę. Najlepiej takie wdychania stosować kilka razy dziennie. Wówczas pojawia się szybko odczuwalna ulga. Uważać tylko trzeba by się nie poparzyć.

6.       Płukanie nosa. A gdy katar nie ustępuje i ma się przykre wrażenie zatkanych zupełnie zatok, wówczas można przepłukać nos za pomocą irygatora. W każdej aptece można dostać miękkie, plastikowe butelki ze specjalną końcówką pasującą do otworu w nosie. Taką butelkę napełnia się ciepłą wodą. Dodaje się do niej pół łyżeczki soli kłodawskiej albo gotową saszetkę soli kupioną w aptece. Po dokładnym rozpuszczeniu owej soli bierze się jakąś miedniczkę i nachylając się nad nią przytyka się końcówkę owego irygatora po kolei do obu dziurek w nosie. Naciska się butelkę i wtłacza się słony płyn do nosa. Ów płyn wypływa drugą dziurką i skapuje do miedniczki.

I tu uwaga – po irygacji nosa oraz po inhalacji nie powinno się przez godzinę wychodzić na dwór ani zasypiać. Chodzi o to, że rozgrzany tymi czynnościami człowiek mógłby się zaziębić albo zakrztusić wyciekającym z nosa płynem.

 


…I to tyle ode mnie. Poniżej zamieszczać chcę listę domowych specyfików polecanych przez Was. Dosyłajcie je proszę w komentarzach a ja będę Wasze przepisy sukcesywnie do owej listy dokładać. A ponieważ w poprzednim poście już pojawiły się dwa takie przepisy, zatem od nich rozpoczyna się lista Waszych domowych receptur.

1.       Ola Iwko robi miodowy napój zdrowotny na bazie miodu ze sprawdzonej pasieki. Popija go sobie rano. Przyrządza się ów napój bardzo prosto. Wystarczy wieczorem zalać przegotowaną, chłodną wodą łyżkę owego miodu.

2.       Stardust przyrządza zdrowotny eliksir Fire Cider, który wzmacnia odporność. Oto jej przepis na ów cudowny specyfik. Poniżej cytuję Star w całości, ponieważ nawet sposób w jaki pisze wprawia człowieka w dobry humor. A dobry nastrój, to przecież podstawa zdrowia!:-)

„Oczywiście przepis jest z czasów kiedy Amerykanie głównie leczyli się domowymi sposobami i to było naprawdę super no ale jak wiemy, wszystko co super to się kończy. Magiczna mikstura nazywa się Fire Cider.
Składniki: korzeń chrzanu, czosnek, cebula, korzeń imbiru - to są podstawowe składniki.
Jak ktoś ma i lubi może dodać niewielka ostrą paprykę, korzeń kurkumy, ewentualnie jakieś zioła (rozmaryn, tymianek, szałwia...
Te podstawowe składniki siekamy i w równych ilościach wrzucamy do słoika, dodajemy te drugorzędne, które mogą być w ilościach, ze tak powiem niekontrolowanych:))) Zalewamy to wszystko octem jabłkowym, ale takim wytworzonym albo w domu albo przez zaufaną firmę, ten ocet ma być mętny.
Dodajemy miód oczywiście z prywatnej zaufanej pasieki. Zakręcamy to wszystko i odstawiamy na 3-4 tygodnie żeby się przeżarło* (??? mądrzejsze polskie słowo nie przychodzi mi do głowy, a zerkałam już do słownika 4 razy wiec mi się nie chce). Po tym czasie, odcedzamy to wszystko i mamy zdrowe lekarstwo na przeziębienia.
Przechowywany w ciemnej butelce/słoiku oraz w ciemnym pomieszczeniu płyn może przetrwać dwa lata.
Ja już w pierwszym roku kiedy to robiłam zakupiłam słoiki i butelki z ciemnego szkła, dodatkowo mam spiżarnię, która owszem ma światło ale się go zaświeca sporadycznie czyli jest doskonałym miejscem do przechowywania takich mikstur. Polecam tak słoiki, butelki jak i miksturę.
Jak tylko przychodzi grudzień to ja sobie serwuję dużą łyżkę takiego płynu przed pójściem do lóżka i żadna cholera mnie nie bierze:))) z drugiej strony na co cholerze dodatkowa cholera:))))”

 * Droga Star! Świetny przepis! I tu jeszcze malutka podpowiedź ode mnie. Bardzo podoba mi się określenie „przeżarło”, ale w języku polskim istnieje inne słówko dla określenia tego procesu, gdy się wszystko porządnie ze sobą zmiesza i nabiera mocy. Mówi się wtedy, że coś się ze sobą „przegryzło”. Słowniki najwidoczniej nie znają tego wyrażenia!:-)))

3. Agniecha podała taki oto przepis na imbirową herbatkę na przeziębienie:

"Imbir obrany ze skóry (przy uprawie imbiru używa się wielu niezdrowych pestycydów, one zostają w skórce), zalewam wrzątkiem i czekam aż se porządnie naciągnie a woda ostygnie do ciepłej. Albo zalewam ten imbir niezbyt dużą ilością gorącej wody a jak naciagnie to dolewam zimnej. Następnie dodaję miód ze znajomej pasieki (ostatnio od Tupajowego chłopa), sok z cytryny najchętniej eko lub własnej produkcji ocet jabłkowy. I gotowe"

4. Teresa także podała przepis na napój imbirowy, ale trochę inny, niż ten powyższy.

   "Moim codziennym porannym napojem - herbatką jest imbir. Teraz akurat jest w sprzedaży bardzo świeży korzeń imbirowy, dodatkowo kupuje organic z nadzieja że bez chemikali. Oczywiście obieram, kroję w cienkie plasterki, zalewam wrzątkiem, kubek trzymam pod przykryciem 5 minut i pije. Uwielbiam jak lekko drapie w gardle, no i tak odświeża. W ciągu dnia jeszcze kilka razy te same plasterki zalewam wrzątkiem"

 5. Maria poleca syrop z cebuli zrobiony z cebuli, miodu i soku z cytryny.  Można tez go robić z dodatkiem octu jabłkowego.

 

środa, 11 grudnia 2024

Pomączyło…

 



 

…I oto znowu pobieliło nasze Pogórze. Niewiele tego śniegu. Ot tyle, ile cukru pudru na racuchach albo odrobiny mąki na stolnicy pozostałej z robienia makaronu. Ale nie wymagam na tę chwilę więcej. Cieszę się z tego, co jest, bo bardzo mi się już śniegu chciało. Szarzyzna panująca uparcie dookoła działała na mnie nieco przygnębiająco. Słonka wprawdzie brakuje, ale ta mączysta białość za oknem sprawia, że odrobinę rozjaśnia się rzeczywistość.I psy też cieszą się tą odrobiną śniegu...



   I jeszcze a propos mąki. Otóż dowiedziałam się niedawno o istnieniu mąki łubinowej. Robi się ją z nasion specjalnego (nie tego ogrodowego) łubinu. I jest podobno bardzo zdrowa. Zawiera mnóstwo białka i ma niski indeks glikemiczny, dlatego dobra jest dla cukrzyków oraz osób na diecie niskowęglowodanowej.  Zaciekawiła mnie ta wiadomość, bo lubię różne takie nowości. Tym bardziej, że na diecie ketogenicznej nie używa się zwyczajnej mąki pszennej, żytniej ani kukurydzianej a tylko tej, nie zawierającej węglowodanów. Całkiem sporo jest takich mąk. Bo to i kokosowa i migdałowa i orzechowa i palmowa i z siemienia lnianego…Można z nich robić różne smakołyki i nie martwić się o poziom cukru we krwi. O ile oczywiście, do przygotowania potraw na ich bazie nie doda się cukru!:-)



   Dlatego kupiłam niedawno pół kilo mąki łubinowej  i postanowiłam wypróbować ją w jakimś wymyślonym przez siebie przepisie. Lubię bowiem sama wymyślać przepisy a jeśli opieram się na cudzych, to robię to swobodnie, nie trzymając się zazwyczaj sztywno receptury. W takich okolicznościach przygotowywanie potraw ma dla mnie posmaczek przygody, eksperymentu, zabawy. A ponieważ nie zapisuję przeważnie swoich przepisów, dlatego za każdym razem wychodzą mi trochę inne smakołyki. Ale to mi nie przeszkadza, bo nie przepadam za powtarzalnością!:-)



   Będąc na diecie ketogenicznej, gdy nie je się zwyczajnego chleba ckni się czasem człowiekowi za jakimś pieczywem. Dlatego tym razem postanowiłam upiec bułeczki.

   W lodówce od dłuższego czasu pokutował kawałek białego sera (ok. 30 dag). I to od niego zaczęłam tym razem robienie ciasta na owe bułeczki. Roztarłam ów ser widelcem. Dodałam do niego trzy jajka i łyżkę miękkiego masła. Wszystko wymieszałam porządnie ze sporą szczyptą soli oraz z dwoma łyżeczkami proszku do pieczenia. Potem zmieliłam w młynku do kawy pół szklanki siemienia lnianego (w ten sposób robi się mąkę lnianą). Dosypałam lnianej mąki do ciasta i wówczas przyszedł czas na mąkę łubinową. Jest żółciutka i przypomina nieco z wyglądu mąkę kukurydzianą. Dosypałam łubinowej mąki do mojego ciasta -  tyle by je zagęścić tak, by dało się z niego ulepić kulki. Ponieważ masa była kleista, pomagało zwilżenie dłoni wodą. Potem obficie posypałam kulki ciasta ziarnem sezamowym, spłaszczyłam je trochę i ułożyłam na wyłożonej papierem blasze. Piekły się ok. pół godziny w temperaturze ok. 200 stopni. Obserwowałam z ciekawością proces ich rośnięcia przez szybkę w piekarniku mojej kuchenki opalanej drewnem. Najpierw pięknie wyrosły, wręcz napuchły tryumfująco. Potem zdecydowały się jednak opaść z rezygnacją. Ale nie do końca, na szczęście. A gdy się pięknie zrumieniły wyjęłam je z pieca i położyłam na kratkę do przestygnięcia. Po około pół godzinie nadawały się do jedzenia.




   Były pachnące orzechami i sezamem, mięciutkie i puszyste w środku a na brzegach lekko chrupiące. W smaku delikatne, podobne nieco do bułeczek drożdżowych, ale bez zapachu drożdży. Za cienkie by je przekrajać na pół, ale dobre by odwrócić je do góry nogami i posmarować gładki spód masłem. No pycha! Zwłaszcza jak się człowiek za chlebem stęsknił, to takie bułeczki wydają mu się prawdziwym rarytasem!:-) Myślę, że równie dobre wyszłyby z użyciem tylko mąki lnianej.  Może tylko nie byłyby tak żółciutkie w środku…Trzeba zatem w przyszłości spróbować i takiej opcji. Ale ponieważ mam tę mąkę łubinową, to zamierzam przy jej pomocy spróbować upiec np. świąteczne pierniczki. To dopiero będzie wyzwanie!:-)



   I jeszcze na koniec luźno związana z tematem tytułowej mączystości dygresja. Otóż czytam ostatnio z ogromnym zainteresowaniem i przejęciem „Drogę przez mękę” Aleksego Tołstoja. To powieść napisana w 1921 roku a opisująca Rosję tuż przed pierwszą wojną światową a potem pogrążoną w zamęcie wojny i rewolucji październikowej. Ach! Nie ma to jak klasyka literatury! Książka ta nie dość, że świetnie jest napisana, to jeszcze wspaniale przetłumaczona przez Władysława Broniewskiego. A w oryginale tytuł jej brzmi „Chożdienie po mukam”. Czyż nie kojarzy się to z mąką?:-) I przypomniało mi się przy tej okazji, że w czasach socjalizmu puszczali w naszej telewizji piękny, rosyjski serial będący ekranizacją tej powieści. Zaczęłam zatem szukać owego serialu w necie. Ale nic nie dawało wpisywanie tam tytułu „Droga przez mękę”. Dopiero gdy wpisałam „Chożdienie po mukam” – eureka! Natychmiast objawił mi się na YT ów radziecki serial wyprodukowany w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku. 



Ależ się ucieszyłam! Poczułam się tak, jakbym cudownie przeniosła się w czasie do swoich lat nastoletnich, gdy z zapałem obserwowałam losy pięknych sióstr Daszy i Katii oraz zakochanego we wrażliwej Daszy  Iwana Tielegina. Przypomniało mi się, że kiedyś bardzo podobały mi się aktorki grające w serialu główne role, ale i dzisiaj podobają mi się równie mocno. Obie bardzo naturalne, bez tony tak modnego obecnie makijażu, wielkookie, emanujące szlachetnością, delikatnością i prostotą. Żadna amerykańska, hollywoodzka aktorka się do nich nie umywa. Powoli oglądam zatem ów serial, starając się jak najwięcej zrozumieć, ale niestety sporo już z języka rosyjskiego zapomniałam…No i pogryzając mięciutkie bułeczki łubinowe jednocześnie zagłębiam się w kolejny tom „Drogi przez mękę” Tołstoja. Jest tam mnóstwo cudownych opisów srogiej, rosyjskiej zimy, męczarni duchowych, szału uczuć,  ale i świetnych, dających do myślenia fragmentów opisujących stan umysłu ludzi żyjących w tamtej epoce, ich lęków i przeczuć, co do tego, co jest i co nadchodzi. Jakże to przypomina mi umysłowość dzisiejszych ludzi. Jak bardzo znowu współczesny świat przesycony zepsuciem obyczajów, nudą i pogonią za silnymi doznaniami zdaje się wisieć na włosku…



„…Były to czasy, kiedy miłość, uczucie dobre i zdrowe, uważano za płaskość i przeżytek. Nikt nie kochał, ale wszyscy pożądali i jak zatruci lgnęli do wszystkiego ostrego, rozdzierającego wnętrzności. Dziewczęta ukrywały swą niewinność, żony – wierność. Dekadencja uważana była za przejaw dobrego smaku, neurastenia – za oznakę wyrafinowania. (…) Ludzie wymyślali sobie wady i perwersje, byleby nie zasłużyć na opinię mdłych”. (Droga przez mękę, wyd. 1954, str.7)

   A tymczasem za oknem śnieżna mąka sypie się z nieba i sypie…Może jak całkiem sporo naprószy to któryś z okolicznych gospodarzy wyciągnie swoje sanie i pomknie w dal…? Ech, rozmarzyłam się i zaraz zaczęłam nucić znaną niegdyś piosenke - „Trojki dwie gonią się. Leci w noc dzwoneczków głos…”  Poniżej można jej posłuchać w wykonaniu Reny Rolskiej...

*"Droga przez mękę" (t.1-3)Aleksy Tołstoj, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1954

niedziela, 8 grudnia 2024

Czekoladki…

 



 

…Dość na razie ponurych wizji i smutnych refleksji. Życie jest jakie jest, ale zawsze wszak jest bezcenne póki trwa... 

   Mamy zatem grudzień a grudzień to wielu z nas dobrze kojarzący się miesiąc. Nie zamierzam go więc teraz zachmurzać, ani psuć nikomu nastroju. I oto jak królik z kapelusza pojawia się temat domowych czekoladek. Ojej, jakie one są dobre! Te sklepowe po prostu się nie umywają. Wczoraj zrobiłam całą miseczkę tych smakołyków. Miały być na dzisiaj, ale śladu już po nich nie ma, bo na drugie imię ja oraz Cezary mamy niepoprawny łakomczuch!:-) Usprawiedliwiam naszą obecną, słodyczową żarłoczność jedynie tym, że  od ponad miesiąca znowu jesteśmy na diecie ketogenicznej.  Trwamy w niej dzielnie dla zdrowia i schudnięcia i całkiem nieźle nam to wychodzi, no ale czasem chce się człowiekowi jakichś odstępstw, małych grzeszków w tym klasztornym jadłospisie. I oto nie dziwota, iż pożarlim, pochłonelim bez opamiętania aż do ostatniego okruszka owe wczorajsze kokosowe czekoladki! A raczyliśmy się nimi wyjątkowo radośnie i bez większych wyrzutów sumienia, bo takie, na szczęście, czekoladki dozwolone są na naszej diecie. Nie zawierają bowiem cukru. A mają w sobie  całkiem zdrowe składniki, bo to gorzka czekolada, masło orzechowe, erytrytol i wiórki kokosowe. Podobne są w smaku do Michaszków, tych sklepowych łakoci z kawałkami orzeszków w środku. Ale po raz kolejny zarzekam się, że sto razy od tamtych pyszniejsze.



Zaraz podam Wam przepis na nie, jeśli ktoś chciałby sobie takie cudo wykonać np. na święta albo na inną okazję.

   Teraz jeszcze wrócę skojarzeniem do jednego z moich ulubionych filmów oraz książki pod tytułem „Czekolada”. To film, który ma w sobie jakaś magiczną moc i nigdy się nie zestarzeje. Zawsze, ilekroć widzę jak grająca w owym dziele główną rolę Juliette Binoche miesza gęstą, błyszczącą, czekoladową masę albo jak robi z niej śliczne czekoladki o różnych kształtach i smakach - zawsze wtedy nabieram ogromnego apetytu na czekoladę. To jest wręcz nieprzeparta, narkotyczna chęć, zatem jeśli nie mam w domu nic czekoladowego próbuję naprędce cokolwiek takiego uczynić sama. I dalej oglądam film albo czytam tę cudowną książkę racząc się ową wytworzoną przez siebie namiastką czekoladowej rozkoszy. To jest zazwyczaj kogel mogel z kakao, budyń czekoladowy albo owsiane ciasteczka z masłem i kakao pieczone w piecu. Wszystko to dobre, ale to nie to, nie to co w filmie, no i nie ketogeniczne na dodatek…A zajadając zagłębiam się w czas opowieści o matce i córce, co to gnane przez wiatr nie potrafią sobie znaleźć na świecie miejsca. Aż w końcu trafiwszy do maleńkiego, francuskiego miasteczka, odnajdują kilkoro ludzi, którzy obdarzają je ufnością, przyjaźnią oraz miłością. I wówczas wiatr może sobie dąć…One nareszcie są u siebie.



   Nigdy nie wyszło mi nic tak pysznego jak teraz te czekoladki. Naprawdę! Orzekł tak nawet mój wybredny mąż, który wielu już moich delicji kosztował, ale nigdy nie zachwycał się tak jak teraz. A ja w takich razach uśmiecham się zadowolona z siebie i zaraz mam ochotę ruszyć do tańca. Tak jak Juliette Binoche z Johnym Deepem na barce, w zaczarowaną, pełną cygańskiej muzyki i miłości noc…A Cezary daje się porwać do tańca…

   Zatem warto owe domowe słodyczki zrobić, tym bardziej, że robi się te czekoladki bardzo szybko i prosto.

   Czego konkretnie potrzeba do ich zrobienia? Tabliczki gorzkiej czekolady, dwóch kopiatych łyżek masła orzechowego bez cukru, dwóch łyżeczek erytrytolu albo ksylitolu, oleju kokosowego(najlepiej nierafinowanego, bo cudnie pachnie kokosem), kilku garści wiórków koksowych oraz jeśli ktoś chce czekoladek bardziej na bogato można dodać pokruszonych orzechów albo płatków migdałów.

   Pierwsze co trzeba zrobić, to rozpuścić czekoladę oraz olej kokosowy w kąpieli wodnej. Ja robię to w ten sposób, że metalową miseczkę z połamaną czekoladą i olejem stawiam w nieco większym od niej garnku, w którym pomału podgrzewa się woda. I mieszam aż wszystko się rozpuści.



   W tym czasie do innej miski wkładam dwie kopiate łyżki masła orzechowego. I stawiam sobie na podorędziu takie dodatki jak: wiórki kokosowe, płatki migdałów, orzeszki, mak, słonecznik czy prażone ziarno sezamu. Można też dodać rodzynek albo innych suszonych owoców (ale to bardzo wzmacnia kaloryczność czekoladek).

   Wlewam roztopioną czekoladę do masła orzechowego i mieszam aż do połączenia składników w jedną, gładką masę.




   Wsypuję do czekoladowej masy moje dodatki. Zaczynam od wiórków kokosowych, bo one najbardziej zagęszczają ową masę. Następnie dosypuję resztę, o ile takową mam. I gdy wszystko jest dobrze wymieszane, połączone i gęste jak zaprawa murarska wlewam toto do przygotowanej wcześniej, wyłożonej woreczkiem foliowym foremki. Ten woreczek jest tam po to by łatwo się potem czekoladowy blok wyjmowało z foremki..






   Następnie wynoszę ową foremkę do zimnego miejsca. Niech całkiem tam przestygnie. Po kilkunastu minutach schłodzoną masę czekoladową wkładam do zamrażarki. Tam po ok. pół godzinie całkiem stwardnieje i zestali się.

   Wtedy nie pozostaje nic innego jak tylko wydobyć ów czekoladowy blok na deskę do krojenia i pokroić go ostrym nożem na dowolnej wielkości kostki.





   Och, jak to pachnie! Jak kusi by natychmiast poczuć ową aksamitną gładkość na języku. By wgryźć się w kokosowy smak, by poczuć na zębach chrupkość orzeszków czy migdałów…Zatem natychmiast je się, cmokta, rozgryza, rozkoszuje jedną, drugą, trzecią…I jeśli jakimś cudem nie pochłonie się wszystkiego, to resztę czekoladek wkłada się w jakiejś miseczce do lodówki i można je tam przechować przez kilka dni. Ale nie sądzę by się tam tyle czasu uchowały. No chyba, że przezornie zainstalowało się na drzwiczkach lodówki kłódkę i schowało gdzieś głęboko kluczyk!:-))



wtorek, 2 kwietnia 2024

Kiełbasa nie wyborcza…

 


 

   Wszyscy ostatnio do znudzenia gadają o tej kiełbasie wyborczej, co to niby w teorii taka pyszna, wspaniała i pełna obiecujących smaków a po konsumpcji zostawiająca jeno po sobie w najlepszym razie ogromny niedosyt a w najgorszym gorycz, mdłości oraz ból brzucha. Jednak wielu nadal się na ów wątpliwej jakości przysmak daje skusić jako i na inne obiecanki-cacanki. Dlatego ja o takim rodzaju kiełbasy pisać nie zamierzam, ale o takiej najprawdziwszej, swojskiej, domowej kiełbasie, którą jakiś czas temu udało się nam z Cezarym samodzielnie wykonać. Przewaga tejże kiełbasy nad tą wyborczą jest oczywista. Otóż chcieliśmy by ta nasza, jaworowa naprawdę wykonana była rzetelnie i uczciwie a do tego rzecz jasna by było jej dużo i by była smaczna oraz zdrowa.  A jak się nam udała? O tym właśnie traktuje poniższa opowieść.



   Czy pamiętacie, że wiosną ubiegłego roku Cezary samodzielnie zaprojektował i skonstruował wielki, metalowy wehikuł na kółkach, mający nam służyć jako grill, piecyk oraz wędzarnia ogrodowa? Z powodzeniem używaliśmy onego ustrojstwa przez całe lato, jesień a nawet raz czy dwa rozpalaliśmy w nim zimą. Wędziliśmy weń kurczaki, szynki i schaby. Na płycie smażyliśmy ziemniaczki, cukinie, proziaki i kotlety. A wewnątrz piekliśmy obłędnie pachnące szyneczki i karkówki. Wszystko wychodziło nam nad podziw dobrze, jak na debiutujących w tej dziedzinie amatorów samouków. A do tego okazało się, iż takie swojskie wędzonki można bardzo długo przechowywać w lodówce i nic przykrego się z nimi nie dzieje. Nie stają się oślizgłe ani tym bardziej nieprzyjemnie woniejące, jak te kupowane w sklepie. A to swoją drogą dziwne zjawisko…No bo co oni, w tym przemysłowym wyrobie wędlin dodają właściwie do swoich wyrobów? Pewnie sporo tam chemicznych dodatków, które mają je konserwować i zabezpieczać przed zepsuciem oraz poprawiać wygląd i smak. Jednak tak się nie dzieje, a wręcz przeciwnie. Z tego wszystkiego zaczynam nabierać podejrzeń, że kosmiczne ceny owych wędlin oraz ich skład tak naprawdę mają zniechęcić nabywców do ich kupowania. Obrzydzić im je. Tym bardziej, iż tu i ówdzie coraz więcej pojawia się artykułów o złym wpływie czerwonego mięsa na zdrowie. Nie zdziwiłabym się, jeśli w tym wszystkim nie chodziłoby o to byśmy wszyscy stali się wegetarianami albo potulnymi zjadaczami hodowanej sztucznie masy mięsopodobnej lub też pogodzonymi z ponurym losem robakożercami. W dzisiejszym, coraz bardziej dziwacznym świecie wszystko wszak jest możliwe….



   Ale wracając do naszej kiełbasy….Najpierw w okolicznych delikatesach w oczy wpadła nam foliowa torebeczka z dziwną zawartością, podobną do białych sznurków albo martwych dżdżowniczek. Były to zasolone jelita służące właśnie do amatorskiego wyrobu kiełbasy. Parę tygodni zajęło nam przetrawianie owej informacji oraz kryjących się w niej wyzwań aż w końcu mój mąż podjął decyzję i kilka dni przed świętami zakupił ową torebeczkę stwierdziwszy, iż najwyższa pora na spróbowanie czegoś nowego. W końcu nie świeci garnki lepią! A w Internecie pełno jest filmików o domowym wyrobie kiełbasy. Wszystkiego można się z nich nauczyć. Nauczeni i oswojeni z tematem nabyliśmy kilka kilogramów szynki, schabu,  łopatki i słoniny a potem, gdzieś na początku Wielkiego Tygodnia zakasaliśmy rękawy i wzięliśmy się do roboty.



    Najpierw trzeba było owe mięsiwa porządnie zmielić w elektrycznej maszynce. Następnie przyprawić zmieloną masę solą kamienną, pieprzem, czosnkiem, majerankiem i jałowcem. Potem dodać do wszystkiego odpowiednią ilość soli peklującej i na dobę pozostawić całość w lodówce żeby się wszystkie smaki przeniknęły a mięso odpowiednio zapeklowało. O tym, iż mięso było dobrze przyprawione świadczył silny aromat dobywający się z lodówki, ilekroć się ją w tym czasie otworzyło. Owa obłędnie czosnkowo jałowcowa woń wywoływała a nas natychmiast burczenie w brzuchach oraz uczucie naglącej niecierpliwości, żeby już zaraz spróbować smaku owej wspaniałej mieszanki. Nie dziwota więc, że tego samego dnia wieczorem łakomie uszczknęłam z niej dwie garści i usmażyłam nam w formie kotletów mielonych. Okazały się rzecz jasna bardzo smaczne, ale stanowiły tylko preludium przed oczekiwaną feerią kiełbasianej uczty! Wszak kiełbasa miała być wędzona, co wiązało się z nadaniem jej ostatecznego, upragnionego wyrazu.



   Nazajutrz rano zabraliśmy się do właściwego dzieła. Jelita trzeba było porządnie umyć i namoczyć w ciepłej wodzie żeby zmiękły i nadawały się do nałożenia ich na specjalną przystawkę do maszynki. I tu zaczęły się schody! Okazało się, że już samo naciąganie owych jelit stanowiło nie lada wyzwanie, choć na youtubowych filmikach wyglądało tak dziecinnie prosto! Tymczasem niekończące się nakładanie na nasmarowany smalcem stożkowaty lejek około dwudziestu metrów śliskich jelit na zmianę śmieszyło nas (bo dość jednoznacznie się nam kojarzyło) i irytowało, gdy po raz kolejny owe długaśne dżdżowniczki stawiały niezrozumiały opór i za nic nie dawały się tam gdzie trzeba, umieścić, do tego pękały ni stąd ni zowąd i trzeba je było odcinać. W końcu ten etap był za nami. Naiwnie myśleliśmy, że najgorszy! He, He!



   Teraz Ola, jako domowa specjalistka od mieszania wszystkiego, aż po łokcie zanurzyć musiała ręce w ogromie mięsnej masy ( masa zajmowała dwunastolitrowy garnek!) i dolewając doń sporo wody długo i dokładnie ją wymasować, wybełtać, przekształcając w klejącą oraz zwartą mieszaninę.  Aż w końcu, gdy z wysiłku rumieńce wystąpiły jej na lica a strudzone dłonie omdlały  - kiełbasiana masa stała się taka, jaka stać się powinna i można było przystąpić do następnej fazy działania.



   Działaliśmy we dwoje i na zmianę, bo co i rusz to jedno to drugie z nas musiało odpocząć. Okazało się, że napakowywanie jelit kiełbasianą masą wymaga sporej siły, cierpliwości oraz precyzji. Maszynka elektryczna tylko na początku pracowała jak trzeba. Wkrótce jednak zaczęła się tak zapychać, mięsna masa tak utykać w trzewiach mechanizmu i szydzić z naszych wysiłków, że pchane specjalną popychaczką  mięso zamiast w jelita uparcie wyłaziło górą maszynki. No to my je znów z powrotem. A ono przekornie pchało się do góry i wyglądało niczym różowa lawa dobywająca się z wulkanu. Ręce i ramiona pulsowały nam ze zmęczenia. Twarze poczerwieniały. Czoła zrosiły się potem. Bicepsy wyraźnie stwardniały. Palce obklejone, trudnym do zmycia tłuszczem nie nadawały się nawet do poskrobania po nosie! Lecz wszak trzeba było doprowadzić do końca to, co się zaczęło.

   Po kilku godzinach ciężkiej, kiełbasianej roboty umęczeni, ale zadowoleni spojrzeliśmy z satysfakcją na góry białych kiełbas wdzięcznie spoczywające na kilku plastikowych tacach. Przed nami był już tylko końcowy etap pracy - kilkugodzinne wędzenie…Tymczasem na dworze nieoczekiwanie zachmurzyło się i rozpętała się taka wichura, że mowy nie było o rozpaleniu ognia pod wędzarnią. A nawet gdyby się to udało, to Cezary jako naczelny, jaworowy wędzarz nie dałby rady odpowiednio doglądać wędzonek i nie wytrwałby w ogrodzie dłużej niż parę minut. A gdyby nawet wytrwał, to by się zaziębił. Trzeba było zatem odłożyć wędzenie do następnego dnia. Bo i pogodę zapowiadano o wiele lepszą. Tak więc surowe kiełbasy znowu powędrować musiały do lodówki, gdzie z trudem się zmieściły, bowiem tkwiły tam już uwędzone przed kilku dniami szynki.





   I rzeczywiście nazajutrz aura była nieco lepsza, bo ładnie świeciło słonko. Jednakże szalony wiatr nadal dawał do wiwatu! Ale cóż, kiełbasy nie mogły dłużej czekać, bo święta się już zbliżały. Niezbyt wprawnie nawinięte na okrągłe kije zawisły na prętach wędzarni. A Cezary zgromadziwszy drewno śliwkowe i gruszkowe oraz wilgotne trociny mógł rozpocząć wreszcie długi proces wędzenia.



   W tym czasie ja w innej części ogrodu wzięłam się za porządki na naszej działce z truskawkami. Trzeba było po zimie oczyścić je z martwych kłaczy i liści, wyplewić wokół nich chwasty a w końcu podsypać nawozem i podlać. Docierały tam do mnie upojne zapachy dymu z naszej wędzarni. Co jakiś czas więc zaglądałam do Cezarego by podziwiać zmiany w wyglądzie kiełbas, które z białych i jasnych stawały się coraz bardziej złociste, miodowe a w końcu ciemno kasztanowe…Kapał z nich powoli tłuszcz, który skwierczał i pachniał smakowicie. Jednak kiełbasy nadal nie były gotowe, bo takie wędzenie ma być długie i delikatne. Tak by kiełbas nie spalić a tylko cierpliwie je uwędzić i upiec w gorącym, woniejącym pięknie dymie.

   Wróciłam zatem na tył ogrodu, gdzie ze zgrozą odkryłam, że pod płotem ślimaki wyżarły mi co najmniej połowę posadzonych w zeszłym roku malw. Aż płakać mi się na ten widok chciało! Bo tyle się nad sadzonkami tych kwiatków napracowałam, tak byłam z nich dumna i wyobrażałam sobie jak pięknie będą kwitły latem. A tu paskudne mięczaki bezczelnie zrobiły sobie z nich ucztę! Zazgrzytałam zębami i poleciałam do domu po gromadzone od kilku miesięcy potłuczone drobno skorupki od jajek. Rozłożyłam je wokół nielicznych, ocalałych malw a potem jeszcze dodatkowo posypałam tam trochę niebieskiej trutki na ślimaki. Nie miałam dla ślimaków litości, tak jak one jej dla mnie nie miały! Malwowy kwietnik otoczony jest płotkiem, nie bałam się więc, że któryś z naszych psów dałby radę owej trutki spróbować i zrobić sobie krzywdę.

                         kwietnik z malwami jesienią ubiegłego roku


   I znowu pobiegłam do Cezarego, bo w brzuchu mi zaburczało i poczułam, że zjadłabym świeżutką kiełbasę na pociechę! Jednak wędzonki nadal nie były jeszcze gotowe. Więc cóż, z braku laku zrobiłam nam po zupce chińskiej a do tego talerz kanapek z szynką oraz zieloniutką rukolą z ogródka, co pięknie zimę przetrwała.

   Wieczorem obejrzawszy dokładnie pęta kiełbas zdecydowaliśmy, że jeszcze pozostawimy je w wędzarni do rana. Niech się tam w spokoju dowędzą i dopieką w pozostałościach dymu.  I dobrze zrobiliśmy.




   Nazajutrz o poranku poszliśmy we dwoje do ogrodu i delikatnie zdjąwszy zbrązowiałe kiełbasy z kijów tryumfalnie wnieśliśmy je do domu. Natychmiast zapachniły nam całą kuchnię oraz przyległy do niej, psi pokój. Rzecz jasna śpiące dotąd smacznie psy od razu się pobudziły i natychmiast przybiegły do nas wiedzione jakimś narkotycznym przyciąganiem. A potem dalejże machać ogonami, dalejże łasić się by dostać choć odrobinę tego aromatycznego smakołyku. Dostawszy oblizały się i radośnie poleciały do ogrodu by szczekać tam na pasącego się tuż za płotem jelonka!





   Tymczasem my zjedliśmy sobie po sporym kawałku swojskiej kiełbasy i uśmiechając się od ucha do ucha stwierdziliśmy, że choć naprawdę sporo się przy niej narobiliśmy, to jednak warto było ją zrobić. Była kruchuteńka i w sam raz uwędzona. A do tego przenikał ją smak, jaki pamiętaliśmy z dzieciństwa, gdy kiełbasy jadało się rzadko, ale gdy już się jadało, to miało się wrażenie, iż to istna symfonia aromatów, smaków i cudownych doznań.  

   I co jeszcze? W święta na kilku pętach naszej kiełbasy ugotowałam domowy żurek na zakwasie. I wiecie co? Cezary orzekł, że dzięki tej kiełbasie to najlepszy żurek jaki kiedykolwiek jadł! Pieski dostawszy jeszcze po kawałeczku kiełbasy i oblizując z zapałem moje dłonie z entuzjazmem przyznały swemu panu rację!:-))

                  Jacuś, Hipcia i Misia

środa, 25 października 2023

To, co dobre…

 


   To, co dobre jesienią to czas, który zaczyna zwalniać,  ochładzać się, napełniać wilgocią i pozwalać na zabranie się na to, za co latem nie było kiedy się zabrać. Na przykład na betonowanie. Cezary, betoniarz - samouk już wiele razy zalewał tu betonem różne powierzchnie. Zrobił np. murek wokół domu i schodki albo podłogę w budynku gospodarczym. Jednakże ilość rzeczy koniecznych w naszym gospodarstwie do załatania betonową zaprawą, poprawienia  albo zrobienia od nowa wcale przez to nie zmalała. Zwłaszcza tarasik przy budynku gospodarczym wprost woła o nową nawierzchnię.  Stara, zrobiona w latach 70-tych jeszcze przez poprzednich gospodarzy naszego siedliska popękała, wykruszyła się, podziurawiła, zarosła mchem. No i tegoroczne ulewy dobitnie pokazały nam, że bez nowego betonu przy budynku gospodarczym nie przetrwają dłużej wciąż podtapiane i zalewane psie budy. Jedna z nich niestety, już poszła tego lata  do rozbiórki. Trzeba zatem zrobić wszystko by druga ocalała.



   Marzy nam się też porządnie wyglądające miejsce do odpoczynku latem po robocie. Przy budynku gospodarczym byłoby w sam raz, ale koniecznie potrzeba tam nowej nawierzchni bo teraz nie ma nawet jak postawić tam stołu, ławy i krzeseł. Nieodwołalnie przyszła zatem pora na betonowanie. W pobliskim miasteczku zamówiliśmy, co trzeba i gdy góra piasku zaległa na podwórku a piramida worków cementu w budynku gospodarczym nie było już od kolejnej roboty odwrotu.  W pogodne dni październikowe nasze podwórko zamienia się odtąd w plac budowy. A w deszczowy czas odpoczywamy od roboty. Także dzisiaj pada. Jesteśmy w domu, psy śpią wokół nas pokotem i chrapią, aż miło. Zupa jarzynowa powoli pyrka na piecu. Mogę zatem w spokoju siąść i napisać co u nas słychać.



   No więc, betonowanie….Zawsze dotąd Cezary męczył się mieszając łopatą piasek z cementem i wodą bezpośrednio w taczkach. Tym razem postanowił nieco sobie pracę ułatwić i kupił małą, zgrabną betoniarkę. Na pewno nie raz się ona tu jeszcze przyda, o ile w przyszłości zdrowie i siły pozwolą mu na tego typu prace. Bo to niestety nadal wymagająca sporej krzepy robota. Ileż się trzeba piasku nanosić, ile ciężkich taczek nawozić albo naklęczeć przy wyklepywaniu i wyrównywaniu mokrego betonu, to wie tylko ten, kto już coś samodzielnie betonował.


  

   Rzecz jasna często ja jestem zatrudniona w charakterze pomocnika betoniarza. Wszystkie powierzchnie przed betonowaniem musiałam oczyścić, wyzamiatać, wytyczyć motyką równe granice. A że zabraliśmy się za betonowanie w porze spadania liści z drzew to robota ta nie ma końca. Wciąż łapać muszę za grabie i zbieram z trawnika figlarne, kolorowe listki, które tylko czekają by opaść na mokry beton. Czasem pomagam Cezaremu w kręceniu kołem od betoniarki, bo gdy jej bęben jest zbyt ciężki nie dałby sam rady przechylić go i wylać zawartości do taczek. Pod koniec dniówki natomiast musimy tak zabezpieczać świeżo wybetonowane miejsca by uniemożliwić wchodzenie tam psom albo by ochronić mokre nawierzchnie przed nadciągającym deszczem. Ale nie zawsze się to udaje. Wczoraj, gdy poszliśmy z Cezarym na chwilę do domu żeby przekąsić małe co nieco Jacuś natychmiast skorzystał z okazji, wbiegł na mokry beton i zostawił tam liczne ślady swego przestępstwa. To samo uczyniła ciekawska Hipcia a potem beztrosko przyleciała do domu odciskając na kafelkach i dywanikach jasnoszare pieczątki swych łap.



   No, ale poza pracą równie ważne są wszystkie inne zwyczajne radości i przyjemności. Przechadzki po okolicach z aparatem fotograficznym. Zabawy z psami w ogrodzie. Wyjadanie z krzaków ostatnich malin (i dzielenie się nimi z łakomą Hipcią). Wyczesywanie straszliwie liniejących teraz psiaków, co bardzo lubią i o co się namolnie dopraszają. Mam jednak wrażenie, iż owo wyczesywanie niewiele daje, bo po naszym domu fruwają wręcz kłęby jasnej sierści (sierść Misi wygląda zupełnie jak wata!). Nie nadążam z odkurzaniem i sprzątaniem. Powiewne kłaki wpadają do zupy, herbaty i do wnętrza szaf.  „Ozdabiają” wszystkie kanapy i fotele. Zalegają po kątach. Dolatują nawet na strych, gdzie psy nigdy nie chodzą. Ale pewnie, gdyby nie szczotkowanie w ogrodzie psiej czeredy, gdyby nie wyskubywanie ich kłaków z grzbietów i podgardla, byłoby jeszcze gorzej. Jedno, co mnie pociesza, to to, że linieją wszystkie trzy jednocześnie. A gdy wreszcie skończą i porosną nową sierścią, znowu zapanuje w domu jako taki ład. Akurat na zimę!:-)






   Cóż. Każdy ma swoje przyjemności. Nasza trzynastoletnia kotka na przykład uwielbia chodzić na strych, gdzie godzinami czatuje na muchy, biedronki, ptaszki a nawet nietoperze. Tak, niedawno udało jej się upolować tam malutkiego gacka oraz niewinną sikorkę, która pewnie wleciała tam za jakąś muszką. Od kiedy odkryłam mordercze instynkty słodkiej kiciuni zamknęłam wszystkie okna na strychu, żeby nie pozbawiła życia już żadnego niewinnego zwierzątka. Co innego, jeśli chodzi o myszy. Na nie niech kochana kicia poluje do woli, bo przed zimą te gryzonie pchają się do domu i do drewutni wszystkimi szparami. A jak już koteczce odechce się wchodzić na strych, bo będzie tam za zimno trzeba będzie rozstawić wszędzie pułapki i spodeczki z trutką. Żeby nie doszło do tego, co w zeszłym roku, gdy myszy bezczelnie dobrały się do zapasów psiej karmy, naszych kasz, makaronów i płatków śniadaniowych. Do dzisiaj otrząsam się na wspomnienie tamtych rozmiarów zniszczeń i tego charakterystycznego, mysiego zapachu!



   W deszczowe dni jest czas na palenie pod kuchennym piecem i przypiekanie w nim pysznych, jadalnych kasztanów (nareszcie obrodziły nam tej jesieni) albo orzechów włoskich. Na zaparzanie gorącej herbaty z pigwą i sokiem malinowym a potem nieśpieszne delektowanie się nią. Na wymyślanie nowych potraw z tego, co natura dała i co trzeba wykorzystać by się nie zmarnowało. Jak np. makaronu z domowym pesto ze smażoną dynią i parówkami. A propos pesto. Nareszcie wpadłam na to, że mogę je robić i że to wspaniały dodatek do różnych dań., Nie wiadomo dlaczego zawsze wydawało mi się, iż to coś skomplikowanego i drogiego. Fanaberia. A tymczasem okazało się, że można je bardzo prosto przygotować, o ile ma się dużo natki pietruszki i czosnku, bo to jest właśnie podstawa tej zielonej pasty.



   Podzielę się przepisem na to moje pesto, bo ono jest na pewno trochę inne od tego znanego wszystkim, klasycznego pesto. A pokochałam je ogromnie i łakomie raczę się nim, póki mam do niego wszystkie konieczne składniki.



  Zrywam w ogródku ogromny pęk natki pietruszki ( a pietruszka nadal ładnie rośnie i o ile zima nie będzie zbyt surowa, to przetrwa ją, a poza pokrzywą  będzie pierwszą dostępną wiosenną zieleniną).Do tego dokładam kilka gałązek lubczyku. W domu wszystko porządnie myję, siekam i blenduję z kilkoma (lub nawet kilkunastoma!) ząbkami czosnku, z łyżeczką soli kamiennej (sól ma właściwości konserwujące i dzięki niej pesto może długo stać w lodówce), z połową kostki masła, z łyżką oliwy z oliwek, z łyżką sosu sojowego, z dużą garścią wyłuskanych ziaren dyni i drugą garścią słonecznika.

   Do czego można używać takiego pesto? Np., do smarowania chleba. I już nie trzeba nic więcej. To pyszne, proste jedzonko. Dobre na zimno i na gorąco, gdy się taki chlebek albo bułkę zapiecze w piekarniku. Można posmarować tą wonną, zieloną pastą jajko na twardo, plaster białego sera albo mięsa, czy też ziemniaczanego placka i zjadać sobie jak człowieka nagły głód dopadnie. Pesto nada się świetnie jako dodatek do gotowanych ziemniaków, pieczonej dyni albo cukinii, do fasoli typu „Jasiek”, do spaghetti, do pierogów i klusek…Pasuje prawie do wszystkiego, o ile oczywiście lubi się smak i zapach czosnku z pietruszką. Mniam!



   Nie brak też mi rzecz jasna bardziej duchowych przyjemności i rozrywek. Słucham kojącej duszę muzyki, czytam sporo ciekawych książek, oglądam niezłe filmy. Aż chciałoby się o niektórych z nich napisać. Ale na razie to musi poczekać na bardziej dogodną porę. Bo gdy tylko wychodzi słonko – betonujemy, działamy wspólnie przy ostatnich, niezbędnych pracach ogrodowych albo polowych. 



  A gdy deszcz rosi ziemię tyle jest do zrobienia w domu, że nie starcza czasu na wszystko. Tak czy siak, jesień czy to słoneczna, czy zachmurzona i deszczowa dobra jest dla nas, dla natury, dla życia w ogóle. Nadaje właściwy rytm dniom. Wszystko układa na swoim miejscu. I niech tak będzie nadal…






Etykiety

Aborygeni absurd afirmacja życia agrest apel apel o pomoc asymilacja Australia autoanaliza bajka bal ballada baśń Beksińscy Bieszczady blackout bliskość blog blogi bór cenzura Cesarzowa Ki Cezary chleb choroba ciastka ciepło cywilizacja czarny bez czarny humor czas czekolada czerwiec człowieczeństwo człowiek czułość Dersu Uzała deszcz dieta dobro dom dorosłość drama drama koreańska drewno droga drzewa trawiaste Dubiecko Dwernik Kamień dwudziestolecie międzywojenne dystopia dzieciństwo dzikie bzy ekologia elektryczność erotyk eutanazja fajka fantazja film flash mob fotografie fotoreportaż glebogryzarka głodówka głód gospodarstwo goście góry Góry Flindersa grass tree grill grudzień grzyby Gwiazdka historia historie wędrujące horror humor humoreska idealizm ideologia II wojna światowa informacja inność inspiracja internet jabłka jabłoń Jacuś Jacuś. gospodarstwo Jacuś. lato jajka Jane Eyre Japonia Jawornik Polski jesień jesień życia kalina Kanada kanały kangury kastracja kiełbasa klimat klimatyzm koala kobieta koguty kolęda kolędy komputer komunikacja konfitury konflikt koniec świata konkurs konstrukcja kosmos koszenie kot koziołek kozy Kraków Kresy kryminał kryzys książka kuchnia kulinaria kury kwiaty kwiecień las lato legenda lektura lęk lipa lipiec lis listopad literatura los ludzie luty łąka maciejka macierzyństwo magia maj malarstwo maliny mantry marzenie maska metafora mgła miasteczko odnalezionych myśli Michael Jackson Mikołaj miłość Misia mit młodość moda mróz mróż muzyka muzyka filmowa nadzieja nalewki nałóg natura niebezpieczeństwo niezapominajki noc nowoczesność Nowy Rok obyczaje ocean odchudzanie odpowiedzialność odrodzenie ogrody ogród ojczyzna opowiadanie opowiastka opowieść Orzeszkowa osa Osiecka owoce pamięć pandemia Panna Róża park pasja patriotyzm pejzaż pierniki pies pieski pieśni pieśń piękno piosenka piosenki pisanie płot początek podróż poezja pogoda Pogórze Dynowskie polityka Polska pomidory pomysł poprawność polityczna porady postęp pożar praca prawda prezent protest protesty przedwiośnie przedzimie przemijanie Przemyśl przepis przetrwanie przetwory przeznaczenie przygoda przyjaźń przyroda psy psychologia ptaki radość rak recenzja refleksja relatywizm remont repatriacja reportaż rezerwat Riverland rodzina rok rośliny rower rozmowa rozrywka rozum róże rymowanka rzeka samopoczucie samotność San sarny sąsiedzi sens życia siano sierpień silna wola siła skróty słodycze słońce słowa słowa piosenki słowianie smutek solidarność South Australia spacer spiżarnia spokój społeczeństwo spontaniczność spotkanie stado Star starość strych susza susza. upał szadź szczerość szczęście szerszeń śmiech śmierć śnieg śpiew środowisko świat światło świeta święta świt tajemnica tekst piosenki teksty piosenek tęsknota toaleta tragikomedia trauma troska truskawki uczucia Ukraina upał urodziny uśmiech warzywnik wędrówka wędrówki węgiel wiadomości wiadomość wiatr wierność wiersz wierszyk wieś wieża wigilia Wilsons Promontory wino wiosna wiosnaekologia wirus woda wojna wolność Wołyń wrażliwość wrotycz wrzesień wschód słońca wspomnienia wspomnienie współczesność Wszechświat wybory wychowanie wycieczka wygląd wypadki wypalanie traw wzruszenie zabawa zabawa blogowa zachód słońca zapasy zaproszenie zbiory zdjęcia zdrowie zielarstwo zielononóżki zielononóżki kuropatwiane zima zioła zmiany zupa Zuzia zwierzęta zwyczaje żałoba żart życie życzenia Żydzi żywokost